Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

sobota, 22 września 2012

Oczko się zepsuło temu smoku...

    Jakiś czas temu [tu w ramach uczciwości muszę przyznać - znaczny czas temu...] coś mi wleciało do lewego oka. Zajęłam się intruzem tak, jak Seniorka uczyła, czyli napełniłam szklankę wodą po brzegi, nachyliłam nad nią głowę i mrugałam felernym ślepiem po powierzchni cieczy, aż nie odniosłam wrażenia, że już po wszystkim. Następnego dnia jednak po przebudzeniu znów czułam coś pod powieką, ale owo coś przestało mnie uwierać w ciągu dnia, w miarę jak się oko "rozmrugało". Sytuacja powtarzała się co jakiś czas [nie częściej, niż 2-3 razy w tygodniu], nie była jednak uciążliwa, bo trwała najwyżej kilka minut po wstaniu z łóżka, a potem dyskomfort przechodził. Pomyślałam, że jednak coś mi tam siedzi, ale ponieważ ani nie bolało specjalnie, ani nawet codziennie - to doszłam do wniosku, że zajmę się tą sprawą, kiedy będę szła do optyka wymienić okulary [a noszę się z tym zamiarem co najmniej od czerwca - niestety, na przeszkodzie zawsze staje mi permanentny brak funduszy].
    Woziłabym się z tym kolejne miesiące, gdyby nie ostry ból w lewym oku po przebudzeniu w środę. To już nie było "uwieranie", ale uczucie, jak by mi ktoś wbijał pod powiekę cieniutką, ostrą igłę. Oko się spłakało, zrobiło czerwone jak u małpki ujaranej zielskiem, ale w końcu po staremu się "rozmrugało". Dotarło do mnie, że bez okulisty jednak się nie obejdzie - tyle że sami wiecie, jaki napięty grafik miałam ostatnio w związku z robieniem de facto na dwóch nauczycielskich etatach. No nic Smoku, jakoś musisz do przyszłego tygodnia dać radę...
    No cóż, moje oko zdecydowało inaczej. Ból powrócił w środę na zajęciach z Amerykanką, a potem było już tylko gorzej. Noc miałam praktycznie nieprzespaną, bo najlepiej czułam się z otwartym ślepiem - natomiast każdy ruch powieką powodował wbijanie się znajomej mi już igły. A weź tu śpij z otwartym okiem! Na dodatek w czwartek miałam aż 6 lekcji [nie mogłam bez uprzedzenia na nie po prostu nie przyjść - nie zrobiłabym tego Wicedyrze], a po południu zebranie z rodzicami, na którym musiałam się stawić bez dwóch zdań. Jedyną możliwością było dostanie się do lekarza w przerwie między skończonymi zajęciami w Zoo a zebraniem. Wynotowałam więc sobie z Internetu adresy przychodni oraz prywatnych gabinetów okulistycznych w okolicy Zoo z nadzieją, że gdzieś mnie przecież przyjmą...
    Tjaa... Po raz kolejny [bo pierwszy raz to pamiętna historia z gruźlicą] natrafiłam na niewzruszony opór lekarskiej materii. Okazało się, że dostanie się w moim mieście do okulisty bez wcześniejszego długiego okresu wyczekiwania w kolejce jest niemożliwe. W przychodniach państwowych dostałam opierdziel [w pierwszej - od recepcjonistki, w drugiej - od lekarki], że co ja sobie w ogóle wyobrażam, że tłum pacjentów jest umówionych, że same nagłe przypadki i co z tego, że bardzo boli. W gabinetach prywatnych wcale nie lepiej - nikt nie zgodził się mnie przyjąć od zaraz, najwcześniejsze, co udało mi się wytargować, to wizyta następnego dnia rano. Poradzono mi jednak, abym w takim razie zgłosiła się na SOR do dyżurnego szpitala, bo "z takim bólem to pani do rana nie wytrzyma" [no jak bym sama tego nie wiedziała...].
    Cóż było robić? Z okiem opuchniętym i sino-czerwonym, z którego nieprzerwanie lały się łzy, wróciłam do szkoły i przeprowadziłam zebranie. Potem spod Zoo zgarnął mnie Hipek i po krótkich, acz bardzo nieprzyjemnych odwiedzinach w Wojewódzkim Szpitalu Okulistycznym [skąd nas po prostu wygoniono, bo przecież nie mamy skierowania, a jakieś zasady muszą być...], wylądowaliśmy w końcu na ostrym dyżurze. Trzeba przyznać, że miałam tutaj sporo szczęścia [w końcu!]. Primo - do okulisty nie było akurat dużo ludzi, secundo - okazało się, że nic mi się w to oko nie wbiło [co podejrzewałam sądząc po tym koszmarnym bólu]. Fachowo nazywa się to erozja rogówki - prawdopodobnie tamten paproch pocharatał mi gałkę oczną i zostawił na niej ranę. Leczy się to kilka dni za pomocą maści i kropli, ale potem trzeba iść na kontrolę do okulisty i uważać, bo cholerstwo lubi nawracać.
     I tak to w piątek legalnie siedziałam sobie na L4 [o czym już wcześniej przezornie powiadomiłam Wicedyrę, żeby mogła rozpisać zastępstwa] - musiałam też niestety odwołać zajęcia z Amerykanką, przez co jestem 3 lekcje w plecy... Dziś już prawie nie boli, a w zasadzie tylko uwiera. Do poniedziałku będę zupełnie zdrowa.

    Na zakończenie tej historii jedna dygresja. Otóż rzecz jasna mój stan nie uszedł uwadze małpek, więc od rana uczniowie we wszystkich klasach pytali, co mi się stało w oko. Wiecie, jakie były ich typowe skojarzenia? "Psze pani, czy to ten pani narzeczony tak panią załatwił...?".
    No tak... Skoro kobieta chodzi z czerwonym i opuchniętym okiem, to w ich świecie musi oznaczać, że ktoś jej to oko podbił... Ale tego już im nie powiedziałam.

piątek, 21 września 2012

Skąd wziąć podręcznik?

    Prowadzenie lekcji w Zoo jest prawdziwym wyzwaniem dla nauczyciela z co najmniej kilku powodów. Niski poziom intelektualny oraz zaległości edukacyjne sięgające głębokiej podstawówki to tylko najbanalniejsze z nich. Do tego dochodzi zmaganie się z zaburzeniami emocjonalnymi i neurologicznymi uczniów, ich zdemoralizowaniem i generalnie "anty" nastawieniem do świata dorosłych. Mówiąc wprost i lekko brutalnie - wchodząc na lekcję musisz liczyć się z tym, że małpka siedząca na przeciw ciebie [oczywiście zakładając, że w ogóle siedzi w ławce, a nie w tym momencie wskakuje na stolik albo parapet...] jest albo lekko przygłupia, albo bandziorowata, albo stuknięta, albo wszystko na raz. Pisząc to oczywiście uogólniam, tym niemniej taki jest statystyczny obraz ucznia naszej szkoły.
    Ale te trudności nie są jedynymi, z którymi mamy do czynienia. Dziś rzecz będzie o najbardziej przyziemnym z problemów, a mianowicie o wyposażeniu przeciętnej małpki. Otóż - o czym już też kilka razy wspominałam - wielu uczniów przychodzi do szkoły tak, jak stoi, wychodząc z założenia, że już sama ich obecność na zajęciach jest wyczynem godnym pochwały. Nie są rzadkością delikwenci, którzy nie posiadają nawet długopisu, o zeszytach i podręcznikach nie wspomniawszy. Gdyby bowiem wzięli ze sobą całe uczniowskie oprzyrządowanie, to musieliby je spakować do jakiegoś plecaka czy torby, a to już zdecydowanie za dużo zachodu. No w głowach się tym nauczycielom poprzewracało: nie dość, że każą przychodzić do szkoły, to jeszcze nosić ze sobą bagaże, z którymi nie ma co zrobić w razie wagarów...
    Największym utrudnieniem jest oczywiście brak podręczników. W historii funkcjonowania Zoo jako szkoły dla trudnej młodzieży próbowano już na różne sposoby radzić sobie z tym problemem, jednak póki co bez większych rezultatów. Nie zaprzeczam, że jest niestety całkiem pokaźna grupa uczniów, którzy nie kupują książek, bo ich zwyczajnie na to nie stać - ale jest i spora część takich, którzy ich nie mają z czystego wygodnictwa. Od kilku lat bowiem dla świętego spokoju pracujemy z klasami na kserówkach, egzekwując tylko [mniej lub bardziej skutecznie] składki pieniężne na papier i tonery. Teraz jednak sytuacja musi się zmienić, bo szkoła jest tragicznie niedofinansowana [gdybym Wam podała, jaką w wyniku polityki cięć budżetowych miasta mamy dziurę w finansach, to byście pewnie nie uwierzyli...] i dyrekcja musi oszczędzać dosłownie na wszystkim. Ksero więc ma służyć wyłącznie do powielania sprawdzianów i materiałów dodatkowych, ale z kopiowaniem stron podręczników w ilościach hurtowych koniec. Na czymś jednak pracować z dzieciakami trzeba, a przynajmniej na moim przedmiocie. O ile mogę sobie wyobrazić lekcję matematyki bez książek - bo ostatecznie zapisywanie zadań z poziomu gimnazjum na tablicy jest wykonalne - to absolutnie nie sposób przeprowadzić analizy jakiegokolwiek tekstu, nie mając tego tekstu przed oczami. Trzeba więc albo jakoś książki skombinować, albo zmusić jak największą ilość małpek, by jednak się w nie zaopatrzyły.
    To pierwsze rozwiązanie oznacza zabawę w żebranie, czyli pisanie do wydawnictw edukacyjnych z prośbą o podarowanie szkole podręczników. Mam zamiar siąść w weekend i wysmarować chwytającego za serce maila do oficyny, z której książkami pracuję, opisując w nim tragiczną sytuację finansową moich podopiecznych [co - przynajmniej w odniesieniu do niektórych małpek - wcale nie będzie przesadą] i prosząc o wsparcie placówki w zamian za reklamę na naszej stronie internetowej. Bardzo niezręcznie się czuję w roli kwestora - z tego też powodu nienawidzę pierwszego w roku szkolnym zebrania z rodzicami, na którym trzeba wydębić jak największą ilość wpłat na Radę Rodziców. Ale cóż, siła wyższa, więc w imieniu moich wychowanków trzeba schować dumę do kieszeni i wyciągnąć łapkę.
    Pozostaje jeszcze wpłynięcie na uczniów, by jak największa ich ilość po pierwsze kupiła książki, a po drugie - nosiła je do szkoły. Dragonka postawiła sprawę jasno i bez niedomówień: podręczniki mają być i koniec, co oznajmiłam małpkom już na pierwszych lekcjach organizacyjnych. Książka może być używana, może być kupiona z kolegą na spółkę - ale ma być bezwzględnie jedna na ławkę. Dałam im na to dwa tygodnie, po czym wprowadziłam system minusów, podobny jak funkcjonuje na moich zajęciach w kwestii aktywności. Jest pięć lekcji języka polskiego w tygodniu, zatem z pięciu minusów robi się jedynka. Nie obchodzi mnie przy tym, która osoba z ławki zawaliła i nie przyniosła książki - konsekwencje ponoszą obie. Teraz najważniejsze to trzymać się tego planu i nie robić absolutnie dla nikogo wyjątków.
    Zgodnie z zapowiedzią zaczęłam w połowie września, czyli od minionego poniedziałku. Przezornie jeszcze biorę ze sobą na lekcje kserówki, które owszem, na razie rozdaję tym, którzy nie mają podręczników - ale bez pardonu wstawiam też minusy. Oczywiście przy pierwszej takiej akcji w mojej muppeciarni podniosły się głosy: "Oj proszę pani, to chociaż od jutra, jutro już książki będą...". Spokojnie odparłam na to, że nie ma mowy, bo doskonale wiedzieli, że mają mieć podręczniki i jeśli nie zacznę ich z tego rozliczać, to nigdy ich nie kupią. Podkreślam: cała akcja kontrolna przebiega spokojnie, bez prawienia kazań, po prostu idę z dziennikiem na początku zajęć po klasie i wstawiam "pustym ławkom" minusy, nie wygłaszając żadnych komentarzy. Nie ma też oczywiście znaczenia, kto nie przyniósł książki - czy moja ulubiona Młoda Gniewna, czy Lechu, który mnie irytuje na każdym kroku. Tu nie Orwell, by jedne świnie były równiejsze od drugich.
    Jaki jest efekt po pierwszym tygodniu? Najlepiej w pierwszej klasie, ale to było akurat do przewidzenia, bo uczniowie nie zdążyli nabrać nawyku, że w Zoo podręczniki są niepotrzebne. Tutaj po pierwszej akcji pokazowej na drugiej lekcji WSZYSCY mieli książki [a nie to, że jedna na ławkę...], z wyjątkiem Smrodka, który jednak usprawiedliwił się, że będzie ją miał pod koniec września, bo wtedy dopiero ojciec dostanie wypłatę. Przystałam na to z zastrzeżeniem, że jeśli po tym terminie dalej nie pojawi się podręcznik, to w dzienniku pojawi się jedynka - i to bez czekania, aż uzbiera się 5 minusów. W pozostałych klasach książki ma mniej więcej połowa, ale to już i tak spory postęp.
    Nie wiem, jak sobie radzą nauczyciele innych przedmiotów, ale u mnie jest całkiem nieźle. Rozbawiła mnie w tej kwestii matka Lecha na wywiadówce, kiedy wystosowałam do rodziców moich muppetów płomienną mowę uzasadniającą zakupienie w tym roku szkolnym dzieciom podręczników. "No proszę, a syn mówił, że trzeba koniecznie tylko do języka polskiego, a o innych przedmiotach nie wspomniał...".
    Hie hie hie...

czwartek, 13 września 2012

American dream

    Jesteście pewnie ciekawi, jak tam moja nowa zagraniczna uczennica?
    Otóż - na całe szczęście - to zupełnie inny typ człowieka, niż Barbara. Przyjęłam to z ulgą, bo gdybym przy takim obłożeniu czasowym musiała skupiać się nie tylko na przekazywaniu wiedzy, ale jeszcze dodatkowo na pokonywaniu trudności emocjonalnych studentki, to zrobiłabym smoczą biedronkę. Dla niezorientowanych: byłby to Smok bezradnie leżący na pleckach i przebierający rozpaczliwie łapkami i skrzydełkami... Co tu dużo ukrywać, wygląda na to, że dowaliłam sobie niezły maratonik w kwestii ilości dziennie przeprowadzanych zajęć. Sytuacji wcale też nie poprawia fakt, że wszystkie trzy miejsca docelowe - czyli Pomarańczowa Jaskinia, Zoo oraz szkoła językowa - znajdują się w trzech odległych od siebie końcach miasta. Co prawda Hipek w tej sprawie pomaga mi jak może [a jak? To materiał na osobnego posta, który już wkrótce :)], ale i tak godzin dodatkowo straconych na dojazdy nikt mi w rachunku dobowym nie odda.
    Ale dość biadolenia, bo miałam pisać o nowej uczennicy. Otóż Marguerita jest Amerykanką po trzydziestce, mieszkającą w dodatku w Waszyngtonie i pracującą w instytucjach przy ichnim Ministerstwie Spraw Zagranicznych [ukończyła studia ze stosunków międzynarodowych]. Nie ma jednak na szczęście nic z typowej mentalności amerykańskiej, przez co rozumiem przyklejony do twarzy powierzchowny uśmiech [wiecie, to wieczne: "It's ok, I'm fine!"], traktowanie USA jako centrum świata oraz brak zainteresowania [i jednocześnie szacunku] dla czegokolwiek, co ma wartość historyczną, bo liczy się tylko "tu i teraz". W moim pojęciu jest zatem dość nietypową Amerykanką, ale to pewnie efekt tego, że ma polskie korzenie [dziadkowie ze strony mamy byli Polakami, którzy wyemigrowali do Stanów po wojnie z obawy przed komunistami] - a także tego, że bardzo dużo czasu spędziła w Europie. Marguerita jest więc fajną, kontaktową kobietą z ogromnym dystansem do siebie, z poczuciem humoru i sporą wiedzą ogólną. Nie śmiejcie się, ale to ostatnie ogromnie ułatwia mi pracę. O wiele łatwiej i przyjemniej prowadzić lekcje polegające w dużej mierze na konwersacjach z osobą, która jest oczytana w rozmaitych dziedzinach i interesuje się tym, co się dzieje na świecie - niż z kimś, kto generalnie o niczym nie słyszał i nie ma o niczym wyrobionego zdania. Do tego wszystkiego Marguerita ma zdrowo poukładane pod sufitem w kwestii ambicji: z jednej strony zależy jej na postępach, ale z drugiej nie traktuje porażek jako końca świata. Dla przykładu - we wstępnej rozmowie zauważyłam, że ma problem ze stopniowaniem przymiotników i przysłówków. Dzisiejsze zajęcia zaczęłam więc od rozpisania jej tego teoretycznie, potem godzinę wałkowałyśmy ćwiczenia gramatyczne, a na deser jeszcze dowaliłam jej kilka zadań ustnych wymagających porównywania różnych rzeczy [czego bez stopniowania zrobić się po prostu nie da]. Marguerita robiła początkowo masę błędów, ale to tylko dopingowało ją do pracy, pytała, kiedy czegoś nie rozumiała, poprawiała, dopóki nie było idealnie. Wszystko to w przyjaznej atmosferze, na zasadzie: "Skoro coś sprawia mi trudność - to znak, że trzeba jeszcze poćwiczyć". Uwierzcie, takie podejście ucznia to miód na uszy nauczyciela :) Jaka ulga po Barbarze, która zdążyłaby się trzy razy załamać, zdenerwować, a może nawet rozpłakać...
    Mogę zatem męczyć Margueritę, ile dusza zapragnie - co rzecz jasna z ochotą robię. Na zajęciach jest zawsze trochę rozmowy [a raczej - takiego kierowania konwersacją, by to ona się nagadała], jakiś dłuższy tekst i na jego podstawie różne ćwiczenia sprawdzające zrozumienie, a także wybrane zagadnienie gramatyczne. Wczoraj był to tryb przypuszczający, dziś te przymiotniki i przysłówki, a jutro uszczęśliwię ją aspektem czasownika [wiecie, dokonane v.s. niedokonane - zmora dla osób anglojęzycznych, bo u nich w ogóle czegoś takiego nie ma]. Wychodzimy zmęczone, ale nie UMĘCZONE, a to jednak duża ulga.
    Tym niemniej nie posiadam się z radości, że przede mną weekend...

