Po 1,5 roku pracy w szkole dla trudnej młodzieży mogę definitywnie stwierdzić jedno: przebywanie tutaj poszerza wiedzę o świecie jak jasna cholera. Czasem nawet bardziej, niż człowiek by sobie życzył...
Znaczna część ludzi nie potrafi czegoś zrozumieć, jeśli nie doświadczyła tego na własnej skórze [na zasadzie, że jeśli fakty przeczą ICH teorii, to tym gorzej dla faktów]. Do tej grupy się na szczęście nigdy nie zaliczałam i to stwierdzenie nie jest w moich ustach wyrazem zarozumiałości, tylko świadomości cech mojego charakteru. Pomimo że dorastałam w tzw. dobrym, inteligenckim domu, większość znanych mi jako dziecku dorosłych miało wyższe wykształcenie, a od najmłodszych lat to, że sama pójdę na studia było dla mnie tak oczywiste, jak fakt, że stolicą Polski jest Warszawa - to bez problemów dogadywałam się z ludźmi, którzy mieli mniej szczęścia w życiu i diametralnie różne plany na przyszłość, niż moje. Z perspektywy lat myślę co prawda, że czasem bywałam dla moich "znajomych z marginesu społecznego" - że tak użyję zgrabnego uogólnienia - zbyt wyrozumiała i zdarzało mi się za to płacić wysoką cenę, kiedy część ich życiowego błota opryskiwała również mnie. Tym niemniej mam wrażenie, że nieźle nadawałam się na powierniczkę różnego typu wykolejeców bez względu na fakt, że osobiście nie doświadczyłam nawet połowy problemów, jakie oni mieli. W rozmowach z nimi jednego przekonania zwykle broniłam jak niepodległości: tego, że należy samemu być uczciwym, nie krzywdzić innych ludzi, szanować prawo, a konflikty rozwiązywać drogą pokojową i legalną. Nic w tym dziwnego - MÓJ świat właśnie tak funkcjonował i byłam głęboko przekonana, że takie podejście się sprawdza. Niczym w piosence "Wychowanie" T.LOVE: Ojczyznę kochać trzeba i szanować, nie deptać trawy i nie pluć na godło...
Tjaa... Wiem doskonale, że tekst tego utworu ma głęboko ironiczny wydźwięk. I dzisiejszy post będzie właśnie o tym - w jaki sposób praca w Zoo powoli zmienia moje nastawienie do polskiej państwowości i prawa. I to zmienia na coraz bardziej sceptyczne, niestety.
Pisałam Wam już wielokrotnie o tym, w jaki sposób teoria rozbija się o rzeczywistość jeśli chodzi o takie szkoły, jak nasza - jak w praktyce wygląda współpraca z kuratorami, jak w założeniach mądre przepisy i zarządzenia biorą w łeb, kiedy przychodzi co do czego. Dziś jednak przedstawię dwa obrazki, które każą zweryfikować moje zdanie na temat policji, a trzeba Wam wiedzieć, że zostałam od dziecka nauczona szacunku i zaufania do tej instytucji. Nie żartuję, mówię poważnie - wpojono mi, że prawo stoi po stronie praworządnych obywateli i jeśli ktoś ci robi krzywdę, to trzeba pójść, zgłosić, a sprawiedliwość w końcu zwycięży. Brzmi naiwnie? Przysięgam, że święcie w to wierzyłam - do czasu, aż wylądowałam w Zoo.
Co się takiego zmieniło? Chyba to, że zdecydowanie jako nauczyciel w szkole dla trudnej młodzieży mam dość częsty kontakt z polską policją i zaczynam powoli wierzyć moim uczniom, którzy po "psach" z założeniach nie spodziewają się niczego dobrego. W środowisku małpek za punkt honoru poczytywane jest niewspółpracowanie z władzą i unikanie jej jak ognia bez względu na to, co się dzieje. Z początku na takie deklaracje ostro protestowałam tłumacząc, że jeśli nie ma się nic na sumieniu, to policja jest przecież po to, by nam pomóc, ale młodzież z Zoo tylko uśmiechała się protekcjonalnie z miną człowieka, który jednak wie lepiej. I wiecie co? Powoli przestaję im się dziwić.
Ale do meritum, czyli do wspomnianych dwóch policyjnych scenek rodzajowych. Pierwsza jest "tylko" irytująca - za to druga to prawdziwy hardcore.
1) W zeszłym tygodniu jeden z uczniów drugiej klasy gimnazjalnej przyniósł do szkoły maczetę [!] i beztrosko paradował z nią po szkole. Co nauczyciel ma zrobić w takiej sytuacji? Dobre pytanie zważywszy na fakt, że nie wolno mu jej po prostu zabrać, zwłaszcza, jeśli delikwent wcześniej schowa ją do plecaka [nie mamy prawa przecież zrobić mu rewizji]. Wicedyra zadzwoniła na policję, kiedy tylko otrzymała od nauczycieli sygnał, co się wyrabia. Pomijam fakt, że naturalnie nim "niebiescy" się do nas pofatygowali, to ucznia już dawno w szkole nie było. Arcyciekawe natomiast było to, że policjantka odbierająca zgłoszenie surowo przykazała Wicedyrze... "zabezpieczyć narzędzie" do momentu ich przyjazdu! W odpowiedzi szefowa tylko roześmiała się do słuchawki i spytała przytomnie:
- Chwileczkę, a jak sobie pani to wyobraża? Czy mam podejść do ucznia i grzecznie poprosić go o oddanie mi maczety? Myśli pani, że wykona moje polecenie?
2) A teraz scenka opowiedziana mi dziś w pokoju nauczycielskim, w którą jeszcze 1,5 roku temu naprawdę bym nie uwierzyła.
W zawodówce mamy ciężarną uczennicę - nie pierwszą i na pewno nie ostatnią, ale nie w tym rzecz. Wyniosła się z domu rodzinnego, bo ma agresywnego ojca-alkoholika i teraz mieszka ze swoim facetem [tym samym, z którym spodziewa się dziecka], który notabene ma coś koło 30 lat. Co z tego, skoro wpadła z deszczu pod rynnę, bo jej "luby" regularnie bije ją i gwałci. Dziewczyna poszła w końcu z problemem do wychowawczyni, a ona z Wicedyrą przekonały ją, by zgłosiła sprawę na policję. Ponieważ biedna bała się iść sama, poszła z nią szkolna pani pedagog.
I co? Ano to, że policjantka [tak tak, właśnie KOBIETA!] potraktowała naszą uczennicę jak nie przymierzając nastoletnią kurewkę. Prowadziła przesłuchanie zadając pytania w sposób wyraźnie pogardliwy i jednoznacznie sugerujący, że dziewczyna ma czego chciała, a teraz to może tylko zacisnąć zęby i wypić piwo, które sama naważyła. Pedagożyca próbowała oponować, ale została zgromiona, że utrudnia przeprowadzenie postępowania, że nie jest adwokatem i może się przysłuchiwać na wyraźną prośbę wnoszącej skargę, ale na tym koniec. Efekt? Po kilkunastu minutach uwłaczających przepytywanek - a przypominam, że po drugiej stronie siedziała przerażona ofiara przemocy i gwałtu - nasza uczennica wybuchnęła płaczem, stwierdziła, że się rozmyśliła i wycofuje zeznania. A ponieważ na swoje nieszczęście jest już pełnoletnia, to sprawa jest zamknięta, bo żadna instytucja nie może się za nią ująć, dopóki sama nie znajdzie w sobie dość siły, by dopilnować swoich praw.
Zawsze łatwiej być po stronie sprawcy, bo jest silniejszy. I w ten sposób kolejnemu skurwysynowi się upiecze. Pojawia się też pytanie - w jaki sposób wychowawczyni, Wicedyra czy pani pedagog mają jeszcze kiedykolwiek znów przekonać tę dziewczynę, by szukała dla siebie pomocy w instytucjach państwowych?
Moim skromnym zdaniem ta policjantka jest totalnie nieodpowiedzialną osobą, a co będzie gdy ten gość zrobi dziewczynie krzywdę?. Kto poniesie za to odpowiedzialność?
