Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 23 grudnia 2011

Wigilia klasowa

    Ufff... Wstałam po 7 rano i na dobrą sprawę dopiero teraz usiadłam. Niby Wigilię spędzamy tylko we trójkę [tj. Smok, Hipek i Jej Wysokość], ale i tak trzeba swoje w kolejkach spędzić, a potem odstać przy kuchni. Na jutro jeszcze menuet nie z pogrzebaczem, a z sernikiem i sałatką jarzynową. Teraz chwila na wypicie herbaty z sokiem malinowym [made by Mój Tata], podrapanie Pumiszcza za uchem [obrażona, bo dziś z konieczności bardzo ją zaniedbuję] - no i napisanie posta.

    A post będzie o szkolnych Wigiliach. Chyba w większości zakładów pracy istnieje zwyczaj takich spotkań przedświątecznych, które albo są miłą okazją, by wszyscy mogli razem siąść i pogadać - albo katorgą, paradą sztucznych uśmiechów i nerwowego patrzenia na zegarek [to już w zależności od atmosfery i układów, jakie mamy w pracy na co dzień]. W szkołach zwykle Wigilie przebiegają dwutorowo: najpierw wychowawcy spotykają się ze swoimi klasami, a potem jest jakiś barszczyk oraz pierogi z kapustą i grzybami Grona Pedagogicznego. Zoo nie jest tu wyjątkiem, przynajmniej jeśli chodzi o założenia. Jak zwykle bowiem diabeł tkwi w szczegółach.
    Ostatni dzień przed przerwą świąteczną nie jest w szkołach dniem wolnym od zajęć, aczkolwiek wiadomo, że o nauce nie może być raczej mowy, bo już nic się nikomu nie chce i dzieciaki w myślach już rozpakowują prezenty leżące pod choinką. Tak jest w każdej zwyczajnej szkole, a co dopiero w Zoo. Skoro więc bezcelowe jest przeprowadzenie zwyczajnych lekcji, zarządza się "Dzień z Wychowawcą", czyli de facto Wigilię Klasową. Jak to wygląda w praktyce? A bardzo, bardzo różnie - w zależności od tego, jak bardzo zaburzony zestaw Małpek uczęszcza do danego oddziału. Dla przykładu: wiem, że w tym roku jedna z pierwszych klas gimnazjalnych wprost odmówiła swojej wychowawczyni [pani Irenie - matematyczce i notabene świetnemu pedagogowi, mojej opiekunce stażu na nauczyciela mianowanego, która jest dla mnie wyrocznią w sprawach wychowawczych, zaraz po Wicedyrze] udziału w spotkaniu wigilijnym. I to nawet pomimo tego, że mamy tych dzieciaków same zaproponowały, że upieką jakieś ciasta i zrobią sałatki... A gdzie tam, Małpiątka mają to pod ogonkami... Wobec takiego dictum Irena stwierdziła, że nie jest to dla nich dzień wolny, a skoro nie chcą Wigilii, to mają przyjść na dwie godziny matematyki. Okazało się oczywiście, że i tak nikt nie przyszedł [co było do przewidzenia], no ale to już ich wybór, bo mają rzecz jasna kolejne godziny nieusprawiedliwione do kolekcji.
    A co z moją osobistą małpiarnią? Była to nasza pierwsza Wigilia, bo muszę przyznać, że rok temu całkiem świadomie zrobiłam w tej kwestii unik. W jaki sposób? Szczerze mówiąc - poszłam do lekarza i z pomocą moich zdolności aktorskich załatwiłam sobie L4 aż do świąt. Uważam, że byłam jak najbardziej usprawiedliwiona, bo moja ukochana klasa z Anią-Psychopatką na czele dała mi wówczas tak popalić, że mogłam obserwować u siebie pierwsze objawy nerwicy, a na samą myśl o tym, że mam jeszcze angażować się w jakąś Wigilię dla tych bandziorów, składać im życzenia i miło się uśmiechać - zbierało mi się na wymioty. Kto nie pamięta, co się wtedy działo, może wykonać małą podróż w czasie i kliknąć w link nr1 oraz w link nr2. A jeśli ktoś mimo przeczytania tych dwóch tekstów dalej uważa, że na moim miejscu i tak zorganizowałby uczniom spotkanie przedświąteczne, to gratuluję mu wiary we własną odporność psychiczną.
    W tym roku sprawa przedstawia się już zupełnie inaczej, głównie dlatego, że najgorsze Małpki mi przesiało - nie ma Ani, nie ma Dawidka... Nawet u nas w sali pojawiła się choinka - mama Alkonka przyniosła niewielkie sztuczne drzewko i jakieś ozdoby, więc dzieciaki na jednej z godzin wychowawczych zabrały się za przystrajanie klasy, mając przy tym naprawdę niezłą frajdę. Swoją drogą wyszło trochę ubogo, więc za rok zatrudnię ich do wykonywania łańcuchów i ozdób z papieru. No ale jak przyszło co do czego, to okazało się, że wolę przyjścia na spotkanie przedświąteczne wyraziły mi tylko 3 osoby: Patrycja, Młoda Gniewna i Patryk, dość spokojny chłopak [przynajniej odkąd zabrakło Dawida, który miał na niego wyraźnie bardzo zły wpływ]. Próbowali przekonać resztę, ale gdzie tam... Zrobiliśmy więc małą zrzutkę, kupiłam barszcz, krokiety i po kawałku sernika i tak spędziliśmy sobie w kameralnym gronie 2 godziny. Po pewnym czasie dzieciaki poleciały z własnej inicjatywy po panią od angielskiego, która siedziała sama w sali obok - jest wychowawczynią "mojej" wrednej zawodówki i z jej klasy nie przyszedł nikt. Mieliśmy więc nawet okazję wykorzystać nakrycie dla niespodziewanego gościa :) Próbowałam namówić Małpki, byśmy razem zaśpiewali jakąś kolędę, ale projekt ten pozostał jednak w sferze moich życzeń [Młoda Gniewna stwierdziła: "Czy pani jest absolutnie pewna,  że chce, żebym śpiewała...?"]. Podziękowałam im serdecznie i jak najzupełniej szczerze za to, że przyszli i stwierdziłam, że im tego nie zapomnę, rzecz jasna w pozytywnym słowa tego znaczeniu. Na odchodnym zażartowałam, że teraz mogą się chwalić przed resztą klasy, że słyszeli mnie mówiącą ludzkim głosem :)

UPDATE: Hipek po przeczytaniu posta wyraził ubolewanie, ponieważ - wg niego - ze wstępu wynika, iż tylko Smok zapierdziela przedświątecznie, a błotny ssak niecnie zbija bąki. Spieszę więc ze sprostowaniem, że wcale tak nie jest. Otóż przede wszystkim Hipek ciężko pracuje [w dosłownym słowa tego znaczeniu], a po pracy zakasuje rękawy i odrabia swoją pańszczyznę w domu. Zdążył już popełnić śledzie, zmasakrować karpia oraz wyczarować klopsa. A jutro, podczas gdy Smok będzie odbywać sernicze tango, moje kochanie wypucuje Pomarańczową Jaskinię. Przynajmniej taki jest plan :)

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Analfabeci są wśród nas

    Dragonka, z racji daty urodzenia, załapała się jeszcze na stary system kształcenia, tj. 8-letnią podstawówkę i 4-letnie liceum. W tym miejscu tradycyjnie składam pokłon w stronę moich rodziców, że nie poczekali z powołaniem mnie na świat jeszcze te kilka lat, bo miałabym realne szanse stać się istotą mocno niedouczoną, reprezentującą żenujący poziom wiedzy ogólnej. Czy to się komuś podoba, czy nie, można zaobserwować wyraźną cezurę między ludźmi urodzonymi przed 1986 rokiem [a więc tymi, którzy szli jeszcze starym systemem oświatowym], a rocznikami późniejszymi. Niestety, jest to przepaść ogromna i to na niekorzyść tej drugiej grupy - i to przepaść wyraźnie się pogłębiająca wprost proporcjonalnie do tego, z im późniejszą datą urodzenia mamy do czynienia [czyli - im dłużej funkcjonują gimnazja].
    Nie będzie to post poświęcony w całości analizowaniu tej sytuacji i postawieniu diagnozy, dlaczego tak się stało. Dość powiedzieć, że nie było mnie w szkole 5 lat [mam na myśli okres studiów] i to wystarczyło, by zmieniła się ona nie do poznania. Instytucja, którą opuściłam jako maturzystka, zupełnie nie przypominała tej, do której trafiłam jako nauczycielka-stażystka - a przypominam, że staż i pierwsze lata pracy spędziłam nie w Zoo, tylko w normalnym, przeciętnym liceum. Dość szybko musiało mi się zacząć mieścić w głowie, że wcale nie jest oczywistym, by licealista umiał odmieniać rzeczowniki przez przypadki [ba! - by w ogóle ZANAŁ nazwy przypadków...], nie mylił Mickiewicza z Kochanowskim, a napisanie 3-4 zdań powiązanych ze sobą logicznie nie zajmowało mu połowy lekcji.
    Potem trafiłam do szkoły dla młodzieży z założenia przejawiającej trudności w nauce i tu w eskpresowym tempie nauczyłam się raczej zakładać, że dzieciaki czegoś nie wiedzą i tłumaczyć im nawet - wydawałoby się - najbardziej banalne rzeczy, niż bazować na ich jakiejkolwiek wiedzy. Bywają jednak takie chwilę, w których nawet zaprawiona w bojach Dragonella rozkłada bezradnie skrzydła i naprawdę nie ma pojęcia, co z deliwentem zrobić. Krzyś jest jednym z takich przypadków.
    Chłopak trafił do 3A gdzieś na początku listopada i tym można tłumaczyć fakt, że dopiero niedawno zdałam sobie sprawę z ogromu jego zaległości. Co prawda z poprzedniej szkoły przyniósł z języka polskiego pięć jedynek, ale to akurat nie jest u małpek-nowicjuszek niczym niezwykłym, bo ostatecznie z jakiegoś powodu ze swoich poprzednich placówek edukacyjnych musieli wylecieć... Muszę przyznać, że lampka ostrzegawcza nie zapaliła mi się również wówczas, gdy na pewnej lekcji poleciłam mu przeczytać kilka zdań na głos [robili to wszyscy uczniowie po kolei] - a Krzyś najzwyczajniej w świecie zaczął sylabizować i to z wielkim trudem. Cóż, z przykrością muszę stwierdzić, że takich dzieciaków mamy w Zoo mnóstwo, ale nie zawsze trudności z głośnym czytaniem oznaczają, że ma on kłopoty z czytaniem w ogóle. A ponieważ Krzyś generalnie jest miłym chłopcem, zgłasza się na lekcji i wykazuje chęć współpracy, to nie zainteresowałam się głębiej, jak poważne są jego dysfunkcje. Zrozumcie - 3/4 małpek ma "dys-cośtam", zaległości szkolne sięgające podstawówki, albo pogranicze normy intelektulanej. Przypadek Krzysia nie wydał mi się więc na pierwszy rzut oka niczym niezwykłym.
    Tjaaa... Do momentu, aż nie zadałam mu pracy pisemnej na lekcji...
    Uczę ich właśnie pisać różnego rodzaju pisma użytkowe - ogłoszenia, zaproszenia, podania, listy motywacyjne. Pomijając fakt, że takie krótkie formy wypowiedzi trafiają się na egzaminie gimnazjalnym, to akurat i w codziennym życiu umiejętność sporządzania tego typu tekstów przyda im się nie raz i nie dwa. Najpierw więc następuje mój wykład traktujący o tym, co obowiązkowo powinno się znaleźć w ogłoszeniu czy podaniu, potem rozdaję schemaciki, a następnie analizujemy współnie przykłady takich pism. Na koniec ćwiczenie praktyczne, czyli samodzielne zredagowanie tekstu zgodnie z instrukcją. Robią to na lekcji, pod moim okiem - czyli cały czas jestem do dyspozycji, jeśli mają jakieś wątpliwości, ale jednocześnie mam pewność, że praca została wykonana bez niczyjej pomocy z zewnątrz [czy ściągnięta z Internetu]. Pod koniec zajęć zbieram i oceniam.
    No i w przypadku Krzysia dosłownie opadły mi łapki.
    Poniżej przytaczam Wam dwa jego teksty. Pierwszy miał być ogłoszeniem w sprawie zaginięcia psa. Drugi - listem motywacyjnym w odpowiedzi na ogłoszenie o pracę w dziale telefonicznej obsługi klienta. Zapewniam Was, że chłopak pracował nad tym całą lekcję tak, że aż mu się z długopisu dymiło, tzn. NIE MAM WĄTPLIWOŚCI, że się starał i zrobił to najlepiej, jak tylko potrafił. I na tym właśnie polega dramat... Aha, pisownię zachowuję oryginalną.

OGŁOSZENIE
Zogbienia psa jest to psa mały ma dwej plamy ma głowie czarne. Psa ma imie Hebo. Kom. 654 424 555.


LIST MOTYWACYJNY
Szanowni Państwa!
Dowidnałm w prasie "Gazeta Praca" że Państwo posztuje pracownik na telefoniczna obsługa klienta.
Dyspozycyiność w tyh dnah kture pastwah. Wykształcenie wysze. Zależy mi nat prasie. Lube pracy w grupie. Pracy w sklep hablowy.

   Czy ktoś jeszcze dziwi się mojemu załamaniu? Krzyś jest w trzeciej klasie gimnazjum, skończył 17 lat, a najwidoczniej nie umie ani czytać, ani pisać - po prostu nie zna liter. Pomijając fakt, że nie powinno się go wypuścić z nauczania początkowego i na dobrą sprawę powinnam mu przynieść zeszyt w trzy linie, posadzić z tyłu klasy i kazać ćwiczyć pisanie alfabetu - to niech mi ktoś powie, JAK ten facet da sobie radę w życiu??? Nawet jeśli zostanie niewykwalifikowanym pracownikiem fizycznym [a pytany przeze mnie oświadczył, że chce się uczyć na brukarza], to jak przeczyta umowę o pracę, żeby przekonać się, czy szef nie robi go w bambuko? A jakim cudem wypełni PIT? Zapłaci na poczcie rachunki? Jak przeżyje w dzisiejszym świecie czytając z trudem, a kompletnie nie umiejąc posługiwać się językiem pisanym?
    Nie kończyłam "nauczania początkowego", nie mam więc pojęcia, jak uczyć pisać i czytać. Poza tym nawet gdybym to wiedziała [albo zaczęła to robić posługując się pedagogiczną intuicją], to przecież nie mogę tego robić na zajęciach w 3 klasie gimnazjum z prawie dorosłym chłopakiem, bo by mu koledzy z klasy żyć nie dali.
    A Krzyś tymczasem przyszedł dziś do mnie i grzecznie zapytał, czy wystawię mu dopuszczający na półrocze. Bądź tu mądry i coś odpowiedz sensownego...

piątek, 16 grudnia 2011

Drobiazgi przedświąteczne

    Że ponad tydzień minął od ostatniego posta?
    Że nie macie co czytać w pracy?
    Że stęskniliście się za Małpkami (i za Smokiem trochę też)?
    Że w ten sposób się nie traktuje wiernych czytelników?

    No wiem, wiem...
    Milczenie spowodowane jest tym, że w Zoo jest ostatnio naprawdę dość spokojnie. Nie znaczy to, że nic się kompletnie nie dzieje, a ta cudowna placówka oświatowa nagle zamieniła się w renomowaną szkołę, do której chodzi grzeczna, pilna i karna dzieciarnia. Owszem, są jakieś tam incydentalne spięcia, ale nie przytrafia się nic, co by mnie na dłużej wyprowadzało z równowagi. Wytłumaczenia tego faktu mogą być dwa: albo wśród uczniów rozniosła się fama, że z Dragonką lepiej nie zadzierać - albo ja się stałam odporniejsza i zwykłe małpie numery zwisają mi zwiędłym kalafiorem na tyle, że już nawet ich nie rejestruję na dłużej.
    W tym półroczu, jak już Wam wspominałam, największe problemy mam z zawodówką - jak przypuszczam dlatego, że jest to moja nowa klasa. Z większością uczniów nie miałam wcześniej do czynienia [tzn. nie pastwiłam się nad nimi w gimnazjum :)], więc po pierwsze próbują mnie "ustawić" [tjaaa... życzę powodzenia...], a po drugie nie wiedzą jeszcze, jakie numery u mnie przechodzą, a jakie absolutnie nie. Jak może pamiętacie [a jeśli nie, to zajrzyjcie tutaj albo tu] na początku roku spotykałam się tam z typową chamówą, na którą reagowałam z całą stanowczością repertuarem dostępnych mi środków. W rezultacie sytuacja zmieniła się o tyle, że jakkolwiek towarzystwo zaprzestało ataków skierowanych bezpośrednio we mnie, ale dalej rozkładają mi lekcje poprzez totalne olewanie mojej osoby. Co z tego, że znajdą się 3-4 osoby zainteresowane zajęciami i próbujące ze mną współpracować, jeśli pozostali zachowują się po prostu tak, jak gdyby mnie nie było w sali? Co mam na myśli? Ano to, że chodzą sobie swobodnie po klasie, rozmawiają, słuchają muzyki, grają w gry na komórkach, rozmawiają przez telefon... Jak mają lepszy humor, to organizują sobie zabawy towarzyskie - np. ostatnio trzech chłopców zwinęło kserówki ze "Spowiedzią Jacka Soplicy" w ruloniki i używali ich do strzelania kuleczkami z papieru. Na moje - przyznam, retoryczne - pytanie, co robią, odparli z rozbrajającą szczerością: "Bawimy się w Indian, psze pani". 17-letnie konie...
    Jak reaguję? Denerwowanie się nic nie da. Krzyczeć nie zamierzam, bo primo to nie w moim stylu, a secundo, jeśli mam pracować do 67 roku życia [zgodnie z najnowszymi pomysłami Ministerstwa Pracy], to muszę oszczędzać moje narzędzie pracy, jakim jest głos. Zwracam więc im oczywiście uwagę, informuję, że ich zachowanie przeszkadza mi w prowadzeniu zajęć [tak, jak by tego nie wiedzieli...], ostrzegam ich też otwartym tekstem, że każda akcja wywołuje reakcję, więc jeśli oni mnie olewają, to ja wobec nich zachowam się tak samo, kiedy przyjdzie na to odpowiednia pora. Na razie rzecz jasna nic sobie z tego nie robią, ale zaczną, spokojnie... Po zajęciach też skrzętnie "zbieram haki" używając języka polityki, czyli opisuję pojedyncze wybryki w ich klasowym Zeszycie Uwag. A poza tym staram się prowadzić lekcę na tyle, na ile jest to możliwe w takich warunkach. Niestety nie mam na dłuższą metę umiejętności mówienia pomimo hałasu, jestem bowiem słuchowcem i ciężko mi formułować logiczne stwierdzenia, jeśli zagłuszają mnie inne dźwięki. Dopóki więc mogę prowadzę wykład, a kiedy już nie daję rady, przenoszę się na tablicę, zapisując dłuuugachne notatki. Jest to ukłon w stronę tej garstki, która chce skorzystać z zajęć - kto chce, może przepisać i w połączeniu z kserówkami, które rozdaję na każdej lekcji [bo przecież towarzystwo z założenia nie ma podręczników] ma z czego nauczyć się do sprawdzianu w domu. Bo rzecz jasna wymagań nie obniżam i sprawdzam opanowanie tego materiału, który wyłożyłam.
    Półrocze zbliża się wielkimi krokami i doprawdy nie wiem, na co klasa zawodowa liczy. 2/3 uczniów będzie nieklasyfikowanych, ponieważ chodzą mocno w kratkę, a nie mam zamiaru przymykać oczu na nieobecności uczniów, którzy robią mi burdel, jeśli już się łaskawie zjawią. Już słyszę te jęki i wybuchy złości... No trudno. Należy mieć nadzieję, że jedna taka "pokazówa" wystarczy, żeby się uspokoili i w rezultacie na koniec roku wyjdą na prostą. A jeśli nie, no to cóż - czeka nas masa egzaminów poprawkowych i klasyfikacyjnych w sierpniu.

    Z mojego własnego podwórka - niepokoi mnie Sylwia, czyli Młoda Gniewna. Od czasu konkursu rzadko pokazuje się w szkole, tzn. nie ma jej całymi dniami albo jest obecna tylko na środkowych lekcjach [bo na pierwsze zasypia, a na ostatnich nie może już wysiedzieć]. Pech w tym, że język polski mają prawie zawsze rano, więc jak tak dalej pójdzie, to też może się okazać, że zabraknie jej obecności do klasyfikowania. Co więcej, kiedy już się pojawia, to obserwuję u niej wyraźne "rozprężenie". Dla przykładu - na lekcji o "Quo Vadis" [porównanie świata rzymskiego i chrześcijańskiego] bez przerwy ukradniem czytała książkę [nie wiem, co to było, sądząc po okładce jakaś fantastyka]. Próbowałam zwracać jej uwagę na początku w sposób żartobliwy, żeby pozwolić jej wyjść z sytuacji z twarzą, ale uparcie wracała do lektury - nie uważając, nie słuchając, nie notując... Oświadczyłam, że jeśli skontroluję jej zeszyt pod koniec zajęć i nie będzie miała kompletnej notatki, to dostanie jedynkę - na co zareagowała typowym dla siebie wybuchem złości [choć muszę przyznać, że bez bluzgów], w finale wykrzykując, że to przecież jej zeszyt i to jej sprawa, co w nim ma i czy ma notatki pod lekcją, czy nie. Odparłam, że obowiązkiem ucznia jest notować i owszem, ma wybór o tyle, że zna konsekwencje - czyli niedostateczny w przypadku braku zapisanej przeze mnie na tablicy notatki. Jeśli tak woli, to proszę bardzo, może nie pisać. Efekt był taki, że jednak uzupełniła tekst, ale była wyraźnie wściekła, a następnego dnia znów nie pojawiła się w szkole.
    Będę jej musiała sumiennie podliczyć obecności pod koniec semestru i jeśli okaże się, że jest ich za mało [czyli mniej, niż połowa], to wystawię jej enkaela. Uwierzcie, cholernie nie chcę tego robić, ale nie będę miała wyjścia. Jeśli przymknę oko ze względu na jej udział w konkursie oraz na to, że dziewczę czyta lektury i generalnie ma z polskiego piątki z czwórkami [a to u mnie nie jest łatwe do zrobienia i ja zdaję sobie z tego sprawę], to w drugim semestrze zacznie mnie olewać na całego. Bardzo trudno wyciągać przykre konsekwencje wobec ucznia, którego się autentycznie lubi - ale jeśli odpuszczę, to zrobię jej krzywdę. Ewidentnie nie nauczono jej, że ponosi się odpowiedzialność za to, co się robi. Tylko dlaczego kurna ja mam być osobą, która ma jej to młotem pneumatycznum wbić do głowy?

niedziela, 4 grudnia 2011

"Szczenięce" lata

    W ostatnim poście starałam się wyjaśnić Wam, jak to się stało, że zostałam nauczycielem języka polskiego. Skupiłam się głównie na wpływie, jaki wywarła na mnie pani Mirosława, moja polonistka z podstawówki. Potem nadmieniłam, że paradoksalnie wytrwałam przy wyborze swojej drogi zawodowej mimo czterech lat licealnego koszmarku. Tych z Was, drodzy czytelnicy, których nie znudziły smocze refleksje o przeszłości, zapraszam na ciąg dalszy opowieści. A reszta - no cóż, musi uzbroić się w cierpliwość i poczekać, aż małpki zmalują coś, co będzie warte zrelacjonowania.
  
    Co mam zatem do zarzucenia polonistce licealnej, mojej wychowawczyni, zwanej przez nas z racji wyglądu Szczeną? Można by to w sumie ująć w stwierdzeniu, że zawód nauczyciela jest ostatnim, który powinna wykonywać - a niestety wiem, że pracuje w moim liceum do dziś. Co więcej, jest obecnie wicedyrektorką tej placówki, czyli osobą odpowiedzialną za kwestie wychowawcze. Mu-hahaha... Swoją tezę mogę poprzeć kilkoma argumentami, z których według mnie najważniejszy to taki, że jest to zgorzkniała, nieprzyjemna kobieta, która nienawidzi świata, ludzi i pewnie siebie samej też. Po miasteczku [znacie zapewne te prowincjonalne, krążące legendy...] powtarzana była opowieść, że Szczena w młodości straciła narzeczonego [który ponoć został zamordowany] i tym tłumaczono jej wrogie nastawienie do wszystkiego, co się rusza. Nie wiem, ile w tym prawdy - i szczerze mówiąc średnio mnie to interesuje - faktem jest natomiast, że skończyła jako brzydka, stara panna mieszkająca z matką i nie utrzymująca kontaktów towarzystkich. O tym, że bardzo rzadko się uśmiecha, świadczyć mogą nawet jej bardzo wąskie, wiecznie zaciśnięte usta. W ogóle wiało od niej  wiecznym chłodem, a jej twarz, niczym maska, nie wyrażała praktycznie żadnych uczuć. Rzadko się nawet denerwowała, co z dwojga złego byłoby chyba lepsze - złość oznacza jakieś emocje, byłaby sygnałem, że pod tą skorupą coś się jednak kryje. A tu nic... Martwy głos, martwe oczy, martwa facjata, czyli lekcja z Zombie-Żywym Trupem.
    Co z tego wynika? Wyobraźcie sobie martwego polonistę, opowiadającego beznamiętnym głosem, jak Kochanowski rozpaczał po śmierci córki, Mickiewicz tęsknił za ojczyzną na paryskim bruku, a Przybyszewski był do tego stopnia bezczelny, że uwiódł żonę Kasprowiczowi, który go przyjął pod dach swojego domu. Lekcje ze Szczeną było to 45 minut wykładu, prowadzonego z pożółkłych zeszytów, pamiętających zapewne okres studiów zasuszonej kobieciny. Biada natomiast temu, kto by nie notował i potem przy odpowiedzi usilował używać swoich własnych sformułowań: "Nic nie umiesz, siadaj, niedostateczny". Jak już bowiem wspominałam w poprzednim poście, najgorszą zbrodnią u Szczeny był własny punkt widzenia lub jakakolwiek krytyczna refleksja na temat tego, co wyłożyła na lekcji.
    Przypuszczam, że kiedy na liście swojej klasy zobaczyła laureatkę olimpiady polonistycznej [czyli mnie], musiała wznieść oczy ku niebu i westchnąć: "Oj, będą kłopoty". Najpierw jednak zajęła się pacyfikowaniem Piotra, innego klasowego humanisty - tyle że historyka i poety - który miał na nieszczęście być jednocześnie dyslektykiem [co jednak nie przeszkodziło mu potem w ukończeniu studiów polonistycznych ze specjalizacją edytorską]. Przez miesiąc niemal na każdej lekcji go poniżała i wprost mówiła, że nie powinien się uczyć w klasie humanistycznej, aż chłopak się wkurzył i zmienił szkołę. Co do mnie, ograniczała się do zaniżania mi ocen, jak tylko mogła [wiecie, że przez 4 lata tylko dwa razy postawiła mi dostateczny z wypracowań - i była to rzecz jasna najwyższa ocena?]. Z wielką łaską tylko stawiała mi bardzo dobry na koniec roku, musiała bowiem rozumieć, że gdyby tego nie zrobiła, to złożyłabym podanie o egzamin komisyjny, który bym zdała. A kiedy na początku trzeciej klasy poszłam do niej i powiedziałam, że chciałabym iść na olimpiadę polonistyczną, popatrzyła tylko i wycedziła: "No i co z tego?".
    Cóż, był to już jednak dla mnie ten etap fascynacji literaturą, że nawet Szczena nie była w stanie wybić mi jej z głowy, tyle, że musiałam się poruszać na tym polu na własną rękę. Wiedziałam po prostu, że liceum to "noc Apuchtinowska", którą muszę wytrzymać, żeby potem wreszcie móc robić to, co kocham. Jeśli uświadomicie sobie, że żyłam z takim nastawieniem przez cztery lata, to nie zdziwicie się mojej reakcji na pierwszym wykładzie - zresztą z literatury staropolskiej - jaki miałam na studiach. Po prostu popłakałam się ze wzruszenia, że ktoś wreszcie opowiada o tym tak, jak to POWINNO być robione. Notabene ten wykładowca [świetny mówca, do tego stopnia, że wielokrotnie po zajęciach dostawał brawa od studentów] był potem recenzentem zarówno mojej pracy licencjackiej, jak i magisterskiej, miałam więc możliwość podziękowania mu i opowiedzenia o tym zdarzeniu. Myślę, że zrobiło mu się miło :)

    Wracając jeszcze do Szczeny - o ile nie jesteście zbyt zmęczeni - to oprócz tego, że była najgorszą polonistką, jaka mogła mi się trafić, to całkowicie nie nadawała się na wychowawcę. Jestem zresztą pewna, że całkiem świadomie robiła wszystko, żeby nas, uczniów, skłócić między sobą, bo rozbitym stadkiem o wiele łatwiej jest manipulować. Mogłabym przytoczyć na to wiele przykładów, ale opowiem o jednym, dla mnie osobiście najbardziej przykrym.
    W naszej szkole był zwyczaj organizowania przeglądu pod nazwą "Małe formy teatralne", prezentowanych z okazji Dnia Patrona. Chętne klasy przygotowywały krótkie spektakle [zwykle jakieś skecze kabaretowe czy kilka piosenek przy akompaniamencie gitary], a potem jury złożone zarówno z nauczycieli, jak i uczniów, wybierało najlepszy. I moja klasa - potwornie niezgrana, rozbita na grupki i wewnętrzenie skonfliktowana - w trzecim roku stwierdziła, że skoro jesteśmy "humanistami", to wypadałoby coś wreszcie przygotować. Ja, Kasia [ta sama, której dziękowałam w poście Bajka] oraz jeszcze dwie inne osoby napisaliśmy autorski scenariusz, który był parodią seriali brazylijskich. Praca nad przygotowaniem tego spektaklu to najlepsze wspomnienia, jakie mam z liceum, bo zaangażowała się w to naprawdę cała klasa - każdy albo miał jakąś drobną rolę, albo chociaż przygotowywał dekoracje czy pracował przy ścieżce dźwiękowej. Świetnie się przy tym bawiliśmy, spotykaliśmy się po lekcjach i ćwiczyliśmy tak intensywnie, jak byśmy kandydowali do Oscara.
     Szczena, zapewne zaniepokojona naszym mlodzieńczym zapałem, usiłowała zrobić wszystko, by nas zniechęcić - głównie powtarzając nam na próbach, że to jest beznadziejne, głupie i w ogóle mało zabawne, więc żebyśmy nie robili z siebie pośmiewiska przed całą szkołą, tylko się wycofali. Nie posłuchaliśmy jej... i zdobyliśmy pierwsze miejsce. Dzięki temu jako reprezentanci liceum mieliśmy odegrać nasz spektakl na przeglądzie teatralnym organizowanym w miejscowym Domu Kultury, gdzie startowały już szkoły z całego województwa. Polonistka znów zaklinała nas na wszelkie świętości, byśmy się nie kompromitowali - a my znów jej nie posłuchaliśmy i tym razem zajęliśmy miejsce drugie.
    Jaki był finał tej historii? Ano taki, że Szczena jakiś tydzień potem przyszła do nas i ZAŻĄDAŁA tekstu tego przedstawienia [właśnie tak - ona nawet o niego nie poprosiła, tylko się go domagała], bo obiecała go na apel swojej znajomej polonistce z innej szkoły. Kiedy klasa nieśmiało odmówiła, nauczycielka dała niedwuznacznie do zrozumienia, że jeśli nie chcemy mieć bardzo złych ocen na koniec roku, a potem problemów na maturze, to lepiej, żeby ten tekst znalazł się u niej jutro na biurku.
    I w tym momencie klasa podzieliła się na dwa - a w zasadzie trzy - obozy:
    - obóz pierwszy: biedni, wystraszeni konformiści, którzy stwierdzili, że wobec takiego dictum nie mamy wyjścia, jak tylko udostępnić Szczenie tekst sztuki
    - obóz drugi: trzech współautorów sztuki, którzy powiedzieli, że postąpią tak, jak zdecyduje większość
    - obóz trzeci: jednoosobowy, składający się z Dragonki, czwartej współautorki tekstu, która oświadczyła, że takiego wała, po jej trupie i to bez względu na konsekwencje.

    Czego ja się nie nasłuchałam, kiedy przedstawiłam moje veto klasie... [do którego MIAŁAM PRAWO, jako współautor sztuki] W wyzwiskach naprawdę nie przebierano [uwierzcie, nawet małpki by się podobnego reperturaru nie powstydziły], grożono mi nawet pobiciem. Nie ugięłam się, Szczena tekstu nie dostała, choć rzecz jasna powiedziano jej, kto się sprzeciwił. Nie muszę chyba mówić, że miałam u niej przerąbane do końca szkoły, a i klasa skazała mnie na wyraźny ostracyzm. Do tego stopnia, że nie miałam ochoty pójść jeszcze rok później na własną studniówkę, bo stwierdziłam, że nie będę się uśmiechała do tych pajaców przez cały wieczór - i to jeszcze za ciężkie pieniądze, które notabene wydałam na komplet podręczników, z których korzystałam potem na studiach. A jedyną osobą z czasów licealnych, z którą utrzymuję kontakt, jest właśnie Kasia.
    A morał z tej bajki jest chyba tylko taki, że co cię nie zabije, to cię wzmocni :)

piątek, 2 grudnia 2011

Smocza droga do szkoły

    W takiej szkole jak moja nigdy nie jest nudno, nie zawsze jednak dzieje się coś aż tak spektakularnego, by wymagało osobnego posta. W oczekiwaniu więc, aż "małpich numerów" się nazbiera, przygotowałam wpis trochę bardziej prywatny, choć wciąż zgodny z tematyką tego bloga.

Panowie i Panie - jak to się stało, że Dragonka została nauczycielem?

    Wypadałoby zacząć od tego, że każdy jako dziecko snuł marzenia, kim zostanie, kiedy dorośnie - nie inaczej rzecz jasna było ze mną. Jako całkiem małe smoczątko nie byłam oryginalna, chciałam bowiem zostać księżniczką. No bo wiecie, księżniczki z perspektywy kilkulatki mają przecież tak fajnie: jeżdżą do przedszkola karetą, nie muszą sprzątać pokoju, paradują w pięknych, błyszczących, kiczowatych sukniach, a przede wszystkim są bardzo piękne i przez wszystkich podziwiane. Kiedy jednak byłam troszkę starsza, tzn. wylądowałam w podstawówce, zaczęłam myśleć poważniej o swojej przyszłości i wykombinowałam, że zostanę psychologiem, jak Seniorka. Dość odważne marzenie, jak na siedmiolatkę - pamiętam niedowierzanie na twarzach dorosłych, którym całkiem serio mówiłam o swoich planach. I gdyby kilka spraw potoczyło się inaczej, to zapewne zostałabym tym psychologiem - wielokrotnie słyszałam opinie, że nadawałabym się do tego zawodu [Seniorka nawet powiedziała mi kiedyś wprost, że jej zdaniem minęłam się z powołaniem, wybierając polonistykę], a moi znajomi często podkreślają, że po szczerych rozmowach ze mną czują się tak, jak by zleźli z kozetki terapeutycznej :) Sama też myślę, że gdybym musiała wybrać inne zajęcie, niż bycie nauczycielem, to byłby to psycholog. Ale jednak nim nie jestem. Dlaczego?
    Grunt przygotowano jeszcze w moim domu rodzinnym, w którym bardzo dużo się czytało, a książki były obecne na każdym kroku. Dopóki byliśmy z bratem mali, do wieczornych rytuałów należało czytanie nam na dobranoc przez któreś z rodziców. Oczywiście głównie bajki, ale także tzw. klasyka w postaci mitologii greckiej [rzecz jasna w wersji okrojonej, przeznaczonej dla dzieci], powieści Sienkiewicza czy nieśmiertlelnych "Ań z Zielonego Wzgórza", "Małych Lordów" i "Małych Księżniczek". Potem jednak, kiedy poszłam do szkoły, rozdzice "przestali mieć czas" [taka była oficjalna wersja :)], więc musiałam zacząć czytać sama - choć słowo "musiałam" należy wziąć w duży cudzysłów, bo nie stanowiło to dla mnie żadnego problemu. Począwszy od pierwszej klasy podstawówki zaczęłam pochłaniać książki kilogramami, a że - jak już wspomniałam - było ich u nas w domu zatrzęsienie, to naprawdę miałam w czym wybierać. Czytanie zresztą aż do końca ósmej klasy właściwie zastępowało mi świat, bo z racji swoich zainteresowań nie miałam zbyt wiele koleżanek i szybko zaczęłam uchodzić za dziwoląga. Dopiero w liceum trochę się towarzysko "rozkręciłam", choć też nie na tyle, by z czytania zrezygnować. Notabene ilość czasu, jaką poświęcałam na lekturę, w rezultacie skłoniła mnie do zrezygnowania ze szkoły muzycznej. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że muszę wybrać, bo obie gałęzie sztuki - i literatura, i muzyka - są bardzo czasochłonne i nie jestem w stanie zajmować się nimi na raz. Zdecydowałam, że czytanie sprawia mi więcej przyjemności, niż gra na skrzypcach :) Z perspektywy czasu nie mam wątpliwości, że wybrałam dobrze, a moi sąsiedzi na pewno odetchnęli z ulgą, kiedy przestałam rzępolić...
    Tym niemniej - nie każda osoba, która lubi czytać, ląduje na polonistyce, a przypominam, że poważnie chciałam zostać psychologiem. Zwrot akcji zawdzięczam mojej polonistce z podstawówki. Nie był to typ kochanej i dobrej pani, do której lgną dzieciaki. Zapamiętałam panią Mirosławę jako wysoką, chudą kobietę w średnim wieku, energiczną, stanowczą i na pewno nie pozwalającą wejść sobie na głowę. Dużo wymagała, ale też dobrze tłumaczyła. Nie była na pewno osobą ciepłą, nie żartowała z uczniami i na pewno nie skracała dystansu, a otrzymać wyraźną pochwałę z jej ust było wyczynem. Zależało jej natomiast wyraźnie, byśmy nie traktowali nauki o języku, literaturze i kulturze polskiej jak dopust Boży, tylko jako coś interesującego, fajnego i zabawnego. Zadawała ciekawe tematy wypracowań i prac domowych, o bohaterach literackich mówiła bez szkolnego zadęcia [tak, jak by mówiła o żywych ludziach], tam, gdzie się dało, wprowadzała na lekcje elementy teatru.
    No i cóż, muszę przyznać, że z gromadki uczniów "wyłapała" mnie dość szybko. Pamiętam, że już pod koniec piątej klasy podstawówki powiedziała mi, że chciałaby mnie wysłać na olimpiadę polonistyczną, pod warunkiem, że poprawię ortografię. Sadziłam bowiem potworne błędy, do tego stopnia, że byłam podejrzewana o dysleksję [a jest to efekt mojej bardzo kiepskiej pamięci wzrokowej]. I rzeczywiście - w ósmej klasie Dragonka przysiadła i przeryła sumiennie materiał z góry na dół pod czujnym okiem pani Mirosławy [do dziś pamiętam, jak siedziałam u niej w domu w drugi dzień świąt bożonarodzeniowych nad talerzem sernika... i tłukłam wykresy zdań wielokrtotnie zlożonych :)]. Nasza ciężka praca przyniosła efekt, bowiem zostałam laureatką tej olimpiady na szczeblu wojewódzkim [ogólnopolskiego już nie organizowali]. Wtedy też zaczęła kiełkować we mnie idea, że może jednak wystarczy już tych psychologów w rodzinie, a ja się lepiej zajmę literaturą polską.
    Potem nastąpiły cztery lata liceum, które dość przewrotnie umocniły mnie w moim pomyśle. Trafiło mi się bowiem potworne, wredne, żmijowate - i z perspektywy lat wiem też, że zwyczajnie niedouczone - babsko od polskiego, będące na dodatek moją wychowawczynią. Pałałyśmy do siebie wzajemnie szczerą, nieskrywaną antypatią. "Szczena" [skąd taka ksywa? - przeczytaj tutaj] najbardziej nie znosiła uczniów, którzy coś od niej chcą i nie dają sennym głosem prowadzić wykładu, więc obecność w klasie uczennicy, która zadaje pytania i pragnie się dowiedzieć czegoś więcej, musiała być dla niej prawdziwym koszmarem. Toczyłyśmy mniej lub bardziej otwartą wojnę przez całe liceum, a w klasie maturalnej powiedziała mi przy wszystkich, że ja się w życiu nie dostanę na polonistykę, a już na tę uczelnię, na którą planowałam zdawać [czyli bardzo dobrą], to już jej kaktus na dłoni prędzej wyrośnie...
    Hmm... Na 240 przyjętych osób miałam 14 wynik od góry. Cholera, nic mi nie wiadomo o tym, by jej rzeczywiście wyrosła na ręce jakakolwiek roślinka.
    Na zakończenie wypada stwierdzić, że początkowo rozważałam, czy nie iść jednak w stronę edytorstwa albo dziennikarstwa, ale potem odkryłam, że jeszcze większą frajdę od uczenia się o literaturze, daje mi OPOWIADANIE o tym innym ludziom. A stąd już była prosta droga za belfrowskie biurko.
   Ergo, drogie mamy i drodzy tatusiowie - uważajcie na nauczycieli swoich pociech. Co będzie, jeśli zarażą ich miłością do danej dziedziny naukowej?

poniedziałek, 28 listopada 2011

Konkurs recytatorski

    Ze względów logistycznych postanowiłam, że najlepiej będzie, jeśli przyjadę po Sylwię [Młodą Gniewną] do domu i razem pojedziemy do MDK-u, w którym miał się odbyć konkurs. Wprawdzie dziewczę z początku próbowało wybić mi ten pomysł z głowy, ale sobie nie dałam.

    - To chyba nie jest najlepszy pomysł. - stwierdziła.
    - Czemu?
    - Bo ja mieszkam na dość nieciekawym osiedlu...
    - Nie przesadzaj, przecież to nie Bronx. - odparłam wiedząc, że dzielnica Sylwii owszem, do najlepszych nie należy, ale z drugiej strony nie jest to jednak Kraina Latających Siekier.
    - No poważnie. Tam cały czas przesiadują na ławkach różni nieciekawi kolesie...
    - O 9 rano też?!
    - No czasem też.
    - Jednak zaryzykuję. A ty możesz powiedzieć wcześniej kolegom, że w poniedziałek rano przyjedzie po ciebie wychowawczyni, więc mają jej nie stuknąć.

    Pojechałam, oczywiście strasznie nie było. Ot, zwykłe, smutne blokowisko, jakich mnóstwo w Polsce i notabene podobne do takiego, w jakim sama się wychowałam. Byłam o umówionej godzinie, Sylwia już na mnie czekała i zaraz wyszłyśmy. Nie zdążyłam za bardzo przyjrzeć się warunkom, w jakich mieszka [a co myślicie - radar wychowawcy jest zawsze włączony :)] - zauważyłam tylko, że jakkolwiek mieszkanie wyraźnie domaga się remontu, to było czysto i nie śmierdziało niczym podejrzanym. Po drodze starałam się zagadać uczennicę na wszelkie sposoby [żeby nie myślała o występie], ale nie była zbyt rozmowna - tzn. grzecznie odpowiadała na pytania, ale na tym koniec. Dałam jej więc w końcu spokój.
    A sam konkurs? Tak się złożyło, że Sylwia występowała jako pierwsza, co i dobrze, nie miała bowiem czasu się porządnie zdenerwować. I de facto była zdaje się najbardziej wyluzowanym uczestnikiem. Myślę zresztą, że dopiero po obserwacji innych dzieciaków - ich tremy, zaangażowania, panikowania opiekujących się nimi nauczycielek - zdała sobie sprawę z tego, na co się porwała. A uczestnicy przejmowali się tak, jak by chodziło o galę wręczenia Oscarów, albo chociaż Fryderyków. Jeden z chłopców tak się denerwował, że mało się nie popłakał i jego opiekunka poważnie zastanawiała się nad odwołaniem występu wychowanka. A bezpośrednio po Młodej Gniewnej startowała grupka dziewcząt z Katolickiego Gimnazjum - wszystkie w jednakowych, sztywnych mundurkach, z tarczami szkoły przyszytymi do klap marynarek, recytujące swoje utwory płaczliwo-natchnionym głosem. Notabene po występie siadły sobie na widowni w drugim rzędzie i bez przerwy nawijały między sobą, zupełnie nie przejmując się tym, że przecież przeszkadzają innym uczestnikom. Miałam ochotę podejść i objechać je od góry do dołu, ale po pierwsze siedziałam w pewnej odleglości i moja interwencja też narobiłaby niepotrzebnego zamieszania, a po drugie opiekująca się dziewczętami siostra zakonna nie wyglądała na szczególnie sympatyczną...
    Sama Sylwia - obiektywnie mówiąc - wypadła przeciętnie, ale też nie tak, by się miała czego wstydzić. Laureatką konkursu raczej nie zostanie [wyniki będą w środę], ale powiedziała poprawnie, zrozumiale, nie za szybko, na luzie, a w tekście się nie pomyliła [co innym uczestnikom konkursu się zdarzało]. Zrobiła to tak dobrze, jak potrafiła, jestem z niej zadowolona, co rzecz jasna bardzo wyraźnie jej powiedziałam. Dostałam poza tym polecenie służbowe od Wicedyry, żeby kupić jej jakąś książkę za to, że wystąpiła. Poszukam jej jakiegoś fajnego wyboru wierszy współczesnych, wykaligrafuję dyplom i wręczę uroczyście przy klasie. A co :) Może za rok też będzie miała ochotę wystąpić?

czwartek, 24 listopada 2011

Dowody sympatii

    O uczniach mojej szkoły można powiedzieć różne rzeczy, ale na pewno nie to, że są fałszywi. Oczywiście uogólniam, bo pewnie wyjątki się trafiają, ale generalnie te dzieciaki są bardzo szczere w okazywaniu, co o tobie myślą - i to zarówno pozytywów, jak i negatywów. Mają w nosie zadasy dobrego wychowania oraz to, co wypada, a czego nie wypada robić, więc jeśli "coś do ciebie mają", to na pewno dadzą ci to odczuć - i to w najmniej wybredny sposób. I na odwrot, kiedy poczują do ciebie sympatię czy zaufanie, też ci to okażą, choć trzeba przyznać, że w czasem dość zaskakujący sposób, o czym właśnie zaczynam się przekonywać.
    Najpierw jednak mała dygresja. Rzecz jasna fakt, że kogoś polubią, nie oznacza automatycznie, że stają się grzeczni, przestają robić numery, a zaczynają siedzieć prosto i używać słów: "proszę", "dziękuję" i "przepraszam". No nie wymagajmy od nich niemożliwego... Zmienia się natomiast kaliber wybryków, bo wyraźnie widać, że nie są wymierzone personalnie w nauczyciela, nie mają na celu dotknięcie go czy zrobienie mu przykrości - tylko są formą dość specyficznego żartu.

    A zatem, Panie i Panowie: dużo wskazuje na to, że dwie spośród klas, które uczę, mnie lubi. Dodatkowo cieszy mnie fakt, że są to akurat klasy, które uczę już drugi rok - czyli moja osobista małpiarnia oraz 3A [ta, do której chodzą m.in. Sebastianek i Karolek]. Znaczy to bowiem, że Dragonka zyskuje przy bliższym poznaniu. Jak pewnie zdążyliście wyczytać między wierszami, nie należę do łagodnych nauczycieli i sporo wymagam [nawet w Zoo...], a to w oczywisty sposób budzi początkowo sprzeciw i bunt. Staram się jednak, by moje oczekiwania były jasne, przestrzegam też reguł, które ustaliłam i staram się traktować uczniów fair. Żeby to zaobserwować, potrzeba jednak czasu.
    Zebrałam dla Was dziś garść "promyczków", czyli dowodów sympatii, z którymi się spotykam. Możecie wierzyć lub nie, ale takie pozorne drobiazgi na długo poprawiają mi humor i dają energię do dalszej pracy. Kiedy zdarza się taka perełka, to ja naprawdę czuję, że nie zamieniłabym swojego zawodu na żaden inny. Zresztą, po co ja tworzę tu jakieś górnolotne zdania... To po prostu cholernie miłe - i już :)

1) Stoję po pracy na przystanku i czekam na swój tramwaj. Naraz słyszę z innego tramwaju, który wlaśnie miał odjeżdżać z tego samego miejsca, bardzo głośne łomotanie. Patrzę - a tam trzech klientów z 3A najwidoczniej postanowiło w dość spontaniczny sposób powiedzieć mi "do widzenia". Przywarli do szyby, zaczęli w nią uderzać dłońmi, a także machać do mnie i coś wołać :) Szczerze mówiąc wyglądali w tym momencie troszkę, jak uczniowie ze szkoły specjalnej, ale oczywiście odmachałam im z takim samym zapałem, a na koniec zasalutowałam.  A co... Miny ludzi na przystanku - bezcenne :)

2) Lekcja gramatyki w mojej klasie - powtórka z części zdania. Tłumaczę coś zawzięcie, a w ostatniej ławce Alkonek z kolegą gadają w najlepsze. Zwracam im uwagę raz, drugi, kolejny - nie skutkuje. Zaczyna mnie to już denerwować i zachodzę w głowę, jak ich skutecznie przywołać do porządku [spróbować ich przesadzić? przepytać i powstawiać gały?], gdy nagle jak się Emilka nie rozedrze: (uwaga, będzie niecenzuralnie) "K***, zamknąć ryje wreszcie! Na przerwie jesteście, czy co?!" Chłopaki tak zdębieli, że momentalnie ucichli, a mój banan na ustach mówił wszystko...
Notabene na tej samej lekcji dwie osoby SPECJALNIE przeniosły się do pierwszej ławki w rzędzie koło mojego biurka [które to miejsca zawsze są puste], żeby lepiej widzieć z tablicy...

3) Mam zasadę, że jeśli klasa pracuje sprawnie i w związku z tym szybciej zrealizujemy przewidziany temat, to nie wymyślam niczego na siłę, tylko daję im "czas wolny", tzn. po prostu sobie gadamy na życiowe tematy. Trafiło się tak w 3A - zaczęliśmy rozmawiać o egzaminach gimnazjalnych, a także o tym, co zamierzają robić po skończeniu szkoły. Ala i Rafał stwierdzili, że na pewno zostają w Zoo, tzn. idą tutaj do zawodówki. "Uuu... - zaczęłam współczującym tonem. - To przy odrobinie pecha dalej będziecie mieli ze mną polski...". "Czemu pecha? - zdziwili się zgodnie. - Fajnie by było, gdyby nas pani uczyła."

4) No i akcja z dzisiaj, którą szczególnie doceniam.
    Znów 3A. Zajęcia przebiegły w normalnej, życzliwej atmosferze, a ponieważ już dawno ta klasa nie odstawiła mi żadnego numeru, to udało im się uśpić moją czujność. To była zarówno ich, jak i moja ostatnia lekcja. Wypuszczam ich po dzwonku z klasy, żegnamy się miło, ktoś tam mnie o coś zapytał, odpowiadam, zamykam salę, oni sobie idą. Kiedy szłam już na górę, wrócił się Karolek i mówi do mnie:
   - No niech pani otworzy klasę.
   - Co się stało, zapomniałeś czegoś? - spytałam.
   - No niech pani otworzy...
   Otworzyłam... a tam z tyłu sali spokojnie pali się na płytkach PCV plastikowy długopis. Karolek uśmiechnął się do mnie, po czym bez słowa podszedł i zgasił zalążek pożaru butem.
   - Dziękuję ci. - powiedziałam całkiem poważnie.
   - Ale to nie ja! - odparł w odruchu obronnym.
   - Tak się domyślam, bo byś tu pewnie nie wrócił. Tym bardziej dziękuję i doceniam.
   Otóż moi drodzy, ta klasa znana jest w szkole ze skłonności do odstawiania różnych numerów, czasem chamskich i niebezpiecznych. Mają na koncie między innymi zalanie sali czy rozkręcenie biurka nauczycielowi - mnie dla przykładu kiedyś zamknęli w klasie [a sami wyszli oknem], a także zabrali mi z biurka tomik wierszy, który potem znalazłam podarty w koszu na śmieci. Jak się możecie domyślić, panuje u nich niepisana zasada, że pod żadnym pozorem nie wolno wydać sprawcy, ani nawet przeszkodzić mu w zrobieniu "kawału", bo bycie kapusiem ["sprzedawcą", jak oni to określają] to najgorsze ze wszystkiego. W świetle tego prawa naprawdę zdaję sobie sprawę, czym było dla Karola wrócenie do sali i zgaszenie tego długopisu.
    Hmm... A może perspektywa zostania ojcem sprawiła, że chłopak nabrał trochę rozumu?

piątek, 18 listopada 2011

Oswajanie Młodej Gniewnej

    Kilka dni temu wreszcie pojawiła się u mnie rodzicielka Młodej Gniewnej - rychło w czas, zważywszy na to, że jej córka jest moją wychowanką od lutego... Cóż mogę powiedzieć - kartkę z ocenami dostała, dziennik pod kątem wagarów przejrzała, Naganę Wychowawcy odebrała, na latorośl ponarzekała i poszła. Ogólnie sprawia wrażenie miłej kobiety, ale jak najbardziej potwierdzają się stwierdzenia, które mam w opiniach Sylwii napisanych przez poprzednią wychowawczynię oraz pedagoga szkolnego - tzn. że rodzice kompletnie sobie z dzieckiem nie radzą i rozkładają ręce. Matka nie usiłowała dziewczyny bronić czy jej usprawiedliwiać, ale wprost i bez żadnego zażenowania stwierdziła, że nie ma pojęcia, jak z nią rozmawiać. Bąknęła coś, że kuratorka Sylwii stara się o załatwienie jej miejsca na terapii dla sprawców przemocy, któremu to pomysłowi rzecz jasna ochoczo przyklasnęłam. Dobrze by było, gdyby tam wylądowała i nauczyłą się, jak radzić sobie z własną agresją.
   Przy okazji usiłowałam podpytać matkę, jakie jest jej zdaniem źródło tej złości i kiedy to się zaczęło. Z papierów wynika, że dziewczyna ma normalną rodzinę [no chyba, że o czymś nie wiemy...], a przecież taka ilość negatywnych emocji nie mogła się wziąć z powietrza. Co, wstała pewnego ranka z łóżka i bez powodu stwierdziła, że kogoś pobije czy zgnoi? Mało prawdopodobne... Ale rodzicielka po raz kolejny bezradnie rozłożyła ręce i oświadczyła, że nie ma pojęcia i nie wie o niczym niepokojącym, co mogło wpłynąć na zachowanie Sylwii. Tjaaa... Odnoszę wrażenie, że ta kobieta w ogóle nie ma pojęcia, jakim człowiekiem jest jej dziecko i w jakim świecie żyje.
    Co do mnie - staram się, by Sylwia mi ufała, ale jednocześnie pokazuję jej, że musi przestrzegać pewnych zasad, od których odstępstw nie będzie. Dla przykładu - dostałam sygnał [uwaga w zeszycie plus rozmowa z nauczycielką], że dziewczę całą matematykę siedziało w ostatniej ławce i miało lekcję "w głębokim poważaniu"... bo czytało zapamiętale "Małego Księcia" [zadałam im to jako lekturę]. I bądź tu mądry, jak wytłumaczyć to zachowanie? Przychodzą mi do głowy dwie interpretacje:
   - tak pokochała język polski i literaturę, że w tym momencie miała wszystko inne w nosie [no wiem, jak to brzmi, nie śmiejcie się aż tak głośno...]
   - wykombinowała, że przymknę oko na jej wybryki z racji tego, że to "Mały Książę" oraz dlatego, że idzie na konkurs recytatorski.

    Niezależnie od powodu - zareagować trzeba. Wezwałam ją więc do siebie na rozmowę i bardzo spokojnie [co podkreślam] zmyłam jej głowę. Można by to zamknąć w stwierdzeniu, że jakkolwiek bardzo mnie cieszy fakt czytania przez nią zadanej lektury, to absolutnie nie może tego robić na lekcjach z innymi nauczycielami, bo lekcje są od tego, by na nich uważała i kropka.
    Zaczęłyśmy oprócz tego ćwiczyć konkursową recytację. Jeśli chodzi o tę kwestię, to się uspokoiłam, bo "siary nie będzie". Sylwia nie ma wybitnych zdolności aktorskich i nie ma co liczyć, że zdobędzie jakąś nagrodę [ale jak wielokrotnie podkreślałam - nie o to przecież chodzi], ale mówi na tyle poprawnie, żeby nie narobić sobie wstydu. Jak ćwiczymy? Zaczęłyśmy od omówienia, jak rozumie oba wiersze, jakie emocje ze sobą niosą, co chce nimi przekazać. A kiedy już te uczucia nazwała, to pracujemy nad tym, by nasączyć nimi każde słowo. Przy wierszu Bursy - w którym Sylwia chce przekazać pogardę i wyższość nad "miłym i mądrym facetem" - poleciłam jej, by wyobraziła sobie, że mówi utwór do osoby, która jest jej wrogiem, którą chciałaby zetrzeć na miazgę. Może to i niepedagogiczne - chociaż,chyba lepiej, kiedy wyraża takie emocje słowami, zamiast iść komuś przyładować? Sama pamiętam, że kiedy jako 12-13-letnia dziewczynka robiłam z babcią faworki i miałam wybić ciasto wałkiem, to wyobrażałam sobie, że ciasto to twarz mojej wuefistki, której szczerze nienawidziłam. Naprawdę dawało mi to niesamowitą siłę w rękach :)

   A na koniec wiadomość dnia, zupełnie niezwiązana z głównym tematem:

DAWIDEK JEST JUŻ W POGOTOWIU OPIEKUŃCZYM

   Czyli wreszcie będę mogła z resztą mojej osobistej małpiarni pracować w miarę normalnie...

piątek, 11 listopada 2011

Wystrój Smoczej Pieczary

    Dziś krótko i prywatnie, bo z powodu przedłużonego weekendu jestem dość rozleniwiona.
    Otóż Panie i Panowie - pożegnaliśmy ostatnio Havranka [poświęciłam mu onegdaj: post pierwszy oraz post drugi], mojego wieloletniego przyjaciela, a także jak do tej pory współlokatora. Zakupił sobie własną norkę i tak oto skończył się dla mnie etap mieszkania pod jednym dachem z "oswojonym", ale jednak bądź co bądź obcym człowiekiem. W pieczarze zostało więc nietypowe stadko, składające się ze Smoka, Hipopotama oraz Pumiszcza.
    Wczorajszy wieczór oraz znaczna część piątku zeszła nam na zagospodarowaniu przestrzeni, która zrobiła się wolna. Trzeba Wam wiedzieć, że niestety pomarańczowa jaskinia ma to do siebie, że jest niewielkich rozmiarów, w związku z tym trwa tu bezustanna walka o każdy centymetr przestrzeni. Z jakąż radością powitaliśmy więc dodatkową szafkę w łazience, półkę w kuchni, a Hipopotam komodę tylko i wyłącznie do swojej dyspozycji [nie będzie już musiał znosić smoczego bałaganiarstwa, takiego jak widać tutaj].
    Eks-Havrankowy pokój został też przyozdobiony jednym wyjątkowym "gadżetem". Rodzice Hipopotama przysłali nam kilka dni temu ich piękny, rodzinny zegar ścienny z 1954 roku. Jak wiedzą Ci z Was, którzy śledzą blog błotnego ssaka, ma on hopla na punkcie zegarów, ale muszę przyznać, że tego typu duże, stylowe czasomierze przyprawiają i Smoka o szybsze bicie serca. W mojej rodzinie też jest jeden piękny zegar - nawet jeszcze starszy, bo należał do mojego pradziadka, a po jego śmierci wisi w salonie taty. Przypuszczam jednak, że zgodnie z tradycją, zwyczajami czy jakkolwiek to nazwać, trafi kiedyś do mojego starszego brata, dobrze więc się składa, że rodzice Hipka uszczęśliwili nas tą pamiątką. Pasuje do wystroju mojej pieczary idealnie. A zreztą, zobaczcie sami:


    Skoro już się rozpędziłam i chwalę się wystrojem Smoczej Jaskini, to zmuszę Was do podziwiania jeszcze jednego nabytku. Jak Wam się podobają Czarne Owieczki? Spostrzegawcze osoby dostrzegą też na pewno na tym zdjęciu inne czarne stworzenie... :)


poniedziałek, 7 listopada 2011

Klasyka mniej klasyczna

    Zaczynam omawianie z trzecimi klasami "Balladyny" Słowackiego. Prywatnie bardzo lubię ten utwór - mam do niego sentyment jeszcze z własnej podstawówki. Nasza polonistka [zresztą, jeden z kilku Mistrzów, których spotkałam na swojej drodze edukacyjnej- to ona zaraziła mnie miłością do języka i gdyby nie ona, pewnie skończyłabym jako psycholog] przy omawianiu tej lektury podzieliła klasę na zespoły i poleciła przygotować każdej grupie inscenizację fragmentu sztuki rozgrywającego się w chacie Wdowy. Moja grupa była "z tych ambitnych", więc dodatkowo zagraliśmy też zamordowanie Aliny. Balladynę grałam ja [z moim wrednym charakterem - jakże by inaczej :)], natomiast Aliną była koleżanka z klasy, za którą delikatnie mówiąc nie przepadałam. Jak możecie się domyślić, cała scena morderstwa wyszła bardzo realistycznie...
    Rzecz jasna w Zoo do głowy by mi nie przyszło zadać uczniom fragment sztuki do nauczenia się na pamięć, a potem do odegrania przed klasą [popatrzyliby na mnie, jak Łukaszenka, którego poprosiliby o dobrowolne oddanie władzy]. Tym niemniej postaram się zrobić co w mojej mocy, aby Małpki zainteresować lekturą, a część może nawet skłonić do jej przeczytania. Notabene znów miałam ubaw, kiedy zeszłam przed zajęciami do biblioteki wypożyczyć kilka egzemplarzy książki [żeby było choć po jednej na ławkę]. Bibliotekarka widząc mnie stwierdziła: "Właśnie w piątek kilkoro uczniów poprosiło o "Balladynę", tak właśnie pomyślałam, że na pewno pani zadała im to do przeczytania...".
    Jak poszła pierwsza lekcja z tego tematu w 3A? Rutyna - sprawdzian z treści zrobiłam, trochę jedynek nawstawiałam, choć i pozytywne oceny się trafiły [jedno dziewczę przeczytało lekturę i chyba zdążyło ją streścić kilku kolegom na przerwie]. Potem - w ramach przybliżania treści - kartkowaliśmy sztukę i zapisywaliśmy plan wydarzeń, a ja przy okazji opowiadałam barwnym językiem, "o co kaman". Streszczając fabułę jakiegoś utworu zawsze dostosowuję język do słuchaczy, a zatem w Zoo nigdy nie posługuję się językiem ściśle literackim, tylko bardzo potocznym, ocierającym się - jeśli uznam to za konieczne - o wulgarny. Jak to wygląda? Macie tu próbkę "stylu smoczego" dla przykładu:
  
   - Kirkor przyszedł do Pustelnika, by poradzić się w sprawie wyboru żony. Tamten stwierdził, żeby nie robił z siebie idioty i przypadkiem nie żenił się z księżniczką, bo toto głupie, zmanierowane, cały dzień maluje paznokcie i do niczego się nie nadaje - więc najlepiej zrobi, jak sobie weźmie prostą, wiejską dziołchę. Taką, co to ugotować i posprzątać umie i będzie się w niego gapiła jak w obrazek...

    - Duszki na polecenie Goplany miały tak zrobić, by Kirkor koniecznie zatrzymał się w chacie Wdowy. Dziś to by pewnie jadąc swoim "merolem" złapał gumę, ale że wtedy samochodów nie było, to mu koło w powozie się uszkodziło i musiał je naprawić.

    - Balladyna zakatrupiła siostrę nożem, podpierniczyła dzbanek z malinami i pobiegła do chaty. Matce powiedziała, że Alina się puściła z jakimś parobkiem, ma Kirkora tam, gdzie słoneczko nie dochodzi i już do domu nie wróci.

    I dalej w tym guście. Może to i niepedagogiczne i pewnie gdyby mnie słyszeli moi profesorowie od literatury czy metodyki nauczania, to by mnie odsądzili od czci o wiary - ale jestem pewna, że nigdy nie uczyli w takiej szkole, jak ta. Ten język do Małpiątek trafia, wywołuje emocje i zapada w pamięć. Efekt się liczy.
    Przy okazji w jednej kwestii pomocny okazał się Karolek [czyli ojciec dziecka Emilii z mojej klasy]. Opowiadam, że Balladyna bardzo wstydziła się swojego chłopskiego pochodzenia, "naściemniała" więc na zamku, że Wdowa to nie jest jej matka, tylko mamka. Rzecz jasna padło pytanie, kto to jest "mamka".
    - W dawnych czasach bogate kobiety, a już na pewno takie z dobrych domów, nie karmiły same dzieci, tylko wynajmowały do tego baby ze wsi, które nazywano właśnie mamkami. - wyjaśniłam.
    - A czemu nie karmiły swoich dzieci?
    - Po pierwsze nie chciały sobie psuć wyglądu piersi, a po drugie to średnia przyjemność, jak dziecko cię wyssie albo pogryzie...
    - To karmienie piersią boli?! - autentycznie zdziwił się Rafał.
    Tutaj włączył się Karolek, świeżo upieczony tatuś, a więc osoba będąca jak najbardziej na bieżąco:
    - A coś ty myślał? Człowieku, wiesz jak mały pogryzł Emilkę? No masakra, całe sutki ma w strupach. Wampir jakiś kurde.
    - O ja pier***, nie wiedziałem...
    I dalej wykład z fizjologii karmienia piersią w podobnym guście. A Dragonka stoi i się uśmiecha. A co, niech posłucha jeden z drugim, co to znaczy zajmować się dzieckiem na co dzień. Nie ma to jak lekcja biologii w samym środku języka polskiego :)

piątek, 4 listopada 2011

Ruch w interesie

    W naszej szacownej placówce oświatowej jest nieustanny "ruch w interesie" - tzn. jedni uczniowie przychodzą, a inni odchodzą. Z kilku powodów stan klas na początku września nigdy nie jest taki sam, jak w czerwcu. Jakie to powody?
    Przede wszystkim w dobie niżu demograficznego w wakacje dyrekcja zapisuje kogo się tylko da. Chodzi o to, by utworzyć jak najwięcej klas - bo im więcej klas, tym więcej godzin poszczególnych przedmiotów, a co za tym idzie pracy dla nas, nauczycieli. Staramy się poza tym, by w oddziałach było jak najwięcej uczniów, zdając sobie właśnie sprawę z tego, że część z nich i tak "się odsieje" - musi więc zostać tyle osób, byśmy nie musieli rozwiązać klasy. Tym sposobem każdy ma u siebie zbiór tzw. martwych dusz, czyli Małpek, które w ogóle nie pojawiają się w szkole [mówię poważnie - mają 100% nieobecności]. Są one u nas wyłącznie po to, by robić sztuczny tłok, czyli aby oddział mógł istnieć. Jest to zresztą efektem bzdurnego - w mojej opinii - prawa nakazującego obowiązkową naukę do 18 roku życia. Nie możemy więc skreślić z listy uczniów niepełnoletniego delikwenta, nawet jeśli w ogóle się u nas nie pojawia - i odwrotnie, taki nastolatek musi być zapisany do jakiejś placówki oświatowej, mimo że mu szkoła już dawno zwisa i powiewa. Ślemy więc oczywiście listy ponaglające do domu, dzwonimy do kuratorów, wysyłamy zawiadomienia do Urzędu Miasta o fakcie "nierealizowania obowiązku szkolnego", a urząd reaguje lub nie. Tu jednak nasza rola się kończy, bo przecież siłą nikogo nie przywleczemy... Zabawa zaczyna się w momencie, kiedy Małpka kończy 18 lat. Wtedy można ją już oficjalnie skreślić z listy uczniów, ale też nie robi się tego pochopnie, a to właśnie z uwagi na zalecenie robienia "sztucznego tłoku" - po prostu mogłoby się okazać, że po wywaleniu kilku takich delikwentów oddział zrobił się podejrzanie za mały. Ja sama mam w osobistej małpiarni dwie martwe dusze, które już dawno dojrzały do skreślenia [powtarzają klasę właśnie ze względu na zerową frekwencję, a już w poprzednim roku szkolnym osiągnęli pełnoletność]. W porozumieniu z Wicedyrą całą procedurę rozpocznę dopiero pod koniec semestru [właśnie z tego powodu, by żaden urzędnik się nie przyczepił, że mam za małą klasę], a na razie wysyłam pisemka i wypisuję Nagany Wychowawcy.
    Inne źródło odpływu to rzecz jasna te Małpki, które przegną i w trakcie roku szkolnego zostaną przeniesione decyzją sądu do poprawczaka. Nie ma ich aż tak dużo, ale jednak nie są to w skali całej placówki odosobnione przypadki. Przypominam, że u mnie na taki bilet w jedną stronę oczekuje Dawidek - wiem, że decyzja już jest i chłopak wyląduje w ośrodku, kiedy tylko zwolni się dla niego miejsce.
    "Ruch w interesie" odnotowujemy też w sensie dodatnim. Jak już wielokrotnie wspominałam, w trakcie roku lądują u nas te dzieciaki, które swoim zachowaniem spaliły za sobą wszystkie mosty i zostały wyrzucone z innych szkół. Takie przenosiny mogą nastąpić w każdym momencie, czego najlepszym dowodem jest Alkonek, zapisany do nas w maju.
    Jak się owe Małpki sprawują? Rzecz jasna reguły nie ma. Zdarza się, że faktycznie w Zoo się uspokajają świadome tego, że jesteśmy ich ostatnią szansą i jeśli tym razem narozrabiają, to zostaną przeniesione do poprawczaka. Ale bywa i tak, że trafia się materiał niereformowalny. Wtedy trzeba go albo porządnie ustawić - albo czekać, aż przegnie i wtedy załatwić mu zasłużony ośrodek zamknięty.
   
    W ramach ilustracji [bo jak każą reguły wykładu - po części teoretycznej należy przejść do przykładów :)] przytoczę Wam świeże zdarzenie z klasy gimnazjalnej 3C [to ta, do której chodzi Oliver Twist]. Dzwonek na lekcję, wpuszczam dzieciaki i zasiadam przy biurku z zamiarem sprawdzenia listy. Widzę jednak, że do klasy wchodzi chłopak, którego wcześniej w ogóle nie widziałam, pytam więc, co on za jeden.
   - Jestem nowy od dzisiaj. - odparł zadowolony i ruszył w stronę ławek.
   Otworzyłam przytomnie dziennik i nie znalazłam w nim żadnej informacji potwierdzającej jego słowa. W tym momencie zapaliła mi się lampka ostrzegawcza, bo w tej szkole Małpkom strzelają do głowy różne numery.
   - Nie ma cię na liście, a ja nic o tym nie wiem. Zejdź w takim razie sekretariatu i przynieś mi karteczkę z pieczątką szkoły, że jest tak, jak mówisz. - powiedziałam spokojnie.
    Na co nowy usiłował pokazać różki:
    - No nie, ależ pani robi problemy, ja cię pierdzielę... - i dalej w podobnym tonie, nie zamierzając rzecz jasna wykonać mojego polecenia.
    Reakcja w takim przypadku musi być szybka, stanowcza, ale jednocześnie zamykająca delikwentowi usta.
   - Po pierwsze nie pierdzielisz, bo nie jestem pedofilem i w dzieciach nie gustuję. Po drugie w tej chwili proszę iść do pani sekretarki i nie wracać bez kartki. Czy wyraziłam się jasno? - mojemu bardzo spokojnemu głosowi towarzyszył znamienny ruch głową w stronę drzwi. I rzeczywiście, chłopak bez szemrania wyszedł, by za moment pojawić się z pisemnym potwierdzeniem, że uczeń taki to a taki z dniem dzisiejszym ma być dopisany do klasy 3C. Podziękowałam mu więc tym samym rzeczowym tonem, poleciłam zająć miejsce i prowadziłam zajęcia jak gdyby nigdy nic. Kuba natomiast [bo tak ma ów mądrala na imię] nie odezwał się do końca zajęć, tylko gorliwie notował wszystko, co pojawiło się na tablicy.
    Jak na razie więcej nie próbował do mnie podskakiwać, ale rzecz jasna czas pokaże. Póki co mam o nim dobre zdanie, bo na kolejnych zajęciach rozkręcił się w sensie pozytywnym, tzn. bierze czynny udział w lekcjach, w dodatku mówi z sensem i to dość poprawnym językiem [za co rzecz jasna nie omieszkałam go pochwalić oraz nagrodzić plusami]. Wczoraj  natomiast zostali mi z Oliverem Twistem na drugim polskim tylko we dwóch [to ich ostania lekcja i zawsze jest problem z frekwencją...], więc nie robiłam normalnych zajęć, tylko rozmawiałam z chłopcami na tzw. życiowe tematy. Poprosiłam w pewnym momencie Kubę, by mi powiedział - o ile to nie tajemnica - jak to się stało, że wylądował u nas.
   - No wie pani, wyrzucili mnie z poprzedniego gimnazjum...
   - Tego się domyślam, ale z jakiego powodu cię wyrzucili?
   - A z jakiego pani tylko chce... - odrzekł z rozbrajającą szczerością. - Do wyboru, do koloru. Wagary, zastraszenia, pobicia, wymuszenia... Bywały tygodnie, że psy mnie codziennie do szkoły dowoziły albo z niej odwoziły.
    Nawet mi nie mrugnęła powieka na takie dictum i zapytałam spokojnym, życzliwym głosem:
    - Ale to wiesz Kuba, że w takim razie musisz się teraz pilnować? Bo od nas to się wylatuje tylko do ośrodka....
    - No wiem wiem. Postaram się. Wypadałoby jednak szkołę skończyć.
  
    Ano zobaczymy, zobaczymy... :)

niedziela, 30 października 2011

Małpka nr 10 - Młoda Gniewna

     Dziś przyjrzymy się bliżej kolejnej Małpce. Wspominałam o niej już mimochodem w tym poście, ale postać tej uczennicy jest na tyle ciekawa, że postanowiłam przedstawić jej charakterystykę osobno.

    Panie i Panowie, oto Sylwia. Trafiła do mojej osobistej małpiarni w drugim półroczu poprzedniej klasy. Dla porządku nadmienię, że jeśli jakiś uczeń zostaje do nas przeniesiony w trakcie roku szkolnego, oznacza to najczęściej, że tak narozrabiał w poprzednej placówce, że stał się tam persona non grata. Aby zatem ukończyć w ogóle klasę, to owa persona musi się zabierać w tempie ekspresowym [wraz z "gratami" :)] i szukać jakiejkolwiek innej szkoły, która zgodziłaby się ją przyjąć. A jak wiadomo - Zoo wszystkie Małpki kocha, więc w naszym mieście takie dzieciaki najczęściej lądują w naszych murach. Nie inaczej było z Sylwią. Przestudiowanie jej dokumentów rysuje mi obraz dość zdolnej [jak na warunki tej placówki...] młodej osoby - mającej cholerne trudności z trzymaniem nerwów na wodzy. Z opinii poprzedniej wychowawczyni, a także notatek szkolnego pedagoga wiem,  że zaczęło się od wagarów i pyskówek w stronę nauczycieli, a skończyło na pobiciu jednej z uczennic oraz zastraszeniu drugiej do tego stopnia, że bidula bała się wyjść z domu [mieszkają na jednym osiedlu]. Historia ta notabene jeszcze się nie zakończyła, bo właśnie na początku listopada Sylwia ma na tę okoliczność kolejną sprawę w sądzie rodzinnym.
    Przy tym wszystkim rozbrajająca jest dla mnie jedna informacja, do której dogrzebałam się w papierach mojej wychowanki. Mam na myśli postawę rodziców wobec tego bajzlu. Otóż przyznają oni z rozbrajającą szczerością, że nie mają wpływu na córkę, nie wiedzą, jak z nią rozmawiać, bo się ich w ogóle nie słucha. Z notatek pracowników poprzedniego gimnazjum Sylwii wynika, że stawiają się na rozmowy tylko na wyraźne życzenie, a wtedy owszem, słuchają o jej wyczynach ze spuszczonymi uszami, po czym oświadczają, że oni nie mają pojęcia, co robić i już. No jasne, tak jest najlepiej... Do mnie zresztą nie pofatygowali się ani razu, odkąd dziewczę trafiło do Zoo. Widocznie nie dość wyraźnie ich wzywałam...
    Jak Sylwia sprawuje się u nas? No cóż, do tej pory jeszcze nikogo nie pobiła, ale pyskówek zaliczyła już dość sporo. Jeśli jest spokojna, to mamy do czynienia z całkiem sympatyczną i biorącą udział w lekcjach dziewczyną - ale kiedy ją coś ugryzie, to kompletnie nie panuje nad językiem. Faktem jest, że jak do tej pory do mnie osobiście jeszcze nie podskoczyła, co tłumaczę sobie dwojako: albo jest na tyle inteligentna, by nie podpadać wychowawcy, albo mimo wszystko jakoś udało mi się zyskać jej sympatię. Wiem natomiast, że z innymi nauczycielami już tak różowo nie jest. Tylko w tym roku szkolnym ma już zatarg z naszą nową Panią Pedagog, z której się nabijała na korytarzu [jak sama Sylwia stwierdziła w rozmowie ze mną - "bo jakoś jej nie lubię"], a także z jedną z polonistek, która kazała jej na przerwie zejść z parapetu okiennego [względy bezpieczeństwa], na co Sylwia odkrzyknęła - cytuję - "Niech pani lepiej zamknie mordę!". Uroczo, prawda?
    Dziewczę kłopotów z myśleniem nie ma, stąd bez większych problemów radzi sobie z nauką na takim poziomie, jaki jest w Zoo. A że szczególnie dobrze idzie jej z przedmiotów humanistycznych, zaryzykowałam więc i nieśmiało wspomniałam jej o organizowanym przez jeden z Domów Kultury w naszym mieście konkursie recytatorskim poezji współczesnej. Nie chcę zapeszać, ale chyba okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo Sylwia dość chętnie się zgodziła. Nie muszę chyba tłumaczyć, że bardzo się z tego powodu cieszę - przede wszystkim ze względu na "funkcje resocjalizacyjne", jakie to może dla niej mieć. Nawet jeśli nie zostanie w żaden sposób nagrodzona, to i tak będzie musiała się przygotować, opracować interpretację utworów [w czym jej rzecz jasna pomogę, na ile potrafię], a potem pokonać zdenerwowanie i wyjść na scenę. Po wszystkim mam zamiar zabrać ją do cukierni na kawę i ciacho, byśmy mogły zwyczajnie, bo babsku pogadać o emocjach związanych z konkursem.
    Do Sylwii staram się też dotrzeć w jeszcze inny sposób. Otóż do pierwszej klasy zawodówki, którą uczę, chodzi jej chłopak, Wiktor - a jest to dość porządny, prawie dwudziestoletni facet, mający jako tako poukładane w głowie. Korzystając ze sposobności - bo na ostatnim wtorkowym polskim zostaliśmy we dwoje - zagadnęłam go o Sylwię, odgrywając chyba dość przekonująco rolę stroskanej wychowawczyni. A że to taka fajna i inteligentna dziewczyna, tylko jak jej czasem coś do głowy strzeli, to nie daj Boże... A że się martwię, żeby sobie kłopotów nie narobiła przez te wybuchy... A że przed tą sprawą w sądzie muszę jej, jako wychowawczyni, napisać opinię... A że bardzo Sylwię lubię i nie chciałabym, żeby przez swoje zachowanie wyleciała od nas do poprawczaka... I tak dalej, i tak dalej :) Wiktor pokiwał głową i obiecał, że będzie z nią rozmawiał, żeby "hamowała wrotki". Dobrze by było, swojego faceta może posłucha...
    Wkleję Wam jeszcze te dwa wiersze, które ma dziewczątko recytować. Wybór reperturaru odbył się tak, że przyniosłam kilka stron różnych liryków [oczywiście umiejętnie dobranych...], ale decyzję rzecz jasna podjęła sama i przyjęłam to bez komentarza. No cóż, wiersze w sumie do niej pasują. Zresztą, zobaczcie sami:

     Andrzej Bursa
[***]

Jaki miły mądry facet
naprawdę mądry
nie z tych przemądrzałych
obieżyświat
co to z niejednego pieca chleb  jadł
wyrozumiały i uprzejmy
cała anatomia jego twarzy
zdradza lekki wysiłek
ust:
...by mądrzej i grzeczniej
do mnie mówić
oczu:
...by uważniej i uprzejmiej
mnie słuchać

Taaak…
naprawdę nie mogłem
nie napluć mu w mordę.


Marcin Świetlicki
„Palenie”

Pytam: dlaczego niepalący
wsiadają bez skrupułów do przedziałów
dla palących? Czemu chcą dominować?
Czemu są wiecznie urażeni?

Mój mały przyjacielu, papierosie.
Spędziłem z tobą więcej czasu niż z kimkolwiek.
Niszczymy sie nawzajem,
czule zobowiązani.

Pytam: dlaczego niepalący
nie doceniają naszej samotności,
naszej niemądrej odwagi,
naszego żaru, popiołu?

wtorek, 25 października 2011

No i co ja mogę...?

    Wyobraźcie sobie, moi Drodzy Czytelnicy, że mamusia Emilki zjawiła się jednak dziś w szkole, w dodatku wraz z córką. Rozmawiałam z nią chwilę na korytarzu, kiedy czekała w kolejce do gabinetu Wice. Oszczędziłam jej pytania, na jakiej podstawie twierdzi, że to szkoła utrudnia zorganizowanie indywidualnego nauczania - przerwa nie jest odpowiednim czasem do tego typu wyjaśnień, a poza tym bardziej mnie szczerze mówiąc interesowała sama Emilka [której przecież nie widziałam od końca maja...]. Tak czy siak zdążyłam wysłuchać utyskiwań, jak to strasznie trudne i skomplikowane procedury uniemożliwiają załatwienie prywatnych lekcji. Rzekomo nie ma podstaw, bo skoro dziewczyna po porodzie czuje się dobrze, to powinna wrócić do szkoły. Wierzyć mi się nie chce, bo wielu naszych uczniów załatwiało sobie lekcje z dużo błahszych powodów - a już naprawdę fakt, że ma się dwumiesięczne dziecko (które przecież trzeba karmić piersią), nie tylko nie brzmi jak wymówka, ale po prostu jest ważnym powodem. Rzecz jasna nie mogłam w oczy powiedzieć rodzicielce Emilki, żeby mi nie wciskała kitu, tylko smutno pokiwałam głową. Rozbawiła mnie jeszcze tylko, kiedy na odchodnym spytała, jak to można zrobić, by jej córka nie miała już wyznaczonego kuratora - bo ma go przyznanego do ukończenia 18. roku życia z powodu swoich ograniczeń intelektualnych [pedagog z poprzedniej szkoły starała się o umieszczenie Emilki w szkole specjalnej]. Odparłam - zgodnie z prawdą - że nie mam pojęcia, jak coś takiego załatwić i poradziłam zapytać Wicedyrę, wiedząc z góry, że szefowa już będzie wiedziała, co kobiecie odpowiedzieć. Bo jak na razie dla mnie jasne jest tylko to, że matka mojej uczennicy spanikowała i za wszelką cenę chce się pozbyć problemów, czyli umyć rączki.
    Jak się dowiedziałam od pani Wicedyrektor, stanęło na tym, że Emilia będzie musiała wrocić do szkoły. Najwidoczniej mniejszym problemem dla babci jest zorganizowanie opieki wnukowi, niż bieganie po urzędach i załatwienie prywatnych lekcji. Szkoda mi Emilki, szkoda mi jej synka [kto to widział, żeby dwumiesięczne niemowlę zostawało bez matki?!], ale jako szkoła mamy w tej kwestii związane ręce. W dodatku matka mojej wychowanki osiągnęła szczyt bezczelności, bo chciała, aby Wice wydała jej zaświadczenie, że Emilia chodzi do szkoły! Widocznie Urząd Miasta naprawdę "odciął ją od koryta" i kobieta kombinuje, jak tylko może, by to odkręcić. Szefowa rzecz jasna spokojnie oświadczyła, że zaświadczenie wyda, owszem - kiedy Emilia NAPRAWDĘ zacznie uczęszczać na lekcje.
    A sama Emilka? Bez zmian, miła, uśmiechnięta, choć wyglądająca na zmęczoną [i wcale jej się nie dziwię...]. W szkole krzywda jej się nie stanie, ponadrabia zaległości i ukończy drugą klasę. Byle by tylko chodziła do szkoły...
    Drobne mi się w kieszeni nie zgadzają, kiedy pomyślę o skrajnej nieodpowiedzialności dorosłych ludzi, za którą muszą odpowiadać ich dzieci. Wiem, wiem, że to banał. Naprawdę miałam ochotę wręczyć matce Emilki młotek albo chociaż tom encyklopedii i kazać walnąć się nim w łeb...

poniedziałek, 24 października 2011

Dwie historie

    Dziś będzie "post zbiorczy" o dwóch moich uczennicach- jednej byłej, a jednej obecnej. Zacznę od tej byłej, bo to przynajmniej jest dość przyjemna historia.

    Martę uczyłam w zeszłym roku szkolnym w 3 gimnazjum [chodziła do klasy m.in. ze stukniętą "Ciężarówką"]. Umysłowo nic jej nie brakuje, a najlepszym dowodem na to jest fakt, że miała u mnie piątkę na koniec roku - zapewniam, że nawet w tej szkole jest to nie lada wyczynem. Zawsze wychodziłam z założenia, że na piątkę to u mnie "mucha nie siada", czyli uczeń naprawdę musi wszystko umieć. To trudne do zrobienia, owszem, ale podkreślam z całą mocą - JEST MOŻLIWE. Nie wymagam niczego, czego nie uczyłam, ale powinna być poprzeczka, do której mogą dążyć ambitni. Tak czy inaczej - Marta miała piątkę[w dodatku, jak może pamiętacie, załatwiłam jej idywidulaną nagrodę na koniec roku za wyniki osiągnięte z języka polskiego]. Co wobec tego taka dziewczyna robiła w Zoo?
    Ano zacząć wypada od tego, że Marta w tym roku skończyła 19 lat, ma więc trzy lata w edukacji do tyłu. Zagadnęłam ją kiedyś przy sprzyjającej okazji, co się takiego stało, że mimo swojego poziomu umysłowego chodzi do naszej szkoły. Można powiedzieć, że dziewczyna zapłaciła taką cenę za rozwód rodziców, którzy postanowili wywrócić jej życie do góry nogami, kiedy ich córka kończyła szkołę podstawową. Nie znam szczegółów, ale sama Marta stwierdziła, że bardzo ciężko to przeżyła - no i zaczęły się wagary, złe towarzystwo, alkohol, problemy z policją... Potem były przymusowe zmiany szkół, powtarzanie klas, staczanie się coraz niżej, aż w końcu wylądowała u nas. Trochę już zdążyła okrzepnąć i jakoś sobie radzi, tyle że - co sama przyznaje, a i ja miałam okazję kilka razy się przekonać na własne oczy - nie bardzo panuje nad negatywnymi emocjami. Marta określiła to tak, że czasem, kiedy ma gorszy dzień, to coś w nią dziwnego wstępuje i nie potrafi powstrzymać swojej złości. Zupełnie, jak by była w amoku, potrafi powiedzieć wszystko, zwyzywać każdego od najgorszych [notabene - mnie też kilka razy poczęstowała soczystą wiązanką na samym początku roku szkolnego...], a zdarzały jej się też i bójki pod wpływem gniewu. Dziewczyna zdaje sobie sprawę, że to nie jest - delikatnie mówiąc - normalne zachowanie, ale póki co nie odkryła, jak to może "wyłączyć". Mówi, że puszczają jej wszelkie hamulce i dopiero po czasie dochodzi do niej, co zrobiła.
     Marta po skończeniu gimnazjum poszła do pracy, ale też zapisała się do wieczorowego liceum dla dorosłych - notabene do tego samego, w którym ostatnio egzaminowałam na maturze :) Chce skończyć tę szkołę, a potem pójść na studia, jeśli pozwoli jej na to sytuacja finansowa. Na samym początku roku szkolnego przyszła do Zoo mnie odwiedzić i zapytała, czy pomogę jej napisać pracę zaliczeniową z antyku, którą kazali im oddać. Wypytałam, z czego jest ta praca, a następnie stwierdziłam, że oczywiście mogę służyć jej radą, ale na pewno za nią tej pracy nie napiszę. "Znasz mnie, wiesz, że jestem zła, wredna i niedobra. - powiedziałam z uśmiechem. - Możemy siąść, przeanalizować temat, pomogę Ci ułożyć plan tekstu, ustalimy wspólnie, co tam powinno być. Ale pracę napiszesz sama". Potem stwierdziłam, żeby przyszła do mnie ponownie, kiedy przeczyta lektury potrzebne do tej pracy. Marta skinęła głową - nie wyglądała na specjalnie zadowoloną, ale i nie była zaskoczona [w końcu zna mnie nie od dziś i wie, że u mnie nie ma lekko...].
    Ciekawa byłam, czy jeszcze się pojawi, a tu proszę - dziś przyszła. Co prawda musiałam ją odesłać, bo naprawdę nie miałam czasu, ale umówiłyśmy się na konkretną godzinę jutro. Twierdzi, że lektury ma przeczytane :) Ano nic, zobaczymy...