wtorek, 11 września 2012

Huk roboty oraz nowy "smrodek"

    Jeśli myślałam, że w szkole dla obcokrajowców Węgierka Barbara będzie ostatnią moją uczennicą w tym sezonie letnim, to się pomyliłam. Dziś wczesnym popołudniem zadzwoniła do mnie sekretarka z naglącym pytaniem, czy nie wzięłabym indywidualnych zajęć z kolejnym dziewczęciem, domagającym się intensywnego kursu językowego. Jak intensywnego? Otóż od jutra do przyszłego piątku trzeba z nią zrobić 30 godzin lekcyjnych. Fizycznie nie jestem w stanie przerobić aż tyle - nie zapominajcie w końcu, że to już nie są wakacje, więc jeździć tam mogę tylko popołudniami, kiedy skończę zajęcia w Zoo. Zgodziłam się na 21 godzin, a pozostałe dziewięć muszą opchnąć jakiemuś innemu lektorowi [choć mają tam teraz takie obłożenie, że zdaje się nie bardzo jest komu]. I tak będę chodziła do tyłu na rzęsach - dla przykładu w czwartek będę miała w sumie do przeprowadzenia 9 lekcji: sześć w Zoo, trzy z uczennicą z zagranicy. Ci z Was, którzy uczą w szkole, doskonale wiedzą, co to oznacza - pozostali muszą mi uwierzyć na słowo, że po powrocie do domu będę nie tylko na wpół żywa, ale też zamienię się w niemowę, bo mi gardło siądzie. Dobrze chociaż, że zapowiadają niższe temperatury, przynajmniej słońce nie będzie odbierało mi energii.
    Nie wiem jak na razie, kim jest uczennica, znam jedynie jej poziom językowy - średniozaawansowany niższy, czyli mniej więcej B1/B2. Powinna być więc ciut lepsza, niż Barbara, ale zobaczymy. Zaplanowałam dla niej na jutro ćwiczenie wszystkiego po trochu. Zaczniemy tradycyjnie od rozmowy na temat niej samej i jej zainteresowań, potem przejdziemy do opisu rodziny [a Smok w ten sposób zorientuje się, na jakim poziomie jest słownictwo ogólne uczennicy]. Potem mam opisywanie obrazków - czyli coś na czym wykładała się Barbara :) - oraz kilka ćwiczeń na rozumienie dłuższego tekstu pisanego. Następnie zapodam jej jakieś słuchanie [czyli znów czeka mnie tachanie laptopa...], a na koniec gramatyka - tryb warunkowy. Jakoś damy radę, a przygotowanie zajęć na czwartek będzie łatwiejsze, bo już coś się o uczennicy i jej oczekiwaniach dowiem.

    A co słychać w Zoo? Objawił mi się "smrodek" w pierwszej gimnazjalnej, czyli Grzesio. Znacie taką prawidłowość, że im mniejszy i drobniejszy piesek, tym głośniej szczeka i częściej łapie zębami za nogawki spodni - podczas gdy wszelkiej maści duże "wilczarki" leżą spokojnie, bo i tak znają swoją wartość i wiedzą, że je widać? No to Grzesio jest idealną ilustracją tej tezy w warunkach ludzkich. Fizycznie nie wszedł jeszcze w okres dojrzewania, więc wygląda jak 12-letnie dziecko, malutki, drobniutki, w dodatku przed mutacją. Co więc robi taki biedaczyna, żeby zaistnieć? Ano stara się być dwa razy bardziej pyskaty, niż wszyscy jego koledzy razem wzięci. W końcu zresztą bez powodu do Zoo się nie trafia...
    Już na poprzedniej lekcji odstawiał jakieś drobne numery, ale akurat wtedy bardziej popisywał się inny kolega z jego klasy, więc zawiedziony Grześ nie mógł skupić na sobie całej nauczycielskiej uwagi. Dziś za to tamten drugi był nieobecny, co nasz "smrodek" postanowił skrzętnie wykorzystać. Zaczął od tego, że wparował na zajęcia 10 minut po dzwonku, trzasnął drzwiami, a w moją stronę rzucił prowokacyjne "Się ma!". Spojrzałam na niego zza moich okularów [uwielbiam ten smoczo-belfrowski atrybut :)] i odparłam bardzo spokojnie:
    - Spóźniłeś się, powinieneś więc po pierwsze przeprosić. Po drugie, witając osobę od ciebie starszą, a także będącą na wyższym stanowisku, należy powiedzieć: "Dzień dobry".
    - A ja będę mówił "się ma", bo to jest moja polszczyzna. - stwierdził chłopak prowokacyjnie.
    - W taki razie będziesz musiał ją zmienić w kontakcie ze mną.
    - Nie będę niczego zmieniał, a jak się pani nie podoba, to pani ma problem, a nie ja.
    Jeśli myślał, że mnie to zdenerwuje, to bardzo się pomylił.
    - Jak się nazywasz? - spytałam aksamitnym tonem.
    - Grześ.
    - Pytałam o twoje nazwisko.
    - Przecież mówię, że Grześ, głucha pani czy jak? - "smrodek" był już wyraźnie poirytowany.
    - To jest imię, a mnie interesuje nazwisko. - ciągnęłam tonem, jakim mówi się do pięciolatka.
    - Aaa... Iksiński.
    Powolnym ruchem wyjęłam swój kapownik, zrobiłam w nim stosowną notatkę, a następnie zwróciłam się spokojnie do "smrodka".
    - Informuję cię, że po lekcji wpiszę ci uwagę, a twoje zachowanie zostanie zgłoszone wychowawcy. Jeśli to nie poskutkuje, czeka cię rozmowa z pedagogiem szkolnym, który uświadomi ci, jak należy zwracać się do nauczyciela.
    Grzesio zaczął coś prychać pod nosem, śmiać się i międlić coś w stylu: "Ja pierdolę, co za baba...", na co uśmiechnęłam się słodko i zapytałam:
    - Ty jesteś pierwszy rok u nas, prawda?
    - Tak, a co?
    - Nic. To po prostu widać.

    Reasumując - czeka mnie zabawny tydzień. Rano zajęcia polegające na tresurze dzikich zwierzątek, a po południu lekcje indywidualne z uczennicą zmotywowaną do nauki języka polskiego bardziej, niż  moje małpiątka w ogóle są w stanie sobie wyobrazić. W tej sytuacji podróż autobusem z jednej szkoły do drugiej można porównać do lotu kosmicznego, przenoszącego Smoka w zupełnie inną, o lata świetlne odległą rzeczywistość.

