I skończyło się. Co prawda do rozpoczęcia nowego roku szkolnego jeszcze kilka dni, ale dla mnie właściwie już się zaczęło. W piątek były egzaminy poprawkowe, we wtorek Rada Pedagogiczna, no a od czwartku jazda...
W kwestii poprawek - egzaminowałam 6 Małpek, z czego dwie nie zdały na własne życzenie. Panowie przyszli na bezczela, tzn. od progu oznajmili, że nic nie umieją. Żeby formalnościom stało się zadość, musieli oddać podpisane puste kartki z części pisemnej, a potem wylosować zestaw na ustnej, przeczytać na głos pytania i stwierdzić, że odmawiają odpowiedzi. Tak się też stało. Co z nimi dalej? Otóż najzabawniejsze jest, że nic. Smarują podania o przepuszczenie do następnej klasy warunkowo z jedynką i mają naukę tam, gdzie słoneczko nie dochodzi. Ot, efekt prawa, które swojego czasu wprowadził "Koń, Który Mówi". Taki numer mogą wyciąć raz na trzy lata, więc jeśli historia powtórzy się w tym roku szkolnym, to już nie będzie tak różowo, ale tą kwestią panowie się na pewno nie przejmują. Generalnie Małpki nie są istotami, które myślą o tym, co będzie w przyszłości.
Kasia z trzeciej gimnazjum natomiast chyba postanowiła nie ryzykować i tym razem przyszła reprezentując jako takie wiadomości. Nie powalała wiedzą, ale odpowiedziała na poziomie wystarczającym do tego, bym dała jej krzyż na drogę, tj. dopuszczający z języka polskiego. Tym sposobem mając 20 lat ukończyła wreszcie gimnazjum. Jeśli zamierza kontynuować naukę w naszej zawodówce [bo bądźmy szczerzy - która inna szkoła dzienna by ją w takiej sytuacji przyjęła...?], to niech się modli, by nie trafić na mnie. No, chyba że zmądrzała i zamierza zacząć chodzić na zajęcia i robić na nich coś konstruktywnego.
Zdał też niestety Dawidek, ale to było akurat do przewidzenia. Jak pisałam osobno w jego charakterystyce, chłopakowi nie można odmówić inteligencji, więc mając nóż na gardle był w stanie przez 2 miesiące opanować to minimum wystarczające, by zdać egzamin poprawkowy. Oznacza to jednak, że dalej będę jego wychowawczynią i w dalszym ciągu będzie rozwalał mi każde zajęcia oraz demoralizował klasę. Oczywiście dopóki nie przegnie na tyle, żeby wylądować w poprawczaku.
Z nowości kadrowych - nie będzie od września Pana Psychologa, tego samego, który beztrosko wywiesił listę z problemami dzieciaków na widoku w pokoju nauczycielskim. To rzecz jasna dobra wiadomość, bo kompletnie nie nadawał się do pracy w Zoo, ale problem w tym, że na jego miejsce dyrekcja nie przyjmie nikogo nowego, bo Urząd Miasta stwierdził, że w naszej szkole niepotrzebny jest psycholog. Tiaaa... Gorzej, że na roczny urlop zdrowotny idzie Pedagożyca i ja naprawdę obawiam się, że kiedy wróci, to w miejscu Zoo będzie już tylko głęboki lej, jak po spuszczeniu bomby. Z całym szacunkiem dla kunsztu pedagogicznego Wicedyry, to nie wyobrażam sobie, jakim cudem damy sobie teraz radę. Oczywiście dyrekcja przyjęła na zastępstwo inną pedagog [młoda dziewczyna, mniej więcej w moim wieku] - nie znam jej, nie mogę więc powiedzieć, czy jest dobra, ale kimkolwiek by nie była, to rozgryzanie instrukcji obsługi Małpek zajmnie jej co najmniej 2-3 miesiące. A do tego czasu ratuj się, kto może...
Ostatni weekend wakacji spędzę u Seniorki na tzw. wsi, gdzie też zabieram Jej Wysokość w nadziei, że zgubi kilka gramów ze swojej torby kangura. I tak oto lato w mieście przechodzi do historii. Przede mną wrzesień - miesiąc, który w Zoo jest najbardziej niebezpieczny, co potwierdzają i moje obserwacje, i opinie nauczycieli, którzy pracują tam już dłuższy czas. Dzieciaki wracają z wakacji i na nowo budują swoją pozycję w stadzie. Muszą pokazać i swoim kolegom, i nam, kto tu rządzi. Poza tym początek roku szkolnego zawsze oznacza dla nich zmiany, bo składy klas nigdy nie są takie same: ktoś doszedł, ktoś odszedł, kogoś przenieśli, jakiś nauczyciel się załamał i musi zastąpić go inny. Małpki źle reagują na wszelkie zmiany, ale wyjścia nie ma. Koszmarek trwa zwykle przez wrzesień i październik, potem im się odechciewa, a z pierwszymi opadami śniegu połowa z nich zwyczajnie przestaje chodzić do szkoły. I tak to się jakoś toczy.
Tak szczerze mówiąc, to boję się trochę tego września. Uruchamiam w związku z tym Efekt TUP żywiąc nadzieję, że zadziała. Ale gdybym tak nie pisała żadnego posta przez kilka tygodni, to będzie znaczyło, że tym razem śruba trafiła mnie w głowę, jestem po trepanacji czaszki, mam chwilową amnezję i nie pamiętam, jak się nazywam. Wtedy mi przypomnijcie, ok?
... czyli wszystko, co Dragonce, nauczycielce chwilowo w stanie spoczynku, przyjdzie do głowy na urlopie macierzyńskim.
Prawa autorskie
Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
sobota, 27 sierpnia 2011
wtorek, 23 sierpnia 2011
Efekt TUP
Nie pamiętam, czy już przy okazji któregoś z postów definiowałam Wam, co to jest "Efekt TUP". Jest to całkiem prawodpodobne, ale szczerze mówiąc nie chce mi się sprawdzać wszystkich tekstów od października, bo nazbierało się tego trochę. Nawet, jeśli o tym kiedyś było, to nic się przecież nie stanie, jeśli przypomnę. Może niektórzy moi Czytelnicy również mają kłopoty z pamięcią? :)
Termin "Efekt TUP" ukuła Smoczyca Seniorka [tu prosimy o oklaski]. TUP to Telepatyczne Usuwanie Przeszkód. Zabawa polega na tym, żeby przed trudnym wydarzeniem, które ma nas spotkać, spróbować je oswoić poprzez wyobrażenie sobie, jak ono będzie wyglądać i jak przebiegać. Można "przegadać je" z jakąś życzliwą nam osobą. Można poćwiczyć do lustra, jak się zachowamy, jaki będziemy mieć wyraz twarzy, co powiemy, jakim tonem. Co ważne jednak - te wyobrażenia powinny mieć pozytywny charakter, bo nie chodzi o to, by się nakręcać i wpakować się w dołek, tylko by opracować scenariusz, w którym "jesteśmy górą". W ten sposób oczami wyobraźni widzimy siebie jako panów [i panie :)] sytuacji.
Jakie to przynosi korzyści? Przede wszystkim przestajemy się aż tak bardzo bać tego, co nastąpi. Strach oswojony przestaje być aż taki straszny. Po drugie - jest możliwe, że naprawdę wpadniemy (sami lub z czyjąć pomocą) na dobre rozwiązanie problemu. I wreszcie, co chyba najbardziej zaskakujące, jakoś tak dziwnie się dzieje, że często efekt TUP występuje w dosłownym skrótu tego znaczeniu. To znaczy, że kiedy przychodzi co do czego, okazuje się, że przeszkoda, której tak bardzo się obawialiśmy, z jakichś powodów sama się nam z drogi usuwa. Mieliśmy prosić szefa o podwyżkę - a tu już nie trzeba, bo szef wezwał nas rano do gabinetu i sam ją zaproponował. Baliśmy się pierwszego spotkania z teściową - a ona okazała się przemiłą kobietą, z którą mamy mnóstwo wspólnych tematów. Zbiliśmy kubek do kawy partnera i obawialiśmy się, że się wkurzy - a tymczasem partner się ucieszył, bo strasznie tego kubka nie lubił... Nie pytajcie mnie, czemu się tak dzieje, ale doświadczyłam tego na własnej skórze wielokrotnie - te przeszkody NAPARWDĘ same znikają.
Wspominam o tym dlatego, bo właśnie w pracy zetknęłam się ze ślicznym przykładem Efektu TUP i chciałabym Wam o nim opowiedzieć. Otóż jedna z lektorek, Ania, przyszła wczoraj do pracy bardzo rozkojarzona i napięta. Wyraźnie wszystko leciało jej z rąk i nie mogła skupić się na żadnym zadaniu [a miała tłumaczyć swojej grupie czas przeszły, a to wcale nie taka prosta sprawa dla innastrańców]. Zapytana przeze mnie, co się stało, odparła, że po południu ma iść ze swoim czteroletnim synkiem na szczepienie przeciw ospie - no i z tego powodu jest cała w nerwach. Mały, delikatnie mówiąc, to zuchów nie należy, na sam dźwięk słowa "lekarz" reaguje alergicznie, a w przychodni odstawia cyrk na kółkach z histerycznym płaczem, tupaniem, krzyczeniem i uciekaniem z gabinetu. Jednym słowem trudna sytuacja dla wszystkich: dla synka - bo jest przerażony, dla matki - bo nie wie, jak się ma zachować, żeby sprawy nie pogorszyć, dla lekarki - bo nie może zbadać chłopca.
Hmmm... Dragonka jak by w tym momencie siebie widziała :) Jako mała dziewczynka byłam STRASZNĄ panikarą w kwestii lekarzy, a to z tego względu, że masakrycznie bałam się zastrzyków. Dziś wiem, że jestem po prostu "szczęśliwą posiadaczką" fobii igieł [do tej pory nie mogę na nie u pielęgniarki patrzeć, bo mi się słabo robi], ale rzecz jasna nie miałam o tym pojęcia, kiedy byłam małym smoczątkiem. Trzeba przyznać, że Seniorka miała ze mną krzyż pański, bo dostawałam spazmów i od progu błagałam niemalże na klęczkach Bogu ducha winną lekarkę, aby mi tylko nie przepisywała zastrzyków. Tyle tylko, że chociaż nie uciekałam z gabinetu, bo na to byłam zbyt dobrze wychowana. Wracając do Ani i jej czterolatka, to wydaje mi się, że doskonale rozumiałam tego malucha - ale jednocześnie będąc już osobą dorosłą, potrafię wyobrazić sobie, jak z tym wszystkim musi czuć się jego matka. Z jednej strony na pewno serce jej pęka, kiedy widzi swoje przerażone dziecko i chciałaby zrobić wszystko, by przestał płakać - ale z drugiej strony jest zawstydzona [może nawet zła?] na niego, że robi takie przedstawienie z powodu zwykłego zastrzyku, z trzeciej - obawia się, że lekarka powie jej coś nieprzyjemnego, z czwartej - wie, że ta szczepionka jest potrzebna... I tak dalej, i tak dalej. Masa sprzecznych, ale wyłącznie przykrych emocji.
Zaczęłam z Anią rozmawiać o tej sytuacji, wypytywać, czy rozmawiała z synkiem, co mu mówiła, jak w przeszłości przechodził podobne wizyty u lekarza. Potem zaczęłyśmy wspólnie planować, jak ma rozmawiać z dzieckiem w drodze z przedszkola do przychodni - jakich słów używać, ile mówić, jak reagować. Opowiedziałam jej o moich numerach, kiedy byłam małą dziewczynką, a ona zrelacjonowała mi, jak sama reagowała w podobnych sytuacjach. Nie doszłyśmy do żadnego konkretnego wniosku, "przerobiłyśmy" jedynie kilka możliwych scenariuszy, a Anka z duszą na ramieniu pojechała po swojego czterolatka.
Rzecz jasna pierwsze co zrobiłam dziś w pracy po jej zobaczeniu, to zapytałam, jak im poszło. No i...
- Odbieram Maćka, zakłada buty i podeszła do nas jego pani. Pyta go, gdzie się tak spieszy, bo zakładał sandałki z wyraźnym napięciem, a on na to, że "do doktola". "A po co idziesz do doktora?" - zapytała pani. "Pewnie będę mieć SCYPANIE". "Szczypanie? Może szczepienie?" "Tak, tak, Arek (kolega z grupy w przedszkolu) mi mówił, też miał scypanie. Pani doktol lobi scyp, a potem się idzie na lody". Na takie dictum pani tylko uśmiechnęła się do mnie i powiedziała, że lody po szczypaniu to świetny pomysł. No i rzeczywiście, po wszystkim wzięłam go do cukierni.
- A jak sama szczepionka?
- A daj spokój, nawet nie pisnął. Cały czas tylko opowiadał lekarce, jakie sobie smaki zażyczy.
Efekt TUP jak w pysk strzelił :)
Termin "Efekt TUP" ukuła Smoczyca Seniorka [tu prosimy o oklaski]. TUP to Telepatyczne Usuwanie Przeszkód. Zabawa polega na tym, żeby przed trudnym wydarzeniem, które ma nas spotkać, spróbować je oswoić poprzez wyobrażenie sobie, jak ono będzie wyglądać i jak przebiegać. Można "przegadać je" z jakąś życzliwą nam osobą. Można poćwiczyć do lustra, jak się zachowamy, jaki będziemy mieć wyraz twarzy, co powiemy, jakim tonem. Co ważne jednak - te wyobrażenia powinny mieć pozytywny charakter, bo nie chodzi o to, by się nakręcać i wpakować się w dołek, tylko by opracować scenariusz, w którym "jesteśmy górą". W ten sposób oczami wyobraźni widzimy siebie jako panów [i panie :)] sytuacji.
Jakie to przynosi korzyści? Przede wszystkim przestajemy się aż tak bardzo bać tego, co nastąpi. Strach oswojony przestaje być aż taki straszny. Po drugie - jest możliwe, że naprawdę wpadniemy (sami lub z czyjąć pomocą) na dobre rozwiązanie problemu. I wreszcie, co chyba najbardziej zaskakujące, jakoś tak dziwnie się dzieje, że często efekt TUP występuje w dosłownym skrótu tego znaczeniu. To znaczy, że kiedy przychodzi co do czego, okazuje się, że przeszkoda, której tak bardzo się obawialiśmy, z jakichś powodów sama się nam z drogi usuwa. Mieliśmy prosić szefa o podwyżkę - a tu już nie trzeba, bo szef wezwał nas rano do gabinetu i sam ją zaproponował. Baliśmy się pierwszego spotkania z teściową - a ona okazała się przemiłą kobietą, z którą mamy mnóstwo wspólnych tematów. Zbiliśmy kubek do kawy partnera i obawialiśmy się, że się wkurzy - a tymczasem partner się ucieszył, bo strasznie tego kubka nie lubił... Nie pytajcie mnie, czemu się tak dzieje, ale doświadczyłam tego na własnej skórze wielokrotnie - te przeszkody NAPARWDĘ same znikają.
Wspominam o tym dlatego, bo właśnie w pracy zetknęłam się ze ślicznym przykładem Efektu TUP i chciałabym Wam o nim opowiedzieć. Otóż jedna z lektorek, Ania, przyszła wczoraj do pracy bardzo rozkojarzona i napięta. Wyraźnie wszystko leciało jej z rąk i nie mogła skupić się na żadnym zadaniu [a miała tłumaczyć swojej grupie czas przeszły, a to wcale nie taka prosta sprawa dla innastrańców]. Zapytana przeze mnie, co się stało, odparła, że po południu ma iść ze swoim czteroletnim synkiem na szczepienie przeciw ospie - no i z tego powodu jest cała w nerwach. Mały, delikatnie mówiąc, to zuchów nie należy, na sam dźwięk słowa "lekarz" reaguje alergicznie, a w przychodni odstawia cyrk na kółkach z histerycznym płaczem, tupaniem, krzyczeniem i uciekaniem z gabinetu. Jednym słowem trudna sytuacja dla wszystkich: dla synka - bo jest przerażony, dla matki - bo nie wie, jak się ma zachować, żeby sprawy nie pogorszyć, dla lekarki - bo nie może zbadać chłopca.
Hmmm... Dragonka jak by w tym momencie siebie widziała :) Jako mała dziewczynka byłam STRASZNĄ panikarą w kwestii lekarzy, a to z tego względu, że masakrycznie bałam się zastrzyków. Dziś wiem, że jestem po prostu "szczęśliwą posiadaczką" fobii igieł [do tej pory nie mogę na nie u pielęgniarki patrzeć, bo mi się słabo robi], ale rzecz jasna nie miałam o tym pojęcia, kiedy byłam małym smoczątkiem. Trzeba przyznać, że Seniorka miała ze mną krzyż pański, bo dostawałam spazmów i od progu błagałam niemalże na klęczkach Bogu ducha winną lekarkę, aby mi tylko nie przepisywała zastrzyków. Tyle tylko, że chociaż nie uciekałam z gabinetu, bo na to byłam zbyt dobrze wychowana. Wracając do Ani i jej czterolatka, to wydaje mi się, że doskonale rozumiałam tego malucha - ale jednocześnie będąc już osobą dorosłą, potrafię wyobrazić sobie, jak z tym wszystkim musi czuć się jego matka. Z jednej strony na pewno serce jej pęka, kiedy widzi swoje przerażone dziecko i chciałaby zrobić wszystko, by przestał płakać - ale z drugiej strony jest zawstydzona [może nawet zła?] na niego, że robi takie przedstawienie z powodu zwykłego zastrzyku, z trzeciej - obawia się, że lekarka powie jej coś nieprzyjemnego, z czwartej - wie, że ta szczepionka jest potrzebna... I tak dalej, i tak dalej. Masa sprzecznych, ale wyłącznie przykrych emocji.
Zaczęłam z Anią rozmawiać o tej sytuacji, wypytywać, czy rozmawiała z synkiem, co mu mówiła, jak w przeszłości przechodził podobne wizyty u lekarza. Potem zaczęłyśmy wspólnie planować, jak ma rozmawiać z dzieckiem w drodze z przedszkola do przychodni - jakich słów używać, ile mówić, jak reagować. Opowiedziałam jej o moich numerach, kiedy byłam małą dziewczynką, a ona zrelacjonowała mi, jak sama reagowała w podobnych sytuacjach. Nie doszłyśmy do żadnego konkretnego wniosku, "przerobiłyśmy" jedynie kilka możliwych scenariuszy, a Anka z duszą na ramieniu pojechała po swojego czterolatka.
Rzecz jasna pierwsze co zrobiłam dziś w pracy po jej zobaczeniu, to zapytałam, jak im poszło. No i...
- Odbieram Maćka, zakłada buty i podeszła do nas jego pani. Pyta go, gdzie się tak spieszy, bo zakładał sandałki z wyraźnym napięciem, a on na to, że "do doktola". "A po co idziesz do doktora?" - zapytała pani. "Pewnie będę mieć SCYPANIE". "Szczypanie? Może szczepienie?" "Tak, tak, Arek (kolega z grupy w przedszkolu) mi mówił, też miał scypanie. Pani doktol lobi scyp, a potem się idzie na lody". Na takie dictum pani tylko uśmiechnęła się do mnie i powiedziała, że lody po szczypaniu to świetny pomysł. No i rzeczywiście, po wszystkim wzięłam go do cukierni.
- A jak sama szczepionka?
- A daj spokój, nawet nie pisnął. Cały czas tylko opowiadał lekarce, jakie sobie smaki zażyczy.
Efekt TUP jak w pysk strzelił :)
sobota, 20 sierpnia 2011
Siła poezji
Tym razem będzie dość krótko - znów o motywacji do nauki języka polskiego jako obcego. Pisałam już o tej kwestii bardzo ogólnie na samym początku cyklu postów o obcokrajowcach i wtedy dokonałam ramowego podziału na kategorie. Wiadomo, ludzie lubią syntezy i układanie świata według pewnych schematów, jednak każdą szufladkę wypełniają przecież konkretne ludzkie przypadki.
Kiedy na pierwszych zajęciach z nową grupą w ramach zapoznania się pytam studentów o powód rozpoczęcia nauki, to słyszę różne historie, które są rzecz jasna mniej lub bardziej zajmujące. Powinnam chyba ogłosić konkurs na najbardziej zaskakującą motywację do nauki polskiego. Co się do tej pory trafiło? Okazuje się, że najczęściej w grę wchodzi "motyw miłosny" - ktoś ma małżonka lub partnera pochodzenia polskiego. Uczyłam już pięcioro takich Niemców [czterech mężczyzn i jedną kobietę] oraz Anglika. Miałam też dwie osoby o polskim pochodzeniu - Kanadyjczyka, syna polskich emigramntów [noszącego w dodatku tak typowo polskie nazwisko, że nie był w stanie go poprawnie wymówić] oraz Szwedkę, o której ostatnio wspominałam [ojciec-Polak, ale umarł, gdy była dzieckiem]. Dieter z kolei to Niemiec robiący interesy w naszym kraju, a więc dla niego znajomość polskiego przekłada się na wymierne, pieniężne korzyści.
Jak na razie jednak laureatem konkursu zostałby Cheng Chai, młody chłopak z Singapuru, student filologii angielskiej. Otóż zapytany przeze mnie o motywację całkiem serio odparł, że to przez.... Wisławę Szymborską. Trafił na tomik jej wierszy w przekładzie i tak mu się spodobały, że zapragnął przeczytać je w oryginale. Poważnie, nie żartuję.
Wiecie co? Kiedy wyląduję we wrześniu w Zoo, to powiem o tym Małpkom. "Widzicie? To wy nie chcecie czytać Szymborskiej i jak ją wam przynoszę, to mówicie, że to głupie - a tu facet z Azji tak bardzo lubi jej poezję, że specjalnie dla niej zaczął uczyć się polskiego...".
Myślicie, że uwierzą? Bo ja śmiem wątpić :)
Kiedy na pierwszych zajęciach z nową grupą w ramach zapoznania się pytam studentów o powód rozpoczęcia nauki, to słyszę różne historie, które są rzecz jasna mniej lub bardziej zajmujące. Powinnam chyba ogłosić konkurs na najbardziej zaskakującą motywację do nauki polskiego. Co się do tej pory trafiło? Okazuje się, że najczęściej w grę wchodzi "motyw miłosny" - ktoś ma małżonka lub partnera pochodzenia polskiego. Uczyłam już pięcioro takich Niemców [czterech mężczyzn i jedną kobietę] oraz Anglika. Miałam też dwie osoby o polskim pochodzeniu - Kanadyjczyka, syna polskich emigramntów [noszącego w dodatku tak typowo polskie nazwisko, że nie był w stanie go poprawnie wymówić] oraz Szwedkę, o której ostatnio wspominałam [ojciec-Polak, ale umarł, gdy była dzieckiem]. Dieter z kolei to Niemiec robiący interesy w naszym kraju, a więc dla niego znajomość polskiego przekłada się na wymierne, pieniężne korzyści.
Jak na razie jednak laureatem konkursu zostałby Cheng Chai, młody chłopak z Singapuru, student filologii angielskiej. Otóż zapytany przeze mnie o motywację całkiem serio odparł, że to przez.... Wisławę Szymborską. Trafił na tomik jej wierszy w przekładzie i tak mu się spodobały, że zapragnął przeczytać je w oryginale. Poważnie, nie żartuję.
Wiecie co? Kiedy wyląduję we wrześniu w Zoo, to powiem o tym Małpkom. "Widzicie? To wy nie chcecie czytać Szymborskiej i jak ją wam przynoszę, to mówicie, że to głupie - a tu facet z Azji tak bardzo lubi jej poezję, że specjalnie dla niej zaczął uczyć się polskiego...".
Myślicie, że uwierzą? Bo ja śmiem wątpić :)
czwartek, 18 sierpnia 2011
Europa contra reszta świata
W szkole językowej dostałam kolejną grupę - tym razem większą, bo liczącą 8 osób w bardzo różnym wieku. Głównie Niecmy [to zdaje się standard], ale jest też Szwedka polskiego pochodzenia [tzn. córka Polaka, ale jej ojciec umarł, kiedy była małą dziewczynką, a wychowywała się z matką w Sztokholmie, więc w tym przypadku o żadnej dwujęzyczności nie może być mowy] oraz student z Singapuru. Po pierwszych zajęciach mogę ogólnie stwierdzić, że są dość sympatyczną gromadką, co i dobrze, bo jutro mam z nimi aż siedem lekcji...
Poza "oczywistą oczywistością", że ja po prostu lubię uczyć, to praca w charakterze lektora języka polskiego dla obcokrajowców ma dla mnie jeszcze jeden duży plus. Daje mianowicie możliwość zetknięcia się z ludźmi z różnych kręgów kulturowych, dowiedzenia się czegoś więcej o świecie. Taki cudzoziemiec staje się w tym momencie moim oknem na świat, prywatnym ambasadorem swojego kraju w Polsce. Z tego powodu rzecz jasna z im bardziej egzotycznego miejsca go przywiało, tym lepiej i ciekawiej. Niestety, w mojej karierze lektora nie miałam zbyt wielu okazji, by uczyć ludzi pochodzących z prawdziwie odległych stron - jeszcze na praktykach studenckich "przerabiałam" jedynie Kurda, Nigeryjkę i Argentynkę. No i teraz mam Chen Chana, czyli Singapurczyka.
Zetknięcie się z odmienną od europejskiej kulturą jest oczywiście inspirujące, ale bywa też najzwyczajniej w świecie zabawne. W tym poście postanowiłam uraczyć Was garścią anegdot wyjętych z szuflady: "Efekt zderzenia Europy z resztą świata". Te historie pochodzą z różnych źródeł - zresztą, przeczytacie sami.
- Na początek opowieść niezupełnie na temat, bo dotycząca moich własnych doświadczeń w charakterze ucznia. Otóż jako nastolatka zostałam wysłana przez rodziców do wakacyjnej szkoły językowej do Anglii, gdzie chodziłam na zajęcia bardzo podobne do tych, które sama teraz jako lektor prowadzę. Pierwszego dnia nauki zebrano wszystkich nowoprzybyłych w sali, żebyśmy napisali test kwalifikacyjny. Dyrektorka szkoły rozdała kartki, po czym zwróciła się do zgromadzonych mniej więcej z takim apelem: "Moi drodzy, ponieważ wiem, że na sali są Polacy, to mam do was prośbę - nie ściągajcie... Ten test jest tylko po to, byśmy mogli was przydzielić do klas, które odpowiadają waszemu poziomowi językowemu, nikt tu nie stawia ocen, więc nie róbcie sobie sami krzywdy i piszcie samodzielnie...". No cóż, nie ma to jak odpowiednia opinia o polskich studentach :)
- W tej samej szkole językowej któregoś dnia zagadnęliśmy lektora, żeby powiedział nam, którą nację najtrudniej mu się uczy i dlaczego. Bez wahania stwierdził, że najgorzej jest z Japończykami. Powód jest prosty - ich rodzimy system edukacji i presja bycia doskonałym, w której są wychowywani, powoduje, że Japończyk przenigdy nie przyzna, że czegoś nie zrozumiał. W Japonii zadanie pytania czy poproszenie o dodatkowe wyjaśnienia to ciężka obelga, bo byłoby to odebrane jak wytknięcie nauczycielowi niekompetencji, oskarżenie go, że nie potrafił nauczyć. Nasz angielski lektor mówił nam, że jeśli w grupie trafią mu się Japończycy, to musi się zawsze namęczyć, żeby przekonać się, czy rzeczywiście zrozumieli lekcję, bo jeśli zapyta, to oni i tak powiedzą, że wszystko jasne - nawet, jeśli dalej nie wiedzą, "o co kaman".
- Moją ulubioną anegdotką jest zdarzenie, o którym opowiedziała nam pani doktor, z którą miałam zajęcia na studiach. Uczyła polskiego grupę Hindusów - byli wyjątkowo sympatyczni i bardzo się z nimi zżyła. Kiedy mieli ostatnią lekcję, panowie najwidoczniej postanowili jej jakoś ładnie podziękować, a zapamiętali z zajęć, że w Polsce często przy różnych okazjach daje się kobietom kwiaty. Przynieśli więc jej przepiękną wiązankę... ze wstążką z napisem "Ostatnie Pożegnanie". No co, przecież to naprawdę było ich "ostatnie pożegnanie", prawda? :)
- Również na studiach usłyszałam historię o dwóch przyjaciołach z Turcji, którzy uczyli się polskiego w połowie lat '90. Lektorka języka polskiego musiała im zwrócić uwagę, że... nie powinni chodzić po mieście trzymając się za ręce, bo może być to - mówiąc delikatnie - bardzo źle odebrane. Panowie byli szczerze zdumieni, gdy dowiedzieli się, że przez taki gest wezmą ich za homoseksualistów. Okazało się, że we wschodniej części Turcji nieprzyzwoite byłoby, gdyby na ulicy chłopak i dziewczyna szli trzymając się za ręce, natomiast jeśli robi to dwóch mężczyzn, to jest to odbierane jako coś zwyczajnego i świadczy tylko o tym, że są kumplami.
Na dzisiaj tyle. Ale mam cichą nadzieję, że obecność Singapurczyka w grupie, którą aktualnie uczę, będzie źródłem kolejnej anegdotki.
Poza "oczywistą oczywistością", że ja po prostu lubię uczyć, to praca w charakterze lektora języka polskiego dla obcokrajowców ma dla mnie jeszcze jeden duży plus. Daje mianowicie możliwość zetknięcia się z ludźmi z różnych kręgów kulturowych, dowiedzenia się czegoś więcej o świecie. Taki cudzoziemiec staje się w tym momencie moim oknem na świat, prywatnym ambasadorem swojego kraju w Polsce. Z tego powodu rzecz jasna z im bardziej egzotycznego miejsca go przywiało, tym lepiej i ciekawiej. Niestety, w mojej karierze lektora nie miałam zbyt wielu okazji, by uczyć ludzi pochodzących z prawdziwie odległych stron - jeszcze na praktykach studenckich "przerabiałam" jedynie Kurda, Nigeryjkę i Argentynkę. No i teraz mam Chen Chana, czyli Singapurczyka.
Zetknięcie się z odmienną od europejskiej kulturą jest oczywiście inspirujące, ale bywa też najzwyczajniej w świecie zabawne. W tym poście postanowiłam uraczyć Was garścią anegdot wyjętych z szuflady: "Efekt zderzenia Europy z resztą świata". Te historie pochodzą z różnych źródeł - zresztą, przeczytacie sami.
