14 października - Dzień Nauczyciela/Nieprzyjaciela (niepotrzebne skreślić). Czyli hmm... jak by nie patrzeć - mój dzień. Ano ostało się w kalendarzu takie dziwne święto, w spadku po Czasach Dobrobytu (takim mianem PRL zwykł określać mój Eks-Chłop, a aktualna Najlepsza Psiapsiółka). Mają górnicy swoje święto, mają babcie, dziadkowie, mają dzieci, kobiety... to czemu żałować nauczycielom? A co, niech się cieszą przez ten jeden dzień w roku...
Ale nie będzie to post o tym, jak to źle jest nauczycielom, jaką to mają ciężką pracę, za którą są gównianie nagradzani, a jeszcze wszyscy wylewają na nich pomyje i każą im się cieszyć, choć nie ma z czego. Nie będzie to też jednak z drugiej strony tekst o tym, jak cudownie być nauczycielem, bo dzieci są takie kochane, chętnie się uczą, a nas rozpiera duma - a poza tym zaraz wakacje... Jak to jest NAPRAWDĘ - to wyjdzie w praniu, w miarę powstawania tego bloga, między wierszami, kiedy będę opisywać zwykłe, szare, codzienne dni, bez żadnego upiększania i cenzury.
Dziś będzie o czymś innym. Każdy kiedyś na swojej drodze życiowej spotkał Mistrza. Mistrz-Uczeń. Jak świat stary i skamieniały, tak zawsze wiedzę i doświadczenie przekazywano w takim tandemie. Ale żeby to się udało, to obie strony układu muszą wypełniać swoje zadanie. Mistrz jest od przekazywania tego, co umie - Uczeń od chłonięcia tego, co przekazuje mu Mistrz. Obie strony tego równania są tak samo ważne. Uczeń nie zajdzie daleko bez Mistrza, który nim pokieruje - a Mistrz bez Ucznia stanie się nikomu niepotrzebną skamieliną, która przedwcześnie się zestarzeje i odejdzie w niepamięć.
Uczniu, szanuj swojego Mistrza.
Mistrzu, szanuj swojego Ucznia.
Potrzebujecie się nawzajem.
Tako rzecze Dragonella :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz