Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytelnia Dragonki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytelnia Dragonki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 grudnia 2015

Smok lubić antyutopia. Trylogia Veroniki Roth

    W ramach "Czytelni Dragonki" dbam póki co o różnorodność. Była historyczna beletrystyka, był kryminał - czas na futurystyczną antyutopię. Szto eta takiego? Uwaga, będzie mały wykład - no nie byłabym sobą, w końcu to blog nauczycielski :) Ostrzegam lojalnie, kto nie ma ochoty na malutką, ale taką tyci-tyci lekcję z historii literatury, proszony jest o opuszczenie następnych dwóch akapitów.


    A zatem - sam termin "utopia" nawiązuje do tytułu dzieła Tomasza More'a z XVI wieku, w którym opisał wizję społeczeństwa idealnego. W skrócie - ludzie zajmowali się wyłącznie rolnictwem i rzemiosłem, byli równi, wolni [również w kwestiach religii - choć ateizm był zakazany], ubierali się tak samo, a pieniądze i przemysł uważali za ZUO. Głoszenie takich poglądów w tamtych czasach nie mogło się oczywiście dla autora dobrze skończyć, a że miał on pecha żyć w Anglii za czasów Henia VIII, to ostatecznie wylądował pod toporem kata. Mniejsza z tym - dziś słowo "utopia" oznacza po prostu przedstawienie doskonałego państwa. Nota bene pierwszym tego typu utworem było - o ile mi wiadomo - "Państwo" Platona, choć wizja tam opisana zdecydowanie bardziej dziś przypomina państwo totalitarne, niż raj na ziemi. Na naszym rodzimym gruncie koncepcją utopii bawił się Ignacy Krasicki w niemiłosiernie nudnawych "Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkach". O ile generalnie uwielbiam pana XBW, o tyle ta książka była najgorszą lekturą, którą musiałam łyknąć do egzaminu z literatury oświecenia.
    Antyutopia - jak można się domyślić - to zaprzeczenie utopii, czyli ukazanie takiego państwa, w którym życie jest koszmarem. Dragonka ten gatunek łyka jak młody pelikan, odkąd w liceum natknęła się na słynny "Rok 1984" Orwella. Tych Czytelników, którzy podobnie jak Smoczyca lubią babrać się w przerażających wizjach uciśnionych społeczeństw, odsyłam do takich pozycji, jak "Nowy wspaniały świat" Aldousa Huxley'a, "Władca much" Wiliama Goldinga czy "Wielki marsz" Stephena Kinga. Oraz do tego, co dziś mam Wam do polecenia.


Veronica Roth, Trylogia [Niezgodna. Zbuntowana. Wierna.], Warszawa 2015

    Mamy bliżej nieokreśloną przyszłość. Ludzie - zmęczeni wojnami - na gruzach starego świata podzielili społeczeństwo na pięć frakcji w zależności od tego, jakie idee mają im przyświecać. Mamy zatem:
- Serdeczność - dla tych, którzy chcą porzucić wszelką agresję
- Altruizm - skupia ludzi wyrzekających się swoich potrzeb, by pomagać innym
- Nieustraszoność - tu najbardziej liczy się odwaga i siła fizyczna
- Erudycja - wierzą, że szczęście daje tylko nauka, wiedza i inteligencja
- Prawość - dla nich największą cnotą jest prawda i uczciwość.
    Co roku odbywają się Testy Predyspozycji dla młodych ludzi kończących właśnie 16 lat, podczas których dowiadują się, do której z frakcji mają wrodzone skłonności. Następnego dnia po teście wobec całego społeczeństwa dokonują wyboru, którego już nie można cofnąć - decydują się na życie według zasad danej grupy, a jeśli okaże się, że zawiedli, to zostają wywaleni i kończą jako bezfraktowcy, czyli społeczne wyrzutki. W 90% przypadków okazuje się, że Test Predyspozycji wskazał frakcję, w której młody człowiek się wychował, choć zdarzają się wyjątki i wtedy delikwent staje przed dylematem: rodzina czy rozwój zgodny z własnymi skłonnościami. Ale to jeszcze nic - najbardziej przerąbane mają ci, którzy łączą zdolności kilku frakcji, a więc są Niezgodni. Stanowią zagrożenie dla społeczeństwa [bo są zbyt doskonali...], więc się ich po prostu eliminuje. 
    No i właśnie - poznajcie Triss, której w teście wyszedł jak byk wynik NIEZGODNA i od tej pory musi zrobić wszystko, by ten fakt nie wyszedł na jaw. Wychowała się w Altruizmie, postanawia jednak wybrać Nieustraszoność, musi zatem opuścić rodzinę oraz świat, jaki dotąd znała i nauczyć się żyć według całkiem nowych zasad. Szybko jednak okazuje się, że - ponieważ tak naprawdę jest Niezgodna - to nie pasuje również do swojego nowego otoczenia, w którym panują o wiele bardziej bezwględne reguły, niż się spodziewała.

