Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

niedziela, 5 grudnia 2010

Ksiądz Dobrodziej

   Klimat każdego miejsca, każdej instytucji tworzą wszyscy ludzie, którzy tam dłużej przebywają. Teza ta wydaje mi się tak oczywista, że nie widzę potrzeby jej udowadniania. Banałem też będzie stwierdzenie, że szkoła to nie tylko uczniowie. W przypadku Zoo - choć najczęściej obserwuję, że to, co jest oczywiste gdzie indziej, ni cholery nie chce sprawdzić się wśród Małpiątek - akurat śmiało można powiedzieć, że nauczyciele wyraźnie wyznaczają atmosferę tego miejsca. I chcę w tym miejscu podkreślić: w zdecydowanej większości w Zoo pracują naprawdę świetni ludzie, od sprzątaczek po Główną Szefową. Na tyle świetni, że zwyczajnie szkoda ich do Zoo. Jestem przekonana, że gdyby mieli możliwość pracować nawet nie z wybitną, ale ze zwyczajną młodzieżą, to ta szkoła byłaby najlepszą w mieście. A tak... cóż, ich zasługą jest fakt, że placówka w ogóle jeszcze stoi :)
   Podobnie jak w przypadku Małpiątek, tak i część belfrów zasługuje na osobne posty - i też będę je moim czytelnikom serwować sukcesywnie. Na pierwszy ogień pójdzie Ksiądz. A co, w końcu mamy niedzielę :)
   Jak zdążyliście się już przekonać, uczenie czegokolwiek w Zoo jest wyzwaniem, przeżyciem ekstremalnym i mission impossible. Zwykli przedmiotowcy mają jednak jakieś "asy w rękawie" w zależności od tego, czego uczą. Polonista i matematyk - mogą od biedy powołać się na egzaminy i choć na moment zmotywować dzieciarnię do posłuchu. Geograf, chemik czy fizyk - mają zwykle w każdej klasie po godzince w tygodniu, z czego wynikają dwa zasadnicze plusy. Primo: łatwiej o rozbudzenie ciekawości u Małpiątek, bo skoro coś [czyli i fizyka, i fizyk] pojawia się tak rzadko, to można próbować skupić się choć na kilkanaście minut. Secundo: nie występuje zjawisko "zmęczenia materiału", czyli coś, z czym ja - jako polonista - borykam się non stop. Już wyjaśniam, o co chodzi. Jeśli mam z jakąś klasą powiedzmy 5 godzin w tygodniu, to często na tej ostatniej już nawzajem nie możemy na siebie patrzeć, problemy są wciąż aktualne i dopóki nie nadejdzie weekend, to nie możemy do nich nabrać dystansu. A przy jednej godzince? Choć by nie wiem co się działo na lekcji, choć by się wyszło z trzęsącymi się rękami i wybuchnęło płaczem w pokoju nauczycielskim, to NASTĘPNA FIZYKA DOPIERO ZA TYDZIEŃ. A przez 7 dni sprawa przyschnie, a emocje się ulotnią.
   W przypadku religii ani primo, ani secundo nie działają. Jest to przedmiot "nie grożący żadnymi konsekwencjami" w wymiarze 2 godzin tygodniowo. Nie czas tu i miejsce na dyskusję, czy religia powinna być w szkołach, czy nie - na ten moment jest i tego się trzymamy. Obiektywnie patrząc, uczenie katechezy nastolatków generalnie nie jest zadaniem łatwym [doskonale pamiętam, jakie numery odstawiali koledzy z mojej klasy w LO Bogu ducha winnej siostrzyczce, która nawiasem mówiąc była naprawdę złotą kobietą] - z Zoo natomiast stopień trudności należałoby przemnożyć kilka do kilkunastu razy, w zależności od tego, ile Małpiątek stawi się na lekcję.
   Jak w warunkach ogólnego chamstwa i olewactwa uczyć o Bogu - nie mam pojęcia i nawet nie umiem sobie tego wyobrazić. Bardzo natomiast lubię Księdza pracującego w Zoo i tak zwyczajnie, po ludzku mu współczuję, bo zasłużył na to, by pracować z młodzieżą, która umiałaby go docenić. Nie będę tu jednak wyśpiewywać peanów na jego cześć, tylko postaram się przybliżyć jego sylwetkę.
   Ksiądz to człowiek w średnim wieku, czyli trochę starszy ode mnie, a w Zoo pracuje już trzeci rok. Jest niesamowicie cierpliwy i spokojny, nigdy nie widziałam go zdenerwowanego czy załamanego, mimo że jak najbardziej miałby do takich reakcji prawo. Zawsze porozmawia, zażartuje - a poczucie humoru ma inteligentno-ironiczne, czyli takie, jakie lubię najbardziej. Pełni też funkcję żywego kalendarza: codziennie odlicza dni i tygodnie do końca roku szkolnego, a także do każdego "wolnego", jakie się zbliża. Kiedy mijam go rano korytarzem z niewesołą miną, mogę być pewna komentarza w rodzaju "Niech się pani uśmiechnie, jeszcze tylko XX dni do wekendu/świąt/ferii/wakacji" [niepotrzebne skreślić]. Ksiądz jest w tej niewdzięcznej sytuacji, że uczy WSZYSTKICH, ponieważ Zoo - jako mała placówka - zatrudnia tylko jednego duchownego. "Przerabia" więc każdego świra czy kryminalistę, który do nas trafi. Opowiada, że co rano siedząc na plebanii, która jest po drugiej stronie niewielkiej uliczki, pijąc kawę z proboszczem i obserwując, kto idzie do szkoły, czyni uwagi typu:
- No nieee, idzie Iksiński z 1a z Kowalskim... Oj ciężko będzie, ciężko... Choć nie, religię mam z nimi dopiero na 5 godzinie, może się zmęczą i sobie pójdą do tego czasu...?
   Religia na planie godzin - jeśli tylko jest taka możliwość -umieszczana jest jako ostatnia, więc zachodzi duże prawdopodobieństwo, że dotrwają do niej jednostki grzeczniejsze lub z jakiegoś powodu bardziej zmotywowane, niż reszta Małpiątek [patrz post o godzinie wychowawczej...]. Zdarzają się wówczas zabawne sytuacje. Ksiądz opowiadał, że w jednej z klas zawodowych prawie zawsze zostaje tylko jeden uczeń, który najczęściej... zasypia w środku zajęć. Dobrodziej go nie budzi, niech się owieczka spokojnie wyśpi. W domu pewnie nie ma na to warunków... 
   Nawiasem mówiąc - kto ZAWSZE chodzi na religię, prowadzi elegancko zeszyt i pracuje na zajęciach, mimo iż Ksiądz sam proponował tej osobie zwolnienie z przedmiotu? No jak to kto, Misza rzecz jasna - który jest prawosławny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz