Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 31 grudnia 2010

Noworoczny Koncert Życzeń

   Noworoczny Koncert Życzeń - czyli alfabetyczny spis tego, czego Dragonka życzy Dragonce z Nowym Rokiem, Nowym Godom vel Nju Jerem. Na poważnie lub nie, z komentarzem lub bez. Bezy-bezy-bezy bez-bez-bez... :)

A - ktywności większej, niż w 2010 roku. Fizycznej. Oj,
    przyda się...
B - eztroskiego wstawania co rano
C - haryzmy, aby mi wszyscy z ręki jedli, a nie tylko Jej Wysokość
D - alekowzroczności. Bo jak na razie mam -3. A co, niech się wyrówna
E - ndorfin krążących w moim krwioobiegu ze stężeniem tak gęstym, że dałoby się kroić nożem
F - antazji, rzecz jasna ułańskiej
G - adany jak cholera. W moim fachu bardzo się przydaje...
H - umoru. Żeby mnie nie opuścił. Aż do śmierci :)
I - ntuicji. Niezawodnej. Na czymś trzeba polegać, no nie?
J - edwabistej skóry - na rękach. Nie macie pojęcia, jak kreda niszczy dłonie
K - olorowych snów. A co. Lepsze to, niż kolorowe jarmarki :)
L - eniwego picia porannej i popołudniowej kawy
Ł - atwości w ubieraniu myśli w słowa. Z pożytkiem dla czytelników tego bloga
M - miłości. Dobrej. Dającej spełnienie i nadającej życiu sens
N - ormalnej pracy w normalnej szkole
O - ptymizmu do patrzenia w przyszłość
P - przyjaciół. Takich, bym czuła ich obecność nawet, gdy fizycznie ich przy mnie nie ma
R - adosnego miauczenia, kiedy wracam zmęczona do domu
S - zczęścia. We wszystkim, co sobie postanowię
T - rafnych decyzji. TrAfnych, nie trEfnych :)
U - poru nie mniejszego, niż dotychczas. W końcu to moja główna cecha charakteru, bez której nie byłabym sobą
W - yrozumiałości dla siebie samej
Z - arobków w wysokości średniej krajowej. Naprawdę, o nic więcej nie proszę w tym temacie :)

   Wy też mi pożyczcie. Ale nie obiecuję, że oddam :)


sobota, 25 grudnia 2010

Święta jakieś mamy, czy coś...?

   Puk puk? Żyjecie?
    Ja mam się całkiem nieźle zważywszy na okoliczności. Ten stół pełen żarcia jest taki duży, a ja mam tylko jeden żołądek :) Poważnie, w tym roku zaistniał pewien problem - wszystko się udało, jest przepyszne i w dużych ilościach. I weź tu się człowieku nie przejedz... Cóż, zarówno ja, jak i Smoczyca Seniorka bardzo dobrze gotujemy, nie da się ukryć.
    Święta spędzam leniwie wiedząc, że nuda w codziennym życiu jest towarem deficytowym. Staram się przede wszystkim jak najmniej myśleć o Zoo, co też pewnie tłumaczy brak postów. Przyznacie, że ostatnie tygodnie przed wolnym dały mi w szkole nieźle popalić, nie dziwcie się więc, że staram się od tego tematu odpocząć psychicznie.
    Jej Wysokość Was pozdrawia. Dzielnie angażowała się w przygotowania świąteczne. Osobiście skontrolowała jakość piany z białek z cukrem (na ciasteczka Kamili, polonistki z postu o Dniu Nauczyciela - no rewelacyjne wyszły, jak babcię kocham...) poprzez wsadzenie łba do michy. Oczywiście przetarłam jej pysk wodą, ale i tak do końca wieczoru chodziła z fachowym irokezem wyglądając jak rasowy panczur, który się urwał z Jarocina. Jak skomentował to mój brat w smsie - uwaga, będzie niecenzuralnie - pewnie do tego pierdoli system... :)
   Aha, jeszcze jedno. Jeśli znaleźliście pod choinką paczuszkę wyjątkowo topornie i nieestetycznie opakowaną - to istnieje duże prawdopodobieństwo, że jest ode mnie... Powinnam dostać nagrodę w konkursie na najbardziej nieprofesjonalnie zapakowany świąteczny prezent.
   Idę trawić. Macham do Was skrzydłem - dopóki jeszcze mam siłę.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Miau?

   Powiecie, że mam nierówno pod sufitem - i przez grzeczność nie zaprzeczę :) Nie mogę się powstrzymać, muszę się z Wami podzielić zdjęciem, które właśnie zrobiłam Jej Wysokości. No co ja poradzę na to, że koty wywołują u mnie tak intensywne pokłady czułości, że wystarczyłoby dla całego przedszkola?
   Zdjęcie z serii: jak by tu przetrwać zimę? No jak to jak...


   Miauuuu... :)  

niedziela, 19 grudnia 2010

Kawka z uszkodzonym skrzydłem

   Udało mi się w końcu złożyć zgłoszenie. Swoją drogą, to co najmniej niepokojące, jak w praktyce wygląda kontakt z policją. Pierwszy raz poszłam w piątek po lekcjach, dziś jest niedziela - zatem 3 dni nie mogłam utrafić na moment, kiedy na komisariacie znajdzie się funkcjonariusz, który będzie miał czas mnie przesłuchać. Oczywiście, zgadzam się, że w porównaniu z tym, z czym na co dzień stykają się niebiescy, moja sprawa to "pan Pikuś". Ale wyobraźcie sobie, że chcecie zgłosić pobicie, gwałt, czy rozbój - a tu okazuje się, że policjant jest na interewencji, nie wiadomo, kiedy wróci, a ten, który jest, nie może zostawić posterunku, żeby się zająć waszą sprawą... Rozumiem konieczność wyjazdu w teren, ale w takim razie na miejcu powinien zostać funkcjonariusz, który przejmie obowiązki na czas nieobecności kolegi. No ale witamy w Polsce...

   Ale nie o tym ma być post. Policjant spisał protokół, a jakże - a przy okazji miałam okazję poznać jego punkt widzenia w kwestii różnych przykrych zachowań młodzieży. W skrócie można by to sprowadzić do stwierdzenia, że jednostki odmienne od reszty społeczeństwa zawsze były i będą gnębione i nie bardzo wiadomo, czyja to wina, bo tak po prostu jest i tyle, tacy są ludzie. "Dorośli są okrutni, to co się dziwić dzieciom" - stwierdził, a na moją uwagę, że owszem, bo przecież uczą się właśnie od dorosłych, tylko podniósł brwi ze zdziwienia. Użył dość interesującej metafory: oto mamy młodą kawkę, która uszkodziła sobie skrzydło i wypadła z gniazda. Znalazł ją człowiek, wyleczył, odkarmił, a potem wypuścił na wolność. Co się stanie z tym ptakiem, kiedy wróci do swoich? Ano inne kawki wyczują, że "coś z nią nie tak", nie będą chciały jej zaakceptować. Wyrzucą ją z gniazda, albo nawet zadziobią. Mój komentarz, że człowiek to jednak nie kawka, ponieważ posiada pewną wrażliwość i umie w sposób bardziej świadomy kierować swoim postępowaniem, chyba go nie przekonał. Opowiedział potem, że miał w podstawówce kolegę, typ "mózgowca" - w piątej klasie przerabiał z matematyki materiał klasy ósmej. Niestety,  był przy tym "dupowaty", więc robili mu z innymi chłopcami z klasy "kawały". Nie wdawał się w szczegóły, ale "kawały" musiały być konkretnego kalibru, bo sprawa skończyła się sądem rodzinnym, a tamten został w końcu zabrany przez ojca i przeniesiony do innej szkoły. Policjant wtraził też zdziwienie, bo ten "mózgowiec" ostatecznie skończył jakieś kiepskie liceum, nie poszedł na studia, a teraz pracuje w hipermarkecie... Dodał też - choć wcale nie prosiłam go o ocenę całej sytuacji - że nie czuje się specjalnie winny, bo taka jest kolej rzeczy, chłopak był inny, to obrywał. Jeśli ktoś był winny, to jego ojciec (jak rozumiem dlatego, że wychował "dupowatego" syna), ewentualnie sam mózgowiec, bo sobie pozwalał na takie traktowanie. Stwierdził też, że gdyby jego dziecku coś takiego robili, to znalałby delikwenta, wpakował do bagażnika, wywiózł do lasu i go porządnie postraszył, żeby mu się odechciało. I już, trudno, takie życie, nic się na to nie poradzi.
   Milczałam podczas jego opowieści, a kiedy wyraźnie widać było, że oczekuje na mój komentarz, powiedziałam tylko, że mam kompletnie inny punkt widzenia i że nie chcę się nad tym rozwodzić. Smutno mi tylko, tak całkiem obiektywnie, kiedy pomyślę o młodym, zdolnym chłopaku, który zamiast skończyć studia, pracuje na kasie w sklepie, bo coś go po drodze złamało...
   Przeraził mnie ten brak autorefleksji. Ten mężczyzna - pomimo tego, że upłynęło wiele lat, zdążył dorosnąć, dojrzeć - nie widzi absolutnie związku między przemocą, której był sprawcą, a spieprzonym życiem jego kolegi. A jeśli już, to czyja to wina? Nikogo. Albo życia. Albo samego chłopaka. No bo mógł się postawić, nie?
   Po kilku latach pracy w jednostkach oświatowych wiem jedno - nie ma czegoś takiego, jak "typowa ofiara". Przy odrobinie pecha, w niesprzyjających okolicznościach lub determinacji sprawców - KAŻDY może zostać zastraszony, zgnojony. Bez wyjątku. Tylko, że o wiele łatwiej jest obarczyć za taki stan samą ofiarę - bo często okazuje się, że sami mamy "coś za uszami", też komuś kiedyś "robiliśmy kawały", więc jak teraz mielibyśmy przyznać, że to było złe...? Wkurzają mnie komentarze typu "tak już jest, nic się na to nie poradzi". Gówno prawda. Jak się nie spróbuje, to się nie poradzi, jasne. Dlatego prawo powinno tak działać, by jednak można było coś zrobić.
   Tak wiem, jestem pewnie zbyt wielką idealistką. Ale kurde, sama przez cały okres dorastania miałam status dziwadła. Na szczęście dzięki atmosferze w domu wiedziałam, że mam prawo czytać sobie na przerwach Shakespeare'a, a nie gadać o kosmetykach i ciuchach, więc jak ktoś się z tego powodu ze mnie nabijał, to wzruszałam ramionami. Byłam wręcz wydawałoby się podręcznikowym kandydatem na ofiarę - ale się nią nie stałam. BO MIAŁAM OPARCIE W DOROSŁYCH. Z kolei - nigdy nie sprawiało mi radości gnębienie innych osób, odmiennych ode mnie, słabszych. Nie potrzebowałam sobie w ten sposob podbudowywać ego. Dlaczego - skoro moja samoocena leżała i kwiczała? Ano dlatego, że DOROŚLI NAUCZYLI MNIE, że tak się nie robi.
   Można? Można. "Się nie da" to bardzo wygodna wymówka. Da się, da. Tylko trzeba zacząć.

piątek, 17 grudnia 2010

Ciąg dalszy nastąpił

   No to mamy ciąg dalszy akcji z Anią. Podchodzę dziś do niej na korytarzu i mówię, że pani wicedyrektor prosi ją na rozmowę. Ona na to odparła tonem tak pogardliwym, jak się tylko dało, że pójdzie później. Ponowiłam polecenie, a kiedy znów stwierdziła, że nie idzie, oświadczyłam, że idę przekazać wiceszefowej odmowę Ani. W tym momencie nastąpiła powtórka z rozrywki, ale tak już na całego. Cytuję: "Chuj ci w dupę szmato, spierdalaj, jesteś pojebana jakaś". I dalej wiązanka w podobnym klimacie.
   Po naradzie z wiceszefową zgłaszam jednak sprawę na policję - obraza funkcjonariusza publicznego podczas pełnienia obowiązków. Wiem, że będę miała z tego więcej kłopotów, niż korzyści - chodzenie po sądzach, rozprawy, a ostatecznie nic jej wielkiego nie zrobią, bo to jej pierwsza sprawa. Ale puścić tego nie mogę, bo jeśli dziewczyna nie dostanie sygnału, że przegięła, to następnym razem dojdzie do rękoczynów. Poza tym mam nadzieję, że w wyniku tej sprawy Anię skierują na ponowne badania psychiatryczne, nawet, jeśli matka nie wyrazi zgody.
   Notabene - już mam pierwszą kłodę. Pojechałam na wlaściwy komisariat zaraz po lekcjach i usłyszałam... że mam przyjechać kiedy indziej, bo akurat nie ma w jednostce nikogo, kto mógłby przyjąć zgłoszenie. Dodam, że ode mnie z domu to godzina dojazdu w jedną stronę... Fajnie, co? No ale nic, pojadę znów jutro. Tylko wcześniej zadzwonię, czy aby na pewno nie przeszkadzam...
   Zmęczona jestem. Mam dyplom renomowanej uczelni wyższej z wyróżnieniem - i co...? A przy tym ja NAPRAWDĘ lubię swoją pracę. Czy raczej lubiłam. Do czasu, aż wylądowałam w Zoo.

czwartek, 16 grudnia 2010

Furia na klasówce

   Ani - bohaterce postu pt. "Małpka nr 2 - Psychopatka" - znów odwaliło... Zaznaczam, normalnie to ona nie zachowuje się nigdy. Co interesujące, zaobserwowałam, że nawet chłopcy z jej klasy, tacy, co to mam z nimi najwięcej problemów wychowawczych - ją zostawiają w spokoju. Po prostu widać, słychać i czuć, że dziewczyna jest kompletnie nieobliczalna i nie jest to tylko zdanie nauczycieli, dorosłych, dojrzałych osób. Skoro nawet inne zaburzone małpki pilnują się, żeby przypadkiem Ani nie rozdrażnić, to znaczy, że jej zchowanie to nie przelewki.
   Była klasówka. Dziewczę probowało ściągać na wszelkie możliwe sposoby, łącznie z tym, że skonfiskowałam jej zeszyt, który chowała pod ławką. Dostała dwa ostrzeżenia, za trzecim razem oświadczyłam, że obniżę jej ocenę za sciąganie. No i się zaczęło... Stan Ani można w zasadzie określić jednym słowem - FURIA. Przestała kompletnie nad sobą panować. Pewnie jesteście spragnieni konkretów? A proszę...
   - podarła sprawdzian
   - zaczęła się wydzierać, obrażać mnie i wulgarnie komentować całą sytuację: "Jesteś popierdolona!", "Możesz sobie tą kartką podetrzeć dupę!", "Sram na to!"
   - kiedy to nie poskutkowało (bo zachowałam spokój), przeszła do prowokowania mnie na wszystkie możliwe sposoby, robiąc uwagi, które w jej pojęciu mogły okazać się jak najbardziej przykre. Dowiedziałam się np. że jestem koszmarnie brzydka oraz że mam obwisłe cycki.
   - ponieważ dalej nie udało jej się spowodować mojego wybuchu, Ania zaczęła obrażać mnie obscenicznymi gestami, a także ostentacyjnie pluć na podłogę
  
    i tak dalej, i tak dalej... Po kilku minutach stało się dla mnie jasne, że Ania kompletnie nie panuje nad sobą, dlatego też starałam się reagować najoszczędniej, jak umiałam, świadoma, że każde moje słowo jeszcze bardziej ją nakręci. Choć, jak widać, brak reakcji też okazał się prowokujący. Moim celem było przede wszystkim spowodować, by skończyło się "tylko" na krzykach, wyzwiskach i prowokacjach. Widziałam, że ją nosi i w każdej chwili może wstać i zareagować agresją już nie tylko słowną. Nosiło ją bardzo wyraźnie.
   Nie tylko ja zresztą patrzyłam na nią okrągłymi ze zdziwienia oczami. Inne dzieciaki siedziały spokojnie nad kartkami, starając się ignorować jej zachowanie. Żadnego śmiechu, uwag, nic. Nawet dla nich było jasne, że oto mamy do czynienia z kompletnym świrem.
   Po lekcji poszłam do pedagog szkolnej, potem zadzwoniłam do kuratorki Ani, powiadomiłam wicedyrekcję, napisałam notatkę służbową. I co? I niestety pewnie nic... Kuratorka zasugerowała, żebym zgłosiła sprawę na policję, ale wiceszefowa mi odradziła, bo to w tym przypadku nic nie da - za mały kaliber, nic jej nie zrobią. Mam ją jutro przysłać na rozmowę do dyrekcji, która ją postraszy, czym tylko będzie mogła, ale wątpię, czy to coś da, bo Ania przerabiała już takie rozmowy. Zresztą, to poskutkowałoby może u normalnego, czyli zdrowego psychicznie dziecka. A Ania normalna nie jest.
   Dziewczynka miała kiedyś robione badania psychiatryczne, ale podobno wyszły wtedy względnie dobrze. Na powtórkę nie chce zgodzić się matka, która - przypominam - generalnie dzieckiem się nie interesuje. Dopóki Ania nie jest pełnoletnia, nic jej nie możemy zrobić. Oczywiście, dopóki nie przegnie tak, że sprawa zrobi się naprawdę niebezpieczna.
   Wiecie co? Na dzisiejszej lekcji wiedziałam, że nie jestem bezpieczna. Ani ja, ani koledzy i koleżanki Ani, ani ona sama. Mam nadzieję, że jeśli będzie miało dojść do nieszczęcia, to zdążę telefonicznie wezwać pomoc - albo że będę w stanie ją obezwładnić. Jestem w końcu większa i postawniejsza... Ta dziewczyna to chodząca bomba z opóźnionym zapłonem. Obłęd w oczach, kompletny brak hamulców.
   Może czas zapisać się na jakiś kursik samoobrony?

wtorek, 14 grudnia 2010

Ad vocem

   Pozostanę jeszcze w temacie kotów. Po lekturze poprzedniego postu Moja Psiapsiółka podesłał mi dwie rzeczy, które idealnie "wmiaukują" się w poruszony poprzednio problem kotowatości...
   Po pierwsze - znana, ale zapomniana przeze mnie piosenka Bułata Okudżawy o czarnym kocie. Wklejam link, a poniżej - dla nieznających rosyjskiego - tłumaczenie. Facet ujął sedno sprawy chyba jeszcze lepiej, niż Bursa :)

  

Bułat Okudżawa

Na podwórku, tuż za bramą,
czarnej sieni czarny wlot.
W sieni dzień i noc tak samo
rezyduje Czarny Kot.

Uśmiechając się pod wąsem
czai się w ciemnościach, łotr.
Drą się koty wniebogłosy,
ale milczy Czarny Kot.

Myszy dawno już nie łowi,
stroszy wąs i śmieje się –
łapie wszystkich nas za słowo
i kiełbasę naszą żre.

Ani żąda, ani prosi,
kryje w ślepiach żółty blask.
Każdy sam mu coś wynosi
jeszcze mu się kłania w pas.

Nie zamiauczy ani razu,
ale z sieni - ani rusz;
o framugę ostrzy pazur,
jakbyś miał na gardle nóż!

Stąd też wszyscy przygnębieni,
wszystko w domu - byle jak...
Światło by założyć w sieni...
Ale jakoś chętnych brak!
  
   A na deser: świąteczny kot Simon'a. Kto widział kota i choinkę w akcji, ten rozumie... [kiedy "rozkminię", jak wstawić w tym miejscu filmik, to to zrobię - na razie musicie zadowolić się linkiem...]

niedziela, 12 grudnia 2010

Z kociego jestem rodu

Dlaczego fajnie jest być moim kotem?

1. Jej Wysokość ma tyle uroku osobistego, że wszystko jej się wybacza. Trzeba przyznać - prezentuje się naprawdę okazale, nawet weterynarz każdorazowo nie może się jej nachwalić. Ma piękne, czarne, lśniące futro [no ba, w końcu raz w tygodniu wpiernicza żółtko - i to z takim zaangażowaniem, że kiedyś wygryzie dziurę w porcelanowej miseczce], jest smukła i zgrabna. Kiedy przycupnie z godnością na szafce, to wygląda jak posążek boginii Bastet. Poważnie, patrząc na Pumę człowiek przestaje się dziwić, że w starożytnym Egipcie kotom oddawano cześć boską.
   Obok dostojeństwa - potrafi też sprawiać napradę "słitaśne" wrażenie. Wystarczy, że uśnie i słodko popiskuje przez sen. Rozczulający widok, słowo daję. Nie jestem też w stanie się na nią długo gniewać, kiedy przychodzi i wtula się w moją szyję, lub mości się na kolanach. Wygląda wtedy tak niewinnie i bezbronnie, że człowiekowi nie pozostaje nic innego, jak zacząć miziać ją za uchem.

2. Jej Wysokość nie musi wychodzić co rano do pracy. Ma głęboko pod ogonem, jaka jest pogoda. Nie pada jej na łeb śnieg ani deszcz [choć deszcz akurat ona lubi], ani nie oślepia lipcowe słońce. Nie musi się tłuc autobusem ani tramwajem 2 godziny dziennie. Ktoś inny zarabia "na Whiskas dla koteczka"...
   Jak więc wygląda dzień Pumy? Wstaje rano razem ze mną, dostaje michę. Usiłuje mnie na wszystkie możliwe sposoby przekonać, bym jednak nie lazła do pracy - ładuje mi się na kolana, kiedy piję poranną kawę, ociera mi się o nogi, towarzyszy mi podczas prysznica i układania włosów. Kiedy jednak wychodzę, to albo siedzi spokojnie i patrzy na mnie z wyrzutem, albo robi Rejtana w drzwiach. Podczas mojej nieobecności pewnie śpi - w każdym razie prawie nigdy nic nie niszczy [prawie - bo jednak ostatnio rozbiła doniczkę stojącą na szafie]. Kiedy wracam, to oczywiście mnie wita, opowiada, co się działo - no i dostaje michę. Potem bryka, czasem mnie zdenerwuje, podrapie, pogryzie, domaga się uwagi. Trzeba kota starmosić, zmęczyć, sponiewierać :) Wieczorem znów robi się milusińska, a w nocy wtula się we mnie i tak przesypiamy do rana.
   Podsumowując harmonogram - śpi, żre, bawi się i jest glaskana. Żyć nie umierać.

3. Ludzie, z którymi się styka, chcą tylko jej dobra - albo w najgorszym wypadku zachowują wobec niej neutralno-życzliwy stosunek [np. Havranek]. Sama może być wredna i nie panować nad sobą, ale ostatecznie ujdzie jej to na sucho, bo "w końcu to tylko kiciuś...".

   Myślę, że adekwatnym podsumowaniem będzie zacytowanie kilku strof wiersza mojego ulubionego poety, Andrzeja Bursy. Ilekroć przypominam sobie ten utwór, tylekroć odnoszę nieodparte wrażenie, że powstał specjalnie z myślą o Jej Wysokości...

ANDRZEJ BURSA
"Z kociego jestem rodu"

Jak widzi tutaj każdy z wasZ kociego jestem rodu
Wygladam oto tak en face
(En face to znaczy z przodu)


Ot tak wyglądam zaś z profilu
(Z profilu znaczy z boku)
I staram się być w każdej chwili
Godnym rodziny kotów (...)


Mój wujek lew (i ciocia lwica)
Z królewskiej rodziny starej
Pracują w upalnej Afryce
W departamencie Sahary (...)


Tak jak w Afryce wujek lew
Dla wszystkich jest postrachem
Pogromcą Azji tygrys jest
(To także mój wujaszek) (...)


Gdyby tak bardzo długo iść
Doszłoby się do puszczy
Gdzie mieszka dziki brat mój ryś
(Miotełki ma na uszach)


Brat ryś po drzewach skacze w lot
W koronach ich się czai
Ot tak wygląda rysi skok -
Czasem się nie udaje...(...)


Jak groźny ród mój widzicie więc
Zaczynać z nami nie radzę
A teraz cicho bo ja śpię
Proszę mi nie przeszkadzać...



  

wtorek, 7 grudnia 2010

A co tam panie u Smoka słychać?

   Dziś wpis bez sprecyzowanego tematu, pod hasłem: "Aktualności" - czyli garść doniesień ze smoczego świata o charakterze mniej lub bardziej poważnym.

1) Informuję wszystkich zainteresowanych, że w weekend powrócił Havranek. Odpasiony [już nie ma niedowagi 15kg, tylko jakieś 10 :) ], niekaszlący, ale w dalszym ciągu osłabiony. Powoli wraca do normalnego życia, ale po 2,5 miesiącach przymusowej izolacji spragniony jest przede wszystkim kontaktów towarzyskich. Poszedł nawet pokazać się w pracy [choć ma jeszcze zwolnienie lekarskie], gdzie witano go zapewne jak zmartwychwstałego...

2) Jak już wspominałam, oprócz Havranka wróciła też Jej Wysokość Puma. Na razie jest dość grzeczna [Moja Psiapsiółka się z nią nie patyczkuje], ale dziś dała mi popalić. Musiałam zabrać ją do weterynarza na zastrzyk, co skończyło się reanimacją właścicielki, a nie zwierzaka. Jak mnie skubana dziabnęła w palec [ktoś musiał ją przytrzymać...], to zalałam krwią pół leżanki. Teraz mam fachowy lekarski opatrunek usztywniający i nie mam pojęcia, jak jutro będę pisała kredą na tablicy. Nawiasem mówiąc, w piątek znów musimy iść na dość przykry zabieg. Biorę skórzane rękawice, nie ma głupich :)

3) Niepokojących się o stan moich kopytek [hmm... po namyśle - czy Smoki mają kopytka...?] informuję, że dziś nabyłam wreszcie buty [tu ukłony w stronę Dragonelli Seniorki]. Koniec z przemokniętymi stopami. Okazuje się zresztą, że kupienie butów nie jest wcale prostym zadaniem niezależnie od tego, ile centrów handlowych się zwiedzi [a jestem osobą reagującą alergicznie na galerie innego rodzaju, niż prezentujące dzieła sztuki]. Skórzane damskie buty ziomwe są wyłącznie ładne, nie bywają natomiast ani ciepłe, ani praktyczne [no, chyba że kogoś stać na kupienie naprawdę drogich butów, których ceny zaczynają się od 500 złotych...]. Skończyło się na bardziej eleganckiej wersji walonek, które przynajmniej nie powinny przemoknąć. Nawiasem mówiąc - po raz kolejny dostałam dowód, że jestem jakimś mutantem, którego nie ima się żadne paskudztwo. TYDZIEŃ wracałam do domu z mokrymi nogami o temperaturze deseru lodowego - i nie dostałam nawet kataru. Kurde, co jest? Ani gruźlica, ani przeziębienie... Wiem, że złego diabli nie biorą, ale żeby aż tak? :)

4) Czarne chmury zbierają się wreszcie nad drugą gimnazjalną [to ci od "Niemców" oraz lekcji o archetypie domu]. Jest to niewielka klasa, ale naładowana świrami wyjątkowo, nawet jak na realia Zoo. W dodatku czują się bezkarni z powodu wychowawczyni, która primo traktuje ich zbyt pobłażliwie, a secudno - jest obecna w szkole tylko dwa dni w tygodniu. Sama w październiku przerabiałam u nich kilka lekcji-koszmarków, zakończonych wezwaniem przez telefon Wice-Szefowej na interwencję. Co konkretnie leży w ich repertuarze? Była lekcja, kiedy nie mogłam się odwrócić, żeby coś napisać na tablicy, bo lądowała mi na plecach kreda / kulka papieru / kanapka. Była taka, że nie mogłam się odezwać, bo zaczynali gwizdać / klaskać / kwiczeć / szczekać. Raz zamknęli mnie w sali, a sami - kiedy zadzwonił dzwonek - wyszli oknem [od tego czasu nigdy nie zostawiam klucza do sali na biurku, tylko chowam do kieszeni]. No i ukoronowanie - okradli mnie [potem te rzeczy się znalazły, ale sprawa jest dla mnie na tyle nieprzyjemna, że nawet nie chcę jej opisywać]. Teraz mam względny spokój, bo udało mi się dogadać z kilkoma osobami, które mają pozycję liderów i kiedy robi się "za duża wieś", to sami się uciszają słowami w stylu: "Morda gnoju, zamknij pysk! Jest polski!"
No dobrze, zeszli ze mnie, to uwzięli się na historyczkę... Pamiętacie, jak tydzień temtu zalali jej salę? No to wczoraj urządzili regularny bunt na lekcji, z wyciem, klaskaniem, tupaniem, wyzwiskami - klimat jak w więzieniu. Historyczka się popłakała [w pokoju nauczycielskim, wcale się jej nie dziwię...], wychowawczyni się popłakała, a Wice-Dyra się wściekła - i dobrze. Dwóch prowodyrów prawdopodobnie zostanie rozparcelowanych karnie po równoległych klasach, ale niewykluczone też, że nastąpi zmiana wychowawcy. To już nie jest aksamitne rozwiązanie, takich rzeczy w szkole się raczej unika, ale chyba nie będzie innego wyjścia, bo w tej klasie jest coraz gorzej.

   Oby do świąt. A potem do ferii. Zapytam jutro Księdza, ile dni zostało :)

niedziela, 5 grudnia 2010

Ksiądz Dobrodziej

   Klimat każdego miejsca, każdej instytucji tworzą wszyscy ludzie, którzy tam dłużej przebywają. Teza ta wydaje mi się tak oczywista, że nie widzę potrzeby jej udowadniania. Banałem też będzie stwierdzenie, że szkoła to nie tylko uczniowie. W przypadku Zoo - choć najczęściej obserwuję, że to, co jest oczywiste gdzie indziej, ni cholery nie chce sprawdzić się wśród Małpiątek - akurat śmiało można powiedzieć, że nauczyciele wyraźnie wyznaczają atmosferę tego miejsca. I chcę w tym miejscu podkreślić: w zdecydowanej większości w Zoo pracują naprawdę świetni ludzie, od sprzątaczek po Główną Szefową. Na tyle świetni, że zwyczajnie szkoda ich do Zoo. Jestem przekonana, że gdyby mieli możliwość pracować nawet nie z wybitną, ale ze zwyczajną młodzieżą, to ta szkoła byłaby najlepszą w mieście. A tak... cóż, ich zasługą jest fakt, że placówka w ogóle jeszcze stoi :)
   Podobnie jak w przypadku Małpiątek, tak i część belfrów zasługuje na osobne posty - i też będę je moim czytelnikom serwować sukcesywnie. Na pierwszy ogień pójdzie Ksiądz. A co, w końcu mamy niedzielę :)
   Jak zdążyliście się już przekonać, uczenie czegokolwiek w Zoo jest wyzwaniem, przeżyciem ekstremalnym i mission impossible. Zwykli przedmiotowcy mają jednak jakieś "asy w rękawie" w zależności od tego, czego uczą. Polonista i matematyk - mogą od biedy powołać się na egzaminy i choć na moment zmotywować dzieciarnię do posłuchu. Geograf, chemik czy fizyk - mają zwykle w każdej klasie po godzince w tygodniu, z czego wynikają dwa zasadnicze plusy. Primo: łatwiej o rozbudzenie ciekawości u Małpiątek, bo skoro coś [czyli i fizyka, i fizyk] pojawia się tak rzadko, to można próbować skupić się choć na kilkanaście minut. Secundo: nie występuje zjawisko "zmęczenia materiału", czyli coś, z czym ja - jako polonista - borykam się non stop. Już wyjaśniam, o co chodzi. Jeśli mam z jakąś klasą powiedzmy 5 godzin w tygodniu, to często na tej ostatniej już nawzajem nie możemy na siebie patrzeć, problemy są wciąż aktualne i dopóki nie nadejdzie weekend, to nie możemy do nich nabrać dystansu. A przy jednej godzince? Choć by nie wiem co się działo na lekcji, choć by się wyszło z trzęsącymi się rękami i wybuchnęło płaczem w pokoju nauczycielskim, to NASTĘPNA FIZYKA DOPIERO ZA TYDZIEŃ. A przez 7 dni sprawa przyschnie, a emocje się ulotnią.
   W przypadku religii ani primo, ani secundo nie działają. Jest to przedmiot "nie grożący żadnymi konsekwencjami" w wymiarze 2 godzin tygodniowo. Nie czas tu i miejsce na dyskusję, czy religia powinna być w szkołach, czy nie - na ten moment jest i tego się trzymamy. Obiektywnie patrząc, uczenie katechezy nastolatków generalnie nie jest zadaniem łatwym [doskonale pamiętam, jakie numery odstawiali koledzy z mojej klasy w LO Bogu ducha winnej siostrzyczce, która nawiasem mówiąc była naprawdę złotą kobietą] - z Zoo natomiast stopień trudności należałoby przemnożyć kilka do kilkunastu razy, w zależności od tego, ile Małpiątek stawi się na lekcję.
   Jak w warunkach ogólnego chamstwa i olewactwa uczyć o Bogu - nie mam pojęcia i nawet nie umiem sobie tego wyobrazić. Bardzo natomiast lubię Księdza pracującego w Zoo i tak zwyczajnie, po ludzku mu współczuję, bo zasłużył na to, by pracować z młodzieżą, która umiałaby go docenić. Nie będę tu jednak wyśpiewywać peanów na jego cześć, tylko postaram się przybliżyć jego sylwetkę.
   Ksiądz to człowiek w średnim wieku, czyli trochę starszy ode mnie, a w Zoo pracuje już trzeci rok. Jest niesamowicie cierpliwy i spokojny, nigdy nie widziałam go zdenerwowanego czy załamanego, mimo że jak najbardziej miałby do takich reakcji prawo. Zawsze porozmawia, zażartuje - a poczucie humoru ma inteligentno-ironiczne, czyli takie, jakie lubię najbardziej. Pełni też funkcję żywego kalendarza: codziennie odlicza dni i tygodnie do końca roku szkolnego, a także do każdego "wolnego", jakie się zbliża. Kiedy mijam go rano korytarzem z niewesołą miną, mogę być pewna komentarza w rodzaju "Niech się pani uśmiechnie, jeszcze tylko XX dni do wekendu/świąt/ferii/wakacji" [niepotrzebne skreślić]. Ksiądz jest w tej niewdzięcznej sytuacji, że uczy WSZYSTKICH, ponieważ Zoo - jako mała placówka - zatrudnia tylko jednego duchownego. "Przerabia" więc każdego świra czy kryminalistę, który do nas trafi. Opowiada, że co rano siedząc na plebanii, która jest po drugiej stronie niewielkiej uliczki, pijąc kawę z proboszczem i obserwując, kto idzie do szkoły, czyni uwagi typu:
- No nieee, idzie Iksiński z 1a z Kowalskim... Oj ciężko będzie, ciężko... Choć nie, religię mam z nimi dopiero na 5 godzinie, może się zmęczą i sobie pójdą do tego czasu...?
   Religia na planie godzin - jeśli tylko jest taka możliwość -umieszczana jest jako ostatnia, więc zachodzi duże prawdopodobieństwo, że dotrwają do niej jednostki grzeczniejsze lub z jakiegoś powodu bardziej zmotywowane, niż reszta Małpiątek [patrz post o godzinie wychowawczej...]. Zdarzają się wówczas zabawne sytuacje. Ksiądz opowiadał, że w jednej z klas zawodowych prawie zawsze zostaje tylko jeden uczeń, który najczęściej... zasypia w środku zajęć. Dobrodziej go nie budzi, niech się owieczka spokojnie wyśpi. W domu pewnie nie ma na to warunków... 
   Nawiasem mówiąc - kto ZAWSZE chodzi na religię, prowadzi elegancko zeszyt i pracuje na zajęciach, mimo iż Ksiądz sam proponował tej osobie zwolnienie z przedmiotu? No jak to kto, Misza rzecz jasna - który jest prawosławny.