Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

czwartek, 28 października 2010

Małpka nr 2 - Psychopatka

   Przedstawię dziś sylwetkę kolejnej małpki, w dodatku nie tylko mojej uczennicy, ale i wychowanki.
   Tatuś Ani* nie utrzymuje kontaktu z rodziną – i bardzo dobrze, ponieważ pił i prawdopodobnie się nad nimi znęcał. Wydawałoby się, że po usunięciu tego bydlęcia z horyzontu dziewczynka odzyskała możliwość normalnego rozwoju. Cóż z tego, skoro jej matka ma najwyraźniej tysiące innych, ważniejszych spraw na głowie, by jeszcze zajmować się Anią. Owszem, pracuje, opiekuje się też obłożnie chorym bratem, ale najwidoczniej zapomina, że ma oprócz tego jeszcze córkę, która potrzebuje uwagi. Trzy razy z panią pedagog już próbowałyśmy umówić się z tą kobietą na rozmowę – nie przychodziła pomimo ustalonego terminu, a ostatnio z rozbrajającą szczerością stwierdziła, że dojazd do szkoły to dla niej „kawał świata”… Zresztą, Ania świetnie zdaje sobie sprawę, jak się sprawy mają. Kiedy po którymś numerze, jaki odstawiła [zbluzgała nauczycielkę i powywracała kilka ławek] ostrzegłam ją w rozmowie, że będę musiała wezwać jej mamę do szkoły, spojrzała tylko smutno i spytała: „I co, myśli pani, że mama przyjdzie…?”.
   Zoo jest trzecią szkołą Ani. Nie jestem psychiatrą, ale na moje oko dziewczynka jest psychopatką. Jej reakcje nigdy nie są zrównoważone, mogą być tylko albo przesadnie „na plus”, albo przesadnie „na minus”. I jedne, i drugie są niepokojące. Chcecie konkretów? Proszę bardzo…
- In plus: Ania jest nadaktywna, cały czas chce odpowiadać (nawet, jak nie ma nic do powiedzenia), nie dopuszcza innych uczniów do głosu, biega po kredę, ściera tablicę, podlewa kwiatki w sali. Na przerwach przychodzi do mnie porozmawiać albo z prośbą w rodzaju: „Psze pani, czy może mnie pani przytulić?” Raz szłam przez korytarz w dość przylegającej do ciała bluzce i Ania siedząca pod salą, mając jak najlepsze intencje, wrzasnęła na cały regulator z podziwem: „O k***, ale pani to ma wielkie cycki!”
- In minus: byle drobiazg powoduje u niej atak szału. Wtedy głośno przeklina, krzyczy, wybiega z klasy trzaskając drzwiami. Kiedy koleżanka nie chciała jej pożyczyć na lekcji ołówka, zaczęła targać ją za włosy i bić. Chodzi z niebezpiecznie rozbieganymi oczami, nie reaguje na słowa albo też nie rozumie, co się do niej mówi. Zdarza jej się też przyjść do szkoły w ubiorze zdecydowanie bardziej pasującym do osoby wykonującej najstarszy zawód świata, niż do uczennicy.
   Najciekawsze jest, że te zmiany nastrojów – in plus oraz in minus – występują bezpośrednio po sobie, bez ostrzeżenia. W jednej chwili może np. wyznać mi, że bardzo mnie kocha, by w drugiej zacząć wrzeszczeć, bo coś jej się nie spodobało.
   Najsmutniejsze jest to, że dziewczynka ma wyraźny talent aktorski – brała udział w pamiętnym przedstawieniu na Dzień Nauczyciela (to ta od awantury z czerwoną teczką) i była świetna, po spektaklu inni nauczyciele przychodzili mi to powiedzieć jeszcze przez kilka dni. Co z tego…? Na moje oko Ania skończy albo w więzieniu, albo w domu wariatów. Zależy, czy prędzej zrobi krzywdę komuś, czy sobie.
*imię dziewczynki zostało zmienione.

