Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Innastrańcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Innastrańcy. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 stycznia 2016

Legendy polskie - nowa wersja

    Znasz, Drogi Czytelniku, filmy krótkometrażowe Tomasza Bagińskiego? To ten od "Katedry" i "Sztuki spadania". Oba obrazy nawiasem mówiąc moim skromnym zdaniem nieźle mieszają pod kopułą, oba uwielbiam i oba namiętnie wykorzystuję na lekcjach polskiego. Skoro nawet małpki są zainteresowane i chce im się zwykle o nich dyskutować po projekcji, to coś w tym musi być. A zatem - jeśli jeszcze jakimś cudem tego nie widziałeś, to gorąco polecam. Ale ja dziś nie o tym.
    Tutaj chcąc nie chcąc muszę wrzucić trochę reklamy. Otóż serwis Allegro w celach marketingowych wpadł na pomysł przedstawienia współczesnych wersji tradycyjnych polskich legend i przeniesienia ich w dzisiejsze realia. Sześć z nich ma postać e-booków, natomiast dwie zostały nakręcone jako krótkometrażowe filmiki przez wspomnianego wyżej pana Bagińskiego. I to nakręcone z rozmachem oraz przy zaangażowaniu wziętych polskich aktorów. Tak oto powstał "Smok" oraz "Pan Twardowsky". Tym ostatnim - jako według mnie bardziej udanym - chciałabym się tu z Wami podzielić. Natknęłam się na artykuł o tym przedsięwzięciu gdzieś w Internecie przypadkiem, obejrzałam - i jestem zachwycona :) Bardzo tylko żałuję, że film zawiera lekką porcję dość soczystych bluzgów [m.in. w ścieżce dźwiękowej...], bo gdyby nie ów fakt, to na pewno wykorzystałabym go podczas zajęć z obcokrajowcami, oczywiście tymi na wyższym poziomie zaawansowania. 
    Zapraszam do obejrzenia wariacji na temat legendy o Panu Twardowskim. Nic więcej nie mówię, sugeruję jedynie, byście zwrócili uwagę na szczegóły, scenografię, rozmaite symbole pojawiające się w tle... No i co wrażliwszych ostrzegam, że trochę wulgaryzmów rzeczywiście poleci.
    Niestety, nie udało mi się wkleić tego filmu bezpośrednio z YT [próbowałam na różne sposoby...], więc podaję Wam link, pod którym go można obejrzeć:

Pan Twardowsky, reż. T. Bagiński

niedziela, 29 listopada 2015

Mapa Polski dla innastrańców

    Dziś tylko obrazek - moja bratowa wygrzebała w sieci. Urocze - dla osób znających angielski. Na pewno zapodam to moim obcokrajowcom, jak wrócę do pracy :)


czwartek, 29 października 2015

Piosenka jest dobra na wszystko :)

    Dziś mam dla Was coś naprawdę fajnego - i do posłuchania.
   Język polski uznawany jest za jeden z najtrudniejszych języków do nauczenia się jako nie-ojczysty. Bardzo wymowna jest tu anegdota o Tolkienie, który miał swojego czasu ambicję opanowania naszej mowy. Jak wiadomo, był on człowiekiem lingwistycznie niezwykle uzdolnionym - władał blisko 30 językami [choć w różnym stopniu], stworzył własny język elficki na potrzeby kreowanych przez siebie światów fantasy. Otóż ten niewątpliwie wybitny językoznawca wykopyrknął się właśnie na polszczyznie. Próbował się jej nauczyć, ale po kilku lekcjach dał za wygraną. Stwierdził, że jeśli nie jest się native-speakerem tego języka, to nie ma możliwości opanowania go w sposób bezbłędny [a inny pewnie go nie interesował :)]. 
    No ale mniejsza z tym. Mam dla Was prawdziwą perełkę. Posłuchacie studentów drugiego roku polonistyki w Pekinie, jak radzą sobie z przebojem Czerwonych Gitar "Dozwolone od lat 18". Mnie - cytując Jana Kochanowskiego - po prostu "serce roście" :). Naprawdę słuchając ich wykonania mam banana na pysku.



Jeśli się nie otwiera, kliknij tutaj.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Wszyscy jesteśmy Słowianami

    Trafiła mi się do uczenia silna językowo grupa zza wschodniej granicy - cztery Białorusinki i jeden Ukrainiec. Lekcje z takimi klientami oznaczają, że trzeba przygotować ambitne zajęcia na wysokim poziomie językowym - co jest oczywiście fajne, bo można zrobić z reguły coś naprawdę ciekawego, choć wymaga to od lektora o wiele więcej pracy, niż ze słabiej zaawansowanymi lingwistycznie uczniami. Tu w razie jakichś nieprzewidzianych komplikacji nie zajmiesz skutecznie towarzystwa materiałem ćwiczeniowym z pierwszej lepszej książki gramatycznej - wszystko musisz mieć przemyślane i opracowane. Choć z drugiej strony, jeśli trafi ci się fajna grupa, to się zbytnio nie namęczysz, bo jak się rozgadają, to mogą nawet nie dopuścić lektora do słowa :)
    Dwie z Białorusinek - siostry Olga i Masza - są polskiego pochodzenia, choć nie bardzo potrafiły wyjaśnić precyzyjnie, na czym ono polegało. To dość oczywisty problem w sytuacji, kiedy wchodnia granica przesuwała się kilka razy, a ludzie z okolicznych wsi i miasteczek żenili się między sobą i żyli wspólnie, nie bardzo przejmując się faktem, kto jest jakiej narodowości. Dość, że dziewczyny same nie umiały sklasyfikować, kto w ich rodzinie jest Białorusinem, a kto Polakiem. W domu rozmawiano w obu tych językach, a na dodatek "oficjalnie" jeszcze po rosyjsku. Wyszedł z tego dość zgrabny miks, w wyniku czego obie moje uczennice porozumiewały się po polsku dość swobodnie zaciągając z wschodnia w charakterystyczny sposób, wplatając od czasu do czasu rosyjską składnię lub leksykę. Kiedy zapytałam je na pierwszej lekcji o ich oczekiwania, stwierdziły zgodnie, że nigdy nie uczyły się polskiego "systemowo" - i że właśnie chciałyby w związku z tym łyknąć trochę naszej suchej gramatyki.
    Dwie pozostałe - Helena i Natalia - to z kolei rodowite Białorusinki, tyle że... studentki ichniej polonistyki. No i one zgłosiły odwrotny problem: język znają od środka z wykładów i ćwiczeń, więc gramatyka wychodzi im uszami, a za to przyjechały na wakacje do Polski, żeby jak najwięcej mówić. Trochę to trudne do pogodzenia z zapotrzebowaniami Olgi i Maszy, ale jako że wszystkie cztery dziewczyny okazały się bardzo sympatyczne [a w dodatku - mniej więcej w tym samym wieku], to dało się szybko ustalić na drodze kompromisu taki plan zajęć, by każda znalazła coś dla siebie.
    Pozostał jeszcze Ukrainiec, Oleksandr z Charkowa. Szczerze mówiąc - dawno nie spotkałam takiego dupka :) Zresztą, nie jestem odosobniona w tej opinii: siedział u nas w szkole językowej od połowy lipca, miałam więc już okazję usłyszeć o nim to i owo od innych lektorów. No i wszyscy określali go jako "ciężki przypadek", czemu już po pierwszej półgodzinie zajęć przestałam się dziwić. Wyjątkowo przemądrzały typ, uważający się za eksperta w każdej możliwej dziedzinie, traktujący ludzi protekcjonalnie i obdarzony wyjątkowo specyficznym poczuciem humoru. Dość jeśli powiem, że jest fanem jakże wybitnego polskiego serialu pt. "Świat według Kiepskich", co zresztą znajdowało odzwierciedlenie w jego polszczyźnie, bo z upodobaniem cytował Ferdka, Waldka i Paździocha, nie dając sobie delikatnie wytłumaczyć, że taki język to jest wiocha i tyle :) Zarówno ja, jak i moje uczennice miałyśmy go serdecznie dosyć, tzn. jego prymitywnych, mocno seksistowskich uwag, wymądrzania się czy poprawiania błędów nie będąc o to proszonym. Na dodatek ustalenie z nim czegokolwiek było nie lada wyzwaniem, bo chyba z definicji miał inne pomysły na zajęcia, niż reszta towarzystwa - a po prawdzie to odniosłam wrażenie, że najchętniej to przez bite 90 minut oglądałby i komentował polskie kabarety i to niekoniecznie te najwyższych lotów.
    Ponarzekać to sobie jednak może Dragonka na blogu, a tymczasem trzeba było jakoś wymyślić zajęcia tak, by w miarę możliwości wszyscy klienci byli zadowoleni. Jeśli chodzi o materiał gramatyczny, to na tym poziomie zaawansowania spokojnie można zająć towarzystwo składnią liczebników. Jest to w języku polskim wyjątkowo perfidny i nielogiczny kawałek, a kto nie wierzy, to niech zajrzy do tego posta, w którym się nad tym problemem rozwodziłam. Oprócz tego przygotowałam im zajęcia o różnicach w znaczeniu gestów w różnych kulturach oraz o polskich kampaniach społecznych - wszystko oczywiście opatrzone smakowitym wyborem krótkich filmików wyświetlonych z youtube [ukłon w stronę Ukraińca, który musiał mieć zapewnione fajerwerki, bo inaczej zaczynał się buntować, że za dużo, za ciężko, on ma dosyć i chce jakiś "przerywnik"]. Jedne z zajęć za to na pewno wyjątkowo mi się udały, bo - zgodnie z życzeniem tym razem całej grupy - miałam przygotować im ćwiczenia fonetyczne. Wszyscy bowiem jak jeden mąż byli żywo zainteresowani tępieniem u siebie wschodniego akcentu i sposobu mówienia. Na nic się zdały moje perswazje, że takie "śpiewanie" to przecież nic złego, a nawet wręcz przeciwnie. Na nic argumenty, że jeśli postawię koło siebie Polaka z Warszawy, z Krakowa, z Poznania, z Katowic i z Białegostoku - to każdy będzie mówił co prawda po polsku, ale każdy inaczej i to jest zupełnie normalne. Nie i nie - oni nie chcą mówić "jak Polak ze wschodu", oni chcą mówić literacko... Ćwiczyliśmy więc wymawianie bardziej "twardych i niskich" samogłosek, bardziej twardego "cz" i "sz", "l" z językiem niedotykającym do zębów oraz zadawanie pytań w taki sposób, by nie brzmiało to jak zdziwienie :) A żeby było śmiesznie i mało stresująco, to przyniosłam im mój ukochany filmik, na którym pracownicy ambasady amerykańskiej w Warszawie próbują wymówić takie polskie kwiatki, jak np. "chrząszcz brzmi w trzcinie", "Plac Trzech Krzyży" czy "jajecznica ze szczypiorkiem". Zadaniem moich uczniów było najpierw rozpoznanie i zapisanie, co też ci biedni Amerykanie starają się powiedzieć - a potem sami ćwiczyliśmy. Oczywiście już wtedy, kiedy dziewczyny skończyły leżenie na ławce i kwiczenie ze śmiechu :)
    Zajęcia w każdym razie bardzo im się podobały i nawet Oleksandr stwierdził - zapewne cytując Waldka Kiepskiego - że "było czadersko". Klient nasz pan...

środa, 20 sierpnia 2014

Only youuu... :)

    Mam spore zaległości w temacie innastrańców. Od ostatniego tygodnia lipca mam regularnie grupy studentów, wśród których nie brakuje ciekawych postaci, czyli tzw. oryginałków. Jest zatem o czym pisać, tylko szczerze mówiąc czasu brak. Pracy mam naprawdę sporo, a kiedy od czasu do czasu trafi mi się luźniejsze popołudnie, to przeznaczam je na czynności gospodarcze, czyli np. ugotowanie czegoś sensownego - bo ileż można żywić się kanapkami i gotowcami kupionymi w sklepie? A z kolei wieczorem, kiedy już zasiądę z laptopem na górnej części nóg, a z kotem na dolnej, to zwyczajnie nie mam siły ani ochoty wysilać mózgownicy [a przecież moja praca zawodowa jest wyłącznie umysłowa] i pisać posta. Z doświadczenia zresztą wiem, że do "TFUrczości literackiej" nie ma co siadać pod przymusem, bo wtedy wychodzą gnioty, a nie ciekawe wpisy. Wieczorem więc szczerze mówiąc najchętniej włączam sobie jedną z odmulających gierek komputerowych, mniej lub bardziej ogłupiających - lub przerzucam kilkadziesiąt stron jakiejś książki, o ile moje zwoje mózgowe wykazują jeszcze wolę współpracy.
    Wracając do meritum - obiecuję poprawę, ale nie podaję terminu :) Postaram się zdać ze wszystkiego relację w swoim czasie. Dziś - aby nie pozostać gołosłowną - napiszę, jak potoczyły się dalej zajęcia z Jekateriną, bohaterką posta "Coś się ruszyło". 
    Otóż na szczęście mogę stwierdzić, że jej początkowa nieporadność językowa była wynikiem niepewności, obaw związanych z nową sytuacją [czyli: nowy język, nowe miasto, nowa nauczycielka etc.]. Z każdą następną lekcją Katia była spokojniejsza, nieco mniej "najeżona", co - mówiąc nauczycielskim żargonem - wpłynęło bardzo dodatnio na jej proces uczenia się. Należy zdaje się do grona tych osób, które w kontakcie z kimś nowym początkowo zachowują duży dystans i przyjmują postawę obronną, z której wycofują się, kiedy już lepiej tego kogoś poznają - nawet, jeśli to tylko lektor języka polskiego w prywatnej szkole, za którą przecież płaci ciężkie pieniądze :)
    Przez dwa tygodnie intensywnych zajęć [czyli po 4-5 godzin dziennie] zdążyłam ją nauczyć podstaw, tzw. "survival polish", czyli jak prawidłowo zareagować w najczęstszych, codziennych sytuacjach. Umie zatem powiedzieć coś o sobie i swojej rodzinie, zrobić zakupy w sklepie osiedlowym, zapytać o drogę, powiedzieć, która jest godzina, zrelacjonować, co ostatnio robiła i co zamierza robić. A co dalej? Поживём – увидим :) Na razie Katia pojechała wygrzewać się na słońcu w Chorwacji, ale wraca jesienią i zamierza kontynuować naukę w naszej szkole. Pytała zatem, czy ja uczę w trakcie roku szkolnego, na co odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że owszem, ale tylko popołudniami [bo rano tresuję moje małpki :)]. Pospieszyłam z zapewnieniem, że jeśli bardziej pasują jej godziny poranne, to na pewno szkoła znajdzie jej innego lektora - ale Katia stwierdziła, że to wykluczone, bo ona chce zajęcia ze mną i koniec. Kazała więc sobie przesłać mailem grafik, jak tylko będę miała plan lekcji 1 września, żeby mogła się dostosować. A na ostatnią naszą lekcję przyniosła mi w podziękowaniu ogromniaste pudełko czekoladek "Merci".
    Jeśli nic jej się do jesieni nie odwidzi, to wygląda na to, że będę miała "drugiego Drybka", czyli stałego klienta. Trzymajcie kciuki.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Coś się ruszyło

   Zgodnie z tematem posta - zdaje się, że to koniec lipcowego opierniczania się. Nie to, żebym miała jakieś zatrważające ilości studentów [te wakacje w szkole językowej to wyraźnie gorszy sezon], ale jakaś praca się wreszcie znalazła. Oprócz stałych zajęć z Drybkiem mam mianowicie od minionego wtorku intensywne [czyli po 4-5 godzin dziennie] indywidualne lekcje z Jekateriną z Petersburga.
    Katia ma ok. 40 lat i jej poziom języka polskiego to zero totalne - tyle tylko, że zna już na szczęście angielski, więc przynajmniej odpada mi kwestia uczenia ją alfabetu łacińskiego. Lubię zajęcia ze Słowianami, bo z powodu podobieństwa języków zwykle szybciej łapią i słownictwo, i gramatykę. Zwykle, bo niestety nie w przypadku Katii. Byłam początkowo tym trochę załamana, bo nie kojarzyła dosłownie żadnych podobieństw w polskiej i rosyjskiej leksyce - a przecież jest ich cała masa. No nie mieściło mi się w głowie, że będąc Rosjanką można nie wpaść na to, że [dla przykładu] jabłko to jabloko, mleko to maloko, a siostra to siestra... Ku mojej uldze około trzeciej lekcji Katia się trochę rozkręciła, tzn. zrobiła się mniej spięta i przestała przy nauce podstaw polskiego kurczowo trzymać się umysłu, a zaczęła ufać intuicji językowej, czyli robić pewne rzeczy "na czuja". Nie jest to na pewno wzorcowa metoda szkolna, ale akurat w przypaku uczenia się języka pokrewnego - a takimi są polski i rosyjski - daje całkiem niezłe rezultaty. Choć i tak bardzo bawi mnie, że gramatykę - zgodnie z wyraźnym życzeniem uczennicy - mam wyjaśniać jej po angielsku. Fajna parodia, żeby Polka musiała dogadywć się z Rosjanką w germańskim narzeczu... :)
    W obniżeniu poziomu stresu u Katii pomaga mi też rzecz jasna moja skromna znajomość rosyjskiego. Wiecie, zawsze jej się trochę cieplej zrobi na sercu, jeśli za dobrze zrobione ćwiczenie usłyszy: "No! Kak haraszo!" albo "Wsio prawilno!" [choć doskonale zdaję sobie sprawę, że mój rosyjski jest tak twardy i kanciasty, jak prycza w ruskim więzieniu]. I kiedy już trochę wyluzowała, to mogę na miarę swoich możliwości odwołać się do jej języka:

JA: Proszę się przedstawić. Jak się pani nazywa?
KATIA: Mnie nazywam Jekaterina...
JA: Żadne mienia zawut... Nazywam się - albo - mam na imię Jekaterina...

JA: Czy masz rodzeństwo? Brata albo siostrę?
KATIA: U mnie jest brat.
JA: W Rasiji jest brat. W Polsze - MAM brata. On moj :)

A już najzabawniej jest, kiedy robi się polsko-rosyjsko-angielski miks:

JA: Hobby. Co lubię? Można powiedzieć:
     lubię - szto dielat'? - czytać, pływać - verb in infinitive
     lubię - kawo? szto? - literaturę, pływanie - noun in accusative
     interesuję się - kiem? cziem? - literaturą, pływaniem - noun in instrumental

    Dość w każdym razie powiedzieć, że się Jekaterinie najwyraźniej spodobałam. Z początku wykupiła kursik tylko na tydzień, ale potem zażyczyła sobie kolejnych 20 godzin i to koniecznie ze mną. Potem co prawda wyjeżdża, ale wraca na przełomie września i października. Już mnie pytała, czy po wakacjach też będę mogła ją uczyć [no będę, ale niestety tylko po południu]. Wiem na razie tyle, że będzie z rodziną co najmniej 3 lata w Polsce, a jej mąż musi albo pracować dla jakiejś dużej firmy, albo dla państwowej - bo te lekcje finansowane są z jego "zakładu pracy". W związku z tym nie może się u mnie uczyć prywatnie [pytała o taką ewentualność], bo jej nie wystawię faktury.
    Tjaa... A w sekretariacie szkoły językowej pytali mnie, jak się z Katią dogadujemy. "Bo ona jakaś taka ponura, wiecznie naburmuszona albo smutna...". Że hę? Nie zauważyłam :) Widać mam podejście do Słowian.

piątek, 18 lipca 2014

Kiedy "do", a kiedy "na"?

    Czemu siedzę cicho? Ano nie dzieje się nic takiego, co by mogło potencjalnie zainteresować mojego Drogiego Czytelnika. W Zoo jak wiadomo wakacje, a pierwsza połowa lipca w szkole dla obcokrajowców na razie świeci pustkami. Tzn. są jakieś grupy, ale nie na tyle, by dla mnie wystarczyło. Może sierpień będzie lepszy - jak to mawia Drybek: "widzimy" [w sensie: "zobaczymy" :)].
    Lekcje z Drybkiem mam nota bene bez zmian dwa razy w tygodniu, co jest jednym z czynników skutecznie blokujących mi jakiekolwiek dłuższe wyjazdy wakacyjne. Inna sprawa, że nie wiadomo, jak długo jeszcze nasze zajęcia potrwają w ogóle, bo pod koniec sierpnia kończy mu się kontrakt w Polsce. Najpierw pod znakiem zapytania było, czy dadzą mu następny z tej racji, że to już byłby trzeci i musieliby podpisać z nim umowę na czas nieokreślony. Zwodzili więc go tak długo, jak mogli, aż wreszcie zaproponowali mu stały kontrakt - tyle, że za mniejsze pieniądze. Szkot musi więc sobie dobrze przemyśleć, czy mu się to opłaca, bo alternatywą jest kolejna w jego życiu przeprowadzka do jakiegoś innego dzikiego kraju. No i tyle wysiłku włożonego w naukę języka polskiego poszłoby na marne :)
    Póki co katuję go bez zmian. Do połowy lipca wymyślanie tematów lekcji miałam z grubsza z głowy, ponieważ Drybek ma świra na punkcie piłki nożnej i połowę każdych zajęć gadał wyłącznie o mundialu.
Jedyną moją pracą domową zatem było orientowanie się, kto z kim właśnie grał, jaki był wynik, czy były karne, brutalne faule, albo gryzące Suarezy grasujące po boisku... Oczywiście gadał głównie Drybek, a moim zadaniem było umiejętne zadawanie mu pytań w taki sposób, by był zmuszony powiedzieć jak najwięcej. Raz tylko mu podpadłam, kiedy - przyznam, że dość niefrasobliwie - zapytałam, czy w związku z tym, że Szkocja nie bierze udziału w mundialu, to kibicuje Anglii. Prawie się na mnie obraził i stwierdził, że to mniej więcej tak, jak bym ja dopingowała Rosjan...
    A z kwestii bardziej neutralnych, to mieliśmy ostatnio powtórkę z przyimków, czyli kolejnej kwestii, w której niby są jasno określone reguły, ale zaraz pojawia się mnóstwo wyjątków wynikających z tzw. uzusu, czyli mojej ukochanej zasady głoszącej: "bo tak po prostu ludzie mówią i koniec".
    Uczę więc mojego Szkota,  że w języku polskim z nazwami wysp używa się przyimka "na" - a zatem lecimy na Islandię, na Madagaskar, na Grenlandię... Mój uczeń jednak jest osobą o bardzo dociekliwym umyśle:

    - Tak samo Anglia i Szkocja? - chciał wiedzieć.
    - Yyy... no nie. Powiemy do Anglii i do Szkocji, ale na Wyspy Brytyjskie.
    - Australia?
    - Yyy... też do Australii. - przyznałam.
    - To dlaczego tak?
    - Myślę, że to kwestia świadomości. Jeśli coś jest w mózgu Polaków jako wyspa, to jest "na". A jeśli coś jest bardziej jako kraj, to używają "do".
    Hmm... Nie wiem, co na takie tłumaczenie powiedziałby rasowy językoznawca [bo przypominam, że ja mam specjalizację z literatury staropolskiej :)], ale mnie to wydaje się całkiem logiczne :)

    Przy okazji zadałam Drybkowi moją ulubioną zagadkę:

    - John, popatrz na to. Mówimy, że jedziemy:

do Francji                                                                                                    na Ukrainę
do Niemiec                                                  ale                                            na Białoruś
do Włoch                                                                                                     na Litwę
do Czech                                                                                                     na Węgry

Czy wiesz, dlaczego?

    Drybek wyjął z kieszeni monetę, podrzucił ją i położył sobie z charakterystycznym gestem na ręce.
    - Stary Polak rzuca monetą. Prawa strona: mówi "do". Lewa strona: mówi "na".
    Jakkolwiek badzo podoba mi się takie wyjaśnienie, to tym razem akurat wytłumaczenie jest całkiem jasne:
    - No niezupełnie :) Popatrz, że te wszystkie kraje z "na" były kiedyś, w przeszłości, w jakimś sensie częścią Polski. I do tej pory język polski traktuje te państwa i Polskę jak jeden kraj. A kiedy coś jest częścią czegoś, to wtedy "na". Tak samo jest z dzielnicami w miastach.
    - Czyli żeby mówić dobrze po polsku, muszę znać historię? - zmartwił się Szkot.
    - Albo nauczyć się wyjątków... :)

wtorek, 11 lutego 2014

Liczebnik, czyli koszmar Brytyjczyka

    Uprzejmie donoszę, że żyję i mam się już względnie dobrze.
    "Względnie" oznacza, że jeszcze zdarza mi się od czasu do czasu zakaszleć, ale to doprawdy mała niedogodność. Poszłam grzecznie do przychodni i oddałam się w ręce rodzinnej Pani Doktor, skądinąd super kobitki, mądrej, rzeczowej, a do tego bardzo sympatycznej [i miłośniczki kotów - hie, hie, hie...]. Tym razem wyrok brzmiał "zapalenie gardła" - co i dobrze, bo to znaczy, że nie zdążyło zleźć na krtań czy nie daj Boh na tchawicę. Zaaplikowano mi trzydniowy antybiotyk-petardę, który rzeczywiście rozprawił się z cholerstwem w tempie błyskawicznym. Strach jednak pomyśleć, co oni teraz ładują do tych lekarstw, bo podczas jego stosowania chodziłam jak zombie, nieprzytomna, senna i słaba jak niemowlę. No ale już zdaje się po wszystkim, tym niemniej jednak pierwszy tydzień wolnego miałam stracony. Teraz zobaczymy, jak się sprawy dalej potoczą [bo - ODPUKAĆ! - dla odmiany coś zaczyna łazić po Hipopotamie...], ale jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, to na weekend planujemy zwalić się mojemu Tacie na głowę.

    Mam oczywiście ferie od małpek, ale nie od Drybka. I powiem Wam, że dobra forma właśnie mi się bardzo przyda, bo podręcznik przewiduje w najbliższym czasie dla nieszczęśnika wyjątkowe atrakcje w postaci składni liczebników. Jako native speakerzy - czyli rodzimi użytkownicy języka, którzy na szczęście gramatykę stosujecie instynktownie [mniej lub bardziej poprawnie :)] - nie zdajecie sobie pewnie z tego sprawy, ale liczebniki w języku polskim są PORĄBANE. Nie żartuję, to zagadnienie należy do najtrudniejszych kwestii, które musi opanować obcokrajowiec, więc wprowadza się je bardzo oszczędnie, pilnując skrupulatnie, by biedakowi nie sprzedać za dużo "wiedzy" na raz, bo się totalnie pogubi. Zacząć trzeba niestety na samym początku, bo jakim sposobem cudzoziemiec ma kupić coś w sklepie albo dowiedzieć się, która jest godzina? Wprowadza się więc niezbędne liczebniki główne [bo coś kosztuje dwa złote pięćdziesiąt pięć groszy] i porządkowe [bo niestety jest godzina za dziesięć trzecia, a nie trzy...], ale potem bardzo długo się milczy o pozostałych zagadnieniach. Dlaczego? Nim wytłumaczę [oczywiście tak łopatologicznie, jak tylko będę umiała :)], zerknijcie proszę na poniższy demotywator. Sporo wyjaśnia nawet laikowi...




    To jeszcze jednak nic, że polskie liczebniki podlegają deklinacji [a więc odmieniają się przez przypadki, liczby i rodzaje]. Zachowują się zupełnie inaczej opisując rzeczowniki żywotne, a inaczej martwe. Jak by tego było mało, to liczebniki od 2 do 4 wymagają innej składni, niż te od 5 wzwyż - w dodatku przy rodzaju męskim osobowym można mówić na dwa sposoby, oba są dobre i oba z grubsza znaczą to samo... Do tego jeszcze kwestia mówienia o "osobnikach niedorosłych" [czyli np. dzieciach, uczniach, małych zwierzątkach] albo o grupie zróżnicowanej względem płci - bo tutaj też są osobne reguły. Tych zasad jest od cholery i gwarantuję Wam, że przeciętny Kowalski wcale nie liczy superpoprawnie - więc co tu dużo wymagać od biednych innastrańców? 
    "Najfajniejszy" jest rodzaj męski dla liczebników 2-4, bo tutaj mamy aż trzy sposoby mówienia - jeden dla rzeczy i zwierząt, a dwa równorzędne dla osób. Wszystko to jeden i ten sam rodzaj męski, ale wychodzą trzy liczebniki do zapamiętania. Do tego każde rozwiązanie pociąga za sobą użycie innego przypadka rzeczownika i innej formy czasownika. Sami popatrzcie:


   



(2, ptak, siedzieć na gałęzi)





Na gałęzi siedzą / siedziały / będą siedziały dwa ptaki.

tu akurat wszystko jest proste: 
dwa - liczebnik główny (ten najprostszy, znany już cudzoziemcowi)
ptaki - rzeczownik w mianowniku liczby mnogiej
siedzą / siedziały / będą siedziały - normalny, z logiki wynikający czasownik, czyli w 3 os. l. mnogiej rodzaju niemęskoosobowego [bo ptak to nie człowiek]

ALE POPATRZCIE TERAZ NA TO...

(2, pan, siedzieć na kanapie)

Opcja 1: 
Dwaj panowie siedzą / siedzieli / będą siedzieli na kanapie.

i już się zaczyna jazda:
dwaj - czemu ten liczebnik taki dziwny? Skoro mogą być normalnie "dwa ptaki", to dlaczego muszą być "dwaj panowie"? Na szczęście jednak potem jest logicznie, czyli:
panowie - rzeczownik w mianowniku liczby mnogiej  
siedzą / siedzieli / będą siedzieli - też jak Bozia przykazała, czyli 3 os. l.mn. rodzaju męskoosobowego 

Opcja 2:
Dwóch panów siedzi / siadziało / będzie siedziało na kanapie.

i w tym momencie mamy totalny bałagan...
dwóch panów - "Po cholerę ładujecie tu dopełniacz???" - pytają innastrańcy. - "Przecież dopełniacza używacie w przeczeniach, zdaniach negatywnych, jak coś NIE. A oni przecież siedzą na tej kanapie...".
siedzi / siedziało / będzie siedziało - to już jest kompletnie bez sensu: 3 osoba LICZBY POJEDYNCZEJ [a przecież ich jest DWÓCH], w dodatku RODZAJ NIJAKI [a przecież to faceci!].    

    Tjaaa... A jeszcze gdyby to były dzieci? "Dwoje dzieci siedzi na ławce - dwie dziewczynki i dwaj chłopcy / dwóch chłopców"... Może zresztą było ich więcej? "Pięcioro dzieci siedzi na ławce - pięć dziewczynek i pięciu chłopców"... A wszyscy patrzą na "dwa ptaki".  
     I weź tu cokolwiek wytłumacz takiemu Brytyjczykowi, dla którego to zdanie po prostu brzmi:
    Two childreen is sitting on the bench - two girls and two boys. And they are looking at two birds... 

sobota, 25 stycznia 2014

The Sims w służbie leksyki

    Pisałam Wam już kiedyś o walorach wykorzystania scrabbli w nauce języka polskiego jako obcego. Grałam w to z Drybkiem do tej pory na zajęciach dwukrotnie z dużym powodzeniem: tzn. i ja miałam poczucie, że gra pomaga mojemu uczniowi rozwijać zdolności fleksyjno-słowotwórcze [tak, wiem, zabrzmiało naukowo - i o to chodziło :)], i jemu sprawiło to przyjemność. W przypadku Johna niezmiernie ważne jest wyszukiwanie takich ćwiczeń, które umożliwiałyby mu naukę przez zabawę i pozwalały na przyswajanie materiału mimochodem. Nie jest on bowiem niestety - co tu ukrywać - szczególnie uzdolniony językowo, ale też muszę brać pod uwagę okoliczności, w których odbywają się zajęcia. Nieszczęsny Szkot naprawdę bardzo ciężko pracuje, a kiedy spotykamy się wieczorami, to jest najczęściej nieludzko zmęczony i niejednokrotnie z perspektywą, że po powrocie z lekcji znów siądzie do komputera. A tu go wredna Smoczyca katuje gramatyką języka polskiego... No oszaleć można.
    Staram się zatem - na ile jest to możliwe - urozmaicać mu zajęcia i wymyślać ćwiczenia, które będą wybiegały poza sztampowe lekcje z podręcznika. Najlepsze efekty w przypadku Drybka dają poza tym takie zadania, w których musi coś manulanie zrobić, ponieważ jest kinestetykiem. Nigdy nie lekceważę indywidualnych predyspozycji uczniów, oczywiście jeśli tylko mam możliwość - bo raczej ciężko dopasować typ ćwiczeń do osobistych potrzeb każdego dwelikwenta w kilkunastoosobowej grupie... Wiem z własnego doświadczenia, że możliwość wykorzystania najbardziej rozwiniętego zmysłu - w zależności od tego, jakim typem sensorycznym jesteśmy [wzrokowcem, słuchowcem czy kinestetykiem] - zdecydowanie przyspiesza naukę i pozwala przyswoić o wiele większą ilość informacji, niż kiedy uczymy się "na oślep". Jestem typowym słuchowcem cierpiącym poza tym na wyraźne deficyty w percepcji wzrokowej i świadomość tego faktu bardzo ułatwia mi sprawę, bo wiem, dzięki jakim metodom najszybciej się czegoś nauczę, a jakie będą dla mnie stratą czasu. Wracając do Drybka, to na niego najlepiej działają takie ćwiczenia, w trakcie których musi wykonać jakąś czynność rękami. Nie tak łatwo niestety wymyślić coś takiego na zajęciach językowych [szczególnie w opcji "jeden na jeden"], ale zawsze można próbować. Scrabble nadają się całkiem dobrze - losowanie literek, przekładanie płytek, układanie słów na planszy. Ale co poza tym?
    Olśniło mnie ostatnio, kiedy przy jakiejś okazji odkryłam, że Drybek ma poważne braki w słownictwie dotyczącym opisu wyglądu zewnętrznego osób. Że też wcześniej na to nie wpadłam - istnieje przecież idealna gra nadająca się do powtórzenia tego typu leksyki. Jest nią "The Sims" oczywiście :) Dla niezorientowanych [choć przypuszczam, że mało jest osób, które całkowicie nie miałyby pojęcia, o co tam chodzi] - jest to symulacja codziennego życia człowieka. Trzeba takiemu Simowi kupić i urządzić mieszkanie, znaleźć pracę, dbać o zaspokajanie jego potrzeb, założyć mu rodzinę etc. A każdą grę zaczyna się od zaprojektowania naszej postaci - i na tym właśnie polegało zadanie Johna. Dostał opis wyglądu rodziny Kowalskich [składających się z żony, męża i teściowej :)], a potem polecenie ich stworzenia za pomocą dostępnego w grze interfejsu. Wyglądało to mniej więcej tak (choć zdjęcie jest przykładowe, wyszperane w czeluściach Internetu - bo my rzecz jasna używaliśmy polskiej wersji językowej):