poniedziałek, 10 września 2012

Stara gwardia v.s. nowe klasy

    Po raz kolejny sprawdza się reguła, że Smok zyskuje przy bliższym poznaniu, przynajmniej jeśli chodzi o pracę z młodzieżą. Rok temu o tej porze zauważyłam, że całkiem miło prowadzi mi się zajęcia z tymi klasami, z którymi miałam już do czynienia wcześniej - a z kolei zawodówka, którą oddałam innej nauczycielce, zaczęła za mną tęsknić. Nie inaczej jest obecnie.
    Jak już wspomniałam w poście na otwarcie roku szkolnego, ze "starej gwardii" zostały mi tylko moje Muppety. Oczywiście pewnie nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, a małpiątek co najmniej przed końcem września - ale póki co, to pracuje mi się u nich wręcz świetnie. Jest i czas na swobodne pogaduchy, pośmianie się i pożartowanie, ale oprócz tego normalnie przeprowadzam to, co założyłam. Pracują z mniejszym lub większym zaangażowaniem, trochę sobie ponarzekają, ale buntów jako takich brak. Jasne, że w tym momencie uogólniam, bo wiadomo, że niektórzy wykonują moje polecenia chętniej, niż inni, ale generalnie jak na warunki Zoo to po prostu sielanka. Co ważne, nie odnotowałam żadnej chamówy - widać pani wychowawczyni ma szacun i już :)
    W pilności przoduje zwłaszcza "gniewne" rodzeństwo, czyli Sylwia i jej starszy o rok brat Filip - jednak go od nas na razie nie zabierają, bo wyrok przeniesienia do MOW-u co prawda jest, ale miejsc chwilowo brak, więc chłopak póki co chodzi sobie spokojnie do szkoły. No i chyba oboje sobie wykombinowali, że jeśli w Zoo będą się sprawowali wzorowo, to może sędzina na nich przychylniej spojrzy. Postanowiłam kuć żelazo, póki gorące i ponieważ w tym roku mianowano mnie opiekunem Samorządu Uczniowskiego, to Sylwii powierzyłam zaszczytną funkcję Przewodniczącej Szkoły [na razie jej obowiązki sprowadzają się do losowania w mojej obecności Szczęśliwych Numerków]. Poza tym - jest pierwsza na lekcji do wszelakich zadań czy czytania tekstów na głos, a także do opierniczania kolegów, którzy zaczynają mi przeszkadzać. Robi to rzecz jasna w swoim stylu, czyli hasłami typu: "Zamknąć już mordy debile, długo was pani będzie upominać?!". Filip za to notatki ma wzorowo prowadzone, zgłasza się aż miło, ale i tak rozwalił mnie na lekcji powtórkowej z mitologii greckiej. Zrobiłam im wielgachną tabelkę, w którą wpisaliśmy imiona najważniejszych bogów, ich atrybuty, dziedziny i cechy charakterystyczne. Nigdy byście nie zgadli, o co zapytał Filip, kiedy skończyliśmy porządkować ten materiał: "Psze pani, a może nam pani zrobić z tego kartkówkę?". Myślałam, że z krzesła spadnę... Rzecz jasna rozległy się protesty pozostałych Muppetów, ale chłopak zdołał ich przekonać, że to nie jest takie trudne i będzie można nałapać dobre oceny [też tak uważam...], a ja dodatkowo przystałam na umowę, że w takim razie jeśli zrobimy z tego kartkówkę, to już odpuszczę im to na godzinnym teście po omówionym dziale. W rezultacie jesteśmy umówieni na któtki sprawdzianik z bogów greckich na środę...
    A reszta? W zawodówce problemem może być liczebność klasy, bo zapisanych jest 34 delikwentów. Jeśli przyjdą wszyscy [czego się raczej nie spodziewam, ale teoretycznie taka sytuacja jest możliwa], to po prostu nie będą mieli gdzie siedzieć. Połowa tej klasy to moi starzy znajomi [głównie z byłej klasy Jadzi], którzy się tylko ucieszyli, kiedy zobaczyli mnie na zajęciach. Z resztą jakoś dam sobie radę - mam nadzieję, że im koledzy z klasy podszepną, że z panią od polaka to lepiej po dobroci :)
    Druga gimnazjum mi się trochę stawia, ale to wina ich poprzedniej polonistki Kamili [tej, z którą w pierwszym roku pracy robiłam przedstawienie] - jest zdecydowanie za miękka i z tego co widzę, przyzwyczaili się przy niej, że na polskim się niewiele robi. No cóż, im szybciej przywykną do pracy, tym dla nich lepiej. Na razie jęczą i narzekają, że za dużo muszą pisać, że bolą ich ręce, że przynudzam, że wrzuciłabym lepiej na luz, blablabla... Trudno, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo :) Co ciekawe, najpilniejszym póki co uczniem w tej klasie jest Marcinek, "smrodek", którego usadziłam z Muppeciarni dwa lata temu. Czemu napisałam "smrodek"? Bo zapamiętałam go jako kawał chama, cwaniaka, olewacza i w dodatku najlepszego kumpla osławionego Dawidka. Chłopak nie zdał, powtarzał pierwszą klasę w innym składzie i jak się okazuje, bardzo dobrze mu to zrobiło. Nie pyskuje, siedzi grzecznie, notuje w zeszycie, zgłasza się do tablicy. Na lekcji powtórkowej z części mowy pracował tak sumiennie, że zarobił uczciwą czwóreczkę, którą mu z wielką przyjemnością postawiłam. Zobaczymy, co będzie dalej, ale na razie Smok jest pod wrażeniem.

    Ale najlepsze mam na koniec. Panie i panowie, czas na werble - otóż od tego roku dostałam umowę na czas nieokreślony. Pierwszą w moim życiu. W dobie niżu demograficznego, zamykania szkół i cięć nauczycielskich etatów - SMOK MA UMOWĘ NA STAŁE.
    Jupi, jupi, jupi :) Ale mam banana na gębie :)