środa, 27 października 2010

Puma zwana Pumeksem

   Dziś, Panie i Panowie, trochę prywaty. Przedstawię sylwetkę mojego czarnego, futrzastego utrapienia, które zostało wymienione w stopce po lewej stronie. Zdecydowanie ta istota zasługuje na osobny post.
   A więc... (tu nastąpiły werble)
PROSZĘ PAŃSTWA - OTO KOT
   Zawsze powtarzałam, że kiedy tylko osiądę na własnym M, to kot będzie pierwszym wstawionym sprzętem zaraz po łóżku, gdyż "bez kota to nie robota". W praktyce trochę to potrwało, a i potem wyniknęły pewne nieprzewidziane komplikacje, o ktorych nie chcę tu wspominać. Ale mniejsza z tym, ważny jest efekt, czyli obecność Kota, a właściwie Kotki.
   Puma nazywa się tak, jak wygląda - jest cała czarna, smukła i zgrabna. Nie ma jeszcze roku, a już waży prawie 4 kg i to nie z powodu tuszy. Weterynarz oglądając jej łapy i ogon zawyrokował, że będzie wielkim kociskiem. Już się boję...
   Puma nazywana jest też Pumeksem - który to przydomek zawzięcie lansuje Moja Najlepsza Psiapsiółka Michał - a na co dzień również Futrem. Była małym, lekko wystraszonym zwierzątkiem, "zaadoptowanym" z Domu Tymczasowego dla zwierząt. Kto kiedykolwiek miał kota, ten wie, co zwykle wyrasta z takich małych, zabiedzonych, miauczących sierotek. Wielkie, wypasione, dalej miauczące księżniczki... Otóż Jej Wysokości na pewno nie można odmówić uroku i wrodzonej dumy. Rzeczywiście, prezentuje się bardzo dostojnie i do twarzy, to jest - do pyska - jej w czerni :) Ma jasno określone cele i stara się je konsekwentnie realizować. Potrafi być zatem przemiła, jeśli uzna to za przydatne. Jest bardzo towarzyska, lubi być w centrum uwagi, a zostawiona na dłużej sama wyraźnie tęskni. Natomiast na pewno nie jest wpatrzona w człowieka jak w obrazek, tylko widzi siebie jako pełnoprawnego członka stada. Nie przyjmuje argumentacji "nie wolno - bo tak, bo ja, twoja pani tak mówię". Jeśli jej na czymś zależy, stara się to zdobyć i ustępuje tylko wtedy, kiedy naprawdę nie ma innego wyjścia.
   Jaka z tej krótkiej charakterystyki wynika codzienna "instrukcja obsługi" Pumy?
   - jeszcze nigdy nic nie zniszczyła, kiedy jest sama w domu. A po co ma się wysilać, jeśli brakuje widowni? Za to kiedy są ludzie i - o zgrozo! - nie zwracają na nią uwagi, to już ona znajdzie sposób, by musieli się nią natychmiast zająć...
   - w wakacje wywyiozłam ją na miesiąc do mojej mamy na wieś, gdzie mogła szaleć do woli, ale "skończyło się to Eldorado" (jak mawiała wychowawczyni mojego brata w liceum) i nastąpił powrót do ciasnego mieszkania. No, nie do końca... Od tego czasu muszę co najmniej raz dziennie wyprowadzać Jej Wysokość na spacer na smyczy (a i owszem, dobrze czytacie - o spacerkach jeszcze kiedyś napiszę...), bo jeśli nie, to robi z mojej norki krajobraz po wojnie atomowej
   - Bohu dzięki w nocy jest spokojna. Najchętniej układa się koło mnie "pysk przy pysku" i przesypia grzecznie do rana. Nie ukrywam, że te momenty z życia Futra lubię najbardziej :)
   - jest bydlątkiem bardzo żywym i łownym. Średnia długość życia muchy, która wlatuje nieopatrznie do mieszkania, wynosi minutę. Ponadto odkąd nastała Puma, wyniosły się rybiki i muszę przyznać, że jestem zadowolona z tej wymiany. Co prawda rybikom nie trzeba zmieniać kuwety, ale za to wolę, jak po przyjściu z pracy to kot ociera mi się o nogi, a nie one....
  

poniedziałek, 25 października 2010

Z lekturą wśród zwierząt

   Generalnie rzecz biorąc - młodzież książek nie czyta. Oczywiście nie chcę tu skrzywdzić wyjątków, które występują w przyrodzie (jak od prawie każdej reguły). Z moich obserwacji wynika, że na średnio 30-osobową klasę trafiają się 3-4 osoby, które nie dość, że zaglądają do lektur, to jeszcze czytają inne pozycje dla przyjemności. Sama miałam wychowanka (nieco niezrównoważonego psychicznie notabene), który programowe lekcje polskiego totalnie olewał, ale za to łapałam go na czytaniu dzieł Nietzschego pod ławką...
   Jaką widzę przyczynę tego zjawiska? Według mnie nie jest prawdą - a często spotykam takie zarzuty - że kanon lektur jest do bani i gdyby był ciekawszy, to młodzież by je czytała. A g...ucio prawda. W spisie można znaleźć sporo naprawdę ciekawych z punktu widzenia nastolatka książek (wiem, bo ja i moi rówieśnicy pożeraliśmy je za czasów licealnych, a starym pudłem jeszcze nie jestem!) - "Hobbit" i "Władca Pierścieni" Tolkiena, "Jeżycjada" Musierowicz, "My, dzieci z dworca Zoo" Christiane F, "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa, "Inny świat" Grudzińskiego... I co? I to samo - czytają ci, którzy i tak czytają, a reszta ma w głębokim poważaniu...
   Czemu więc nie czytają? Bo to w dzisiejszych czasach "obciach". Bo czytają tylko kujony. Bo nie nauczono je w domu, że "się czyta" (tzn. nie mieli okazji zobaczyć ojca czy matki z książką). Bo trudnością dla nich jest przeczytanie czegoś dłuższego niż sms*. Bo z książką konkuruje tysiące wymagających mniejszego wysiłku intelektualnego rozrywek. Bo aby przeczytać kilkaset stron trzeba się skupić, a oni chcą wszystkiego JUŻ TERAZ ZARAZ...
   W związku z powyższym omówienie jakiejkolwiek lektury już w normalnej szkole jest nie lada wyzwaniem. A co dopiero w Zoo.

   A jak to wygląda w Zoo?
   Zadałam do przeczytania "Niemców" Kruczkowskiego. Dramat, kilkadziesiąt stron. Naprawdę niedługie, pisane współczesnym językiem. Tematyka ciekawa - wojna, studium psychologiczne różnych postaw ludzkich. Z ręką na sercu, nie jest to książka powodująca senność już na drugiej stronie.
   I CO Z TEGO?
   Oczywiście, nie przeczytał nikt, ale tego mniej więcej się spodziewałam - otwarcie mi oświadczyli, że "pani chyba z Marsa spadła, w tej szkole lektur się nie czyta". Jasne, że mogłabym w takim razie zrobić sprawdzian z treści i wstawić im lufy od góry do dołu, tylko po jakiego grzyba? Primo, musiałabym się potem z tego gęsto tłumaczyć (tak tak, JA, a nie oni...), secundo: chodzi mi o to, by oni cokolwiek z tej książki wiedzieli. Myślę sobie - no dobra małe dranie, przyniosę wam książki na lekcje, będziemy czytać po kawałki z podziałem na role, a potem omawiać na bieżąco. Wydawało mi się, że nic prostszego, w końcu w ten sposób podam im utwór na tacy.
   O jakże naiwna byłam... :)
   Na pierwszą lekcję z "Niemców" przyszły mi 3 osoby, na drugą 5, w tym tylko dwie z poprzedniego składu. Przypuszczam, że na następnej będzie podobnie. Jak w takim układzie mam nawiązać do już omówionej części sztuki, skoro co zajęcia mam inne dzieciaki? Każdą lekcję mam zaczynać jak w "Na dobre i na złe" czy innej "Modzie na sukces" od informacji, co było w poprzednim odcinku?
   Wiem z doświadczenia, że jeśli czytałabym sama utwór, to kompletnie by mnie nie słuchali, jedyną więc możliwością jest "porozdzielać role", byśmy musieli to czytać wspólnie. Pojawia się problem z wyznaczeniem chętnych - spora część tych dzieci ledwo czyta (a mają od 15 lat w górę!), a nie jestem na tyle okrutna, by wrabiać półanalfabetę w czytanie na głos... Dalej - co z tego, że zaczynamy czytać? Kompletnie nie umieją się skupić na dłużej, niż kilka minut. Efekt jest więc zwykle taki, że małpka czytająca rolę jednego z bohaterów uważa tylko wtedy, kiedy są jego kwestie - a przez resztę czasu śpi, pisze smsa, maluje po ławce lub dźga długopisem kolegę siedzącego obok. Nie ogarnia całej sceny, nie potrafi wyciągnąć żadnych wniosków, bo jak ma to zrobić, skoro wie jedynie, co się działo z "jej" postacią?
   Kiedy zatem po zmęczeniu fragmentu sztuki padają pytania: o czym rozmawiali bohaterowie? co działo się w tej scenie? - patrzą na mnie tak, jak gdybym im kazała co najmniej wyjaśnić, co to był aoryst w języku staro-cerkiewno-słowiańskim... W tym momencie Dragonka ostatkiem sił hamuje się przed krzyknięciem: "Przecież przed sekundą o tym czytaliśmy, barany! Gdybyście tyle nie jarali, to potrafilibyście się skupić!".
   Omówienie króciutkiej sceny, poskładanie wszystkiego, wyciągnięcie jakichkolwiek sensownych wniosków i zapisanie wszystkiego łopatologicznie na tablicy zajmuje podwójny polski, czyli 90 minut. A "Niemcy" - przypominam - są niewielką lekturą pisaną dość prostym językiem.
   Nawet nie chcę myśleć, co będzie przy fragmentach "Pana Tadeusza" czy innych "Krzyżakach"...

piątek, 22 października 2010

Małpka nr 1 - "Bum, bum"

   Wspominałam już, że uczę w Zoo. W praktyce znaczy to mniej więcej, że moi uczniowie są zupełnie nieobliczalni niczym nieoswojone zwierzęta. Niewiele na co dzień pomaga wiedza na temat przyczyn ich zachowań - ten syn alkoholika, ten katowany przez rodziców, ta eks-galerianka (a może wcale nie eks?), ta prawie 2 lata nie chodziła do szkoły, bo musiała się zajmować młodszym bratem, kiedy ich rodzice zostawili ich samym sobie... Każde z tych dzieci to osobna tragedia ludzka i nie trzeba ogromnej wiedzy psychologicznej, by domyślić się, że to się odbija na ich codziennym zachowaniu.
   Tylko co z tego, że ja wiem, jaki koszmar przeszły? W niczym nie zmienia to faktu, że tak jak im zgotowano piekło w domu, tak one w piekło zamieniają zajęcia szkolne, jeśli mają gorszy dzień. A niektóre gorszy dzień mają codziennie...
   Kilkoro z moich uczniów zasługuje na osobne posty. Będę Wam je serwować w rozsądnych dawkach.

   Dziś będzie o Adasiu*. Jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym, a on ma wyjątkowego pecha i do domów dziecka, i do rodzin zastępczych - w ostatniej był katowany i głodzony. Sam Adaś na pewno normalny nie jest, zachowuje się tylko co najwyżej mniej lub bardziej dziwnie. Jak do tej pory dwa razy na lekcji udało mi się trafić na jego przebłysk świadomości - okazywało się wtedy, że to dość inteligentny chłopak z całkiem sprawnie pracującymi zwojami mózgowymi. Szkoda tylko, że na co dzień rola wariata wychodzi mu aż tak perfekcyjnie...
   Do repertuaru zachowań Adasia należy:
   - wydawanie odgłosów przeróżnych zwierząt i trzeba przyznać, że repertuar ma dość szeroki. Słyszałam już świnki, krówki, konie, ale także słonie i małpy...
   - ostentacyjne ślinienie się i robienie min idealnie imitujących wyraz twarzy osób z zespołem Downa
   - walenie w ławkę rękami lub głową
   - histeryczny śmiech bez żadnego powodu
   - przychodzenie na lekcje, które mam z innymi klasami i robienie tego, co powyżej wymienione...

   Do tego dochodzą pojedyncze wybryki. Był dzień, w którym Adaś na wszystkie słowa skierowane do niego odpowiadał tylko: "Bum, bum". Kiedy natomiast jest prztomniejszy, to dezorganizacja zajęć polega "tylko" na chamskich lub wręcz wulgarnych uwagach i idiotycznych dygresjach, co czyni go bardziej podobnym do reszty kolegów. Nie można mu na pewno odmówić pomysłowości. Dziś na polskim pieczołowicie złożył samolocik z kserówki, którą mu dałam, umieścił w nim ludzika (również z papieru), następnie podpalił samolicik i wyrzucił go przez okno z komentarzem, że to lot tupolewa z prezydentem Kaczyńskim...
   Adaś moim zdaniem kwalifikuje się do zakładu zamkniętego, ale póki co jest u nas. Hura, hurrra... Całe szczęście - często na polskim po prostu go nie ma. Chyba mnie jakoś nie lubi :)

*Imię chłopca zostało zmienione. Reszta to niestety w 100% prawda.

środa, 20 października 2010

Pierwsza (czy ostatnia?) ofiara wojny polsko-polskiej

Z założenia nie lubię się wypowiadać publicznie o polityce (a pisanie bloga jest wypowiedzią publiczną). To nie znaczy, że się nią nie interesuję i mam pod smoczym ogonem to, co się w Polsce wyprawia. Moje poglądy są dość sprecyzowane i odkąd skończyłam 18 lat nie opuściłam jeszcze żadnych wyborów (a przecież przez lata mieszkałam daleko od mojego miejsca zameldowania, więc aby głosować, musiałam pozałatwiać trochę formalności). Tyle, że polityka w naszym kraju traktowana jest niemal na równi z religią i dlatego dyskutowanie o niej nieuchronnie prowadzi do konfliktów i spięć - a ja zwykle nie mam ochoty psuć sobie humoru. Jest wystarczająco dużo innych problemów, by jeszcze kłócić się o politykę z moimi znajomymi czy bliskimi. Temat ten na blogu będę więc poruszała pewnie dość rzadko.
   Dziś jednak zrobię odstępstwo.

   Wczoraj zamordowano człowieka. Czyjegoś męża, ojca, przyjaciela. Ofiara "zawiniła" (prawdopodobnie) tylko jednym - była zwolennikiem innej opcji politycznej, niż morderca. Sprawa jest świeża, nie znamy jeszcze jej wszystkich okoliczności , pojawią się pewnie na dniach. To jednak nie przeszkadza w tworzeniu teorii spiskowych ludziom, którzy z sobie wiadomych powodów w każdym działaniu ludzkim doszukują się podstępów i złowrogiego knucia.
   No dobra, nie jestem zwolenniczką PiS-u, nie ukrywam tego. Gwoli ścisłości jednak - nie jestem też zwolenniczką PO, jedni i drudzy to wszak prawica (o czym się w Polsce zapomina), a moje poglądy społeczne są zbyt liberalne, bym się mogła z nimi identyfikować. Pisząc o teoriach spiskowych miałam oczywiście na myśli Jarosława Kaczyńskiego i jego wypowiedzi w mediach wystosowane ledwie kilkadziesiąt minut po tragedii w Łodzi (czyli krew na zmarłym nie zdążyła jeszcze skrzepnąć, mówiąc brutalnie). Obwinił on natychmiast za zabójstwo nie kogo innego, tylko PO z Donaldem Tuskiem na czele. Lider PiS okazuje się szybciej niż prokuratura i sąd zebrał dowody winy i wydał wyrok. To tak łatwo się mówi „winny, morderca”… Ale J.K. ma już doświadczenie w tej sprawie – kwestię katastrofy samolotu pod Smoleńskiem też ocenił i osądził natychmiast, choć dochodzenie jeszcze się nie zakończyło.
   Dobrze, dość sarkazmu, przechodzę do konkretów. Szczerze mówiąc to, że mamy morderstwo na tle tego szamba, które się wytworzyło w związku z wydarzeniami z 10 kwietnia, specjalnie mnie nie dziwi. Podobna atmosfera w 20-leciu międzywojennym (endecja, Dmowski i spółka) zaowocowała zastrzeleniem Narutowicza. Zastanawiałam się tylko, po czyjej stronie będzie ofiara. Świrów nie brakuje zapewne wśród zwolenników obu partii. Tego uniknąć się nie da, niebezpiecznie jednak się robi, jeśli myśli tych świrów znajdują odpowiednią pożywkę w wypowiedziach swoich „idoli” – a pogardliwe i nienawistne słowa można było usłyszeć po obu stronach barykady. Według mnie to przypadek, że „padło” na PiS. Mamy żniwo ostatnich miesięcy pełnych plucia, oskarżeń i jawnego gardzenia ludźmi tylko dlatego, że są z innej opcji politycznej.
   Stała się rzecz straszna, aby jednak nie dopuścić do eskalacji, do kolejnych zabójstw (np. odwetowych) – należy natychmiast WYCISZYĆ napięcie, a to zrobić mogą tylko politycy. Co tymczasem robi lider PiS? Ano swoim starym zwyczajem jątrzy, opluwa, rzuca oskarżenia – czyli właśnie ZAOGNIA sytuację. Nie wiem, czy jest aż tak krótkowzroczny i nie rozumie zagrożenia, czy robi to świadomie, by na fali oburzenia wywołanego morderstwem ugrać jak najwięcej dla siebie. Wszystko jedno – i w pierwszym, i w drugim wypadku powinien się mocno stuknąć w główkę… Jeśli tak dalej pójdzie, to dojdzie do kolejnych zabójstw.
   A może o to chodzi? „Święta wojna” między PO i PiS, już tym razem nie tylko na słowa? Ludzie, gdzie my żyjemy, co…?

poniedziałek, 18 października 2010

Dupochron

   Temat dzisiejszej lekcji brzmi: wychowawca contra szkolna papierkologia.

   Kim jest w szkole wychowawca klasy, to wszyscy z grubsza wiedzą. To taki nauczyciel, który oprócz nauczania swojego przedmiotu dodatkowo sprawuje opiekę pedagogiczną nad przydzieloną mu klasą. Jak to kiedyś określiła moja Eks-Wice-Dyra [w poprzedniej szkole] robiąc pogadankę moim podopiecznym - "to taka wasza druga mamusia".
   Muuuu-ha-ha-ha...
   Czym zajmuje się de facto wychowawca? Między innymi:
   - prowadzi dziennik i wszelką dokumentację klasy (a wierzcie mi, jest tego od groma i ciut ciut)
   - traci od 1/3 do połowy swoich lekcji przedmiotowych na "sprawy wychowawcze", czytaj: opierdzielanie dzieciarni za ich mniej lub bardziej głupie numery
   - wysłuchuje w pokoju nauczycielskim negatywnych uwag i "jest zobowiązany" wpłynąć na klasę, by sie poprawiła (ciekawa jestem niby jak? ma wyciągnąć czarodziejską różdżkę i pozamieniać złe siostry Kopciuszka w dobre wróżki?)
   - chodzi na wycieczki szkolne, w trakcie których musi mieć oczy dookoła głowy, bo jak się coś stanie, to beknie za to nie kto inny, tylko właśnie wychowawca
   - jest odpowiedzialny za kontakty szkoły z rodzicami, szczególnie wtedy, gdy dzieje się coś złego.

   I dziś zatrzymamy się przy tym ostatnim punkcie. Wychowawca powinien stale monitorować dziennik pod kątem frekwencji uczniów i jeśli zauważy dłuższe nieobecności - "coś z tym zrobić". Swoje wysiłki co miesiąc odnotowuje w tabeli, gdzie zlicza nieobecności delikwenta, wyszczególnia, ile było nieusprawiedliwionych (czyli mówiąc po ludzku: wagarów), a obok wpisuje, jakie kroki poczynił, by dziecię do szkoły jednak przyszło. Te wypociny nazywają się obrazowo w żargonie belfrowskim "dupochronem" - bo w razie kłopotów z wagarującym uczniem (dajmy na to: miał być w szkole, a w tym czasie kogoś pobił czy coś ukradł) i nalotu kuratorium pada nieuchronne pytanie: "A co zrobił wychowawca?" - i wtedy nieszczęsny pedagog wyciąga wspomnianą wyżej tabelke, która ni mniej, ni więcj, tylko chroni mu d***...
   Czemu o realiach pracy wychowawcy wypowiadam się z taką ironią i cynizmem, to może przy innej okazji. Tym razem przyjrzymy się, jak w praktyce powstaje dupochron.
   Co przede wszystkim robi Dragonella widząc, że delikwenta częściej w szkole nie było, niż był? Ano łapie za telefon...

JA: Dzień dobry, nazywam się XYZ, jestem wychowawczynią Arkadiusza. Dzwonię, aby się dowiedzieć, co się z nim dzieje, ponieważ od początku roku nie pojawił się w szkole.
MATKA: A to świetnie, że pani dzwoni, sami byśmy chcieli wiedzieć, co się dzieje. Arek zwiał z domu, nie wie może pani, gdzie jest? Może jakiś kolega go widział?
albo:
JA: Dzień dobry, nazywam się (i tak dalej, zmieniając tylko imię dzieciątka)...
MATKA: Jak to nie chodzi do szkoły?! Przecież wychodzi co rano z domu z plecakiem! Dziś też go nie było? A dostał nawet pieniądze, bo do kina ma iść z klasą. To mówi pani, że on się w szkole w ogóle nie pojawia?!
(notabene po tym telefonie przyszedł na 3 ostatnie lekcje - i od razu zrobił na warsztatach pochodnię z kleju przemysłowego... dostanie Naganę Wychowawcy...).

   Jest jeszcze trzecia grupa - numery telefonów, które są uparcie "poza zasięgiem" lub które zwyczajnie nie istnieją. W takich wypadkach Dragonka pisze oficjalne pismo do rodziców z prośbą o kontakt, a fakt wystosowania tego pisma odnotowuje się w papierach (no i rzecz jasna na dupochronie).
   Generalnie - jest wesoło. Tabelka wypełniona, rodzice powiadomieni (albo i nie...). A dziecko zapewne jak wagarowało, tak wagarować będzie. Aż do następnego miesiąca...

piątek, 15 października 2010

Coś z niczego

   W przydziale czynności na rok szkolny 2010/11 przypadło mi wraz z Kamilą, inną polonistką, zorganizowanie "akademii z okazji Dnia Nauczyciela". Pamiętam takie akademie z czasów, kiedy sama chodziłam do szkoły (a to przecież, kurde blaszka, wcale nie było tak dawno!) - dużo śmiechu, ubaw po pachy, potem nerwy i zasłużone oklaski. Uwielbiałam to całe zamieszanie, próby po lekacjach, organizowanie dekoracji i kostiumów.
   No cóż, to se ne wrati, jak mawiają starożytni Czesi... Dzieciaki mają obecnie zbyt dużo rozrywek - ups, przepraszam, to znaczy arcyważnych spraw - by chciało im się jeszcze uczyć ról i brać udział w jakimś szkolnym przedstawieniu. Tak jest w zwyczajnej szkole - a co dopiero w Zoo.
   Zoo to szkoła dla tzw. trudnej młodzieży. Następny przystanek po Zoo brzmi już tylko Poprawczak. Z tego faktu wynikają codziennie liczne atrakcje, o których na pewno nie raz będzie w tym blogu. Dziś: o organizacji czegokolwiek z kimkolwiek i jakkolwiek... Moja ukochana Wice-Dyra (piszę to bez cienia ironii) świadoma realiów co prawda zastrzegła, że wystarczy zorganizowanie nawet króciutkiego wystepu "aby coś było" - lecz nawet to okazało się wyczynem na miarę budowy stadionu na Euro 2012, tzn. jeśli powstanie na czas, to będzie cud boski... A czemu tak?
   - Obsada aktorska zmieniała się praktycznie codziennie. Umówienie się z kimkolwiek na coś jest w tej placówce niewykonalne. Nie masz gwarancji, że dziecko, które zgodziło się zagrać w poniedziałek, w środę nie stwierdzi, że "to jest poj***ane, nie chce mi się już". Co z tego, że kusisz piątką z polskiego. One i tak mają oceny tam, gdzie słoneczko nie dochodzi...
   - Aktorzy mają swoje humory, a jakże... Przykłady? "Ja chcę czerwoną podkładkę pod tekst, nie zieloną! Nieeeee... Bez czerwonej nie zagram!". Albo: "Jak on gra ze mną w tej scenie, to ja nie gram!". Czy też: "Nie będę chodziła z tą kartką, nie ma mowy, nie chce mi się, będę siedzieć... No i co z tego, że nie będzie mnie widać?!".
   - Próba? Zebranie wszystkich - 15 minut (lekcja trwa 45, a nie masz pewności, że na następną stawi się ten sam skład...). Ci, którzy akurat nie grają, gadają, słuchają muzyki lub się biją - hałas taki, że nie słyszysz własnych myśli. Ci, którzy właśnie grają, nie mogą ćwiczyć, bo muszą akurat odebrać telefon lub wyjść "do klopa/na szluga/się przewietrzyć (do wyboru, do koloru)".
  