OdpowiedzUsuńNa miejscu osób z twojej szkoły, zachowanie owej pani zgłosiłabym chyba jej przełożonym, na pewno tak bym tego nie zostawiła. Magda
Magda, nie dziwię się Twojej reakcji, bo jeszcze 1,5 roku temu tak samo bym się oburzyła i też bym twierdziła, że "tego tak nie zostawię". Tylko że to wszystko nie jest takie proste i właśnie Zoo mnie o tym przekonuje na każdym kroku.
UsuńDzwonisz do przełożonego - i co, naprawdę myślisz, że nie będzie krył swojej podwładnej i ci ot tak uwierzy? Przecież nie złamała ŻANYCH przepisów, a poszkodowana SAMA wycofała skargę. I nie ma ŻADNYCH świadków na zachowanie policjantki. I co Ty na to...?
Szlag mnie trafia jak czytam takie historie, bezduszność i znieczulica ludzi, którzy powinni pomagać czasem jest porażająca. Mnie osobiście zabiłyby wyrzuty sumienia gdybym tak postąpiła, przecież człowiek żyjący w takiej patologii nie trzaśnie drzwiami i nie odejdzie od zwyrodnialca.
UsuńCzasem wystarczy odrobina dobrej woli, a można uniknąć tragedii.
Jak Ty masz później stanąć przed tymi ludźmi i powiedzieć im, że są instytucje, które służą pomocą , przecież Cię wyśmieją. Magda
Właśnie w tym wszystkim bezradność jest najgorsza, świadomość, że komuś się dzieje krzywda i nic nie można na to poradzić, bo się natrafiło na mur.
UsuńDziewczyna nie odejdzie, bo nie ma dokąd. Do rodziców nie wróci z powodu ojca, zresztą i tak by jej nie przyjęli z dzieckiem. Jest na utrzymaniu tego sukinsyna, a do pracy nie pójdzie, no bo jak, skoro za kilka miesięcy rodzi. Wyć się chce, jak się o tym pomyśli.
Mam też jednak wrażenie, że dziewczyny, wręcz dorosłe kobiety same pchają się w patologie, czytam blog trzydziestoparoletniej kobiety, która pobił mąż i teść na oczach dziecka, założyła sprawę w sądzie, osobnicy zostali ukarani karą grzywny, po czym kobieta wraca do męża i jest z nim w drugiej ciąży. Może jakaś zacofana jestem ale nie wróciłabym do gościa, który mnie pobił, poniżał na oczach małego dziecka oraz,z którym ciągałam się po sądach.Dziś ona jest ofiarą swojego męża, a za chwilę będzie jej synowa, skoro mały od dziecka widzi jak jego ojciec bije matkę, a mimo to ona do niego wraca.
UsuńWydaje mi się, że takie osoby nie raz mimo oferowanej pomocy nie potrafią wyrwać się z takiej sytuacji, a jeszcze jak zostaną tak potraktowane to będą tkwić w chorym związku, dopóki nie dojdzie do tragedii, tylko, że wtedy jest czasem za późno.
Polecam poczytanie literatury fachowej na temat mechanizmów przemocy... To jest taki "zaklęty krąg", który trudno zrozumieć, jeśli się samemu tego nie doświadczyło - i też niestety trudno go przerwać bez pomocy z zewnątrz. Reakcje ofiary przemocy nie są racjonalne, ale to nie znaczy, że kobieta "sama się prosiła i ma czego chciała", ponieważ nie odchodzi od swojego kata. To o wiele bardziej złożona sprawa.
UsuńA takie niebezpieczeństwo, o którym napisałaś, jest bardzo realne - jeśli się tego kręgu nie przerwie, nie pokaże dzieciom, że tak nie można, to istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że powielą schemat w swoim życiu. Czyli - że synowie takiej pary sami będą katowali swoje żony, a córki wpakują się w związki z facetami, którzy będą się nad nimi znęcali.
UPS, gwałt i bicie to nie krzywda?
OdpowiedzUsuńUPS, rozumiem,że do chłopa to wyraźnie, pisząc krzywda miałam na myśli, że tak jej wpierdoli, iż będzie po dziewczynie, po za tym masz rację,jego zachowanie w stosunku do niej to krzywda jak cholera.
UsuńNie przychodzi mi do głowy żaden sposób. Ciężko komuś pomóc, jeśli dana osoba pomocy nie chce lub boi się po nią sięgnąć.
OdpowiedzUsuńSama kiedyś składałam zeznania na policji. Fakt, przyjeżdżali do delikwenta, robili kontrolę, Niebieska Karta założona, przymus odwyku. Ale co począć, kiedy ofiara chroni oprawcę? I co robić, kiedy słyszy się, że "procedury trwają długo"? A pytanie: "Czy jeśli kogoś zabije, to procedury się przyspieszą?" zostaje bez odpowiedzi?
Mnie w tej historii wkur*** to, że ta dziewczyna właśnie poszła z zamiarem zgłoszenia przestępstwa, chciała pomocy dla siebie - ale została tak potraktowana, że uznała, że nie warto, bo nic jej to nie da, a tylko się niepotrzebnie wycierpi jeszcze składając zeznania. I jak po czymś takim ufać policji?
Usuńno to sobie ciśnienie podniosłam, czytając tego posta. No zesz kur....toż to przecież się nóż w kieszeni otwiera! Znając siebie i będąc na miejscy pedagożki, bym chyba sobie tę policjantkę wypożyczyła na rozmowę- no co za sucz! A tak swoją drogą- co do pierwszego punktu- skąd ten dzieciak wytrzasnął maczetę?!
OdpowiedzUsuńSzkoda, że nie trafiło na tę pedagożycę, która normalnie u nas pracuje [jest na urlopie rocznym], bo obecna to młodziutka stażystka, tok po studiach - dziewczyna się dopiero uczy, więc się nie dziwię, że jej w takim wypadku mowę odjęło. Bo i komu by nie odjęło...?
UsuńCo do maczety, to sądzę, że to dla niektórych małpek mały problem... I chyba w sumie wolę nie wiedzieć, skąd ją miał...
Policja to... sprawy trzeba brać w swoje ręce. Nie znaczy to od razu mordować, ale są drogi, którymi można naprawdę się wyrwać, jeśli człowiek tylko chce, to potrafi. Chociaż szkoda kobiety, szukała pomocy, a jak już znalazła, to... no właśnie. Jest wiele punktów widzenia pod tym względem. Ofiara patrzy na to tak: "Następnym razem jak uderzy pójdę, ledwo już się trzymam, gorzej być nie może, muszę zrobić coś ze swoim życiem, bo do końca mnie zniszczy." Uderzył. "Pójdę. Niech tylko się uspokoi i wypuści mnie z domu. W garść się bierzemy." Uspokoił się, załóżmy, że ataki furii mijają do wieczora. Zostaje następny dzień. Wraca z przeprosinami, jak to ja cię kocham, szanuję, gówno prawda, trzeba coś powiedzieć, żeby się usprawiedliwić, a tymczasem wypuścił. "Boże, a teraz iść? Obiecałam sobie. A potem co będzie? Wyrzuci, zabije mnie, ktoś na tym ucierpi, co mam robić? Pójdę i co powiem?" W tym momencie rezygnuje. Z kolei ten, kto bije, to zawsze usprawiedliwia się tym, że przecież zasłużyła, ona zaczęła, wypychając tym samym fakt, że to on sprowokował. Mają napady i muszą się rozładować, a potem jest tak kolorowo i słodko, że można tęczą rzy... tak, właśnie. A ludzie z reguły albo widzą i nic nie robią, albo udają, że nie widzą. Tak lepiej. I tutaj koniec. Jeśli ofiara jest twarda, to znajdzie sposób, żeby udupić kogoś, bo KAŻDY, ale to KAŻDY ma granice wytrzymałości, prawda? No i ostatnia rzecz: Lepiej przekroczyć je wcześniej... kto wie, co takiemu sadyście do głowy przyjdzie.
OdpowiedzUsuńPaula
Nic dodać, nic ująć... Widzę Paula, że jesteś obeznana z tematem.
UsuńCo do tej konkretnej dziewczyny, to jest ona w trudnej sytuacji dodatkowo co najmniej z dwóch powodów:
- wyrosła w domu, gdzie była przemoc i to też ze strony mężczyzny. Ma niestety wdrukowany wzorzec ofiary, bo pewnie wielokrotnie była świadkiem, jak jej matka dostawała od ojca i też nic z tym nie robiła.
- ma 18 lat, uczy się, jest w ciąży, na utrzymaniu swojego kata, w dodatku sporo od niej starszego. Obiektywnie nie bardzo ma jak tupnąć nogą i powiedzieć "NIE".
I takie to bagienko...
Co do pierwszego myślnika - nie wiem jak mam podejść, to znaczy muszę znaleźć odpowiednie słowa. Jeśli dziewczyna naprawdę ma wpojone, że można ją bić, bo miała tak w dzieciństwie, to szczerze? Ma słabą psychikę. Przecież poczucie własnej wartości [w tym duma, honor?] nie pozwalają w ten sposób siebie traktować. Matka, że się dała, to cóż, jej wina, mogła coś z tym zrobić [nadal może?], ale dam sobie uciąć rękę, że widząc jak matka cierpi - a(!) na pewno płakała na jej oczach, bo nie wierzę, że potrafiła ukryć wszystko w sobie i nikomu nie powiedzieć. Córka widziała i przeżywała to samo - obie mogły się wspierać na swój 'sposób'. I chyba nie mówiła do córki "Ułóż sobie życie tak jak ja.", niemożliwe. Chciała dla swojego dziecka jak najlepiej? Tylko tutaj pytanie się nasuwa: To czemu wywaliła córkę z ciążą z domu? Wina ojca/ojczyma? A może jej tak dobrze, że daje się maltretować swojemu partnerowi? Tylko nie mogę znaleźć pozytywnej strony takiego traktowania. Masochistka? Obsesyjne przywiązanie? Strach? Czy może bezradność? Nie jest do końca wiadomo KIM jest jej partner i JAKIE ma powiązania z innymi ludźmi. Jeśli Pani rozumie o co mi chodzi w tym momencie. Wracając do tego, że dziewczyna widziała co się dzieje z jej matką, nie powinna dawać szansy samej sobie na powtórkę tego samego scenariusza. I czemu do tego dopuściła?
UsuńCo do drugiego myślnika - młoda, życie przed nią, a znajomi pomóc by nie mogli(?), sama by nie mogła wyrwać się i poznać kogoś porządnego? A temu jej katowi sprawę założyć... tylko odwagi trzeba, a to też z czasem przychodzi. I byłoby bardzo dobrze, gdyby pomyślała o dziecku. Niech wspomni swoje dzieciństwo i zada sobie pytanie, czy chce tego samego dla malucha...
Paula
Ja też nie mam wystarczającej ilości danych, by powiedzieć, o co konkretnie chodzi w przypadku tej dziewczyny - wiem tylko tyle, co od Wicedyry i pani pedagog. Natomiast wiesz - jeśli od dziecka była ofiarą przemocy ze strony ojca i patrzyła na przemoc wobec matki, to strasznie trudno jej będzie zareagować. Piszesz o poczuciu własnej wartości, dumie, honorze. No właśnie prawdopodobnie od najmłodszych lat to w niej zabijano, pewnie jej poczucie własnej wartości leży i kwiczy... A już chyba nic tak skutecznie nie dobija kobiety, jak doświadczenie gwałtu, bo nie ma bardziej przedmiotowego potraktowania, pokazania, że się nie liczysz, że jesteś nikim.
OdpowiedzUsuńTo jest... przygnębiające. Świadomość, że można człowieka tak zniszczyć. I to w tak młodym wieku. I za jakie grzechy? Ktoś powinien być przy niej i pokazywać jej, że są jeszcze wyjścia, ciekawe tylko czy jest ktoś taki. Mam nadzieję, że dziewczyna z tego wyjdzie jak najszybciej. Nie tylko dla swojego dobra. I żeby jej z czasem głupie myśli do głowy nie przyszły, o ile już ich nie miała/ma.
OdpowiedzUsuńPaula
Ano... Człowiek ma naprawdę ochotę wyć, jak o tym pomyśli. Albo pożyczyć od tego chłopaczka z drugiej klasy maczetę i wykorzystać w wiadomym celu.
UsuńJestem za!
UsuńPaula