    Pomysł wypalił. Siedzieliśmy nad grą dobre pół godziny. Szkot poradził sobie z postawionym przed nim zadaniem, a pod koniec był już w stanie opisywać wygląd losowo wygenerowanych Simów. No i co nie mniej ważne - chyba mu się to ćwiczenie podobało. A skoro tak, to do gry na pewno jeszcze wrócimy. Przyjdzie czas na powtarzanie słownictwa związanego z wyglądem i wyposażeniem domu, bo nasz Sim musi przecież gdzieś mieszkać :)

niedziela, 12 stycznia 2014

Na kawie z treserem studentów

    Pamiętacie Witalija, którego uczyłam w lipcu? Nie mogłam odżałować, że kurs językowy się skończył - wymieniliśmy się mailami i miałam cichą nadzieję, że będziemy utrzymywać jakoś kontakt, choćby sporadyczny. Napisałam do niego wiadomość na adres, który widniał na wizytówce, wysyłając mu namiary na polecane przeze mne książki do nauki języka polskiego, ale nie doczekałam się odpowiedzi. No cóż, mówi się trudno i po jakimś czasie spisałam znajomość z przesympatycznym Ukraińcem na straty.
    Możecie sobie zatem wyobrazić moje zaskoczenie, kiedy w miniony czwartek dostałam od Witalija maila - napisanego nota bene prawie nienaganną polszczyzną :) Okazało się, że przebywa aktualnie służbowo w moim uroczym mieście, a ponieważ zgubił gdzieś kartkę z adresem do mnie, to poczłapał do szkoły językowej i uprosił sekretarkę o Smocze namiary [hehehe - zawsze twierdziłam, że w dzisiejszych czasach jeśli ktoś naprawdę chce się z kimś skontaktować, to znajdzie sposób]. Z dalszej wymiany maili wynikło, że nie dostał ode mnie żadnej wiadomości, ale przypuszcza, że mogła wylądować w spamie, bo jego służbowa, uczelniana skrzynka często mu robi takie numery. W każdym razie nieśmiało pytał, czy znalazłabym czas na kawę z nim w sobotę po południu. A ponieważ czasem dysponowałam, a Hipek zgodził się spuścić Smoka ze smyczy, to ochoczo pofrunęłam.
    Co tu dużo mówić - porozumienie mózgów trwa :) Dwie i pół godziny minęły nie wiadomo kiedy, a jeden temat naturalnie przechodził w drugi. Było rzecz jasna o literaturze i gramatyce, ale też o perypetiach związanych z byciem nauczycielem [Witalij ma ciężką przeprawę ze studentem cierpiącym na Zespół Aspergera, więc wymieniliśmy doświadczenia] oraz o sytuacji poliycznej w Polsce i na Ukrainie. Skończyło się nawet na tym, że tłumaczyłam mu - na jego prośbę :) - co to jest "Radio Maryja" oraz "moherowe berety". Poza tym kiedy wypaliłam, że wzięłam się za naukę rosyjskiego, to chciał mnie na różne sposoby zmusić, byśmy sobie w tym języku pogadali, ale cały czas się za bardzo wstydzę... Musiałam mu obiecać, że do sierpnia, kiedy to będzie następnym razem w Polsce, podszkolę się na tylę, by móc mu już coś o sobie w języku Puszkina opowiedzieć. Na ten moment w ramach ćwiczeń przez kilkanaście minut "katował mnie" poezją rosyjską, a ja musiałam mówić po polsku, co zrozumiałam. Poszło mi nawet nieźle :)
    Co Witalij w ogóle robi w Polsce? Jest opiekunem grupy studentów swojego uniwersytetu, którzy mają tutaj wykłady dotyczące historii i kultury współczesnej połączone z wycieczkami krajoznawczymi. Brzmi może i fajnie, ale Witalij zapewnia, że w praktyce niczym się to nie różni od stanowienia opieki na wycieczce klasowej dla nastolatków. Najmłodszy student ma 19 lat, najstarszy 26, ale i tak większość z nich zachowuje się jak banda dzkusów [małpek :) :) :)] wypuszczonych z klatek. Rola biednego Ukraińca sprowadza się więc w dużej mierze do pilnowania, by nie narobili sobie kłopotów i wrócili do Stanów w jednym kawałku. A studenci rzecz jasna zadania mu nie ułatwiają - najgorzej było z oczywistych względów podczas wycieczki do Pragi [bo co niektórzy chyba po raz pierwszy w życiu widzieli takie ilości dobrego piwa w jednym miejscu...], a także podczas imprezy w miejscowym klubie nocnym, do którego z nimi co prawda nie poszedł, ale i tak był wzywany przez obsługę po tym, jak jeden z delikwentów po pijaku połamał kilka krzesełek. Po takich relacjach obiektywnie nie ma się co dziwić radości Witalija z powodu kawy ze mną, bo przynajmniej miał facet możliwość porozmawiania z kimś dorosłym i poukładanym :)
    Pytał mnie, czy mam doświadczenie w uczeniu online - bo ma u siebie dwie studentki slawistyki, które chciałyby przez skype'a podszkolić się w mówieniu w języku polskim. Chciał też się dowiedzieć, kiedy wybieram się do Stanów lub do Kanady [tjaaa...]. Oprócz tego w sierpniu przyjedzie tu z kolejną grupą studentów, ale tym razem będzie to już narybek innego rodzaju, tzn. zdecydowanie bardziej filologiczny i nastawiony na naukę. Będzie rozmawiał z szefem mojej szkoły językowej nad skrojeniem odpowiedniego kursu dostosowanego do ich zapotrzebowań - i że będzie chciał, bym poprowadziła dla nich zajęcia z historii literatury. 
    No i przy okazji rozmowy o sytuacji politycznej w Polsce wyraził nadzieję, że po następnych wyborach PiS dojdzie do władzy - bo zgodnie z moimi poglądami wtedy byłaby szansa, bym wyemigrowała do USA :) 

czwartek, 3 października 2013

Jeszcze raz o scrabblach

    Skończyliśmy już jakiś czas temu z Drybkiem drugi podręcznik. Teoretycznie więc oznacza to, że mój uczeń powinien zacząć trzecią książkę i kolejny poziom językowy B1, czyli poziom tzw. samodzielności językowej. Tyle teoria, bo niestety praktyka wygląda zupełnie inaczej. Szkot pomimo przerobienia całego przewidzianego materiału z pewnością nie ma go opanowanego, bo po prostu się nie uczy. Jego poprawność językowa kończy się więc z chwilą zamknięcia podręcznika. Ćwiczenia gramatyczne potrafi wykonać, jeśli ma przed oczami odpowiednie tabelki z końcówkami, natomiast w trakcie rozmowy zdecydowanie jest na etapie "moja-twoja-urwać-ręka". W tej kwestii jedyne, co udało mi się osiągnąć przez pół roku zajęć z nim, to sprawienie, że nie wstydzi się mówić, przynajmniej przy mnie. Wygląda to więc mniej więcej tak, że kiedy go o coś pytam, to on mi odpowiada tak jak potrafi, a ja przerabiam jego wypowiedź na poprawną polszczyznę i powtarzam mu powoli i spokojnie, co powinien był powiedzieć. Jak wiadomo, repetitio mater studiorum est, pozostaje więc mieć nadzieję, że kiedyś mu się coś do mózgu wdrukuje.
    Aby odwlec moment rozpoczęcia nowego podręcznika - przy świadomości, że stary nie jest jeszcze tak naprawdę opanowany - zarządziłam mu powtórkę z całego przerobionego dotychczas materiału. Z każdej jednostki lekcyjnej wybieram więc zagadnienia z gramatyki oraz słownictwo tematyczne i wałkuję je z Drybkiem ponownie. Żmudne, mało wdzięczne, ale jak się okazało 3/4 powtarzanych zagadnień Szkot zdążył już kompletnie zapomnieć, więc to niemal tak, jakbyśmy omawiali wszystko od początku.
    W tym miejscu wypada powiedzieć, że taki stan rzeczy spowodowany jest w dużej mierze trybem życia Drybka oraz porą zajęć. Skoro facet pracuje od rana do późnego popołudnia, to ja mu się wcale nie dziwię, że wieczorem jego mózg już wysiada i średnio się nadaje do przyswajania nowej wiedzy. John jest zwykle zbyt zmęczony, by odpowiednio się skupić, a też niestety nie jest osobą o jakichś wybitnych zdolnościach językowych. Inna sprawa, że w takim razie powinien samodzielnie pracować w domu np. w czasie weekendów, czego jednak nie robi - i stąd brak postępów.
    Na ostatnie zajęcia - oczywiście po uprzednim zapytaniu, czy mój uczeń wyraża zgodę - przyniosłam moją ulubioną pomoc naukową, czyli scrabble. Uznałam, że przyda mu się przerwa mozolnych powtórkach, a poza tym pamiętam, że kiedy sama uczyłam się angielskiego, to bardzo sobie chwaliłam maltretowanie brytyjskiej wersji tejże gry na zajęciach z native speakerami. Zmusza to do przestawienia mózgu na opcję myślenia w obcym języku.
    Żeby nie wrzucać biednego Szkota całkiem na głęboką wodę, to przytachałam mu oprócz scrabbli ogromniasty, PWN-owski słownik ortograficzny, z którego pozwoliłam mu do woli korzystać. Często więc bywało tak, że Drybek wynajdował jakieś słowo, które mu "pasowało z literek", a ja dopiero tłumaczyłam, co to słowo oznacza. Lepiej by było rzecz jasna, żeby wszystkie ułożone wyrazy pochodziły wyłącznie z jego głowy, ale i to miało przecież walor edukacyjny - przynajmniej poznał kilka nowych słów. Co prawda jak to w scrabblach były one rozmaite, czasem potoczne albo średnio w życiu przydatne, ale co tam. Poza tym do tłumaczenia reguł gramatycznych nadają się jak każde inne...

[Poleciłam, by Drybek rozpoczął, wylosował więc 7 liter, przekłada, przekłada, wertuje słownik - aż wreszcie z triumfem układa słowo KLOP].
- Nie wiem, co to jest, ale tu jest. - oświadczył Szkot pokazując mi palcem odpowiednie miejsce w słowniku ortograficznym. Dragonce pozostało więc zrobić fachową minę i odrzec:
- "Klop" to jest "toaleta" - wyjaśnieniu towarzyszyło wskazanie ręką odpowiedniego kierunku, w którym należałoby się w naszej szkole udać - tylko tak bardzo nieoficjalnie, trochę nawet wulgarnie. Do szefa tak nie mów.
- To przepraszam. - uśmiechnął się Drybek.
- Nie masz za co. Normalny wyraz, tylko potoczny. A tu, popatrz, można będzie dołożyć: KLOP - Y, czyli plural, KLOP - A, czyli genetiv, KLOP - OM, czyli dativ plural, KLOP - AMI instrumental plural, KLOP - ACH locativ plural.
[Tym sposobem z pomocą klopa urządziłam mu powtórkę z końcówek deklinacyjnych :)]

[Drybek po przewertowaniu słownika układa słowo HASA i patrzy na mnie pytająco].
- Tu jest "hasać". Będzie hasa? - pyta.
- Tak. To trzecia osoba singular, "on, ona, ono hasa". To znaczy szybko biegać.
- Jak Usain Bolt?
- Bardziej jak dziecko albo piesek lub kotek. Biegać dla rozrywki, z radością. Usain Bolt biega na poważnie. - próbuję wytłumaczyć różnicę.
- HASAĆ: biegać for fun like a child. To potrzebne nowe słowo? Głupi ten polski...

[Ułożyłam słowo TYŁEK i wytłumaczyłam, co ono oznacza. Drybek kombinuje, co tu z niego można jeszcze zrobić i na planszy pojawia się wyraz TYŁEKI].
- Niestety, z tym już nic nie zrobisz. Przy odmianie zniknie "e", więc będzie "TYŁKI, TYŁKA, TYŁKOM..." - wyjaśniam.
- A, to szkoda...

    Graliśmy całe zajęcia i nawet mu się podobało. Przegrał ze mną kilkunastoma punktami - bo oczywiście pilnowałam się, żeby się nie rozpędzać, a także pomagałam mu szukać dobrych miejsc na planszy, kiedy już sam wymyślił jakiś wyraz. Myślę, że powinien częściej w to grać. Po raz kolejny scrabble okazały się lekiem na całe zło :)

niedziela, 11 sierpnia 2013

Różności

    Muszę przyznać, że miniony tydzień dał mi ostro po Smoczym zadku. Prowadzenie średnio po 7 lekcji dziennie przy tropikalnym upale zdecydowanie nie mieści się w moim kodeksie BHP. Zresztą, zmęczona byłam i ja, i moje uczennice. Dobrze, że przynajmniej Drybek jest na urlopie i najbliższe zajęcia z nim mam 20 sierpnia, bo gdybym po całym dniu jeszcze musiała wytrzasnąć skądś energię na niego, to po wszystkim Hipek zeskrobywałby mnie z podłogi.
    W nadchodzącym tygodniu robię sobie wolne. Jedziemy z Błotnym Ssakiem na kilka dni do mojego Taty, gdzie aktualnie przebywa też Smoczy starszy brat z rodziną, a po powrocie mam w planach leżenie kołami do góry i odcięcie się od wszelkich zbędnych bodźców. Powiem Wam bowiem coś niezwykle odkrywczego - kurde, jestem jednak zmęczona. Po dziewięciomiesięcznym psychicznym spinaniu się przy tresurze małpek zafundowanie sobie praktycznie całego etatu przy przekonywaniu Bogu ducha winnych innastrańców, że język polski nie jest wcale taki trudny, jak by się wydawało - to jest jednak przegięcie, które zaczynam odczuwać. Co z tego, że lubię tę pracę - bez dwóch zdań jest ona wyczerpująca, a do tego jeszcze dołóżmy niesmocze warunki atmosferyczne, czyli morderczy upał. Odrobinkę to jednak za dużo.

    A jak tam moje dwie ostatnie edukacyjne "ofiary"? Ano przeżyły, mają się dobrze, a na ostatnich zajęciach mnie wyściskały i - ujmując rzecz oficjalnie - wyraziły zadowolenie z efektów mojej pracy :) W przypadku Reginy miałam małe pole do popisu, bo jeśli ktoś na dobrą sprawę dopiero zaczyna naukę, to pewne rzeczy musi po prostu wryć na blachę i brutalnie wyćwiczyć "do zrzygania" - i żadne fajerwerki mu nie pomogą. Co innego w przypadku Janet, z którą można było swobodnie porozmawiać już niemal na każdy temat, a będącą w dodatku osobą ciekawą wszystkiego, kontaktową i - co tu dużo ukrywać - nieprzeciętnie inteligentną. Skoro już jesteśmy przy Janet, to w ramach ciekawostki wypunktuję Wam, czego się o niej dowiedziałam przez te dwa tygodnie wspólnych zajęć:
1) Chcecie dowodu na to, że ma w głowie procesor najnowszej generacji? Proszę bardzo :) Czytać nauczyła się w wieku 3 lat, a po państwowej podstawówce [Primary School] napisała stosowny egzamin i... poszła od razu do college'u, przeskakując dwa etapy edukacyjne [czyli Middle School oraz High School]. Przy takich układach nie dziwi już specjalnie fakt, że obecnie ma dopiero 25 lat, a już jest uniwersyteckim pracownikiem naukowym i lada moment obroni doktorat. Ma niesamowitą pamięć oraz słuch muzyczny, przekładający się rzecz jasna na zdolności językowe.
2) Żeby było ciekawie, to sama Janet miała wszelkie perspektywy na to, by zostać małpką - i wielce prawdopodobne, że w rzeczywistości polskiej tak by się to skończyło. Mieszkała bowiem na zabitej dechami głębokiej prowincji, do podstawówki chodziła w bardzo nieciekawej okolicy, a za kolegów z dzieciństwa robili jej różnego rodzaju dilerzy i inne młodociane bandziorki. Na szczęście jednak ichni system szkolnictwa potrafi wyłapać edukacyjne perełki i to nieważne, jak bardzo zanurzone były w bagiennym mule. Z własnego doświadczenia wiem, że zamiłowanie do ciężkiej muzyki, podejrzanego towarzystwa i mocnych wrażeń nie musi wykluczać zainteresowań ściśle naukowych - ale w powszechnej opinii osoba wyglądająca jak nastoletni gangster nie może być jednocześnie "mózgowcem". Przynajmniej nad Wisłą, bo na szczęście dla Janet za oceanem widocznie patrzą na to troszkę inaczej.
3) Gdyby jeszcze było mało, to u niej w domu też w pewnym momencie zaczęło się dziać nieciekawie, bo po śmierci ojca jej matka znalazła pocieszenie w religii i to w jednym z dość agresywnych wydań. Została mianowicie Świadkiem Jehowy i - jak przystało na neofitkę - od razu bardzo czynnie zaangażowała się w życie swojej nowej wspólnoty, kompletnie wywracając swój dotychczasowy świat do góry nogami. Możecie sobie wyobrazić, czym było dla zbuntowanej, mającej status dziwadła nastolatki mieszkanie pod jednym dachem z matką-fanatyczką religijną... No cóż, Janet poradziła sobie z tym na własny, specyficzny sposób - została buddystką ZEN :)

    Abstrahując od kwestii zawodowych mieliśmy w Pomarańczowej Jaskini wizytę Mag, czyli mojej ulubionej bloggerki literackiej, o której już kilka razy Wam wspominałam. Uwielbiam Nocne Polaków Rozmowy w doborowym towarzystwie :) Stanowczo Mag ma tylko jedną wadę - tzn. mieszka zbyt daleko stąd. Z odwiedzin średnio cieszyła się Jej Wysokość, która z wiekiem robi się w stosunku do Hipka i Smoka trochę zaborcza, ale trzeciego dnia wizyty łaskawie wskakiwała już gościowi na kolana i nawet pozwoliła się kilka razy pogłaskać. Za to Zgredek, czyli nasz mocno wiekowy samochód robił wszystko, by psuć nam plany w najmniej odpowiednich momentach - i trzeba przyznać, że mu się to niestety udawało jak cholera. Jeśli jesteście ciekawi szczegółów, to zapraszam na blogi HipopotamaMagulca, bo z pewnością w niedalekiej przyszłości pojawią się tam wyczerpujące relacje. Bo mnie, no cóż... nawet się o tym pisać nie chce :)
    I tak to Smokowi minął tydzień.

sobota, 3 sierpnia 2013

Oryginałki

    Nie odzywam się, bo zaiwaniam w tej szkole dla innastrańców na pełny etat. Wychodzę z domu po 8, wracam koło 18, a potem trzeba się przygotować do następnych zajęć, Pumę podrapać za uchem, z Hipkiem pogadać... No i na pisanie postów nie zostaje już wiele energii aż do weekendu. I tak będzie jeszcze przez tydzień, bo potem zarządziłam sobie małe wolne, żeby się trochę porealizować towarzysko i rodzinnie.

    Mam obecnie dwie uczennice - jedną rano, drugą po południu. Pierwsza to około 50-letnia przesympatyczna Niemka Regina. Jest na poziomie początkującym, ale - zgodnie ze stereotypowymi cechami swojej nacji - jest bardzo pracowita, dokładna i sumienna, więc szybko robi postępy. Mam z nią zajęcia jeden-na-jeden, więc znęcam się bez miłosierdzia [moja specjalność, hie, hie, hie], a ona posłusznie wypełnia pod moim kierunkiem kilogramy kserówek z zadaniami gramatycznymi, a także łamie sobie język na ćwiczeniach z fonetyki. Do tego jest uśmiechnięta, pogodna - słowem, pracuje się z nią w bardzo miłej atmosferze. Natomiast chyba będę zmuszona zweryfikować wszystko, co do tej pory mówiłam na temat Smoczej dyskalkulii, bo moje problemy z liczeniem to przy Reginie pan Pikuś. Wyobraźcie sobie wiekową, stateczną kobietę, inteligentną i jak najbardziej "na poziomie", która do tego stopnia nie radzi sobie z cyframi, że ma problem z odpowiedzią na pytanie, która jest godzina! Uczyłam ją, jak się w języku polskim określa czas. Oczywiście, łamała sobie język na polskich liczebnikach, ale to normalne, bo dla osoby niewyćwiczonej w słowiańskich dźwiękach wymowa słów "trzy", "sześć" czy nie daj Boże kwiatków typu "czterdzieści sześć" to horror, masakra i wyrafinowana tortura. Szybko jednak zorientowałam się, że to nie w wymowie problem, a w tym, że Regina nie kojarzy zupełnie, jakim "znaczkiem" zapisać dany liczebnik [czyli np. że znak "11" oznacza "jedenaście"]! A już dokonanie operacji myślowej przekształcającej godzinę 21:00 na "dziewiątą wieczorem" było zadaniem kompletnie przekraczającym jej możliwości. Muszę przyznać, że - przy całym współczuciu dla Reginy, bo taka dysfunkcja musi jej koszmarnie utrudniać życie - to patrzyłam na to zafascynowana, bo do tej pory czytałam jedynie o takich przypadkach dyskalkulii, ale nigdy nie miałam okazji zobaczyć czegoś podobnego na własne oczy.
 
    Druga studentka - Amerykanka - to jeszcze większy ewenement. Gdybyście zobaczyli 25-letnią Janet po zmroku w ciemnej ulicy w nieciekawej części miasta, to albo zaczęlibyście uciekać, albo - przy gorszej kondycji - zrobilibyście szybki rachunek sumienia, czy macie w portfelu wystarczającą sumę pieniędzy, by owa dama się nimi zadowoliła i nie zrobiła wam krzywdy. Wygląda jak stereotypowa, młodociana gangsterka - względnie lesbijka typu "butch" [czyli "ta męska"]. Co przez to rozumiem? Posturę początkującego zapaśnika sumo, włosy długości 5 mm, kolczyki w różnych częściach twarzy [uszy, nos, brwi] dziary na rękach, dekolcie i łydkach oraz wyłącznie czarne ubrania. Do tego dołóżcie niski, męski głos oraz bardzo bezpośredni i nonkonformistyczny sposób bycia, objawiający się chodzeniem boso, żywą gestykulacją, głośnym śmiechem [przechodzącym w charakterystyczne "chrumkanie"] i - mówiąc delikatnie - nie przywiązywaniem jakiejś wyjątkowej wagi do higieny osobistej... Pytanie za 100 punktów: co taka urocza młoda dama robi w naszym pięknym kraju i dlaczego pragnie uczyć się języka polskiego? Otóż, Panie i Panowie, Janet jest rusycystką pracującą jako wykładowca na Uniwersytecie w Michigan i robiącą tam aktualnie doktorat ze współczesnej poezji rosyjskiej. Polskiego zaczęła uczyć się ledwo dwa lata temu, a już jest na poziomie B2/C1 - czyli wyższym, niż ja z angielskiego... Ma niesamowity słuch i zdolności językowe, dzięki czemu po rosyjsku mówi w taki sposób, że przeciętny Rosjanin nie jest w stanie zorientować się, że nie jest jego rodaczką. Co więcej - po polsku też mówi z charakterystycznym, wschodnim, śpiewnym akcentem oraz zębowym "ł".
    Tłukę z Janet trochę gramatyki, ale głównie interesuje ją kulturówka, zatem np. całe ostanie zajęcia [4 godziny] oglądałam z nią najstarsze Kroniki Filmowe z lat '40 i '50. Rzecz jasna na pierwszy ogień puściłam słynny materiał o zrzuceniu stonki ziemniaczanej przez Amerykanów oraz filmik pod wdzięcznym tytułem "Amerykanie - GO HOME!", obrazujący, jak to podstępni imperialiści zza oceanu panoszą się w zachodniej Europie, siejąc zgniliznę moralną i wyzysk klasy robotniczej. Aż się spłakała ze śmiechu - i wcale jej się nie dziwię :)
    Mam jakoś szczęście do nietypowych uczniów, prawda?

czwartek, 25 lipca 2013

Porozumienie mózgów

    Zieeef... Rozkoszuję się czwartkiem, czyli w tym tygodniu roboczym jedynym Smoczym wolnym dniem. Tak, zgadza się, że są weekendy, więc nie powinnam w ogóle narzekać - ale przypominam zainteresowanym, że teoretycznie mam urlop, a zatem generalnie powinnam leżeć kołami do góry i "robić nic", ewentualnie latać i zwiedzać jakieś ładne miejsca. Ale to nie w tej pięciolatce :) Jest praca, to trzeba brać, czyż nie? Dziś przynajmniej mogłam sobie pospać leniwie do dziewiątej z Pumiskiem zwiniętym w kłębek u boku, a potem równie leniwie pójść na bazarek po owoce i warzywa. Teraz rozwaliłam się z kawą i korzystam z atmosfery ciszy i spokoju [przerywanej jedynie przez odgłosy Jej Wysokości, pastwiącej się nad nowym drapakiem], by napisać dla Was porządnego posta :) Ostatnim razem, kiedy charakteryzowałam Wam krótko moich wakacyjnych innastrańców, wspominałam, że trafiły mi się dość niezwykłe zajęcia z pół-Polakiem, pół-Ukraińcem - ale że to materiał na osobny wpis. No i właśnie :)

    Od kiedy współpracuję ze szkołą językową, po raz pierwszy moje macierzyste wykształcenie - filolog polski - okazało się wyraźnym atutem. Otóż wszyscy zatrudnieni tam lektorzy są filologami innych języków i zasadniczo uczą tam angielskiego, niemieckiego czy innego francuskiego, a polskim zajmują się niejako przy okazji, bo pokończyli odpowiednie studia podyplomowe. I tak na co dzień to oni są na lepszej pozycji jako "fachowcy od uczenia języków obcych" - gdy ja tymczasem jestem jednak bardziej historykiem literatury, niż lingwistą [przynajmniej z wykształcenia]. Aż tu nagle trafił się klient, który - poza tradycyjnym wakacyjnym kursem, czyli lekcjami z grupą do południa - zażyczył sobie dodatkowych zajęć indywidualnych po południu "w miarę możliwości z kimś, kto jest po filologii polskiej". No i na tym polu Smoczyca nadaje się idealnie :) Zadeklarował, że potrzebny mu solidny trening gramatyczny, ale co z tego w rezultacie wyszło, to sami zobaczycie.
    Witalij ma 38 lat i z pochodzenia jest pół-Ukraińcem, pół-Polakiem, ale jako że pochodzi z Kresów, to jego rodziną z powodów historyczno-politycznych rzucało po mapie tak często, że trudno w tym momencie dociekać, kto jest kim. Pamięta, że na pewno jego dziadkowie mówili wyłącznie po polsku, choć teraz z perspektywy swojego własnego wykształcenia wie, że była to bardzo zanieczyszczona gwara. Żeby było jeszcze ciekawiej, to od 20 lat mieszka w Kanadzie, a pracuje w USA. Kiedy natomiast zapytałam go, w jakim języku "myśli" [czytaj: kim się czuje], to odpowiedź też okazała się skomplikowana, bo to zależy od tematu. "Kiedy myślę o rzeczach związanych z życiem codziennym, to mam w głowie ukraiński z domieszką polskiego słownictwa. Ale jeśli przechodzę do spraw zawodowych, to myślę tylko po angielsku".
    No dobrze, to teraz zrobi się jeszcze ciekawiej [przynajmniej z mojej perspektywy]. Otóż Witalij jest doktorem slawistyki, a studiował między innymi... na Uniwersytecie Harvarda. Obecnie pracuje na jednym z amerykańskich uniwersytetów jako wykładowca języka rosyjskiego i niemieckiego. Możecie się domyślić, że kiedy to usłyszałam, to poczułam się w jednej chwili malutkim, głupiutkim Smoczkiem i miałam ochotę schować się pod stół. Kurna felek, gość jest po jednej z najlepszych uczelni na świecie, oprócz tego sam jest pracownikiem naukowym - a JA mam go uczyć?! No cóż, na to jednak wyszło...
    Witalij zażyczył sobie gramatykę, ale szybko okazało się, że z o wiele większym zaangażowaniem chłonął wszelkiego rodzaju dygresje literackie, historyczne i społeczne, jakie pojawiały się na zajęciach. Tradycyjnie każdą pierwszą lekcję z nowym uczniem zaczynam od poproszenia, by opowiedział mi coś o swoim życiu, zainteresowaniach i pracy - i o ile zwykle ten element zajmuje góra pół godziny i służy głównie nawiązaniu kontaktu i "przełamaniu lodów", to w przypadku Witalija skończyło się tak, ze przegadaliśmy niemal całe zajęcia [3 godziny!]. Można to nazwać "porozumieniem umysłów" - czyli generalnie w kwestiach zainteresowań naukowych, ale także poglądów trafił swój na swego. On zatem opowiadał mi o szkolnictwie w Stanach, a ja mu o pracy w Zoo [i żałujcie, że nie widzieliście, jak bardzo jego oczy robiły się okrągłe ze zdziwienia, kiedy słyszał o różnych małpich numerach :)]. Potem rozmawialiśmy o sytuacji politycznej na Ukrainie, o problemach związanych z mniejszościami narodowymi, ale też o procesach fonetycznych, gramatycznych i leksykalnych w językach - jak na dwójkę filologów przystało :)
    A jak wyglądały następne zajęcia? Możecie się śmiać, ale na prośbę Witalija... analizowaliśmy fraszki i treny Jana Kochanowskiego. Kiedy usłyszał, że mam specjalizację z literatury staropolskiej, zapytał, kogo w związku z tym uważam za najważniejszego twórcę polskiego z punktu widzenia języka - a ja, zgodnie z prawdą, bez wahania wymieniłam Janka z Czarnolasu i najwyraźniej opowiedziałam o nim w sposób tak zachęcający, że Witalij zapragnął zapoznać się z jego twórczością bliżej. Spodziewałam się, że tradycyjnie największym problemem okaże się XVI-wieczna polszczyzna, a tu nic bardziej mylnego, bo większość archaicznych wyrazów, niezrozumiałych dla współczesnego Polaka, używana jest do dziś w języku ukraińskim, więc nie stanowiły dla mojego ucznia żadnego problemu. Dla przeciwwagi na ostatnie spotkanie przytachałam mu Andrzeja Bursę - bo Witalij chciał z kolei poznać trochę słownictwa kolokwialnego czy wręcz slangowego. Tu nawiasem mówiąc również pomocne okazały się moje doświadczenia z pracy w Zoo. Oprócz tego poprosił, żebym mu przygotowała zajęcia na temat rzeczowników o nietypowej odmianie. Wałkowaliśmy więc różnego rodzaju kwiatki w stylu "sędzia", "hrabia", "przyjaciel", "rząd" czy "urząd" - ale do poczytania do poduszki wręczyłam mu 8 stron tabelki zawierającej WSZYSTKIE typy deklinacyjne, jakie tylko istnieją w języku polskim [a jest ich 146]. Cieszył się jak dziecko :)

    Wczoraj mieliśmy ostatnie zajęcia - i mówiąc wprost najbardziej żałuję, że nie mam technicznie jak kontynuować tej znajomości. Masochistycznie zawsze lubiłam rozmowy z ludźmi, którzy biją mnie na głowę wykształceniem i inteligencją, a tu w dodatku trafił się rozmówca nie dość, że interesujący się tą samą dziedziną, co ja, to jeszcze bardzo sympatyczny i z ogromną kulturą osobistą. Dostałam od niego wizytówkę, może więc uda się od czasu do czasu wymienić jakiegoś maila - ale szkoda, że nie siądziemy już i nie porozmawiamy.
    Na koniec Smok został poza tym tak pocukrowany, że jego uszy zrobiły się pąsowe. Dowiedziałam się generalnie, że się marnuję pracując w Zoo, bo po pierwsze jest to praca zbyt niebezpieczna dla tak wrażliwej osoby i nieodpowiednia dla kogoś tak kulturalnego, cierpliwego i miłego. Poza tym wyraził zdziwienie, że do tej pory jeszcze nie zrobiłam doktoratu, bo jestem stanowczo zbyt inteligentna, by mieć tylko magistra. I że gdybym mieszkała w Stanach, to załatwiłby mi u siebie asystenturę, bo przydałby się im na uczelni ktoś taki jak ja do prowadzenia zajęć z literatury i historii krajów słowiańskich.
    Jaaasneee... Fajnie brzmi :) A tymczasem należy się cieszyć, że przy takim poziomie bezrobocia nauczycieli w Polsce mam w ogóle pracę - i to jeszcze etatową. W dodatku taką, w której dobrze mi idzie i to bez względu na to, czy stać mnie na więcej, czy nie.
 
 

sobota, 20 lipca 2013

Smok na "urlopie"

    Zgodnie z zapowiedzią - z połową lipca zostałam ostro zagnana do pracy w szkole językowej. W tym tygodniu miałam wolny tylko czwartek, w przyszłym będzie podobnie. I tak musiałam już zrezygnować z 10 godzin warsztatów gramatycznych, bo nie dałabym rady ich upchnąć. Oczywiście kasy szkoda, ale higiena pracy też jest ważna. Poza tym czy mi się zdaje, czy teoretycznie mam wakacje...? To pytanie było rzecz jasna mocno retoryczne :) Na co zatem zdążyłam się załapać?

1) Uszczęśliwiono mnie w ramach zastępstwa za inną lektorkę kilkoma godzinami ze Stephanie - doktorantką historii z Nowego Jorku, będącą dokładnie w moim wieku. Brzmiało fajnie, bo o wiele łatwiej prowadzi się zajęcia z ludźmi wykształconymi [jest o czym pogadać], a jeśli w dodatku zainteresowania są z tej samej dziedziny, co u mnie [historia!], no to zwykle jesteśmy w domu. Sekretarka ostrzegała mnie co prawda, żebym uważała na Stephanie, bo jest "cicha i wycofana", ale pomyślałam sobie, że przecież przerabiałam już podobny casus edukacyjny w poprzednim roku, więc chyba gorzej nie będzie. Tjaaa... Trafiła mi się uczennica inteligentna, bardzo pracowita i zmotywowana do nauki, ale mająca albo jakieś lekkie zaburzenia psychiczne, albo będąca świeżo po przejściu jakiejś kosmicznej traumy. Czym to się objawiało? W skrócie - wszystko było w porządku, dopóki ćwiczenia były mechaniczne, dotyczyły suchej, nudnej gramatyki czy słowotwórstwa. Gorzej, jeśli przechodziłyśmy do swobodniejszej komunikacji czy nie daj Boże tematów choć trochę zaczerpniętych z życia.
    Podam Wam dość jaskrawy przykład, po którym szczęka walnęła mi z hukiem o ziemię - i rzecz jasna musiałam na biegu zmieniać wcześniej ułożoną koncepcję zajęć. Zgodnie z materiałem przewidzianym w podręczniku wprowadzałam jej słownictwo dotyczące cech charakteru i osobowości. Dopóki ciągnęłyśmy ćwiczenia teoretyczne, wszystko było w porządku, ale przecież chodzi o to, by nową wiedzę zastosować w praktyce. Poleciłam więc Stephanie, aby mi powiedziała, jakie cechy u ludzi ceni, a jakie ją denerwują. Dziewczyna najpierw tradycyjnie się zacięła [co samo w sobie nie było niczym niezwykłym, bo generalnie mówi bardzo powoli i cicho]... a potem najzwyczajniej w świecie wybuchnęła płaczem - i to takim, że musiała sięgnąć po chusteczki! Kiedy doszła do siebie na tyle, by móc w jakikolwiek sposób wytłumaczyć swoje zachowanie [bo rzecz jasna całkowicie zbaraniałam], stwierdziła, że bardzo ją stresuje mówienie o sobie, nie lubi tego robić i musimy zmienić temat. No kuuurza twarz, jak niby miałam to przewidzieć?! Powiedz, co cię wkurza u ludzi, normalne pytanie.Okazuje się jednak, że nie dla każdego...

2) Oprócz tego mam dwójkę przemiłych studentów na poziomie początkującym - Niemkę Sabinę [ale zamężną z Polakiem :)] oraz Carlosa z Meksyku. Oboje są młodzi, roześmiani, z dużym dystansem do popełnianych przez siebie pomyłek i zadający mnóstwo pytań. Świetnie się z nimi pracuje, choć niestety nasze możliwości swobodnego pogadania są mocno ograniczone ze względu na ich niskie zaawansowanie językowe. Ale i tak jest wesoło. Robią zresztą duże postępy, czego dowodem był test, który napisali na piątkowych zajęciach. Sabine nie zrobiła ani jednego błędu [niemiecka dokładność, hie hie hie...], natomiast Carlos osiągnął 37/50 punktów, co też jest przecież bardzo dobrym wynikiem. Był na początku trochę tym zmartwiony, bo - jak mi wyjaśnił - w Meksyku pułap zaliczenia testów zaczyna się od 70%, więc w swojej ojczyźnie z taką ilością punktów ledwo by zdał.
    Tjaaa... A u nas na zaliczenie matury wystarczy nędzne 30%...

3) Jako wisienkę na torcie mam też indywidualne zajęcia z doktorem slawistyki będącym pół-Polakiem, pół-Ukraińcem, mieszkającym na stałe w Kanadzie, a pracującym w USA. Sama charakterystyka już brzmi ciekawie, co? Ale lekcje z nim to materiał na osobny post, zatem musicie uzbroić się w cierpliwość :)

    A tak poza tym to przypominam,  że we wtorek mam egzamin na mianowanego. Dziś właśnie zaczęłam naukę przepisów zawartych w Karcie Nauczyciela, Statucie Szkoły oraz innych arcymądrych dokumentach prawnych. Jakie to są pierdoły, to wiedzą tylko ci z moich Czytelników, którzy sami robili awans zawodowy...

wtorek, 9 lipca 2013

Nie od razu Glasgow zbudowano

    Jak poszło Drybkowi?
    Tak, jak było do przewidzenia, czyli czasem lepiej, czasem gorzej. Zgodnie z życzeniem mojego klienta przyniosłam mu rozmaite ćwiczenia "na słuchanie": tradycyjne dyktanda, teksty z lukami [czyli trzeba wyłapać i wpisać brakujące słowa w tekście - coś, jak z tą "Supermenką" Kayah, tylko tym razem bez śpiewania], ćwiczenia typu prawda/fałsz [słucha się nagrania i potem odpowiada na pytania dotyczące jego treści], zadania na kontekst sytuacyjny [jest wypowiedź lub dialog i trzeba po użytym słownictwie domyślić się, w jakich okolicznościach one padły]. A wszystko poprzedziłam moją ulubioną diagnozą fonetyczną, czyli ćwiczeniem na "pary minimalne" - jeśli pamiętacie, to swojego czasu katowałam tym nieszczęsnego Carlo. Drybek dostał Kartę Pracy, na której w równoległych słupkach wypisałam wyrazy różniące się jednym dźwiękiem i następnie jego zadaniem było zaznaczenie, co też Smoczyca przeczytała. Owo perfidne narzędzie tortur wygląda tak:


    Ćwiczenie proste, ale bardzo dla nauczyciela przydatne. Dzięki temu mogę zorientować się, których głosek uczeń nie słyszy, a to jest sprawa bardzo indywidualna, zależna zarówno od wrażliwości słuchu konkretnego delikwenta, jak i od jego nacji. I tak Drybek - jak na typowego Brytyjczyka przystało - ma problem z rozróżnieniem "i" oraz "y", a zatem np. czasownik "bić"/"być" to dla niego jedno i to samo. Ma też trochę kłopotów z "ć"/"cz" oraz "ś"/"sz". Bezbłędnie za to słyszy różnicę między "b" a "w" [co było z kolei zmorą biednego Włocha] oraz "ś" a "ź". No cóż, co kraj, to obyczaj :)
    Co planujemy dalej? Umówiliśmy się, że owszem, wracamy do podręcznika, ale niezależnie od przewidzianego tam materiału każde zajęcia będziemy zaczynali od 2-3 zadań kształtujących rozumienie ze słuchu. Dziś więc zrobię mu znów krótkie ćwiczonko na pary minimalne, a potem jeszcze dwa dotyczące opisu fotografii [uczeń słyszy tekst opisujący wygląd danej osoby i ma wskazać jej fotografię]. A potem wracamy do podręcznika. Mamy akurat jednostkę lekcyjną o prasie i książkach, więc Drybek lekko się nudzi, bo będąc ilustracją typowego informatyka, nie czyta niczego poza materiałami zawodowymi.

    Oprócz tego już dopadły mnie kursy wakacyjne. Miałam dostać pierwsze grupy od połowy lipca, ale już wczoraj odebrałam telefon z prośbą od sekretarki, czy nie wzięłabym doraźnie już w tym tygodniu czterech godzin z dziewczęciem na poziomie A2 - bo się ktoś pochorował, czy klientka wykupiła dodatkowe lekcje i nie mają ich komu dać, jakoś tak, nieważne :) Ano jasne, że bym wzięła, gdzież by inaczej... Znakiem tego niestety siedzę dziś w szkole językowej od 13 do 20. Przerwę między nową uczennicą a Drybkiem mam dość długą, ale niestety nie na tyle, by opłacało mi się wracać do Pomarańczowej Pieczary [i to akurat w godzinach szczytu komunikacyjnego]. Ale nic to - 23 lipca mam egzamin na mianowanego, wezmę ze sobą jakieś arcymądre książki, poczytam sobie...

środa, 3 lipca 2013

Szkot bierze się w garść

    Historia z nieudaną próbą wykorzystania piosenki "Supermenka", którą opisałam w poprzednim poście, ma dość nieoczekiwany ciąg dalszy. Choć to w sumie zbyt łagodne określenie, bo muszę przyznać, że ja mało nie spadłam z krzesła.
    Ale od początku. Na kolejnych zajęciach, które nastąpiły bezpośrednio po tamtych feralnych, wszystko przebiegło według utartego, programowego, aczkolwiek nieco nudnawego schematu. Tłukliśmy dokładnie ten materiał, który przewidywał podręcznik - żadnych udziwnień i niespodzianek. Oczywiście broń Boże ćwiczeń do słuchania, bo uznałam, że muszę dać Drybkowi czas na przełknięcie porażki. Jakież więc było moje zaskoczenie, kiedy wczoraj mój uczeń zaraz po przywitaniu się i rozpakowaniu, wystosował do mnie następujący apel [przytaczam rzecz jasna sens jego słów, a nie dokładne ich brzmienie - całość wypowiedzi to była mieszanka polskiego na bardzo prostym poziomie z domieszką angielskiej leksyki, kiedy brakowało mu słów]:

   - Myślałem o tamtej lekcji ze słuchaniem i widzę, że mam z tym kłopot. Na następnych zajęciach nie robimy podręcznika, tylko przygotuj mi 90 minut dyktanda, różne teksty, łatwe i trudne. Ty będziesz czytać, ja będę pisać. Muszę nauczyć się słuchać, bo nie rozumiem, co Polacy mówią.

    Kopara opadła mi do samej podłogi, a kiedy odzyskałam mowę, to oczywiście odparłam, że to świetny pomysł. Stanęło na tym, że przyniosę rozmaite ćwiczenia na rozumienie ze słuchu i rzeczywiście tylko tym będziemy się zajmować przez całą lekcję. Zasugerowałam tylko, że nie powinno być wyłącznie tak, że ja mu czytam, bo w takim układzie nauczy się świetnie rozpoznawać polski w wykonaniu Smoczycy, a przecież nie na tym rzecz polega. Powinien umieć rozróżniać język mówiony przez przeciętnego Polaka, być przyzwyczajonym do różnych akcentów, płynności i staranności.
    Kiedy już ustaliliśmy szczegóły, powiedziałam mu mniej więcej coś takiego:
    - John, bardzo się cieszę, że ty to zaproponowałeś. Widzę, że o wiele gorzej idzie ci ze słuchaniem, niż z czytaniem czy gramatyką. Wiem, że powinieneś dużo ćwiczyć słuchania, ale po tej lekcji z piosenką byłeś taki smutny, że bałam się to zaproponować. Świetnie, że sam chcesz takie ćwiczenia. Naprawdę bardzo się cieszę.

    Przyznaję, że mi Drybek zaimponował. On naprawdę źle znosi porażki i teraz przecież musi sobie zdawać sprawę, że przez jakiś czas będzie się wykładał na tych słuchankach. Ale nie ma innej rady. Jak widać, jego ambicja jest silniejsza, niż frustracja z powodu niepowodzenia.
    Trzymajcie kciuki w piątek, żeby facet jednak dał radę - przynajmniej w części :)

sobota, 29 czerwca 2013

Jak zdołowałam Drybka

    Dawno nic nie pisałam o Drybku. Otóż współpraca układa nam się całkiem nieźle - tzn. wyraźnie zostałam zaakceptowana i nie istnieje już chyba ryzyko, że uczeń któregoś pięknego dnia pomaszeruje do szefa domagając się wymiany mnie na "lepszy, nauczycielski model". Co prawda między wierszami na zajęciach mogę wywnioskować, że jestem o wiele bardziej wymagająca, niż jego poprzednia lektorka - cóż, najwyraźniej po prostu nie potrafię uczyć inaczej, nawet jeśli staram się nie dociskać śruby. Najwidoczniej jednak robię to w taki sposób, który nie powoduje u Drybka poczucia zagrożenia. Facet na ogół się przykłada, zamiast obrażać się i zacinać, kiedy czegoś nie wie.
    Generalnie to mam wrażenie, że mnie na swój sposób lubi. Chętnie opowiada mi o swojej pracy - i to ostatnio nie tylko zagadnięty przeze mnie [zawsze zaczynam zajęcia od zapytania go luźno, jak mu minął dzień, co robił w pracy czy jakie ma np. plany na weekend], ale też sam z siebie. Ostrożnie też zaczyna wypytywać mnie o różne rzeczy - związane z Zoo [bo wspominałam, w jakiej szkole uczę...] lub z moimi poglądami na tematy społeczne czy polityczne - choć oczywiście wszystko w granicach zachowania odpowiedniego dystansu. Stara się być miły, uśmiecha się do mnie, próbuje żartować na swój ponury, sarkastyczny sposób. Ogólnie zatem jest dobrze, choć oczywiście pewne wpadki są nie do uniknięcia.
    No właśnie... Przy okazji jednego z ćwiczeń z podręcznika zrobiłam mu całe zajęcia powtórkowe z trybu przypuszczającego - wiecie, zdania typu: "gdybym mógł..., to zrobiłbym...". Nie jest to jakaś szczególnie trudna w języku polskim konstrukcja, bo tworzy się ją regularnie, podstawiając do odpowiedniego, logicznego schemaciku. Powtórzyliśmy więc zasady, przewałkowaliśmy szereg typowych ćwiczeń gramatycznych, a potem kazałam mu zastosować tryb warunkowy w praktyce:

JA: John, co byś zrobił, gdybyś rządził w Szkocji? Jakie prawo byś zmienił?
DRYBEK: Gdybym rządził w Szkocji, chciałbym żeby mężczyźni codziennie chodzili w spódnicach...
JA: Masz na myśli kilt? Lubisz nosić kilt?
DRYBEK: Tak, jest wygodny.

    Tjaaa... Biorąc pod uwagę to, że Drybek wyglądem przypomina hobbita - tylko lekko odchudzonego i mało owłosionego - to może i dobrze, że nie chodzi w narodowym szkockim stroju na co dzień... :)
     Zwieńczeniem lekcji o trybie przypuszczającym miało być ćwiczenie z piosenką. Kiedy sama uczyłam się angielskiego, to uwielbiałam, kiedy nauczyciele wykorzystywali na zajęciach teksty utworów muzycznych, bo zawsze było z tym sporo śmiechu, a materiał gramatyczny szybciej wchodził mi do głowy [pewnie dlatego, że jestem typowym słuchowcem]. Jako lektor też mogę stwierdzić, że w 9 przypadkach na 10 piosenka na lekcjach zdaje egzamin - skąd mogłam zatem wiedzieć, że trafi się akurat przypadek nr 10?
    Mogło być gorzej, bo pierwotnie chciałam mu puścić "Klub wesołego szampana" Formacji Nieżywych Schabuff. Kiedy jednak pomyślałam o wersach: "A gdybym był krogulcem, to co byś powiedziała?" czy "A gdybym był młotkowym, w fabryce z młotkiem szalał?" - i o tym, jak się namęczę, by mu wytłumaczyć, co to wszystko znaczy, to postanowiłam poszukać czegoś prostszego. Stwierdziłam w końcu, że doskonale nada się "Supermenka" Kayah, tym bardziej, że mogę mu jednocześnie pokazać teledysk, o którym sobie porozmawiamy. Ćwiczenie miało polegać na tym, że dam mu tekst piosenki z powycinanymi niektórymi słowami, a jego zadaniem będzie "wysłychać" wyrazy i wpisać w luki. Nie spodziewałam się problemów, bo pousuwałam proste wyrazy [tzn. takie, które powinien znać], tempo tej piosenki nie wydawało mi się szczególnie szybkie -Kayah śpiewa dość wyraźnie - a przed przystąpieniem do ćwiczenia przetłumaczyłam z nim najpierw resztę tekstu, żeby wiedział, o co w całości chodzi. Niestety, Drybek wyłożył się kompletnie. Mimo wielokrotnego słuchania po kawałeczku, zatrzymywania, cofania - nie potrafił wyłowić brakujących fragmentów. To oczywiście nie zbrodnia, po prostu jak widać "sprawność rozumienia ze słuchu" ma na niższym poziomie, niż pozostałe. Gdyby taka kwestia wynikła przy zwyczajnym uczniu, to moja reakcja byłaby jedna: "Skoro jest z tym problem, to znaczy, że musimy poćwiczyć". Ale John jest osobą, która bardzo źle radzi sobie w sytuacjach niepowodzenia, o czym już Wam chyba kiedyś wspominałam. Tym razem jednak nawet się nie zdenerwował - tylko zdołował i to tak bardzo, że autentycznie było mi go szkoda. Nie chciał zrezygnować, próbował słuchać tego samego fragmentu po kilka razy - i tylko robił się coraz bardziej smutny i przygnębiony. Wyraźnie zależało mu na tym, żeby wykonać ćwiczenie poprawnie, ale niestety nie był w stanie. Przyniesienie piosenki na zajęcia, które w zamyśle miało być przyjemną odmianą od gramatycznej rutyny, zamieniło się więc w narzędzie tortur. A przerwać oczywiście nie było można, bo Drybek nie byłby w stanie całkowicie przyznać się do porażki. Sytuacja patowa.
    Jakoś dobrnęliśmy do końca zajęć, ale wiem, że spieprzyłam uczniowi samopoczucie na resztę wieczoru, jeśli nie na dłużej. Powiedziałam mu na koniec, żeby się nie przejmował, bo to wszystko jest do wyćwiczenia - a ja przygotowałam mu jak widać za trudne ćwiczenie, bo myślałam, że skoro tak świetnie radzi sobie z gramatyką, to i tu nie będzie problemu... Uśmiechnął się smutno, ale wyszedł z tak marsową miną, że nawet Hipek to zauważył, kiedy go mijał w przejściu.
    Wygląda niestety na to, że John ma problem z rozumieniem ze słuchu i mówię to nie tylko na podstawie tego pechowego ćwiczenia. Powinniśmy więc robić więcej tego typu zadań, bo ta sprawność sama się nie wykształci. Tylko jak to zrobić, żeby się facet nie zniechęcał i nie dołował? Musiałby zaakceptować fakt, że przez jakiś czas będzie mu szło kiepsko, a to najwidoczniej przekracza jego możliwości. Jeśli przyniosę mu za łatwą "słuchankę", to nie poprawi swoich umiejętności- a jeśli za trudną, to będzie sfrustrowany.
    I weź tu Smoku nie zgłupiej...


niedziela, 19 maja 2013

Kto to jest?

    W kwestii uczenia Carlo niestety niewiele się zmieniło - nauka idzie mu zdecydowanie wolniej, niż ustawa przewiduje. Do tego odwołał ostatnio kilka lekcji, bo miał jakieś wyjazdy, jesteśmy więc dodatkowo w plecy jeśli chodzi o czas nauki. Inna sprawa, że przy jego - jak się wydaje - kiepskich zdolnościach językowych te trzy godziny w tygodniu zajęć to zdecydowanie za mało. Tym bardziej, że na moje oko to poza czasem spędzonym na odrabianiu prac domowych Carlo nie przykłada się jakoś specjalnie do powtarzania zaprezentowanego podczas naszych spotkań materiału. Nowe słówka pamięta tylko wówczas, jeśli albo pochodzą z łaciny, albo brzmią podobnie w języku angielskim [bo w końcu co to za problem wryć, jak jest po polsku "komputer" czy "telefon"...?]. Są jednak takie wyrazy - jak np. "książka", "krzesło" czy "mężczyzna", które nie dość, że w ogóle nie wchodzą mu do głowy, to jeszcze w wymowie nieszczęsnego Włocha brzmią za każdym razem inaczej, ale oczywiście nie tak, jak powinny...
    Liczebniki to już kompletnie czarna magia. Wczoraj - zgodnie z tym, co przewiduje podręcznik - dołożyłam mu "nastki" i "dziesiątki", ale efekt jest tylko taki, że już wszystko mu się miesza. Chyba mu każę oglądać losowanie LOTTO na Polsacie i notować, jakie były zwycięskie liczby :) Wałkowaliśmy też do znudzenia rodzaje rzeczownika w połączeniu z przymiotnikiem i wydaje mi się, że tu na koniec udało mu się coś załapać, choć zobaczymy, co z tego zostanie w głowie do poniedziałku. Przyniosłam mu zestaw zdjęć różnych sławnych osób, a jego zadaniem było ułożenie zdań wg podanego schematu, czyli kto, skąd oraz jaki jest... [wykorzystując niewielki zasób słów, jaki do tej pory Carlo opanował].


To jest Władimir Putin.
On jest z Rosj-i.
Jest wysportowan-y i wysok-i.


[no, jak na oficera KGB przystało...]






To jest Lech Wałęsa.
On jest z Polsk-i.
Jest star-y i smutn-y.


[na tym zdjęciu - nie sposób zaprzeczyć...]






To jest Angela Merkel.
Ona jest z Niemiec.
Jest brzydk-a i niemił-a.


[Carlo z jakiegoś powodu nie lubi pani kanclerz :)]








        To jest Penelope Cruz.
        Ona jest z Hiszpani-i.
        Jest szczupł-a i ładn-a.


  [możecie sobie wyobrazić, jak w wykonaniu Carlo brzmiało słowo "szczupła"...]






    I w ten sposób "do puszczenia pawia", a zdjęć miałam sporo. Mam nadzieję, że załapał, bo na następnej lekcji dołożę mu do tego narzędnik, czyli: On / Ona jest [kim? czym?] polsk-im polityk-iem/ rosyjsk-im prezydent-em/ hiszpańsk aktork.

    Musiałam też zdecydowanie interweniować w jednej sprawie, a mianowicie całkowitego olewania przez Carlo polskich znaków. Uparcie ignorował wszystkie ogonki i kreseczki tak, jak by to była jakaś niezrozumiała fanaberia. Ja mu konsekwentnie w zeszycie czy w ćwiczeniówce je dopisywałam, on przytakiwał, a przy następnym zadaniu to samo... Jak mi więc po raz kolejny na tej samej lekcji tworzył słowa typu "ladny" i "mlody", to w końcu wzięłam się na najbardziej wymowny sposób, jaki znam. Wyjaśniłam mu, jak ważne są polskie znaki diakrytyczne na bardzo prostym przykładzie... [rzecz jasna, musiałam tu posiłkować się językiem angielskim]:

- Carlo, zapiszę Ci dwa zdania po polsku z różnicą tej jednej tylko litery. Mówisz do polskiego kolegi:

Zrób mi ŁASKĘ. = Do me a favour.
Zrób mi LASKĘ. = Do me an oral sex.


    Myślicie, że zapamięta...?

czwartek, 16 maja 2013

Jajecznica ze szczy-czy-porkiem

    Nie mogę się powstrzymać... Widzieliście już może filmik, na którym amerykańscy dyplomaci zmagają się z polskimi lingwołamkami? Jeśli nie, to zapraszam :) To taki przedsmak tego, co mam na zajęciach z moimi uczniami-obcokrajowcami...