    Dwie pierwsze część tej trylogii doczekały się ekranizacji i przyznaję się bez bicia, że to dzięki filmowej wersji "Niezgodnej" dowiedziałam się o książce. Adaptacja trzyma poziom i nie wypacza sensu lektury, choć z konieczności z kilku wątków pobocznych trzeba było zrezygnować. A sama książka - no cóż, ja w nią wsiąkłam. Jestem w drugiej połowie pierwszej części i naprawdę ciężko mi się oderwać, a rzecz jasna czytam tak szybko, jak mi na to pozwalają Mysze obowiązki :) I wcale nie psuje mi zabawy fakt, że oglądałam film i w związku z tym wiem, jak się toto kończy. Znowu - jak w przypadku "Diabli nadali" - mamy wszystko, czego można wymagać od dobrej antyutopii. Intrygująca bohaterka, z którą można się utożsamić, powolne odkrywanie mrocznych reguł i zawiłości rządzących przedstawionym społeczeństwem, a nawet umiejętnie i nienachalnie wkomponowany w całość wątek miłosny, który przyjemnie się śledzi. Narracja jest dobrze prowadzona, opisy nieprzegadane, postacie drugoplanowe wyraziste. Nic, tylko czytać.
    Ergo - Dragonka czyta. I innym też poleca.




UPDATE
25.12.2015

    Przeczytałam drugą część ["Zbuntowana"] i zabrałam się za trzecią [czyli "Wierna"] - i cóż, jak by Wam tu powiedzieć... Mój entuzjazm niestety osłabł, bo są zdecydowanie słabsze, tak jakby "weny TFUrczej" wystarczyło autorce tylko na jedynkę. W skrócie - żeby nie zdradzać zbyt wiele fabuły - w "Zbuntowanej" zdecydowanie za dużo jest akcji w stylu "zabili go i uciekł", a "Wierna" jest napisana tak odmiennym [i niestety według mnie - gorszym...] stylem od pierwszej części trylogii, że aż trudno mi uwierzyć, że wyszły spod klawiatury tej samej osoby.
    Cóż zatem? Przeczytajcie jedynkę, bo naprawdę warto. Co do reszty - jeśli Wam się naprawdę nudzi, to można...

wtorek, 8 grudnia 2015

Fajne czytadło. Olga Rudnicka "Diabli nadali"

