Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 4 września 2012

Depresyjny typ

    Moją ostatnią - jak sądzę - tegoroczną wakacyjną uczennicą w szkole językowej jest Węgierka polskiego pochodzenia, Barbara. Polskie pochodzenie w tym wypadku oznacza matkę, więc wydawałoby się, że dziewczyna powinna być co najmniej osłuchana z naszą mową i znać sporo słownictwa. Niestety, nic bardziej mylnego. Zapytana przeze mnie o to stwierdziła, że w domu rodzinnym był zakaz mówienia po polsku z powodu mieszkającej z nimi babci ze strony ojca, Węgierki. Otóż starsza pani kategorycznie nie życzyła sobie, by w domownicy używali polszczyzny, której nie rozumiała i nie zamierzała się jej nauczyć. Tjaa... Nie ma to jak babcia trzęsąca chałupą... W każdym razie Barbara postanowiła opanować polski z powodów zawodowych - pracuje jako tłumaczka tekstów reklamowych i usługowych i najwidoczniej jej biuro ma sporo klientów robiących interesy w naszym kraju.
    Kiedy w zeszłym roku opisywałam Wam Arnolda [mocno neurotycznego matematyka], ktoś w komentarzach napisał, że mam wyjątkowy dar do trafiania na świrów. Wszystko wskazuje na to, że Barbara jest kolejnym potwierdzeniem tej tezy. Może "świr" nie jest najwłaściwszym słowem, ale na pewno nie wszystko jest z dziewczyną w porządku. Wystarczy zresztą na nią spojrzeć - chuda, blada, ziemista cera, "myszowaty" sposób ubierania się. Współgra to niestety z jej osobowością, bo jak sama zresztą przyznała, ma ogromne problemy w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi. Jasne, że nie każdy od razu musi być przebojowy i przechodzić przez życie rozpychając się łokciami, ale Barbarze wyraźnie mówienie czy spontaniczne reagowanie sprawia olbrzymią trudność. Na moje oko sprawia wrażenie osoby albo po jakiejś dużej traumie, albo po prostu chorującej na przewlekłą depresję.
    Nie muszę Was chyba przekonywać, że dla mnie - jako dla nauczyciela języka obcego - praca z tego rodzaju uczniem jest szczególnie trudna. Mam z nią zajęcia indywidualne pod hasłem: 'Konwersacje i warsztat fonetyczny". No fajnie, tylko jak prowadzić lekcje polegające na rozmowie z kimś, kto najzwyczajniej w świecie nie lubi rozmawiać? Uprzedziła mnie co prawda, że nawet posługując się swoim ojczystym językiem nie jest zbyt komunikatywna, a tutaj jeszcze na to nakłada się słaba znajomość słownictwa i gramatyki. Robię co mogę, by zajęcia nie zamieniły się w męczarnie polegające na wyciąganiu z uczennicy na siłę odpowiedzi na postawione pytania, ale uwierzcie, po tych 2-3 godzinach spędzonych razem obie wychodzimy wyczerpane.
    Na pierwszym spotkaniu tradycyjnie poprosiłam, żeby opowiedziała mi coś o sobie. Wydukała kilka zdań dotyczących kwestii formalnych i zawodowych, ale kiedy spytałam o zainteresowania, sposoby spędzania wolnego czasu czy to, jaki ma charakter - nastąpiła najpierw krępująca cisza okraszona dość skołowanym wyrazem twarzy, a potem wydukanie kilku nieskładnych zdań. Pomyślałam najpierw, że to kwestia nieznajomości słownictwa. Potem jednak przekonałam się, że za każdym razem, kiedy próbuję skierować rozmowę na 'luźniejsze tematy", albo nie daj Boże poproszę o wypowiedź wymagającą uruchomienia wyobraźni, to Barbara dosłownie się zacina. Jedynym wyjątkiem była dziś sytuacja, kiedy opowiadała mi o swoich dwóch kotach i psie. Oczywiście nie obyło się bez ciągnięcia jej za język [bo jej wypowiedzi nigdy nie są dłuższe, niż 2-3 zdania], ale całkiem sprawnie potrafiła mi opisać ich wygląd, a potem nawet typowe zachowania i zwyczaje. Dla porównania - kiedy na pierwszych zajęciach miała mi scharakteryzować swoją najlepszą przyjaciółkę, to potrafiła jako tako tylko zaprezentować jej fizjonomię, a już sprecyzowanie, co przyjaciółka lubi lub jakie ma cechy charakteru, okazało się wyzwaniem ponad siły biednej Węgierki.
    Krótko mówiąc - muszę przygotowywać dla niej ćwiczenia ściśle zaplanowane, nie wymagające od niej żadnej spontaniczności. Jeśli wie dokładnie, co ma powiedzieć i działa zgodnie z podanym schematem, to jeszcze jakoś to idzie. W momencie, kiedy proszę ją o dodanie czegoś spontanicznie od siebie, zapada krępująca cisza przerywana nerwowym jąkaniem. Dla przykładu - opis obrazka. Owszem, Barbara opowie o tym, co dokładnie widzi [ilu ludzi, jak są ubrani, w jakie kolory, co w danym momencie robią etc.] - ale już pytania w stylu: "Jakie są między nimi relacje? Kim mogą być dla siebie? Co się wydarzyło wcześniej, a co wydarzy się za chwilę?" - rozkładają moją uczennicę na łopatki.
     Muszę też uważać na jeszcze jedną rzecz. Otóż Barbara kompletnie nie radzi sobie z porażką. Zrobiłam jej ćwiczenie na rozumienie ze słuchu, z którym nie do końca umiała sobie poradzić. Wyobraźcie sobie, że mało się nie popłakała! Pech chciał, że następne ćwiczenie - tym razem na rozumienie tekstu pisanego - również sprawiło jej pewną trudność [co było pewnie spowodowane jej roztrzęsieniem]. Przy pierwszym popełnionym błędzie kompletnie się zacięła, a ja zgłupiałam i zupełnie nie wiedziałam, co mam robić. Z jej strony kompletna cisza, bo dziewczyna utknęła na zadaniu i widzę tylko, jak jej szare oczy robią się coraz bardziej okrągłe i szkliste. Usiłowałam jej pomagać, zadawać pytania naprowadzające, ale widziałam coraz wyraźniej, że dostała jakiejś blokady i kompletnie nie rozumie, co do niej mówię. Jako nauczyciel byłam w kropce, bo z jednej strony Barbara koniecznie chciała dokończyć ten przykład [na moją propozycję, byśmy to zostawiły i przeszły dalej, zareagowała nerwowym machaniem rękami na znak, że musi to rozwiązać], a z drugiej strony nie była w stanie tego zrobić, więc coraz bardziej się denerwowała. Ta sytuacja trwała dobre kilka minut, zanim jakoś nad sobą nie zapanowała, a ja wtedy mogłam jeszcze raz, na spokojnie, naprowadzić ją na właściwe rozwiązanie. No koszmarek...
    Zostały mi z nią na szczęście jeszcze dwa spotkania - może jakoś to będzie. Z westchnieniem wspominam lekcje konwersacyjne z Mariną, z którą można było przegadać 3 godziny o czymkolwiek i nawet człowiek nie zauważył, że tyle czasu już minęło. Na zajęciach z Barbarą czuję się jak kat przeprowadzający tortury, co jest o tyle dziwne, że przecież mi - jako oprawcy - ofiara płaci ciężką kasę za to pastwienie się...

8 komentarzy:

  1. Biedna kobieta... właściwie, biedne kobiety, Wy obie ;) a tak poważnie, jakbym miała zgadywać, to obstawiam niezdrową sytuację w domu... a mama, która nie potrafiła obronić konieczności wpojenia dziecku własnego języka, raczej za wzór asertywności służyć nie mogła...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie wytłumaczenie wydaje się najprostsze, ale też jedyne, jakie się nasuwa - bo nic więcej na dobrą sprawę o Barbarze przecież nie wiem. Cholera wie, co jej jest, nie jestem w końcu jej psychoanalitykiem, tylko lektorką polskiego. Ale serio, wystarczy na nią spojrzeć - ma wygląd typowej ofiary losu.

      Usuń
  2. Biedna dziewczyna. Pewnie ma ogromne kompleksy i niską samoocenę :( Myślę, że przydałby się jej dobry psycholog... Ja jako dziecko byłam dość nieśmiała, ale w liceum, totalnie wyleczyłam się z tego...
    A co do schematyczności: Ja też jestem schematyczna i to we wszystkim, jak leci :P Jeśli chodzi o obrazki: opiszę co na nim jest: kolory, wygląd postaci itp. ale nie będę wnikać jakie są relacje pomiędzy postaciami, bo po prostu tego nie wiem. Muszę mieć wszystko wystawione "kawa na ławę" :P Nie uważam, żeby schematyczność była czymś złym. Myślę, że jest to cecha umysłów ścisłych. Przypuszczam również, że nie ma to nic wspólnego z problemami jakie ma ta dziewczyna...
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest jednak troszkę co innego. Przypuszczam, że jeśli miałabyś w poleceniu, żeby opisać relacje między osobami na obrazku na podstawie tego, co widzisz [a pewne rzeczy da się przecież wyczytać - widzisz np. wyraz twarzy, mowę ciała], to zrobiłabyś to, uruchamiając wyobraźnię. Na każdym egzaminie certyfikacyjnym z każdego języka jest polecenie opisu obrazka. Chodzi o to, by o nim opowiedzieć jak najwięcej, by móc dzięki temu zaprezentować swój zasób słownictwa.

      "Umysł ścisły" - o ile coś takiego istnieje, bo im dłużej uczę, tym mam większe wątpliwości :) - nie musi wykluczać wyobraźni. No i zależy też, co rozumiemy pod pojęciem "schematyczność". Dla mnie osoba schematyczna to taka, która nie potrafi w ogóle improwizować, nie umie się odnaleźć w sytuacji, która nie była zaplanowana od A do Z, nie potrafi nic zrobić "od siebie" bez wcześniejszego przygotowania. Takie jest mniej więcej moje rozumienie terminu "schematyczny" - no i w takim ujęciu dla mnie jest to wada i to poważna, bo utrudniająca życie.

      Usuń
  3. Cos wiem o tego typu uczniach - meka chyba jednak gorsza dla nauczyciela :-) Bo co sie czlowiek musi nakombinowac, zeby takiego rodzynka zmusic do nauki, to chyba latwiej rowy kopac...
    Ty i tak nie masz zle - w koncu jesli sa to zajecia indywidualne, to dziewczyna nie ma innego wyjscia jak w koncu cos powiedziec :-)
    Ale podczas zajec grupowych - siedzi taki rodzynek i czeka, az go inny uczen wyreczy :-(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gorzej, jak podczas zajęć jeden-na-jeden uczeń ci się zatnie i ani rusz dalej. Następuje wielce krępująca cisza, a to na Tobie - jako nauczycielu - spoczywa obowiązek takiego pokierowania lekcją, by delikwent jednak przemówił :)

      Usuń
  4. Biedule; Jedna i Duga!
    Podziwiam Cie, ze to wytrzymujesz...ma to jakis sens?
    Serdecznosci
    Judith

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiesz Judytko, nasz klient, nasz pan, ona płaci za lekcje - więc widocznie dla niej ma sens... Poza tym nigdy nie wiesz, co wpłynie na drugiego człowieka.
    Jako nauczyciel po prostu robię swoje i już :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń