W ramach wiwisekcji kolejnej małpki zajmiemy się dziś Grzesiem z 1B, którego w jednym z poprzednich postów nazwałam Smrodkiem. Miałam na myśli jego konkretne zachowanie na owych zajęciach i na tamten moment ksywka pasowała jak ulał. Teraz już jest zdecydowanie inaczej, więc może i nie powinnam go dalej nazywać Smrodkiem, tyle, że jakoś mi to przylgnęło... Nawet kiedy opowiadając w domu Hipkowi zdarzenia ze szkoły użyję tego pseudonimu, to on wie już od razu, o którego ucznia mi chodzi. Niech więc na razie będzie Smrodek z wydźwiękiem życzliwości, dopóki szkolna rzeczywistość nie sprawi, że znajdzie mu się inna ksywka.
Na moje nauczycielsko-wychowawcze oko Grześ jest typowym przykładem dziecka zagubionego w brutalnym świecie dorosłych. Swoim wyglądem wywołuje macierzyńskie instynkty i proszę mi wierzyć, skoro JA to mówię [czyli osoba niezbyt hojnie przez naturę takimi instynktami obdarzona], to znaczy, że tak jest w istocie. Ma jakieś 15-16 lat [nie sprawdzałam dokładnie daty urodzenia], ale nie wszedł jeszcze w okres dojrzewania, więc wygląda góra na 13 - czyli jest chudym krasnalem z buzią i głosem małego chłopczyka. Jego zachowanie natomiast to mieszanka dziecinności z cwaniactwem i wulgarnością. I nie trzeba być wybitnym znawcą psychologii rozwojowej czy schematu funkcjonowania rodziny dysfunkcyjnej, by domyślić się, że jest to efekt strategii obronnej obliczonej na to, by przetrwać. Ja obstawiam podręcznikowy casus Dziecka-Maskotki, ale rzecz jasna szufladkowanie nie ma większego znaczenia.
Skoro już jesteśmy w tym temacie, to przyjrzyjmy się najpierw rodzinie Smrodka. Te informacje mam od jego wychowawczyni, historyczki Marzenki [tej samej, która kiedyś nieświadomie wywołała furię u Fanki Metalu], notabene świetnej kobitki, pracującej w Zoo już ósmy rok [a to już wielce wymowna informacja...] z którą się znakomicie dogaduję. Wracając do ucznia, to sprawa jest tak banalna, jak tylko może być - czyli oboje rodzice alkoholicy. Pociąga to za sobą wszelkie zwyczajowe konsekwencje, jak bieda [bo może nie być na podręczniki czy ubranie i jedzenie, ale wódkę kupić trzeba], puszczenie dzieci samopas oraz przemoc jako odpowiedź na każdy realny lub wymyślony problem. Pamiętacie post o książkach do polskiego i moją umowę z Grzesiem, że przyniesie podręcznik pod koniec miesiąca, jak ojciec dostanie wypłatę? No, to teraz już wiem, że ten moment raczej nie nastąpi i to naprawdę nie z przyczyn zależnych od chłopca, bo pewnie prędzej piekło zamarznie, niż Smrodek-Senior odżałuje synowi te 20 złotych na używaną książkę. Mam więc lekki dylemacik, jak to mądrze rozwiązać - bo muszę go w końcu zacząć karać jedynkami, skoro tak traktuję resztę, a z drugiej strony wiem, że on nic nie może na to poradzić.
Wracając do rodziny Grzesia, to ma on u nas w szkole jeszcze starszą o rok siostrę, wychowankę doświadczonej matematyczki Ireny [też o niej kilka razy wspominałam przy różnych okazjach - naprawdę bardzo mądra kobieta, coś w stylu Smoczycy-Seniorki :)]. A właściwie w tym momencie ma już tylko teoretycznie, bo dziewczynę zwinięto we wtorek do ośrodka wychowawczego. Notabene odbyło się w związku z tym całe polowanie, bo rodzina ukrywała córkę przed policją, kiedy tylko funkcjonariusze podjeżdżali pod dom. Dziewczyna przestała też rzecz jasna pojawiać się w szkole, więc Irena wezwała pisemnie jej matkę na rozmowę, a ta tłumaczyła się z rozbrajającą szczerością, że przecież nie może chodzić, bo ją z Zoo zgarną psy... Irenie pozostało tylko zrugać rodzicielkę i delikatnie kazać jej się puknąć w głowę za takie podejście do sprawy, choć i tak nie sądzę, by coś dotarło do jej pijackiego mózgu. Co do siostry Grzesia natomiast, to dla niego samego dobrze się stało, że ją zabrali - co najmniej z dwóch powodów. Primo - zobaczył wyraźnie, że przychodzi taki moment, kiedy trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów, więc może odrobi lekcję i sam się trochę opamięta. Secundo - ta jego siostra to, mówiąc wprost i brutalnie, typowy egzemplarz zdemoralizowanej, młodocianej galerianki [bo nie chcę tu używać słowa na "k", które mi się ciśnie na usta]. Odseparowanie od niej dobrze młodszemu bratu zrobi.
Sam Smrodek przede wszystkim rozpaczliwie poszukuje akceptacji i uwagi, wszystko jedno jakiej i od kogo. Kiedy więc idzie na łatwiznę i chce się przypodobać kolegom, to wyłazi z niego kawał cynicznego, wulgarnego chama - nie bez powodu zresztą sam ma mieć sprawę w sądzie 31 października. Nie jest jednak przypadkiem straconym, bo widać wyraźnie, że stara się nad sobą panować i chyba powolutku zaczyna docierać do niego, że jest na najlepszej drodze, by spieprzyć sobie życie tak, jak jego rodzice, a teraz także siostra. Pamiętam np. taką sytuację na polskim, którą mi bardzo zaimponował [co mu rzecz jasna wprost i otwarcie przy kolegach powiedziałam]. Mianowicie uzbierało mu się od początku roku szkolnego już sporo uwag negatywnych, więc Marzenka zapowiedziała mu, że każda następna zaowocuje pisemną Naganą Wychowawcy, co się na pewno sędziemu nie spodoba. Chłopak walczy więc sam ze sobą, żeby się jakoś opanować. No i była taka sytuacja, że na mojej lekcji w jego klasie pojawił się taki jeden zdemoralizowany bandziorek, który robił wszystko, żeby rozłożyć zajęcia oraz rzecz jasna nakręcał pozostałych uczniów. Co natomiast zrobił Grześ, kiedy zobaczył, co się święci? Zabrał swoje rzeczy i przeniósł się do pierwszej ławki koło mojego biurka z komentarzem: "Kurwa, idę od was, bo nie chcę mieć potem przejebane przez to, że się zachowujecie jak debile". Pomijając bluzgi - których w tej sytuacji nawet nie skomentowałam - to aż mi szczęka opadła, więc go pochwaliłam, oczywiście nie patetycznie, żeby się potem z niego koledzy nie nabijali na przerwie, tylko tekstem w stylu: "No bracie, masz ode mnie szacun na dzielni" :)
Grześ, jako się rzekło, przede wszystkim szuka akceptacji. Jest więc pierwszym uczniem, który podleci do nauczyciela na dużej przerwie, ot tak, żeby sobie z nim pogadać. Do Marzenki przylepia się wręcz niemożebnie - do tego stopnia, że kiedy zgarnęli mu siostrę, to przyszedł się do niej wypłakać przed lekcjami [i to dosłownie!]. A po szkole wcale nie ma ochoty wracać do domu [czemu się absolutnie nie dziwię...], tylko siedzi jak długo się da w salce warsztatowej, do której wstawiono w tym roku stary, prowizoryczny stół do ping-ponga i gra z każdym, kto mu się nawinie. Ja - po "ustawieniu" go sobie na pierwszej, pamiętnej lekcji - mam z nim święty spokój i wiem też, że Smrodek mnie bardzo lubi [bo mówił to Marzenie]. Po kredę pójdzie, tablicę zetrze, pomoce naukowe do pokoju nauczycielskiego zaniesie, jak ma lepszy dzień, to się zgłasza, a jak ma gorszy, to spokojnie leży na ławce i nie przeszkadza [wtedy daję mu spokój].
Gdyby urodził się w normalnej rodzinie, to byłby grzecznym, choć trochę żywym chłopcem, pożytkującym swoją energię na zawody sportowe czy inne kółka zainteresowań. Ale ponieważ jest synem alkoholików, to w efekcie zaniedbania wylądował u nas. Choć na dobrą sprawę taki komentarz można napisać pod niemal każdą małpką - czyli gdyby nie nawalili dorośli, to dziecko nie miałoby problemów.
... czyli wszystko, co Dragonce, nauczycielce chwilowo w stanie spoczynku, przyjdzie do głowy na urlopie macierzyńskim.
Prawa autorskie
Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
piątek, 26 października 2012
poniedziałek, 22 października 2012
Smocza szkolna codzienność
Dawno zdaje się nie zdawałam Wam relacji odnośnie zwyczajnych, codziennych lekcji w Zoo. To, że nie donoszę posłusznie o każdym małpim wybryku czy chamskiej odzywce, to nie znaczy, że się z nimi nie spotykam. Po prostu w ciągu dwóch lat pracy w szkole dla trudnej młodzieży zdążyłam już się na to trochę uodpornić. Trzeba jednak pamiętać, że niemal każda lekcja to dla mnie kontakt z niewybrednymi wulgaryzmami [a wiecie, jak się czuje wrażliwa na piękno języka młoda kobieta po kilku godzinach wysłuchiwania wiązanek spod budki z piwem? - jak by ją ktoś wytaplał w błocie...], wybuchami złości, zmaganie się z postawami roszczeniowymi [bo przecież uczniowi wszystko się należy i wszystko mu trzeba podać na tacy...], nieustanne proszenie o ciszę i warunki umożliwiające przeprowadzenie zajęć, i tak dalej, i tak dalej. To i tak ledwie ułamek wszystkiego, z czym mam do czynienia. bo pominęłam tu zachowania agresywne wymierzone bezpośrednio we mnie. Trzeba przyznać, że te ostatnie zdarzają się dużo rzadziej, niż w pierwszym roku pracy w Zoo - tym niemniej jednak mają czasem miejsce. Wystarczy przecież, że któryś z delikwentów przyjdzie naćpany.
Ale dziś zaprezentuję Wam kilka sytuacji, które dadzą obraz typowej lekcji w 2B. Jest to notabene zespół, z którym ma problemy co najmniej kilku nauczycieli - w tym niestety ja. Otóż bardzo rzadko udaje się tam przeprowadzić w miarę normalne zajęcia, a zwykle jest to 45 minut użerania się z jednym czy drugim gagatkiem. To oczywiście zależy od składu osobowego, bo jest tam wyraźnie trzech chłopców [notabene - to w 100% męska klasa], którym jakiekolwiek normy społeczne latają zwiędłym kalafiorem i jeśli już przyjdą na lekcję, to tylko i wyłącznie z zamiarem rozwalenia jej. Ja dodatkowo zbieram żniwo poprzedniej polonistki, która im za bardzo pobłażała [o czym już chyba wspominałam].
Aby się niepotrzebnie nie rozgadywać, przedstawię kilka wyrwanych z różnych lekcji scenek, to szybko zorientujecie się, dlaczego ciężko się tam prowadzi zajęcia. Celowo nie komentuję - tę frajdę zostawiam Wam.
Wrzesień, pierwsza moja lekcja w tej klasie, więc chłopaków jeszcze nie znam. 15 minut po dzwonku wchodzi jeden łepek, kompletnie ignoruje moją obecność, za to od progu woła:
- Eeej, ma ktoś szluga?
Próbuję go przywołać do porządku, ale on traktuje mnie jak powietrze. Trwa to do momentu, gdy nie wyłapał z nauczycielskiego monologu, że nie wstawię mu obecności. Wtedy zaczyna się jazda...
- No jak to nie?! Przecież już jestem! W-f mieliśmy, piętnaście minut wolno się spóźnić!
- Pokaż mi taki zapis w Statucie Szkolnym.
- Ależ się pani sra, oszaleć można! Inni nauczyciele problemów nie robią.
- Nie obchodzą mnie inni nauczyciele, teraz masz lekcję ze mną. - mówię twardo.
- Ja pierdolę, co za baba!
- Twoje nazwisko?
Chwila ciszy i kiedy w jego mózgu zapaliła się lampka, że może jednak przesadził, wypala uradowany:
- RAMBO! - i na dowód swoich słów zaczyna udawać, że boksuje kolegę, a potem urządził sobie slalom wokół ławek i krzesełek, co skutecznie rozkłada mi kolejne 5 minut lekcji.
Mamy w szkole młodą, ładną studentkę pedagogiki na praktyce. Przyszła w trakcie lekcji po Krzysia - mieli do niego jakąś sprawę. Jego wyjściu towarzyszą gwizdy i wulgarne gesty jednoznacznie oznaczające stosunek seksualny, a po zamknięciu się drzwi jeszcze dobre kilka minut chłopcy zajmują się tylko komentarzami na temat tego, co też ich kolega będzie z panią pedagog robił. Po jego przyjściu rozlegają się oklaski i słychać pytania typu:
- No, jak tam było? Ciasną ma? Wilgotna była?
Omawiamy "Legendę o św. Aleksym", układamy plan wydarzeń, ja zapisuję punkty na tablicy, jednocześnie czytając je głośno.
JA: - Rozpacz rodziców Aleksego i jego żony...
RAMBO: - ... i jego dupy...
Odchodzę spokojnie od tablicy i notuję bez komentarza jego wypowiedź w kajeciku - małpki już wiedzą, że potem przepisuję na czysto te zapiski do Zeszytu Uwag. Chłopak próbuje więc ratować sytuację:
RAMBO: - No co, jakaś pani zacofana, tak się przecież teraz mówi.
JA: - Współczuję w takim razie twojej przyszłej żonie. Gdyby mój narzeczony tak o mnie powiedział, dostałby z pięści w twarz.
Ulubionym zajęciem Tomka - jeśli już przyjdzie na lekcję - jest zabawa zapalniczką, a w szczególności podpalanie różnego rodzaju kartek i ruloników. Nic sobie nie robi ze zwracanych mu uwag, bo należy do uczniów, którzy mają kompletnie wszystko pod małpim ogonkiem. Często mam wrażenie, że jest pod wpływem środków odurzających, ale rzecz jasna nie mam jak tego zweryfikować w myśl obowiązującego prawa. Nic dziwnego więc, że bardzo zainteresowała go postać św. Franciszka, kiedy przeczytałam Dekalog oparty na jego pismach.
JA: - Troszcz się o człowieka, o zwierzę, o zioło...
TOMEK: - Zioło? Heeeheeeeheeeee (tu nastąpił obleśny, kilkuminutowy rechot). Nooo, i gada z sensem! Sadzić, palić, zalegalizować! Jak mnie psy zgarną, to powiem, że św. Franciszek kazał szanować zioło!
I tak by można jeszcze długo, długo... Miłego wieczoru :)
Ale dziś zaprezentuję Wam kilka sytuacji, które dadzą obraz typowej lekcji w 2B. Jest to notabene zespół, z którym ma problemy co najmniej kilku nauczycieli - w tym niestety ja. Otóż bardzo rzadko udaje się tam przeprowadzić w miarę normalne zajęcia, a zwykle jest to 45 minut użerania się z jednym czy drugim gagatkiem. To oczywiście zależy od składu osobowego, bo jest tam wyraźnie trzech chłopców [notabene - to w 100% męska klasa], którym jakiekolwiek normy społeczne latają zwiędłym kalafiorem i jeśli już przyjdą na lekcję, to tylko i wyłącznie z zamiarem rozwalenia jej. Ja dodatkowo zbieram żniwo poprzedniej polonistki, która im za bardzo pobłażała [o czym już chyba wspominałam].
Aby się niepotrzebnie nie rozgadywać, przedstawię kilka wyrwanych z różnych lekcji scenek, to szybko zorientujecie się, dlaczego ciężko się tam prowadzi zajęcia. Celowo nie komentuję - tę frajdę zostawiam Wam.
Wrzesień, pierwsza moja lekcja w tej klasie, więc chłopaków jeszcze nie znam. 15 minut po dzwonku wchodzi jeden łepek, kompletnie ignoruje moją obecność, za to od progu woła:
- Eeej, ma ktoś szluga?
Próbuję go przywołać do porządku, ale on traktuje mnie jak powietrze. Trwa to do momentu, gdy nie wyłapał z nauczycielskiego monologu, że nie wstawię mu obecności. Wtedy zaczyna się jazda...
- No jak to nie?! Przecież już jestem! W-f mieliśmy, piętnaście minut wolno się spóźnić!
- Pokaż mi taki zapis w Statucie Szkolnym.
- Ależ się pani sra, oszaleć można! Inni nauczyciele problemów nie robią.
- Nie obchodzą mnie inni nauczyciele, teraz masz lekcję ze mną. - mówię twardo.
- Ja pierdolę, co za baba!
- Twoje nazwisko?
Chwila ciszy i kiedy w jego mózgu zapaliła się lampka, że może jednak przesadził, wypala uradowany:
- RAMBO! - i na dowód swoich słów zaczyna udawać, że boksuje kolegę, a potem urządził sobie slalom wokół ławek i krzesełek, co skutecznie rozkłada mi kolejne 5 minut lekcji.
Mamy w szkole młodą, ładną studentkę pedagogiki na praktyce. Przyszła w trakcie lekcji po Krzysia - mieli do niego jakąś sprawę. Jego wyjściu towarzyszą gwizdy i wulgarne gesty jednoznacznie oznaczające stosunek seksualny, a po zamknięciu się drzwi jeszcze dobre kilka minut chłopcy zajmują się tylko komentarzami na temat tego, co też ich kolega będzie z panią pedagog robił. Po jego przyjściu rozlegają się oklaski i słychać pytania typu:
- No, jak tam było? Ciasną ma? Wilgotna była?
Omawiamy "Legendę o św. Aleksym", układamy plan wydarzeń, ja zapisuję punkty na tablicy, jednocześnie czytając je głośno.
JA: - Rozpacz rodziców Aleksego i jego żony...
RAMBO: - ... i jego dupy...
Odchodzę spokojnie od tablicy i notuję bez komentarza jego wypowiedź w kajeciku - małpki już wiedzą, że potem przepisuję na czysto te zapiski do Zeszytu Uwag. Chłopak próbuje więc ratować sytuację:
RAMBO: - No co, jakaś pani zacofana, tak się przecież teraz mówi.
JA: - Współczuję w takim razie twojej przyszłej żonie. Gdyby mój narzeczony tak o mnie powiedział, dostałby z pięści w twarz.
Ulubionym zajęciem Tomka - jeśli już przyjdzie na lekcję - jest zabawa zapalniczką, a w szczególności podpalanie różnego rodzaju kartek i ruloników. Nic sobie nie robi ze zwracanych mu uwag, bo należy do uczniów, którzy mają kompletnie wszystko pod małpim ogonkiem. Często mam wrażenie, że jest pod wpływem środków odurzających, ale rzecz jasna nie mam jak tego zweryfikować w myśl obowiązującego prawa. Nic dziwnego więc, że bardzo zainteresowała go postać św. Franciszka, kiedy przeczytałam Dekalog oparty na jego pismach.
JA: - Troszcz się o człowieka, o zwierzę, o zioło...
TOMEK: - Zioło? Heeeheeeeheeeee (tu nastąpił obleśny, kilkuminutowy rechot). Nooo, i gada z sensem! Sadzić, palić, zalegalizować! Jak mnie psy zgarną, to powiem, że św. Franciszek kazał szanować zioło!
I tak by można jeszcze długo, długo... Miłego wieczoru :)
sobota, 20 października 2012
Konkurs mitologiczny
O tym, że Dragonka ma hopla na punkcie mitologii greckiej, to moi stali Czytelnicy doskonale wiedzą - a kto chce dowodu, to zapraszam na odświeżenie tego posta. Każde związane z nią zajęcia szkolne to dla mnie lekcje-samograje, do których się nie muszę przygotowywać, bo potrafię je poprowadzić w każdych warunkach z marszu i to w taki sposób, że słuchacze będą zainteresowani. Można powiedzieć, że lekcje o mitologii to taki mój odpoczynek w trakcie pracy. Gdybym mogła, to pewnie omawiałabym ją przez większość roku szkolnego, ale niestety program na to nie pozwala. A szkoda :)
W każdym razie - gdzie i kiedy tylko mogę, tam staram się jak najwięcej mitologii przemycić i choć odrobinę zarazić uczniów tym moim nieszkodliwym świrem. W tym roku wymyśliłam, że urządzę w Zoo konkurs ze znajomości mitów greckich. W tym miejscu wypada zaznaczyć, że zorganizowanie w naszej szacownej placówce jakiegokolwiek konkursu przedmiotowego to prawdziwe wyzwanie, bo zapewniam Was, że nauka to ostatnie zajęcie, na jakie nasze małpki mają ochotę - a już kto to słyszał, by z własnej, nieprzymuszonej woli wkuwać jakiś dodatkowy materiał? Jeszcze ich do tego stopnia nie porąbało, by poświęcać wolny czas na opanowanie czegoś więcej, niż potrzeba, by uzyskać ocenę dopuszczającą. Przecież żeby przygotować się do takiego konkursu, trzeba by coś przeczytać, albo nie daj Boże coś samemu wyszukać - a po szkole jest tyle przyjemniejszych zajęć. Na przykład palenie wysępionych z trudem fajek, picie na ławeczce piwa z dyskontu [względnie prostego wina] lub uganianie się z maczetami za kibicami wrogiego klubu piłkarskiego...
Tym niemniej postanowiłam, że dopnę swego. W tym celu przede wszystkim we wszystkich klasach, które w tym roku uczę, rozpoczęłam rok szkolny od tematów mitologicznych. A to związki frazeologiczne, a to najważniejsi bogowie, a to wybrane mity - Dedal i Ikar, Demeter i Kora, Orfeusz, Prometeusz... Potem urządziłam kampanię propagandową, czyli obtrąbiłam fakt organizacji konkursu na zajęciach oraz zaprzęgłam do takich samych działań inne polonistki. Do tego doszło obklejenie Zoo kopiami zredagowanego przeze mnie dowcipnego ogłoszenia na temat konkursu, którego treść pojawiła się również na stronie internetowej szkoły. Wszystkim małpkom, które wykazały chociażby cień zainteresowania, niemal przemocą wciskałam do łapek karteczkę z wyszczególnionym DOKŁADNYM zakresem materiału - czyli których bogów trzeba znać, które związki frazeologiczne, które mity... Rzecz jasna spis nie był zbyt obszerny i w normalnej szkole z czegoś takiego nie robiłoby się konkursu - ale tu nie Harvard, tylko Zoo, więc bądźmy realistami. Potem odwiedziłam gabinet Wiceszefowej i pobrałam z jej Magicznej Szafy z Fantami kilka książek [nawet w sumie całkiem fajnych], które wręczę jako nagrody. No i w ramach dodatkowej, wymiernej marchewki [czy może raczej - banana...?] zapowiedziałam małpkom, że za przejście do drugiego etapu [bo będą dwa] stawiam piątkę, a za zostanie laureatem całości szóstkę. A że zarobić piątkę u Smoczycy to jednak nie w kij dmuchał, więc udało mi się wywołać konkursem pewne zaciekawienie.
Pierwszy etap odbył się wczoraj. Z 14 osób, które się zapisały, stawiło się 7 - dobre i to... Najbardziej żałuję, że pomimo zgłoszenia się ostatecznie sprawę olała Młoda Gniewna [jak widzę, to specjalność Sylwii wycofać się w ostatnim momencie, o ile pamiętacie historię z Targami Edukacyjnymi] oraz Grześ [który, swoją drogą, już chyba niedługo doczeka się własnego posta]. No ale nic, przyszło za to dwóch całkiem sympatycznych chłopców z 1B [czyli z klasy Grzesia], którzy co prawda niewiele napisali, ale liczy się w ogóle to, że byli, czyż nie? Poza tym przydreptały dwa moje osobiste Muppeciątka oraz trójka zawodówkowiczów. Cała ferajna to moi uczniowie - i byli nawet na tyle łaskawi, że pozwolili się sfotografować [będzie do kroniki szkolnej]. Żeby im się przyjemniej pisało, przed rozdaniem kart konkursowych wręczyłam każdej małpce po mini-czekoladzie, z której mieli dodatkowy ubaw. Były takie same, ale z różnymi obrazkami - a że zbliża się Halloween, to w sklepach królują związane z tym motywy: czekoladka z Czarownicą, Czarnym Kotem, Wampirem i Mumią. Niby moi uczniowie to rocznikowo stare konie [najmłodszy uczestnik 16 lat, najstarszy 20...], ale momentalnie zaczęło się: "Eee, ja chcę Mumię, ma pani jeszcze jedną? Nieee? Ej, Anka, wymień się, dam ci Kota... No pliiiiz, nie bądź świnia...".
Żeby zapobiec ściąganiu wzięłam się na sposób - zapowiedziałam im, że do drugiego etapu przechodzą 3 najlepsze osoby bez względu na ilość punktów. Czyli kalkulacja jest prosta: możesz podpowiedzieć koledze, ale potem nie miej pretensji, jeśli on przez to zdobędzie ten jeden punkt więcej niż ty i to on się załapie dalej... W efekcie każdy siadł sam i zazdrośnie strzegł swej kartki :) A jak poziom? Różnie. Te trzy osoby, które przeszły dalej, faktycznie napisały sporo i widać, że musiały coś w domu powtarzać. A reszta - cóż, podeszła z marszu w nadziei, że jakoś to będzie. No i nie było :)
Jako pointę mam dla Was konkursowy "kwiatek" autorstwa jednego z chłopców z 1B. Zadanie polegało na rozpoznaniu posągu danego boga [rzecz jasna powybierałam takich, żeby mieli charakterystyczne atrybuty...] i podpisanie go. Wśród czterech zdjęć było między innymi takie:
W każdym razie - gdzie i kiedy tylko mogę, tam staram się jak najwięcej mitologii przemycić i choć odrobinę zarazić uczniów tym moim nieszkodliwym świrem. W tym roku wymyśliłam, że urządzę w Zoo konkurs ze znajomości mitów greckich. W tym miejscu wypada zaznaczyć, że zorganizowanie w naszej szacownej placówce jakiegokolwiek konkursu przedmiotowego to prawdziwe wyzwanie, bo zapewniam Was, że nauka to ostatnie zajęcie, na jakie nasze małpki mają ochotę - a już kto to słyszał, by z własnej, nieprzymuszonej woli wkuwać jakiś dodatkowy materiał? Jeszcze ich do tego stopnia nie porąbało, by poświęcać wolny czas na opanowanie czegoś więcej, niż potrzeba, by uzyskać ocenę dopuszczającą. Przecież żeby przygotować się do takiego konkursu, trzeba by coś przeczytać, albo nie daj Boże coś samemu wyszukać - a po szkole jest tyle przyjemniejszych zajęć. Na przykład palenie wysępionych z trudem fajek, picie na ławeczce piwa z dyskontu [względnie prostego wina] lub uganianie się z maczetami za kibicami wrogiego klubu piłkarskiego...
Tym niemniej postanowiłam, że dopnę swego. W tym celu przede wszystkim we wszystkich klasach, które w tym roku uczę, rozpoczęłam rok szkolny od tematów mitologicznych. A to związki frazeologiczne, a to najważniejsi bogowie, a to wybrane mity - Dedal i Ikar, Demeter i Kora, Orfeusz, Prometeusz... Potem urządziłam kampanię propagandową, czyli obtrąbiłam fakt organizacji konkursu na zajęciach oraz zaprzęgłam do takich samych działań inne polonistki. Do tego doszło obklejenie Zoo kopiami zredagowanego przeze mnie dowcipnego ogłoszenia na temat konkursu, którego treść pojawiła się również na stronie internetowej szkoły. Wszystkim małpkom, które wykazały chociażby cień zainteresowania, niemal przemocą wciskałam do łapek karteczkę z wyszczególnionym DOKŁADNYM zakresem materiału - czyli których bogów trzeba znać, które związki frazeologiczne, które mity... Rzecz jasna spis nie był zbyt obszerny i w normalnej szkole z czegoś takiego nie robiłoby się konkursu - ale tu nie Harvard, tylko Zoo, więc bądźmy realistami. Potem odwiedziłam gabinet Wiceszefowej i pobrałam z jej Magicznej Szafy z Fantami kilka książek [nawet w sumie całkiem fajnych], które wręczę jako nagrody. No i w ramach dodatkowej, wymiernej marchewki [czy może raczej - banana...?] zapowiedziałam małpkom, że za przejście do drugiego etapu [bo będą dwa] stawiam piątkę, a za zostanie laureatem całości szóstkę. A że zarobić piątkę u Smoczycy to jednak nie w kij dmuchał, więc udało mi się wywołać konkursem pewne zaciekawienie.