Olga Rudnicka, Diabli nadali, Warszawa 2015

    Druga odsłona "Czytelni Dragonki". Tym razem coś w bardziej przyziemnym stylu - lekki kryminał w stylu Joanny Chmielewskiej. Ciężko recenzuje się takie książki, bo trzeba dokonać umiejętnego balansu. Z jednej strony jakoś lekturę przybliżyć, a z drugiej jednak nie napisać zbyt wiele, by nie zepsuć czytelnikowi intrygi, która jest istotą tego gatunku literackiego. No cóż, mam nadzieję, że mi się to uda...
    Ameryki nie odkryję pisząc, że - zgodnie z właściwą konwencją oraz sugestią okładki - prawie od razu na wstępie mamy trupa. Denat to Dagmar Różyk ["Prawdziwie zbójeckie nazwisko!" - jak skomentowałaby Mała Mi z "Muminków"] - szef działu promocji, znaleziony przez sekretarkę z przestrzeloną głową w swoim gabinecie. Za życia nie był aniołem - stąd zresztą nazywany był powszechnie w firmie Diabłem - a zatem bardzo wiele osób miało dobry powód, by wyprawić go na tamten świat. Pierwszą podejrzaną wszelako zostaje wspomniana już sekretarka Monika, która według wszelkiego prawdopodobieństwa jako ostatnia widziała szefa żywego. A ponieważ jest niewinna i kryształowo czysta, to z pomocą młodego, zakochanego w niej policjanta Mateusza usiłuje nie tylko oczyścić się z zarzutów, ale i rozwikłać zagadkę śmierci Różyka.
    W tej książce mamy zdaje się wszystko, czego należałoby wymagać od dobrego kryminału. Zagadkowy trup - obecny. Sympatyczna, uroczo kobieca główna bohaterka, która jednak jest na tyle inteligentna, że da się ją polubić - jest. Dzielny policjant niczym rycerz na białym koniu pragnący wybawić ją z opresji, a przy okazji poderwać [oczywiście mając jak najbardziej uczciwe zamiary] - melduje się posłusznie. Do tego dorzucono szereg barwnych postaci drugolpanowych, w rodzaju wyjątkowo antypatycznej zastępczyni Różyka, czyli Zdziry - albo braci Moniki, którzy nie są nawykli do myślenia, ale za to bardzo chętnie dadzą po mordzie każdemu, kto chciałby skrzywdzić ich "małą siostrzyczkę". Fabuła zawiera zaskakujące zwroty akcji [że tak ucieknę się do tego wyświechtanego frazesu... :)], nie jest nużąca, a cała historia na tyle prawdopodobna, że nie wymaga stukania się czytelnika w czoło z niedowierzaniem co kilkanaście stron. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to retrospekcje - czyli wycieczki fabularne w przeszłość - które nie są moim zdaniem wprowadzane dość czytelnie, przez co na początku trudno się połapać, czy opisywane właśnie wydarzenie zdarzyło się w literackiej przeszłości, czy dotyczy spraw bieżących. Ale do tego "idzie się przyzwyczaić", choć mnie zajęło to tak z pół książki...
    Mówiąc zwięźle - jeśli ktoś lubi łyknąć przed snem lekki, ale niegłupi kryminał, to szczerze polecam. Intryga wciąga, całość dobrze się czyta, można jednak swobodnie przerwać lekturę i wrócić do niej w stosownej chwili. Szkoda tylko, że książka nie została porządniej wydana [w choć trochę sztywniejszej okładce!] - bo dobrze nadawałaby się na świąteczny prezent. A tak to...


poniedziałek, 9 listopada 2015

Nowy cykl - Czytelnia Dragonki. Anna Moczulska "Bajki, które zdarzyły się naprawdę"

    Z racji tego, że póki co - ODPUKAĆ! - Mysza jest spokojnym, pogodnym i dużo-śpiącym dzieckiem, na urlopie macierzyńskim zaskakująco znalazłam czas na czynność niegdyś przeze mnie ulubioną, a z powodu obowiązków zawodowych prawie rzuconą w kąt. Chodzi mi o... czytanie książek dla przyjemności :) Nie znaczy to, że odkąd skończyłam studia i rozpoczęłam "karierę" najpierw zwykłego nauczyciela, a potem tresera małpek w Zoo, to w ogóle przestałam cokolwiek czytać. A i owszem, lektura była jak najbardziej, tyle że głównie specjalistyczna w rodzaju poradników metodycznych lub fachowych. W ostateczności zabierałam się co jakiś czas za odświeżanie kanonu lektur, bo skoro magluję dzieciarnię z "Potopu" [to jeszcze za czasów pracy w LO], "Krzyżaków" czy innych "Syzyfowych prac", to sama muszę być z tego nie do zagięcia. Ale na "zwykłe" książki nie wystarczało mi już najczęściej albo czasu, albo ochoty - bo prawdę powiedziawszy po całym dniu mądrzenia się o literaturze i gramatyce, a potem ślęczenia nad klasówkami, to wolałam odstresować się przy komputerze grając w jakże "ambitną" grę RPG albo jeszcze mniej wymagający odmóżdżacz, polegający na zbieraniu na ekranie jakichś gadżetów na czas.
    Nie chcę przez to powiedzieć, że opieka nad niemowlęciem to zbijanie bąków, tym niemniej faktem jest, że córa daje mi się wyspać i odetchnąć. A ponieważ nie mam jak się przy niej zmęczyć umysłowo [no bo jednak bez przesady...], to wróciła mi ochota na zwyczajną lekturę. A skoro tak... to może uruchomię w ramach bloga nowy cykl? Jest "Dragonka w kuchni" - czas więc na "Czytelnię Dragonki". Oczywiście żaden tam ze mnie bloger literacki [tu niezmiennie mole książkowe odsyłam do witryny Magulca], podobnie jak kulinarny. Ale od czasu do czasu coś przecież mogę moim drogim Czytelnikom polecić, prawda?