   Rezultat? W dniu przedtsawienia na próbę generalną przyszły... 2 osoby na 15. Rozpoczęła się Wielka Improwizacja i wymiana prawie całego składu. Walka z czasem, ich humorkami i naszym załamaniem nerwowym. Gdybym miała pod ręką kałacha, to teraz zamiast pisać bloga, siedziałabym w pięknym pokoiku z kratkami w oknach...
   O dziwo - coś wyszło! Co prawda sama musiałam zagrać jedną z ról, ale to się podobno nawet Głównej spodobało, bo "do tej pory żaden nauczyciel nie grał razem z uczniami". Cóż, wyjścia nie było... :) Biedna Kamila po wszystkim nie poryczała się chyba tylko dlatego, że miała zbyt staranny makijaż.
   Następna taka okazja to Jasełka. Ale to już nie moje zmartwienie. I Bohu niech będą dzięki...

czwartek, 14 października 2010

Zdrowotna spychologia

   Sprawa, którą dziś opiszę, ma już prawie miesiąc, ale chcę ją uwiecznić, by refleksje na ten temat nie zaginęły w pomroce dziejów.
    Temat dzisiejszej lekcji brzmi: SŁUŻBA ZDROWIA.
    Że państwowa jest beznadziejna - każdy wie i widzi. Że każdy kolejny rząd woli stosować półśrodki, niż wziąć się za rzeczywistą reformę tego burdelu - to jasne jak słońce. Że najbardziej w związku z tym obrywa się ludziom, których zwyczajnie nie stać na prywatne wizyty gabinetach lekarskich - to taki banał, że aż szkoda pisać.
    W takim razie: po kiego diabła Dragonka chce międlić ten temat? A po takiego, że historia, jaką chcę przedstawić, jest jednak przekroczeniem pewnej granicy, za którą robi się już po prostu niebezpiecznie i to w szerszym słowa tego znaczeniu.
    Ale do meritum. Mój przyjaciel i jednocześnie współlokator - barwna osoba zwana w dalszej części bloga Havrankiem - nabawił się przewlekłego zapalenia krtani. Doleczyć tego nie mógł, mijały kolejne miesiące brania antybiotyków, facet spać nie dawał po nocach z powodu kaszlu, którego ilość decybeli spokojnie mogłaby konkurować z młotem pneumatycznym. W dodatku biedaczyna stawał się coraz słabszy i dosłownie znikał w oczach (zawsze był chudy, ale zaczął wyglądać tak, że spokojnie mógłby robić za statysyę w Liście Schindlera bez żadnej charakteryzacji). Po różnych perypetiach trafił wreszcie do porządnego internisty (oczywiście PRYWATNIE, a jakże by inaczej...), który pokojarzył fakty, zlecił badania - no i zapadł wyrok: GRUŹLICA. Tak tak, XXI wiek, środek wielkiego miasta, młody, wykształcony człowiek pracujący umysłowo - chory na gruźlicę.
    Po Havranka przyjechali uroczy pielęgniarze w strojach jak z "Epidemii", po czym zapakowano go do izolatki, gdzie pod tlenem przesiedział prawie 3 tygodnie odcięty od świata. Wiadomo, gruźlica to choroba potencjalnie śmiertelna, diablo zakaźna. Co więcej, w Polsce obowiązuje ustawowy NAKAZ leczenia gruźlicy oraz objęcia opieką i obserwacją osób, które miały bezposredni kontakt z chorym.
    Tyle teoria. A praktyka? Ano jak zwykle - spychologia. Co z tego, że 4 miesiące mieszkałam z nim pod jednym dachem i dopóki nie ustali się, czy też się nie zaraziłam, to jestem potencjalnym zagrożeniem dla społeczeństwa? Co z tego, że moje mieszkanie w związku z tym stało się tykającą bombą biologiczną?
    Zaczęłam od telefonu do Sanepidu. Nikt nic nie wie, nikt niczym się nie zajmuje, to nie u nas, proszę zadzwonić gdzie indziej. Po ponad półgodzinnym odsyłaniu mnie z oddziału do oddziału łaskawie dostałam telefon do PRYWATNEJ firmy, która zajmuje się dezynfekcją pomieszczeń i tam dopiero bardzo życzliwy pan udzielił mi informacji, co mam zrobić ze swoim mieszkaniem, żeby się pozbyć zagrożenia. Dalej - lekarze. Powinnam zrobić RTG i próbę tuberkulinową. Lekarka rodzinna wypisała skierowanie do pulmonologa nawet na mnie nie patrząc (tak, jak by chciała jak najszybciej się mnie pozbyć), a w poradni chorób płuc usłyszałam... że najbliższy możliwy termin prześwietlenia jest za 2 TYGODNIE! I mam sobie 2 tygodnie chodzić po ulicy, potencjalnie zarażać ludzi gruźlicą, stanowić zagrożenie dla uczniów, nie mówiac o tym, że mam nie spać po nocach i denerwować się, czy jestem chora, czy nie... A co to kogo obchodzi? A niech pół miasta się zarazi, jak się trochę zmniejszy populacja, to skrócą się kolejki do lekarzy... Proste, piękne i logiczne.
    Epilog był dla mnie pomyślny - siadły mi nerwy, narobiłam histerii, prześwietlenie wykonano (no proszę, jakoś nagle było można!), próbę też. Jestem mutantem odpornym na gruźlicę. Wszystko bosko, ale to wyłącznie zasługa tego, że zagrożenie trafiło na silny, zdrowy organizm, który sam poradził sobie z bakcylami.
    A co, gdybym była słabszego zdrowia? Ilu ludzi zdążyłabym pozarażać, nim trybiki maszyny zwanej Państwowa Służba Zdrowia łaskawie raczyłyby się mną zająć? Co z dzieciakami, które uczę - są niedożywione, wiecznie niewyspane, nie stronią od używek, mieszkają często w skandalicznych warunkach, idealnych miejscach do rozwoju gruźlicy.
    Nikogo to nie obchodziło. Kompletna beztroska. Mentalne cofnięcie do średniowiecza.

Dzień Nieprzyjaciela

    14 października - Dzień Nauczyciela/Nieprzyjaciela (niepotrzebne skreślić). Czyli hmm... jak by nie patrzeć - mój dzień. Ano ostało się w kalendarzu takie dziwne święto, w spadku po Czasach Dobrobytu (takim mianem PRL zwykł określać mój Eks-Chłop, a aktualna Najlepsza Psiapsiółka). Mają górnicy swoje święto, mają babcie, dziadkowie, mają dzieci, kobiety... to czemu żałować nauczycielom? A co, niech się cieszą przez ten jeden dzień w roku...
       Ale nie będzie to post o tym, jak to źle jest nauczycielom, jaką to mają ciężką pracę, za którą są gównianie nagradzani, a jeszcze wszyscy wylewają na nich pomyje i każą im się cieszyć, choć nie ma z czego. Nie będzie to też jednak z drugiej strony tekst o tym, jak cudownie być nauczycielem, bo dzieci są takie kochane, chętnie się uczą, a nas rozpiera duma - a poza tym zaraz wakacje... Jak to jest NAPRAWDĘ - to wyjdzie w praniu, w miarę powstawania tego bloga, między wierszami, kiedy będę opisywać zwykłe, szare, codzienne dni, bez żadnego upiększania i cenzury.
     Dziś będzie o czymś innym. Każdy kiedyś na swojej drodze życiowej spotkał Mistrza. Mistrz-Uczeń. Jak świat stary i skamieniały, tak zawsze wiedzę i doświadczenie przekazywano w takim tandemie. Ale żeby to się udało, to obie strony układu muszą wypełniać swoje zadanie. Mistrz jest od przekazywania tego, co umie - Uczeń od chłonięcia tego, co przekazuje mu Mistrz. Obie strony tego równania są tak samo ważne. Uczeń nie zajdzie daleko bez Mistrza, który nim pokieruje - a Mistrz bez Ucznia stanie się nikomu niepotrzebną skamieliną, która przedwcześnie się zestarzeje i odejdzie w niepamięć.
     Uczniu, szanuj swojego Mistrza.
     Mistrzu, szanuj swojego Ucznia.
     Potrzebujecie się nawzajem.
     Tako rzecze Dragonella :)