Pierwszy etap odbył się wczoraj. Z 14 osób, które się zapisały, stawiło się 7 - dobre i to... Najbardziej żałuję, że pomimo zgłoszenia się ostatecznie sprawę olała Młoda Gniewna [jak widzę, to specjalność Sylwii wycofać się w ostatnim momencie, o ile pamiętacie historię z Targami Edukacyjnymi] oraz Grześ [który, swoją drogą, już chyba niedługo doczeka się własnego posta]. No ale nic, przyszło za to dwóch całkiem sympatycznych chłopców z 1B [czyli z klasy Grzesia], którzy co prawda niewiele napisali, ale liczy się w ogóle to, że byli, czyż nie? Poza tym przydreptały dwa moje osobiste Muppeciątka oraz trójka zawodówkowiczów. Cała ferajna to moi uczniowie - i byli nawet na tyle łaskawi, że pozwolili się sfotografować [będzie do kroniki szkolnej]. Żeby im się przyjemniej pisało, przed rozdaniem kart konkursowych wręczyłam każdej małpce po mini-czekoladzie, z której mieli dodatkowy ubaw. Były takie same, ale z różnymi obrazkami - a że zbliża się Halloween, to w sklepach królują związane z tym motywy: czekoladka z Czarownicą, Czarnym Kotem, Wampirem i Mumią. Niby moi uczniowie to rocznikowo stare konie [najmłodszy uczestnik 16 lat, najstarszy 20...], ale momentalnie zaczęło się: "Eee, ja chcę Mumię, ma pani jeszcze jedną? Nieee? Ej, Anka, wymień się, dam ci Kota... No pliiiiz, nie bądź świnia...".
Żeby zapobiec ściąganiu wzięłam się na sposób - zapowiedziałam im, że do drugiego etapu przechodzą 3 najlepsze osoby bez względu na ilość punktów. Czyli kalkulacja jest prosta: możesz podpowiedzieć koledze, ale potem nie miej pretensji, jeśli on przez to zdobędzie ten jeden punkt więcej niż ty i to on się załapie dalej... W efekcie każdy siadł sam i zazdrośnie strzegł swej kartki :) A jak poziom? Różnie. Te trzy osoby, które przeszły dalej, faktycznie napisały sporo i widać, że musiały coś w domu powtarzać. A reszta - cóż, podeszła z marszu w nadziei, że jakoś to będzie. No i nie było :)
Jako pointę mam dla Was konkursowy "kwiatek" autorstwa jednego z chłopców z 1B. Zadanie polegało na rozpoznaniu posągu danego boga [rzecz jasna powybierałam takich, żeby mieli charakterystyczne atrybuty...] i podpisanie go. Wśród czterech zdjęć było między innymi takie:
Otóż według Wojtusia jest to - uwaga uwaga - HEFAJSTOS.
Tjaa... Szczególnie te cycki... Na pewno wyrobiły mu się, kiedy machał młotem, wykuwając pioruny Zeusowi :)
niedziela, 14 października 2012
Rycerz bez skazy
Żyję, żyję, mam się dobrze - nie oślepłam i małpki mnie nie zjadły :)
Cisza w eterze spowodowana była tym, że nieodwołalnie dopadł mnie hetman Żółkiewski, czyli konieczność napisania pracy podyplomowej na nieszczęsnej historii. Tak, wiem, że miałam się tym zająć w wakacje, ale tak wyszło, że w tym roku na korzystanie z wolnego [i poświęcenie go np. na bazgrolenie tekstu, który udaje, że jest naukowy...] absolutnie nie mogłam sobie pozwolić. No i jak sami wiecie, niemal przez cały urlop zachrzaniałam w szkole dla obcokrajowców. W rezultacie w trakcie wakacji udało mi się jedynie zgromadzić materiały. Myślałam szczerze mówiąc, że będę mogła się ubiegać o przesunięcie terminu oddania pracy, bo przecież taka możliwość istnieje na każdych zwyczajnych studiach. A tu okazało się, że zonk - regulamin podyplomówki takiej opcji nie przewiduje i już. Czyli Smoku albo się sprężysz i napiszesz pracę w 2 tygodnie, albo jesteś 3 tysiące złotych polskich w plecy. I chyba nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, żeby wywnioskować, co wybrałam...
Melduję zatem wszem i wobec, że dziś rano właśnie skończyłam te wypociny i posłałam je mojemu promotorowi. Szczerze podziwiam Hipka, który z własnej nieprzymuszonej woli przeczytał ten pożal się Boże tekst - zresztą, nie zdziwię się, jeśli okaże się moim jedynym czytelnikiem w tej kwestii. Ale czego się można spodziewać po pracy, którą pisałam de facto jakieś 4 dni, bo resztę czasu z tych dwóch tygodni zajęło mi przeczytanie niezbędnej bibliografii. No cóż, dumna to ja absolutnie z tego nie jestem i doskonale zdaję sobie sprawę, że król jest nagi - ale też świetnie wiem, że prace podyplomowe nie są pisane po to, by odkryć Amerykę, tylko po to, by dostać papier, który ci da nowe kwalifikacje zawodowe. Wykształcenie wyższe w końcu już mam, i to nawet podwójne :)
Inna sprawa - co mnie do cholery podkusiło, żeby jako przedmiot badań wybrać sobie akurat postać Stanisława Żółkiewskiego?! Myślałam, że usnę czytając jego monografie. Facet był tak nieskazitelny, że aż się niedobrze robi :) Nie przesadzam, nie miał chyba żadnych wad! Przez całe życie był rycerski, wspaniały, oddany krajowi - a prywatnie był kochającym mężem i ojcem, a żonę szanował i jej nie zdradzał. Żadnej skazy, chodzący ideał! W pewnym momencie już myślałam, że będzie ciekawiej, bo hetman był osobą ogromnie religijną i żarliwie służącą Kościołowi Katolickiemu, a żył przecież w czasach kontrreformacji i grzmiącego Piotra Skargi. Myślę sobie: no, tu cię mam bratku, pewnie prześladowałeś innowierców i nawoływałeś do palenia heretyków... Ale gdzie tam! Wzór tolerancji i otwartości! Mało tego, że szanował inne wyznania chrześcijańskie - to jeszcze nawet dla mieszkających w jego włościach Żydów był jak dobry ojciec! Świątynie im pozwalał wznosić, swoje browary prowadzić, łaźnie rytualne zakładać, równouprawnienia w handlu pilnował, żeby im się krzywda finansowa nie działa... W tamtych czasach, macie pojęcie?
A czemu narzekam? Bo chyba nie ma nic nudniejszego, niż pisanie o człowieku, który jest chodzącym ideałem :) Jestem kiepska w tworzeniu panegiryków. Ale jak trzeba, to trzeba - zatem napisałam. I teraz będzie już troszkę luźniej, więc powinnam znaleźć dla Was więcej czasu. Pytanie tylko, czy małpki dostarczą mi odpowiedniej ilości tematów. W sumie to nawet nie wiadomo, czy mi tego życzyć, czy nie.
Tak a propos życzeń, to dzisiaj Dzień Nauczyciela, czyli jak by nie patrzeć moje święto. To co, pożyczy mi ktoś czegoś?
Cisza w eterze spowodowana była tym, że nieodwołalnie dopadł mnie hetman Żółkiewski, czyli konieczność napisania pracy podyplomowej na nieszczęsnej historii. Tak, wiem, że miałam się tym zająć w wakacje, ale tak wyszło, że w tym roku na korzystanie z wolnego [i poświęcenie go np. na bazgrolenie tekstu, który udaje, że jest naukowy...] absolutnie nie mogłam sobie pozwolić. No i jak sami wiecie, niemal przez cały urlop zachrzaniałam w szkole dla obcokrajowców. W rezultacie w trakcie wakacji udało mi się jedynie zgromadzić materiały. Myślałam szczerze mówiąc, że będę mogła się ubiegać o przesunięcie terminu oddania pracy, bo przecież taka możliwość istnieje na każdych zwyczajnych studiach. A tu okazało się, że zonk - regulamin podyplomówki takiej opcji nie przewiduje i już. Czyli Smoku albo się sprężysz i napiszesz pracę w 2 tygodnie, albo jesteś 3 tysiące złotych polskich w plecy. I chyba nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, żeby wywnioskować, co wybrałam...
Melduję zatem wszem i wobec, że dziś rano właśnie skończyłam te wypociny i posłałam je mojemu promotorowi. Szczerze podziwiam Hipka, który z własnej nieprzymuszonej woli przeczytał ten pożal się Boże tekst - zresztą, nie zdziwię się, jeśli okaże się moim jedynym czytelnikiem w tej kwestii. Ale czego się można spodziewać po pracy, którą pisałam de facto jakieś 4 dni, bo resztę czasu z tych dwóch tygodni zajęło mi przeczytanie niezbędnej bibliografii. No cóż, dumna to ja absolutnie z tego nie jestem i doskonale zdaję sobie sprawę, że król jest nagi - ale też świetnie wiem, że prace podyplomowe nie są pisane po to, by odkryć Amerykę, tylko po to, by dostać papier, który ci da nowe kwalifikacje zawodowe. Wykształcenie wyższe w końcu już mam, i to nawet podwójne :)
Inna sprawa - co mnie do cholery podkusiło, żeby jako przedmiot badań wybrać sobie akurat postać Stanisława Żółkiewskiego?! Myślałam, że usnę czytając jego monografie. Facet był tak nieskazitelny, że aż się niedobrze robi :) Nie przesadzam, nie miał chyba żadnych wad! Przez całe życie był rycerski, wspaniały, oddany krajowi - a prywatnie był kochającym mężem i ojcem, a żonę szanował i jej nie zdradzał. Żadnej skazy, chodzący ideał! W pewnym momencie już myślałam, że będzie ciekawiej, bo hetman był osobą ogromnie religijną i żarliwie służącą Kościołowi Katolickiemu, a żył przecież w czasach kontrreformacji i grzmiącego Piotra Skargi. Myślę sobie: no, tu cię mam bratku, pewnie prześladowałeś innowierców i nawoływałeś do palenia heretyków... Ale gdzie tam! Wzór tolerancji i otwartości! Mało tego, że szanował inne wyznania chrześcijańskie - to jeszcze nawet dla mieszkających w jego włościach Żydów był jak dobry ojciec! Świątynie im pozwalał wznosić, swoje browary prowadzić, łaźnie rytualne zakładać, równouprawnienia w handlu pilnował, żeby im się krzywda finansowa nie działa... W tamtych czasach, macie pojęcie?
A czemu narzekam? Bo chyba nie ma nic nudniejszego, niż pisanie o człowieku, który jest chodzącym ideałem :) Jestem kiepska w tworzeniu panegiryków. Ale jak trzeba, to trzeba - zatem napisałam. I teraz będzie już troszkę luźniej, więc powinnam znaleźć dla Was więcej czasu. Pytanie tylko, czy małpki dostarczą mi odpowiedniej ilości tematów. W sumie to nawet nie wiadomo, czy mi tego życzyć, czy nie.
Tak a propos życzeń, to dzisiaj Dzień Nauczyciela, czyli jak by nie patrzeć moje święto. To co, pożyczy mi ktoś czegoś?
niedziela, 7 października 2012
Krótki raport o stanie oka
Melduję posłusznie, że oczko się już wygoiło "temu smoku". Kuracja sprowadzała się do aplikowania w rogówkę felernego ślepia kilka razy dziennie kropli i maści [w roli wykonawcy tej czynności wystąpił oczywiście Hipciozaur]. Było to trochę uciążliwe, ponieważ krople rozszerzały źrenicę, w wyniku czego miałam spore kłopoty z poruszaniem się, mylnie oceniając odległości - na szczęście jednak leczenie trwało tylko kilka dni.
W jakiś tydzień po zakończeniu kuracji udałam się posłusznie na kontrolę i okulistka orzekła, że już wszystko w porządku. Miała jednak dla mnie złą wiadomość: erozja faktycznie ma tendencję do odnawiania się i nie bardzo da się coś na to poradzić. Mogę próbować stosować profilaktykę w postaci aplikowania kropli zwilżających po dłuższej pracy przy komputerze czy z książką, kiedy czuję, że oczy mam zmęczone, mogę pamiętać o zakazie dotykania ślepia paluchami [aby nie przenieść zarazków]. Nie ukrywała jednak, że jeżeli mam pecha i należę do tej grupy pacjentów, którzy mają skłonności do nawrotów choroby, to i tak się o tym w końcu boleśnie przekonam... I niestety, nie chcę krakać [bo w końcu kto to widział, by smoki krakały...?], ale coś mi się wydaje, że ta rogówka będzie mi sprawiała kłopoty. Niby wszystko jest wygojone - jeśli wierzyć diagnozie pani doktor - ale mimo to wyraźnie czuję "piasek pod powieką", jeśli zbyt gwałtownie popatrzę w bok. Trwa to chwilkę i na razie nie stanowi problemu, ale przecież od takich objawów się właśnie zaczęło.
Postanowiłam natomiast wreszcie odżałować pieczołowicie chomikowane "biedronki" [nazwa stąd, że zawsze kiedy nie mam pieniędzy na jakiś zakup, to komentuję to stwierdzeniem, że chyba kupię "za biedronki"] i sprawić sobie nowe okulary. Poprzednim naprawdę należy się już zasłużona emerytura, bowiem otrzymałam je od Seniorki w ramach wyprawki dla świeżo upieczonej nauczycielki, kiedy rozpoczynałam pracę - a jestem już w zawodzie szósty rok! Notabene były to jakościowo najlepsze bryle, jakie kiedykolwiek miałam, bo szkła [a w zasadzie - plastiki :)] dopiero pół roku temu lekko się porysowały. Pojechałam zatem do tego samego optyka, który co prawda do najtańszych w mieście nie należy, ale za to mam pewność, że nie sprzedadzą mi badziewia. Dziś właśnie otrzymałam smsa, że okulary na mnie czekają i tak oto siedzę sobie już w całkiem nowych, ślicznych patrzałkach.
Co ciekawe - podczas badania wzroku okazało się, że ostrość poprawiła mi się aż o jedną dioptrię. Każdy krótkowidz wie, że nie jest to częste zjawisko, więc albo należę do wąskiej grupy szczęśliwców - albo ostatnim razem źle mnie zbadano. Tak czy siak wychodzi na to, że przez kilka ostatnich lat pomykałam w za silnych brylach. Ciekawa jestem, czy przypadkiem nie od tego brały się te moje słynne zachwiania równowagi, które zwalałam na problemy z błędnikiem? Ano pożyjemy, zobaczymy. Ale byłby numer gdyby okazało się, że po zmianie okularów na słabsze będę mogła zacząć nosić buty na obcasach bez obawy, że się wywalę po kilku krokach - albo wsiąść na rower nie zachowując się przy tym, jak bym wypiła wcześniej kilka głębszych. Albo chociaż mogła swobodnie pić napoje z butelek do końca, bez obawy, że przy gwałtowniejszym przechyleniu głowy świat dookoła zacznie niepokojąco wirować.