wtorek, 4 września 2012

Depresyjny typ

    Moją ostatnią - jak sądzę - tegoroczną wakacyjną uczennicą w szkole językowej jest Węgierka polskiego pochodzenia, Barbara. Polskie pochodzenie w tym wypadku oznacza matkę, więc wydawałoby się, że dziewczyna powinna być co najmniej osłuchana z naszą mową i znać sporo słownictwa. Niestety, nic bardziej mylnego. Zapytana przeze mnie o to stwierdziła, że w domu rodzinnym był zakaz mówienia po polsku z powodu mieszkającej z nimi babci ze strony ojca, Węgierki. Otóż starsza pani kategorycznie nie życzyła sobie, by w domownicy używali polszczyzny, której nie rozumiała i nie zamierzała się jej nauczyć. Tjaa... Nie ma to jak babcia trzęsąca chałupą... W każdym razie Barbara postanowiła opanować polski z powodów zawodowych - pracuje jako tłumaczka tekstów reklamowych i usługowych i najwidoczniej jej biuro ma sporo klientów robiących interesy w naszym kraju.
    Kiedy w zeszłym roku opisywałam Wam Arnolda [mocno neurotycznego matematyka], ktoś w komentarzach napisał, że mam wyjątkowy dar do trafiania na świrów. Wszystko wskazuje na to, że Barbara jest kolejnym potwierdzeniem tej tezy. Może "świr" nie jest najwłaściwszym słowem, ale na pewno nie wszystko jest z dziewczyną w porządku. Wystarczy zresztą na nią spojrzeć - chuda, blada, ziemista cera, "myszowaty" sposób ubierania się. Współgra to niestety z jej osobowością, bo jak sama zresztą przyznała, ma ogromne problemy w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi. Jasne, że nie każdy od razu musi być przebojowy i przechodzić przez życie rozpychając się łokciami, ale Barbarze wyraźnie mówienie czy spontaniczne reagowanie sprawia olbrzymią trudność. Na moje oko sprawia wrażenie osoby albo po jakiejś dużej traumie, albo po prostu chorującej na przewlekłą depresję.
    Nie muszę Was chyba przekonywać, że dla mnie - jako dla nauczyciela języka obcego - praca z tego rodzaju uczniem jest szczególnie trudna. Mam z nią zajęcia indywidualne pod hasłem: 'Konwersacje i warsztat fonetyczny". No fajnie, tylko jak prowadzić lekcje polegające na rozmowie z kimś, kto najzwyczajniej w świecie nie lubi rozmawiać? Uprzedziła mnie co prawda, że nawet posługując się swoim ojczystym językiem nie jest zbyt komunikatywna, a tutaj jeszcze na to nakłada się słaba znajomość słownictwa i gramatyki. Robię co mogę, by zajęcia nie zamieniły się w męczarnie polegające na wyciąganiu z uczennicy na siłę odpowiedzi na postawione pytania, ale uwierzcie, po tych 2-3 godzinach spędzonych razem obie wychodzimy wyczerpane.
    Na pierwszym spotkaniu tradycyjnie poprosiłam, żeby opowiedziała mi coś o sobie. Wydukała kilka zdań dotyczących kwestii formalnych i zawodowych, ale kiedy spytałam o zainteresowania, sposoby spędzania wolnego czasu czy to, jaki ma charakter - nastąpiła najpierw krępująca cisza okraszona dość skołowanym wyrazem twarzy, a potem wydukanie kilku nieskładnych zdań. Pomyślałam najpierw, że to kwestia nieznajomości słownictwa. Potem jednak przekonałam się, że za każdym razem, kiedy próbuję skierować rozmowę na 'luźniejsze tematy", albo nie daj Boże poproszę o wypowiedź wymagającą uruchomienia wyobraźni, to Barbara dosłownie się zacina. Jedynym wyjątkiem była dziś sytuacja, kiedy opowiadała mi o swoich dwóch kotach i psie. Oczywiście nie obyło się bez ciągnięcia jej za język [bo jej wypowiedzi nigdy nie są dłuższe, niż 2-3 zdania], ale całkiem sprawnie potrafiła mi opisać ich wygląd, a potem nawet typowe zachowania i zwyczaje. Dla porównania - kiedy na pierwszych zajęciach miała mi scharakteryzować swoją najlepszą przyjaciółkę, to potrafiła jako tako tylko zaprezentować jej fizjonomię, a już sprecyzowanie, co przyjaciółka lubi lub jakie ma cechy charakteru, okazało się wyzwaniem ponad siły biednej Węgierki.
    Krótko mówiąc - muszę przygotowywać dla niej ćwiczenia ściśle zaplanowane, nie wymagające od niej żadnej spontaniczności. Jeśli wie dokładnie, co ma powiedzieć i działa zgodnie z podanym schematem, to jeszcze jakoś to idzie. W momencie, kiedy proszę ją o dodanie czegoś spontanicznie od siebie, zapada krępująca cisza przerywana nerwowym jąkaniem. Dla przykładu - opis obrazka. Owszem, Barbara opowie o tym, co dokładnie widzi [ilu ludzi, jak są ubrani, w jakie kolory, co w danym momencie robią etc.] - ale już pytania w stylu: "Jakie są między nimi relacje? Kim mogą być dla siebie? Co się wydarzyło wcześniej, a co wydarzy się za chwilę?" - rozkładają moją uczennicę na łopatki.
     Muszę też uważać na jeszcze jedną rzecz. Otóż Barbara kompletnie nie radzi sobie z porażką. Zrobiłam jej ćwiczenie na rozumienie ze słuchu, z którym nie do końca umiała sobie poradzić. Wyobraźcie sobie, że mało się nie popłakała! Pech chciał, że następne ćwiczenie - tym razem na rozumienie tekstu pisanego - również sprawiło jej pewną trudność [co było pewnie spowodowane jej roztrzęsieniem]. Przy pierwszym popełnionym błędzie kompletnie się zacięła, a ja zgłupiałam i zupełnie nie wiedziałam, co mam robić. Z jej strony kompletna cisza, bo dziewczyna utknęła na zadaniu i widzę tylko, jak jej szare oczy robią się coraz bardziej okrągłe i szkliste. Usiłowałam jej pomagać, zadawać pytania naprowadzające, ale widziałam coraz wyraźniej, że dostała jakiejś blokady i kompletnie nie rozumie, co do niej mówię. Jako nauczyciel byłam w kropce, bo z jednej strony Barbara koniecznie chciała dokończyć ten przykład [na moją propozycję, byśmy to zostawiły i przeszły dalej, zareagowała nerwowym machaniem rękami na znak, że musi to rozwiązać], a z drugiej strony nie była w stanie tego zrobić, więc coraz bardziej się denerwowała. Ta sytuacja trwała dobre kilka minut, zanim jakoś nad sobą nie zapanowała, a ja wtedy mogłam jeszcze raz, na spokojnie, naprowadzić ją na właściwe rozwiązanie. No koszmarek...
    Zostały mi z nią na szczęście jeszcze dwa spotkania - może jakoś to będzie. Z westchnieniem wspominam lekcje konwersacyjne z Mariną, z którą można było przegadać 3 godziny o czymkolwiek i nawet człowiek nie zauważył, że tyle czasu już minęło. Na zajęciach z Barbarą czuję się jak kat przeprowadzający tortury, co jest o tyle dziwne, że przecież mi - jako oprawcy - ofiara płaci ciężką kasę za to pastwienie się...

sobota, 1 września 2012

Przed pierwszym dzwonkiem

    Co nowego w Zoo?
    Ano jakoś przędziemy. Wiadomo - w dobie niżu demograficznego wszystkie szkoły ciężko przędą. Kiedy przeczytałam, że w skali kraju pracę właśnie straciło 7,5 tyś. nauczycieli, to zrobiło mi się nie za wesoło... Naszej szkoły póki co nie likwidują [a ja mam cały etat], ale to nie znaczy, że jesteśmy w 100% bezpieczni. Moje miasto ma olbrzymie długi i władze tną po oświacie bez miłosierdzia, a niestety Zoo jest dość drogie w utrzymaniu jako budynek [koszty ogrzewania, o których wspominałam w postach zimowych].
    Co rusz pojawiają się pomysły, by nas z kimś połączyć, albo ulokować gdzieś indziej. Pierwsza opcja - połączenie - byłaby katastrofą, bo nasze dzieciaki nie nadają się absolutnie do tego, żeby zajmować budynek ze zwyczajną, niezdemoralizowaną młodzieżą. Co więcej, Zoo spełnia swoją funkcję [oczywiście na tyle, na ile jest to możliwe] w dużej mierze dzięki temu, że jesteśmy kameralną placówką z małymi klasami. Pozwala to nam na jako takie zapanowanie nad małpiątkami, skoro i tak każdy każdego zna. Gdyby władowali nas do dużego budynku, który zajmowałoby oprócz nas jeszcze drugie tyle delikwentów, to po krótkim czasie zrobiłoby się naprawdę gorąco. Anonimowa małpka to bezkarna małpka.
   Druga opcja, czyli przeniesienie do innej lokalizacji, też wymagałaby przemyślenia. Nie powinien to być pierwszy lepszy budynek, bo np. umieszczenie nas w środku jakiegoś dużego osiedla również byłoby proszeniem się o kłopoty. Jak na razie funkcjonujemy na obrzeżach miasta, w sąsiedztwie mając nieliczne domy, kościół i szkołę specjalną prowadzoną przez zakonnice. Najbliższy sklep jest 10 minut stąd. Jest to istotne, bo nasza nieustannie szukająca guza młodzież po prostu nie ma go gdzie znaleźć. Gdyby natomiast w pobliżu znajdowały się bloki mieszkalne, inne szkoły czy dajmy na to monopolowy, to policja składałaby nam wizyty pewnie codziennie.
    Oczywiście dla władz miasta powyższe argumenty nie mają absolutnie żadnego znaczenia. Liczy się tylko ekonomia i dziura w budżecie. A jak się nie będzie podobało, to zawsze można szkołę rozwiązać, a dzieciakom kazać wrócić do ich rejonowych gimnazjów - bo skoro wyrabiają normę intelektualną, to nie kwalifikują się do szkolnictwa specjalnego. To nic, że wtedy w mieście drastycznie wzrośnie przestępczość. Ostatecznie to problem zwykłych obywateli, bo ekipa rządząca i tak mieszka w dobrze strzeżonych rezydencjach czy osiedlach...

    W tym roku dostałam trzy klasy gimnazjalne [po jednej na każdym poziomie] oraz pierwszą zawodówkę. W tej ostatniej większość małpek to będą zapewne nasi absolwenci, więc żadna nowość. Ustawienia natomiast będzie wymagała pierwsza gimnazjalna, czyli w większości dzieciaki, które dopiero rozpoczynają przygodę w Zoo. Zapowiada się ciekawie - mam nadzieję, że kilka pokazowych zionięć smoczym ogniem wystarczy :) Co do mojej osobistej małpiarni, to na liście zobaczyłam tylko jedno nowe nazwisko, a reszta to albo oswojone już Muppety, albo spadochroniarze z byłej klasy Jadzi, których i tak od 2 lat uczę polskiego. W ostatniej chwili skreślono mi brata Młodej Gniewnej, bo znów dostał skierowanie do MOW-u. Niedługo cieszył się wolnością, bo przecież wypuścili go na wiosnę. Najwidoczniej narozrabiał coś w wakacje.
    Przy okazji Rady Pedagogicznej usłyszałam z ust Wicedyry interesującą opinię na mój temat. Czytała przydział sal - jak już chyba wspominałam, u nas każda klasa ma swoją salę [czyli to nauczyciele chodzą za uczniami, a nie odwrotnie]. Jest to dobre rozwiązanie ze względu na dzieciaki z ADHD [na które każda zmiana działa negatywnie], a także z powodów porządkowych, bo jak coś zostanie zniszczone, to łatwiej namierzyć sprawcę. Otóż w tym roku Muppetom przydzielono pracownię na poddaszu, którą do tej pory okupowało liceum - a zatem salę stosunkowo ładną, zadbaną i estetyczną. Swoją decyzję Wicedyra uzasadniła tym, że "żelazna ręka" wychowawcy 3A [czyli moja...] powinna uchronić klasę przed dewastacją. Tjaaa... No mam nadzieję :)
   Aha - w mury Zoo powraca Dawidek, czyli "mój ulubieniec" wyekspediowany do ośrodka wychowawczego. Na całe szczęście Wicedyra była na tyle litościwa, że umieściła go w klasie równoległej - a nie w mojej - w której w dodatku nawet nie uczę. Będę więc z nim miała wątpliwą przyjemność tylko podczas przerw. Zobaczymy, jak na niego podziałał rok spędzony w MOW-ie, bo na mnie ten czas bez konieczności użerania się z nim był prawdziwą sielanką :)