Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

czwartek, 8 marca 2012

Świętować czy nie świętować?

    Drogie Czytelniczki, czy dostałyście już dziś wyrazy uszanowania w postaci kwiatka /czekoladek /drobnego upominku / kartki z życzeniami (lub samych, słownych życzeń) od przedstawiciela "płci brzydkiej", który wam się akurat napatoczył?
    Muszę przyznać, że sama nie wiem, jaki mam stosunek do Dnia Kobiet. Z tego względu nie bardzo wiedziałam, co mam odpowiedzieć Hipkowi, kiedy kilka dni temu zapytał mnie, czy go celebruję [to nasz pierwszy wspólny 8 marca, skąd ma więc biedaczyna wiedzieć?]. Z jednej zdaję sobie sprawę, jaki to święto miało wydźwięk w czasach komunizmu - zwyczajna pokazówka [notabene, jak niemal każda celebra w tamtym okresie], wręczanie przysłowiowego goździka i pary rajstop, w instytucjach państwowych jakieś smętne apele z czerstwymi wierszykami i piosenkami. Ot, szopka, z której istnienia zdawały sobie sprawę obie strony: panowie udają, że bardzo szanują i doceniają kobiety, a panie udają, że się z tego cieszą. A nazajutrz można było wrócić do normalności, czyli do stanu, w którym Pan Domu po pracy zadowolony rozkładał się przed telewizorem [jeśli go miał, w innym wypadku z gazetą], a Pani Domu podtykała mu pod nos obiad, który zdążyła upichcić w biegu z wywieszonym jęzorem, bo przecież sama ledwo co wróciła z roboty.
    Z drugiej jednak strony jestem przekonana, że warto jest wziąć pod uwagę intencje. Podobnie jak ze zwyczajem całowania w rękę, odsuwania krzesła czy przepuszczania kobiety w drzwiach. Czy mi się to podoba? Ano właśnie, to zależy od INTENCJI konkretnego osobnika męskiego, którą na ogół bardzo łatwo wyczuć i rozszyfrować. Jeśli widzę, że te czynności są dla faceta czymś naturalnym i robi je niejako automatycznie [bo tak go po prostu wychowano i już], to jest to dla mnie miłe, a w odpowiedzi zwykle uśmiecham się do niego promiennie i dziękuję za uprzejmość. Często jednak niestety widać aż nazbyt wyraźnie, że mężczyzna robi z tych gestów teatrzyk na zasadzie: popatrzcie wszyscy, jaki jestem szarmancki i w ogóle ekstra macho. W ten sposób zamiast okazać szacunek "płci pięknej" [co było przecież źródłem takich zachowań w naszej kulturze], demonstruje właśnie swoją wyższość czy wręcz pogardę [no zrobię ci tę łaskę babo i otworzę przed tobą drzwi...]. W takim wypadku najczęściej nic nie mówię [chyba jestem mimo wszystko na to zbyt dobrze wychowana], ale zwykle patrzę zimo dając odczuć, że nie życzę sobie na przyszłość podobnych szopek. Facet pewnie myśli wtedy coś w rodzaju: "następna feministka się znalazła", ale doprawdy zwisa mi to zwiędłym kalafiorem. Konkluzja? Panowie, jeśli nie czujecie, że te tradycyjne gesty macie we krwi, to lepiej się do nich nie zmuszajcie. Z dwojga złego wyjdziecie na przesadnego zwolennika równouprawnienia, a to zawsze lepiej, niż być chamem.
    Wracam jednak do dzisiejszego święta, do Dnia Kobiet. Tutaj chyba również brałabym pod uwagę intencję pana składającego mi w takiej czy innej formie wyrazy uszanowania. Jeśli wiem, że jest to mężczyzna, który odnosi się z szacunkiem do pań nie tylko od święta, bo jest to dla niego element wychowania i coś naturalnego, to z chęcią wysłucham nawet najbardziej sztampowych życzeń i z promiennym uśmiechem przyjmę nawet najbardziej przywiędłego goździka [choć teraz na topie są chyba tulipany - skądinąd moje ulubione kwiaty :)]. W innym przypadku samiec niech się lepiej nie ośmiesza, bo po co oboje mamy czuć się zażenowani i zniesmaczeni graniem w teatrzyku?

    Miałyśmy dziś urządzić sobie babskie popołudnie z Kasią [czyli jedyną moją ziomalką z czasów licealnych], polegające na obejrzeniu w kinie "Histerii" [możecie wyobrazić sobie lepszy film na Dzień Kobiet, niż historia wynalezienia wibratora...?], a potem na wypiciu kawy z porcją ploteczek. Niestety, moją przyjaciółkę dopadło choróbsko [zdaje się to samo, z którym ja zmagałam się jakiś czas temu, czyli "dreszczowiec"], więc wypad przełożyłyśmy na przyszły tydzień. Co do innych wyznaczników dzisiejszego święta, to nie mogło się bez nich obejść w miejscu, gdzie pracuję. I tak z samego rana zostałyśmy z koleżankami-nauczycielkami uraczone dwoma ogromnymi pudłami ptasiego mleczka przez Księdza Dobrodzieja, co miało wyłącznie miły wydźwięk, bo ksiądz [jak już pisałam] to naprawdę świetny facet, oaza spokoju i taktu, który zawsze jest dla wszystkich życzliwy i serdeczny. Potem do pokoju nauczycielskiego wparowali wuefiści [sztuk dwa], też przynosząc pudło czekoladek oraz... bawełniane, różowe, gigantycznych rozmiarów gacie :) Na nasze pytające spojrzenia Starszy Wuefista [Kazio, w przedziale wiekowym 40-50 lat], znany ze swojego dość oryginalnego poczucia humoru odparł, że to na wypadek, gdyby któraś z pań za bardzo się wzruszyła i potrzebowała na zmianę... Dowcip może i mało wyszukany, ale uwierzcie, sam "design" owych iście babcinych reform skutecznie wywoływał chichot wśród żeńskiej części grona pedagogicznego. Co do uczniów - usłyszałam jakieś tam zdawkowe życzenia, kiedy wchodziłam do sali, ale bez specjalnego przekonania. No cóż, zdaje się już nie to pokolenie. Natomiast po powrocie do domu i sprawdzeniu skrzynki mailowej czekała na mnie internetowa kartka z życzeniami od mojego Taty.
   
    Wszystkim Panom, którzy nie mają pomysłu na 8 marca, dedykuję najnowszą Piktografikę [link do tego portalu znajduje się z boku mojej strony]:


    A dla pań... no cóż... z najlepszymi smoczymi życzeniami :) 






11 komentarzy:

  1. Hej, odpowiadając na pytanie, czy świętować odpowiem no jasne, że tak. Osobiście mam wrażenie, ze dziś mamy to samo co za komuny tylko, że w drugą stronę, cyrk jednak ten sam.
    Mam jeszcze jedno małe prywatne pytanie, jakie wiersze Szymborskiej obstawiałabyś, w tym roku na maturze? Mam maturzystkę w rodzinie, samej zaś ciężko mi typować, gdyż nie przepadałam za twórczością pani Wisławy. Pozdrawiam Magda

    OdpowiedzUsuń
  2. Magda, matura rządzi się zupełnie innymi prawami, nie tak, jak sobie wyobrażają ludzie. Zestawy maturalne są najpierw układane przez metodyków, potem analizowane, wreszcie przechodzą przez testy w wytypowanych szkołach [a więc testują je licealiści]. Wszystko to trwa 2-3 LATA. Do czego zmierzam? Zestawy maturalne, które będą w tym roku, zostały opracowane gdzieś w 2010 roku, kiedy Szymborska miała się jeszcze dobrze... To, że właśnie zmarła nie ma żadnego wpływu na tematy z języka polskiego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja to wiem, gorzej z licealistką, która chciałaby napisać dobrze maturę rozszerzoną z języka polskiego.
    Wprawdzie jak dla mnie obecna matura na każdym poziomie to taki banał, że jakoś niby tej ciężkiej pracy sztabu ludzi przy układaniu egzaminu nie widać.
    Na to, że może mogą być utwory Szymborskiej na maturze wpadła polonistka mojej kuzynki, poleciła więc maturzystom aby dokładnie się z tą twórczością zapoznali, stąd moje pytanie. Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polonistka Twojej kuzynki w takim razie niestety nie ma pojęcia, jak powstają zestawy maturalne. Ja mam tę informację od metodyczki, która pracuje przy ich układaniu.

      Usuń
  4. Ja tu już po ptokach, więc i życzeń nie składam :)))

    Nie dostałam ani pół kwiotka, ani pół czekoladki, jeno buzi. No i chłop wieczorem wziął się zabrał i pojechał do mamusi na weekend ;)))

    P.S.
    Nie lubię tulipanów. Może dlatego, że dają je właśnie 8.03?

    P.S.2
    Nie wiem czemu, ale myślałam, że jesteście z Hipkiem już ho ho ho i trochę roków :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tulipany lubiłam zawsze, smoki tak mają :) Za to nie przepadam za różami.

      Ja i Hipek poznaliśmy się pod koniec lutego tamtego roku, a mieszkamy ze sobą dokładnie od 17 kwietnia... Sami nie możemy uwierzyć, że to z jednej strony tylko tyle, a z drugiej - że to już rok mija :) Jeśli chcesz poczytać, jak to między nami było, to zapraszam do lektury postu "Bajka":
      http://blog-dragonelli.blogspot.com/2011/09/bajka.html

      Usuń
    2. Róże lubię, ale białe - bo czerwone to takie oblatane są. Choć teraz i czerwonymi bym nie pogardziła, nie pamiętam kiedy dostałam kwiaty :)))

      Przeczytałam "Bajkę". Cóż, wyjaśniło się to, co podejrzewałam, a nie bardzo wiedziałam jak Hipka zapytać (kilkakrotnie wspominał o łysym łepku). Wasz związek rozwinął się migiem, jak w filmach. Nieraz myślałam, że fajnie by było przeżyć coś takiego, ale jestem na to chyba zbyt sceptyczna and analizująca i rozsądna. U mnie miłość rozwija się miesiącami, nie ma "gromów z nieba" :))) Choć, jak powtarzam, musi to być fajne.

      Usuń
    3. W życiu zawodowym, "oficjalnym" jestem do bólu rozsądna i analizująca - za to w życiu prywatnym zawsze miałam taki burdel, że głowa boli... Co prawda zaliczyłam też kilkuletni związek "z rozsądku", ale umęczyłam nim i siebie, i faceta, wcale więc nie jestem przekonana, że to jest takie dobre rozwiązanie...
      Co do mnie i Hipka - obiektywnie rzecz biorąc to było wariactwo i nie miało się prawa dobrze skończyć. WSZYSCY dookoła mówili mi, że na głowę upadłam i wcale się im nie dziwię, też bym tak powiedziała. Tyle, że ja po prostu wiedziałam, czułam [czy jakkolwiek to nazwać], że mam zaryzykować - i udało się. Póki co, codziennie się udaje :)

      Usuń
    4. U mnie to chyba mniej więcej po równi - ale mój uczuciowy rozsądek zawsze wszystkich zadziwiał. Żadnych porywów namiętności, chwili zapomnienia i miłości do złych chłopców. Byłam dla nich pewnie jak zimna ryba bez uczuć (raz nawet usłyszałam, że mam chyba problemy z niskim poziomem hormonów ;))) Ciężko było im zrozumieć, że emocje emocjami, serduszko może mi bić jak myszce, oczy świecić się do jakiegoś typa, ale rozum nie pozwoli mi zrobić z siebie idiotki. Dlatego zawsze byłam do słuchania żali i płaczów, nie do żalenia się i płaczu :)))Nie zmienia to faktu, że zazdroszczę Wam takiego strzału z nieba.

      P.S.
      Tło bloga zeżarło podkładkę czy mnie się coś przywidziało? Tekst wisi w powietrzu :)))

      Usuń
    5. Moje życie prywatne to metariał na telenowelę brazylijską, albo chociaż na osobnego bloga. Zawsze powtarzam, że na emeryturze będę miała o czym pisać powieści :)

      Yyy? No zmieniłam szatę bloga, ale u mnie nic nie wisi... Naprawdę coś jest niewyraźnie? W tle powinny być książki.

      Usuń
    6. To już wiesz, że na emeryturze dorobisz się fortuny ;)))

      Wisi w sensie, że nie trzyma się na tej "podkładce", tylko przesuwa po tle. Mnie się gorzej czyta, ale może dlatego, że moja ślepość jest większa niż myślę. Zeza dostaję ;D

      Usuń