Nowe okulary - nowa jakość życia? Fajnie by było :)
W jakiś tydzień po zakończeniu kuracji udałam się posłusznie na kontrolę i okulistka orzekła, że już wszystko w porządku. Miała jednak dla mnie złą wiadomość: erozja faktycznie ma tendencję do odnawiania się i nie bardzo da się coś na to poradzić. Mogę próbować stosować profilaktykę w postaci aplikowania kropli zwilżających po dłuższej pracy przy komputerze czy z książką, kiedy czuję, że oczy mam zmęczone, mogę pamiętać o zakazie dotykania ślepia paluchami [aby nie przenieść zarazków]. Nie ukrywała jednak, że jeżeli mam pecha i należę do tej grupy pacjentów, którzy mają skłonności do nawrotów choroby, to i tak się o tym w końcu boleśnie przekonam... I niestety, nie chcę krakać [bo w końcu kto to widział, by smoki krakały...?], ale coś mi się wydaje, że ta rogówka będzie mi sprawiała kłopoty. Niby wszystko jest wygojone - jeśli wierzyć diagnozie pani doktor - ale mimo to wyraźnie czuję "piasek pod powieką", jeśli zbyt gwałtownie popatrzę w bok. Trwa to chwilkę i na razie nie stanowi problemu, ale przecież od takich objawów się właśnie zaczęło.
Postanowiłam natomiast wreszcie odżałować pieczołowicie chomikowane "biedronki" [nazwa stąd, że zawsze kiedy nie mam pieniędzy na jakiś zakup, to komentuję to stwierdzeniem, że chyba kupię "za biedronki"] i sprawić sobie nowe okulary. Poprzednim naprawdę należy się już zasłużona emerytura, bowiem otrzymałam je od Seniorki w ramach wyprawki dla świeżo upieczonej nauczycielki, kiedy rozpoczynałam pracę - a jestem już w zawodzie szósty rok! Notabene były to jakościowo najlepsze bryle, jakie kiedykolwiek miałam, bo szkła [a w zasadzie - plastiki :)] dopiero pół roku temu lekko się porysowały. Pojechałam zatem do tego samego optyka, który co prawda do najtańszych w mieście nie należy, ale za to mam pewność, że nie sprzedadzą mi badziewia. Dziś właśnie otrzymałam smsa, że okulary na mnie czekają i tak oto siedzę sobie już w całkiem nowych, ślicznych patrzałkach.
Co ciekawe - podczas badania wzroku okazało się, że ostrość poprawiła mi się aż o jedną dioptrię. Każdy krótkowidz wie, że nie jest to częste zjawisko, więc albo należę do wąskiej grupy szczęśliwców - albo ostatnim razem źle mnie zbadano. Tak czy siak wychodzi na to, że przez kilka ostatnich lat pomykałam w za silnych brylach. Ciekawa jestem, czy przypadkiem nie od tego brały się te moje słynne zachwiania równowagi, które zwalałam na problemy z błędnikiem? Ano pożyjemy, zobaczymy. Ale byłby numer gdyby okazało się, że po zmianie okularów na słabsze będę mogła zacząć nosić buty na obcasach bez obawy, że się wywalę po kilku krokach - albo wsiąść na rower nie zachowując się przy tym, jak bym wypiła wcześniej kilka głębszych. Albo chociaż mogła swobodnie pić napoje z butelek do końca, bez obawy, że przy gwałtowniejszym przechyleniu głowy świat dookoła zacznie niepokojąco wirować.
Nowe okulary - nowa jakość życia? Fajnie by było :)
wtorek, 2 października 2012
Kosztów cięcie-gięcie
Dziś będzie o szkolnictwie powszechnym w czasach kryzysu połączonego z dziurą budżetową w kasie miasta. I dla odmiany sprawa wcale nie będzie dotyczyła Zoo, choć - jak już wielokrotnie wspominałam - nasza sytuacja w tym roku szkolnym jest jeszcze gorsza, niż w poprzednim [ergo: wcale się nie zdziwię, jeśli znów trzeba będzie odwołać zajęcia z powodu mrozów].
Jedna z naszych polonistek, Kamila, w ramach łatania etatu pracuje również w pobliskiej podstawówce. Jest bardzo młodą nauczycielką [bardzo - czytaj: jeszcze młodszą, niż Smoczyca :)], zaczynała w Zoo, więc po raz pierwszy ma możliwość prowadzenia zajęć z tak małymi dziećmi. Trzeba Wam wiedzieć [mam tu na myśli tych spośród moich Czytelników, którzy nie są nauczycielami], że praca w szkole podstawowej zdecydowanie różni się od pracy w gimnazjum czy liceum. Nie chcę tu rozstrzygać, czy jest łatwiejsza, czy trudniejsza [bo to pewnie zależy od osobistych umiejętności belfra] - po prostu jest zupełnie inna. Na tym etapie kształcenia na dobrą sprawę bardziej liczy się wyrobienie w dzieciach pewnych nawyków, które będą im procentowały w przyszłości, a nie przekazanie konkretnej wiedzy [której - nie czarujmy się - po reformie systemu edukacyjnego zostało naprawdę niewiele...]. Mówiąc wprost, nauczyciel ma nauczyć dziecko, jak się ma skutecznie uczyć. Jeśli to się uda, to młody człowiek poradzi sobie, kiedy przyjdzie mu się już zmierzyć z konkretną wiedzą. Jeśli natomiast ten etap zostanie zawalony, to istnieje duża szansa, że na skutek braków i opóźnień w rezultacie trafi do placówki takiej, jak Zoo.
Ja nigdy do tej pory nie uczyłam w podstawówce, ale wydaje mi się, że kompletnie bym się do tego nie nadawała. Jestem pewna, że szlag by mnie trafił, gdybym na każdej lekcji była zasypywana gardem zadawanych całkiem na serio pytań w rodzaju: "Psze pani, a czy to trzeba na kolorowo? A czy może być zielonym?", "Psze pani, a co zrobić, bo wyszłam na margines?", "A mi się tu nie zmieści, co mam zrobić?", "Czy podkreślić temat?", "Mam zły numer lekcji, co teraz?" - i tak dalej, i tak dalej... Doskonale rozumiem, że te dzieciaki jeszcze nie wiedzą, co jest istotne, a co nie, więc moim psim obowiązkiem jest je tego nauczyć, ale obawiam się, że najzwyczajniej w świecie nie wystarczyłoby mi cierpliwości. Do tego trzeba by pamiętać o tak istotnych kwestiach, jak np. fakt, że Marysia jest pokłócona z Kasią [a więc nie mogą być w jednym zespole podczas pracy], a Kubuś nie lubi Jasia [więc jeśli siedzą za blisko, to się będą prali w trakcie zajęć]. Nie nie, dziękuję, postoję...
Kamila w ramach "odgadania się" serwuje mi różne kwiatki z życia swojej drugiej szkoły, ale dziś zwróciła uwagę na problem, którego genezą są koszmarne długi, w jakie popadło miasto. Magistrat tnie po oświacie bez miłosierdzia, a jednym z symptomów takiej polityki oszczędzania jest odgórny szlaban na nauczanie indywidualne. Dyrektorzy szkół mają zapowiedziane, że w kasie absolutnie nie znajdzie się na to ani złotówka i nie ma przy tym znaczenia, jak bardzo chore lub zaburzone jest dziecko. Musi stanąć na głowie i uczęszczać na zajęcia razem z kolegami w klasie - albo po prostu będzie powtarzało rok i koniec. A ponieważ żaden rodzic nie chce pozwolić, by pociecha miała opóźnienie, dzieciaki pakowane są na siłę do klas bez względu na to, co im jest. I tu zaczyna się prawdziwe piekło.
Czas na konkret. Kamila opowiadała mi o czwartej klasie podstawówki, w której uczy. Zwyczajna, państwowa szkoła, uczniowie z rejonu. W klasie jest ich 25, wydawać by się więc mogło, że nie aż tak dużo [choć ja uważam, że nawet w zwykłych szkołach klasy nie powinny być liczniejsze, niż 20 osób]. Wśród nich jednak na skutek zakazu indywidualnego nauczania znalazło się:
- czworo dzieci z bardzo wysokim IQ, laureatów olimpiad [rzecz jasna stosownych dla ich wieku]
- troje dzieci z ciężkim ADHD, które nie są w stanie usiedzieć spokojnie kilku minut bez zajęcia
- pięcioro dzieci nie mieszczących się w normie intelektualnej [ale jednocześnie nie na tyle upośledzonych, by kwalifikowały się do kształcenia specjalnego].
Pytanie za 100 punktów: jakim cudem przeprowadzić zajęcia jednocześnie dla geniusza i debila [mówiąc brutalnie] w taki sposób, by ten pierwszy się nie zanudził, a ten drugi miał szansę czegokolwiek się nauczyć? A w dodatku uważając, by któryś z nadpobudliwych gagatków nie wyskoczył w tym czasie przez okno? Jestem ciekawa, jak na to pytanie odpowiedzieliby urzędnicy magistratu. W normalnych warunkach przynajmniej część z tych dzieciaków pracowałaby z nauczycielem sam na sam, więc podczas zwyczajnych zajęć w klasie nie męczyłyby się ani one, ani ich koledzy, ani belfer. Ale warunkom daleko od normy, więc robi się cyrk.
Kamila stwierdziła, że po lekcjach przepracowanych w tej podstawówce, to ona przychodzi odpocząć do Zoo, bo z dwojga złego to już u nas jest normalniej. I niech to posłuży za pointę...
Jedna z naszych polonistek, Kamila, w ramach łatania etatu pracuje również w pobliskiej podstawówce. Jest bardzo młodą nauczycielką [bardzo - czytaj: jeszcze młodszą, niż Smoczyca :)], zaczynała w Zoo, więc po raz pierwszy ma możliwość prowadzenia zajęć z tak małymi dziećmi. Trzeba Wam wiedzieć [mam tu na myśli tych spośród moich Czytelników, którzy nie są nauczycielami], że praca w szkole podstawowej zdecydowanie różni się od pracy w gimnazjum czy liceum. Nie chcę tu rozstrzygać, czy jest łatwiejsza, czy trudniejsza [bo to pewnie zależy od osobistych umiejętności belfra] - po prostu jest zupełnie inna. Na tym etapie kształcenia na dobrą sprawę bardziej liczy się wyrobienie w dzieciach pewnych nawyków, które będą im procentowały w przyszłości, a nie przekazanie konkretnej wiedzy [której - nie czarujmy się - po reformie systemu edukacyjnego zostało naprawdę niewiele...]. Mówiąc wprost, nauczyciel ma nauczyć dziecko, jak się ma skutecznie uczyć. Jeśli to się uda, to młody człowiek poradzi sobie, kiedy przyjdzie mu się już zmierzyć z konkretną wiedzą. Jeśli natomiast ten etap zostanie zawalony, to istnieje duża szansa, że na skutek braków i opóźnień w rezultacie trafi do placówki takiej, jak Zoo.
Ja nigdy do tej pory nie uczyłam w podstawówce, ale wydaje mi się, że kompletnie bym się do tego nie nadawała. Jestem pewna, że szlag by mnie trafił, gdybym na każdej lekcji była zasypywana gardem zadawanych całkiem na serio pytań w rodzaju: "Psze pani, a czy to trzeba na kolorowo? A czy może być zielonym?", "Psze pani, a co zrobić, bo wyszłam na margines?", "A mi się tu nie zmieści, co mam zrobić?", "Czy podkreślić temat?", "Mam zły numer lekcji, co teraz?" - i tak dalej, i tak dalej... Doskonale rozumiem, że te dzieciaki jeszcze nie wiedzą, co jest istotne, a co nie, więc moim psim obowiązkiem jest je tego nauczyć, ale obawiam się, że najzwyczajniej w świecie nie wystarczyłoby mi cierpliwości. Do tego trzeba by pamiętać o tak istotnych kwestiach, jak np. fakt, że Marysia jest pokłócona z Kasią [a więc nie mogą być w jednym zespole podczas pracy], a Kubuś nie lubi Jasia [więc jeśli siedzą za blisko, to się będą prali w trakcie zajęć]. Nie nie, dziękuję, postoję...
Kamila w ramach "odgadania się" serwuje mi różne kwiatki z życia swojej drugiej szkoły, ale dziś zwróciła uwagę na problem, którego genezą są koszmarne długi, w jakie popadło miasto. Magistrat tnie po oświacie bez miłosierdzia, a jednym z symptomów takiej polityki oszczędzania jest odgórny szlaban na nauczanie indywidualne. Dyrektorzy szkół mają zapowiedziane, że w kasie absolutnie nie znajdzie się na to ani złotówka i nie ma przy tym znaczenia, jak bardzo chore lub zaburzone jest dziecko. Musi stanąć na głowie i uczęszczać na zajęcia razem z kolegami w klasie - albo po prostu będzie powtarzało rok i koniec. A ponieważ żaden rodzic nie chce pozwolić, by pociecha miała opóźnienie, dzieciaki pakowane są na siłę do klas bez względu na to, co im jest. I tu zaczyna się prawdziwe piekło.
Czas na konkret. Kamila opowiadała mi o czwartej klasie podstawówki, w której uczy. Zwyczajna, państwowa szkoła, uczniowie z rejonu. W klasie jest ich 25, wydawać by się więc mogło, że nie aż tak dużo [choć ja uważam, że nawet w zwykłych szkołach klasy nie powinny być liczniejsze, niż 20 osób]. Wśród nich jednak na skutek zakazu indywidualnego nauczania znalazło się:
- czworo dzieci z bardzo wysokim IQ, laureatów olimpiad [rzecz jasna stosownych dla ich wieku]
- troje dzieci z ciężkim ADHD, które nie są w stanie usiedzieć spokojnie kilku minut bez zajęcia
- pięcioro dzieci nie mieszczących się w normie intelektualnej [ale jednocześnie nie na tyle upośledzonych, by kwalifikowały się do kształcenia specjalnego].
Pytanie za 100 punktów: jakim cudem przeprowadzić zajęcia jednocześnie dla geniusza i debila [mówiąc brutalnie] w taki sposób, by ten pierwszy się nie zanudził, a ten drugi miał szansę czegokolwiek się nauczyć? A w dodatku uważając, by któryś z nadpobudliwych gagatków nie wyskoczył w tym czasie przez okno? Jestem ciekawa, jak na to pytanie odpowiedzieliby urzędnicy magistratu. W normalnych warunkach przynajmniej część z tych dzieciaków pracowałaby z nauczycielem sam na sam, więc podczas zwyczajnych zajęć w klasie nie męczyłyby się ani one, ani ich koledzy, ani belfer. Ale warunkom daleko od normy, więc robi się cyrk.
Kamila stwierdziła, że po lekcjach przepracowanych w tej podstawówce, to ona przychodzi odpocząć do Zoo, bo z dwojga złego to już u nas jest normalniej. I niech to posłuży za pointę...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