    A teraz druga odsłona... Pamiętacie pewnie Emilkę, 15-latkę z mojej osobistej małpiarni, która zaszła w ciążę? Jeśli nie, to tu są posty o niej: pierwszy i drugi. Urodziła pod koniec sierpnia, nie jest więc z oczywistych przyczyn w stanie chodzić do szkoły, a ponieważ jest niepełnoletnia, to w dalszym ciągu podlega obowiązkowi szkolnemu. W takich sytuacjach najlepszym wyjściem jest indywidualne nauczanie, problem jednak polega na tym, że formalności załatwić muszą rodzice ucznia. A matka Emilki jest kompletnie niezaradną, oderwaną od życia osobą [w dodatku mam podejrzenia, że to alkoholiczka, choć za rękę pijanej jej nie złapałam]. Wydzwaniałam do rodzicielki na początku roku szkolnego - twierdziła rzecz jasna, że oczywiście, już-już, załatwiają, a ona lada dzień przyniesie komplet dokumentów... Tjaaa, znamy takie wykręty. Niestety, jako szkoła mamy związane ręce, a tu czas leci, Emilka do szkoły nie chodzi i jeśli nic się nie zmieni, będzie nieklasyfikowana z wszystkich przedmiotów, co zaowocuje powtarzaniem klasy.
    Skoro moje telefony ponaglające nic nie dały, postanowiłam "uruchomić procedury". Poleciłam pani pedagog wysłać pismo do Urzędu Miasta z doniesieniem, że Emilia nie realizuje obowiązku szkolnego [i nie jest to notabene moja złośliwość, bo prawo nakłada na mnie taki obowiązek, jeśli uczeń jest niepełnoletni]. A ponieważ na rodziców, którzy nie potrafią w tej kwestii dopilnować pociechy, mogą być nałożone kary pieniężne, to w końcu coś się ruszyło [no cóż, złośliwie powiem, że nie ma lepszego straszaka na alkoholika niż perspektywa, że nie będzie miał za co pić...]. Otóż w piątek do szkoły zadzwonił kurator Emilki [notabene też niezłe ziółko - jeśli nie pamiętacie, to czytajcie]. Zwrócił się z pytaniem, czy dziewczynka ma zapewnione indywidualne nauczanie. Na informację, że nie, oświadczył... że matka Emilki przekazała mu, że SZKOŁA utrudnia przyznanie prywatnych lekcji! Jasne, nasza wina - zważywszy na to, że formalności MUSI załatwić rodzić, a my co najwyżej możemy realizować decycję Urzędu Miasta. Żałuję, że sama nie mogłam z nim porozmawiać - trafiło akurat na nową panią pedagog, która jest na stażu i nie bardzo jeszcze wie, jak reagować na podobne bzdury. Stanęło na tym, że mamusia dziewczyny ma się zgłosić w tym tygodniu do szkoły wyjaśnić sprawę. Polecenie służbowe jest takie, że jak tylko się pojawi, mamy z nią nie dyskutować, tylko skierować ją bezpośrednio do Wicedyry, która porozmawia z nią odpowiednio. Oczywiście, o ile kobieta w ogóle przyjdzie. Śmiem wątpić.
    Wiecie co? Ludzie są bezczelni. Kobieta spanikowała, że wejdą jej na zasiłek, rentę czy z czego tam ona się utrzymuje, a w efekcie nie będzie miała za co kupić flachy, dlatego nagle zaczęło jej zależeć. A ponieważ nie przyzna, że sama zawaliła, to winnych szuka dookoła. Szkoda mi tylko Emilki. Nie dość, że ma dziecko, to jeszcze skrajnie nieodpowiedzialną matkę.

czwartek, 20 października 2011

A do odpowiedzi przyjdzie...

     Wspominałam we wrześniu w poście pt. "Raporcik", że mam niejakie dyscyplinarne problemy z moją nową pierwszą klasą zawodową. Przyjmuję to raczej ze spokojem - większości z tych delikwentów nie uczyłam [poza dwoma chłopcami: jeden miał ze mną polski w 3 gimnazjum, a drugi po prostu nie zdał i powtarza klasę zawodową], więc nie wiedzą, jakie numery u mnie przechodzą, a jakie nie. A skoro nie wiedzą, to próbują mnie "ustawić", sami ustalić reguły gry. Cóż, zobaczymy, kto silniejszy :) Z niewielkiego doświadczenia w nauczaniu w Zoo widzę, że nowe klasy trzeba po prostu sobie wychować i w pesymistycznym wariancie może to trwać i do końca pierwszego półrocza, kiedy to posypią się zasłużone jedynki i enkaele, a cwaniaczki przekonają się, że polski ze mną to jednak nie są żarty.
    Problem z zawodówką jest taki, że towarzystwo traktuje zajęcia w szkole jak pole do występów gościnnych. Czują się bardzo dorośli z racji tego, że przez 2 dni w tygodniu mają praktyki w zwyczajnym zakładzie pracy, gdzie muszą się podporządkować normalnym regułom obowiązującym w relacjach pracodawca-pracownik. Kiedy więc po dniu spędzonym na sumiennym układaniu kafelków/montowaniu zlewów/czyszczeniu pralek/lepieniu pierogów/farbowaniu włosów klientkom [w zależności od tego, jaki profil zawodowy wybrali] muszą znów zasiąść w ławce i wyjąć zeszyt do polskiego czy matematyki, to mają poczucie, że urwali się z choinki. Wydaje im się więc, że są w szkole przez pomyłkę, a wszelkie wymagania, z którymi się tu spotykają, są niepoważne. Problem polega na tym, że aby ukończyć szkołę zawodową, muszą uzyskać pozytywne noty i z praktyk, i z przedmiotów szkolnych. Taki jest program nauczania - czy im się to podoba, czy nie. A na ogół - bardzo im się to nie podoba...
    Migać od pracy na zajęciach próbują się wszyscy - na to jednak jestem przygotowana. Oni usiłują się obijać, a moje zadanie polega na tym, by im na to nie pozwolić. Dopóki całość przebiega w wesołej i kulturalnej atmosferze [oczywiście - mówimy tu o poziomie kultury dostosowanym do ich możliwości...], to nie ma większych problemów. Gorzej, jeśli zaczyna się "jawna chamówa". Wtedy z całą stanowczością muszę im uświadomić, iż fakt, że za katedrą siedzi młoda kobieta z założenia nieprzeklinająca i niepodnosząca głosu, nie oznacza automatycznie, że można jej dyktować reguły, według których przebiega lekcja.
    Ale do rzeczy. Wspominałam, że problem mam tam z kilkoma uczniami, a najbardziej z jednym, nie będącym notabene już nawet rozwydrzonym nastolatkiem... tylko 20-letnim mężczyzną. Jest to tym bardziej zaskakujące, bo zachowuje się on naprawdę jak kawał chama, a w jego wieku jednak pewne zagrania w odniesieniu do kobiety po prostu już nie przystoją. Paweł pojawia się na całe szczęście dość rzadko [i to w takim stopniu, że jak tak dalej pójdzie, to po prostu go nie klasyfikuję i problem z głowy...], ale jeśli już jest, to za każdym razem oznacza to lekcję wypełnioną szarpaniną, przywoływaniem go do porządku, pyskówkami z jego strony i niemożnością poprowadzenia normalnych zajęć dla reszty towarzystwa. Dziś jednak wspominam o nim, bo jest autorem wymówki, która rozłożyła mnie na łopatki :)
    Paweł pojawił się dziś na polskim po dluższej nieobecności [żeby była jasność - nieusprawiedliwionej], rozsiadł się w ławce, oczywiście bez zeszytu [o ile w ogóle taki posiada...] i zdawał się kompletnie ignorować moją obecność, rozmawiając pełnym głosem z kolegą z sąsiedniej ławki. Nie dałam się sprowokować, spokojnie sprawdziłam listę obecności, po czym zapytałam, czy ktoś zgłasza nieprzygotowanie. Zero reakcji. Ponowiłam pytanie głośno i wyraźnie jeszcze 2 razy, żeby nie było nieporozumień, a kiedy w dalszym ciągu nikt nic nie zgłaszał, wywołałam do odpowiedzi Pawła - bo przecież nie ma żadnych ocen, nie był na klasówce, a tu już prawie mija drugi miesiąc nauki. Młodzieniec wyglądał na bardzo zaskoczonego i chyba na początku nie bardzo wiedział, co się dzieje. Przypomniałam mu więc spokojnym głosem, że nauczyciel zawsze może zapytać z trzech ostatnich tematów, toteż zapraszam go na rozmowę.
    - Ale przecież mnie nie było. - odparł Paweł.
    - Wiem o tym, ale na polskim pojawiasz się sporadycznie, nie mogę więc wstrzelić się akurat w taki moment, żebyś był na trzech ostatnich lekcjach i na czwartej cię pytać.
    - Ale jak mogę cokolwiek wiedzieć, skoro mnie nie było!
    - Jeśli cię nie ma, to twoim obowiązkiem jest uzupełnić materiał. Pytałam, czy ktoś jest nieprzygotowany, nie zgłaszałeś. - mój głos cały czas był spokojny i rzeczowy.
    - No to chcę teraz zgłosić. - ucieszył się.
    - Teraz jest za późno.
    - Jak to? Ale ja nie byłem z ważnego powodu.
    - Widzę, że te godziny są nieusprawiedliwione. - stwierdziłam pokazując mu dziennik.
    - Psy mnie zgarnęły i siedziałem na dołku! Rozumie pani? Wie pani, co to jest dołek? To co mam zrobić?! Pójść do nich po usprawiedliwienie nieobecności w szkole?!
    Muszę przyznać, że mało się nie roześmiałam. Różne już usprawiedliwienia słyszałam, ale nieobecność z powodu zatrzymania przez policję to jednak dla mnie nowość. Zachowałam jednak powagę i odparłam takim samym, spokojnym i rzeczowym tonem.
    - Nie interesuje mnie, z jakiego powodu cię nie było. Jeśli cię nie ma, musisz uzupełnić materiał, a jeśli tego nie zrobisz, możesz zgłosić dwa nieprzygotowania w semestrze. Nie skorzystałeś z tego prawa, a zatem mogę cię pytać.
    A dalej było do przewidzenia - 3 pytania z ostatnich lekcji, cisza, niedosteteczny. Uczciwie i zgodnie z regulaminem szkoły.
    Na odchodnym dowiedziałam się, że jestem walnięta i że nie da się ze mną dogadać.
    - Oczywiście, że się da, tylko trzeba wiedzieć, jak. - odpowiedziałam niezmienionym tonem. - Pamiętaj, że akcja zawsze wywołuje reakcję. Jeśli jesteś wobec kogoś nie w porządku, to nie oczekuj, że ta osoba odpłaci ci życzliwością i pójdzie ci na rękę, skoro nie musi.
    Hmm... Czy ja ich naprawdę muszę uczyć tak elementarnych zasad współżycia społecznego...?