    Na pierwszy ognień pójdzie nota bene książka, którą wygrałam w konkursie na wspomnianym wyżej blogu "Kącik z książkami". 




Anna Moczulska, Bajki, które zdarzyły się naprawdę. Historie słynnych kobiet, Kraków 2015.

   Zawsze - równolegle z literaturą piękną - interesowała mnie historia [zwłaszcza ta dawniejsza]. Zostałam jednakże polonistką, a nie profesjonalną historyczką z wykształcenia - bo absolutnie nie należy tu liczyć zdobycia uprawnień do nauczania historii przez ukończenie studiów podyplomowyh. Bardziej zatem od skrupulatnych, ściśle historycznych relacji pełnych dat i suchych faktów, interesowały mnie dzieje świata "od kuchni", czyli historia z perspektywy ludzi, którzy ją tworzyli. Zamiast więc czytać dajmy na to o przebiegu wojny, wolę poznać biografię ludzi, którzy ją wywołali. 

    Książka Anny Moczulskiej prezentuje sylwetki słynnych kobiet, których życiorysy pogrupowała wokół znanych, bajkowyh motywów. Mamy tu zatem - dla przykładu - Elżbietę Rakuszankę w roli Kopciuszka, siostry Jagiellonki jako Śpiące Królewny czy Bonę Sforzę i Barbarę Radziwiłłównę jako odpowiednio Złą Królową i Królewnę Śnieżkę. Trzeba przyznać autorce, że wybrała nad wyraz barwne przykłady, nie ograniczając się tylko do ukazania najbardziej znanych kobiecych biografii. Obok tak słynnych i do znudzenia wałkowanych w adaptacjach filmowych postaci, jak Krwawa Maria Tudor czy wspomniana już nieszczęsna ukochana żona Zygmunta Augusta, znajdziemy też inne, mniej znane, ale jak się okazuje równie fascynujące dzieje Katarzyny I [żona cara Piotra Wielkiego], mrożącą krew w żyłach historię Klary Zach [która miała pecha wpaść w oko Kazimierzowi Wielkiemu] czy love story w wykonaniu Elizy Radziwiłłówny i cesarza Wilhelma. 
    Kolejną cechą wyróżniającą książkę - obok baśniowego pomysłu na prezentację bohaterek - jest zdecydowanie beletrystyczny, lekki styl autorki, właściwy bardziej dla powieści awanturniczych, niż dla lektury traktującej bądź co bądź o postaciach historycznych. Zaznaczyć tu należy, że Anna Moczulska nie ma bynajmniej ambicji zaserwowania czytelnikowi poważnej pozycji naukowej i żaden szanujący się historyk nie zniżyłby się do przeczytania jej książki w innych celach, niż rozrywkowe. To jednak udało jej się znakomicie - przedstawione tu opowieści są ciekawe, trzymają w napięciu, a całość nie jest przegadana i przeładowana. W sam raz na miłą, odprężającą lekturę po całym dniu pracy [czy opieki nad dzieckiem... :)].
    Reasumując mój wywód - książka nadaje się dla historyków-amatorów, którzy lubują się w podglądaniu życia prywatnego osób znanych z kart podręczników. W sam raz, by dowiedzieć się czegoś nowego, ale za bardzo się przy tym nie zmęczyć. 
    Smocznego :)