- Na początek opowieść niezupełnie na temat, bo dotycząca moich własnych doświadczeń w charakterze ucznia. Otóż jako nastolatka zostałam wysłana przez rodziców do wakacyjnej szkoły językowej do Anglii, gdzie chodziłam na zajęcia bardzo podobne do tych, które sama teraz jako lektor prowadzę. Pierwszego dnia nauki zebrano wszystkich nowoprzybyłych w sali, żebyśmy napisali test kwalifikacyjny. Dyrektorka szkoły rozdała kartki, po czym zwróciła się do zgromadzonych mniej więcej z takim apelem: "Moi drodzy, ponieważ wiem, że na sali są Polacy, to mam do was prośbę - nie ściągajcie... Ten test jest tylko po to, byśmy mogli was przydzielić do klas, które odpowiadają waszemu poziomowi językowemu, nikt tu nie stawia ocen, więc nie róbcie sobie sami krzywdy i piszcie samodzielnie...". No cóż, nie ma to jak odpowiednia opinia o polskich studentach :)
- W tej samej szkole językowej któregoś dnia zagadnęliśmy lektora, żeby powiedział nam, którą nację najtrudniej mu się uczy i dlaczego. Bez wahania stwierdził, że najgorzej jest z Japończykami. Powód jest prosty - ich rodzimy system edukacji i presja bycia doskonałym, w której są wychowywani, powoduje, że Japończyk przenigdy nie przyzna, że czegoś nie zrozumiał. W Japonii zadanie pytania czy poproszenie o dodatkowe wyjaśnienia to ciężka obelga, bo byłoby to odebrane jak wytknięcie nauczycielowi niekompetencji, oskarżenie go, że nie potrafił nauczyć. Nasz angielski lektor mówił nam, że jeśli w grupie trafią mu się Japończycy, to musi się zawsze namęczyć, żeby przekonać się, czy rzeczywiście zrozumieli lekcję, bo jeśli zapyta, to oni i tak powiedzą, że wszystko jasne - nawet, jeśli dalej nie wiedzą, "o co kaman".
- Moją ulubioną anegdotką jest zdarzenie, o którym opowiedziała nam pani doktor, z którą miałam zajęcia na studiach. Uczyła polskiego grupę Hindusów - byli wyjątkowo sympatyczni i bardzo się z nimi zżyła. Kiedy mieli ostatnią lekcję, panowie najwidoczniej postanowili jej jakoś ładnie podziękować, a zapamiętali z zajęć, że w Polsce często przy różnych okazjach daje się kobietom kwiaty. Przynieśli więc jej przepiękną wiązankę... ze wstążką z napisem "Ostatnie Pożegnanie". No co, przecież to naprawdę było ich "ostatnie pożegnanie", prawda? :)
- Również na studiach usłyszałam historię o dwóch przyjaciołach z Turcji, którzy uczyli się polskiego w połowie lat '90. Lektorka języka polskiego musiała im zwrócić uwagę, że... nie powinni chodzić po mieście trzymając się za ręce, bo może być to - mówiąc delikatnie - bardzo źle odebrane. Panowie byli szczerze zdumieni, gdy dowiedzieli się, że przez taki gest wezmą ich za homoseksualistów. Okazało się, że we wschodniej części Turcji nieprzyzwoite byłoby, gdyby na ulicy chłopak i dziewczyna szli trzymając się za ręce, natomiast jeśli robi to dwóch mężczyzn, to jest to odbierane jako coś zwyczajnego i świadczy tylko o tym, że są kumplami.
Na dzisiaj tyle. Ale mam cichą nadzieję, że obecność Singapurczyka w grupie, którą aktualnie uczę, będzie źródłem kolejnej anegdotki.
niedziela, 14 sierpnia 2011
Zuza
Lojalnie uprzedzam wszystkich, którzy czytają tego bloga ze względu na mój - nazwijmy to - "ironiczno-jajcarski" styl pisania. Ten post utrzymany będzie w tonie jak najbardziej serio, więc ci z Was, którzy zaglądają tu nastawieni na rozrywkę przy kawie [podkreślam - nie ma w tym nic złego!], mogą tym razem spokojnie odpuścić sobie lekturę.
Uczestniczyłam wczoraj w pożegnaniu Zuzanny. Poznałam ją za pośrednictwem Internetu, ale potem miałam możliwość kilkakrotnie rozmawiać z nią osobiście, byłam nawet gościem w jej domu. Kim była? Przede wszystkim dobrą, ciepłą i bardzo mądrą kobietą. W życiu miała zdecydowanie pod górkę, a jej doświadczeniami można by spokojnie obdzielić kilka osób tak, że każda z nich miałaby wystarczająco dużą traumę. Znalazła jednak w sobie w końcu siłę, by pokazać losowi, opatrzności czy cholera wie czemu, że tak się dłużej bawić nie będzie i że to ona będzie decydować, co ma robić i jak żyć. Niestety, kiedy stanęła na nogi i udało jej się pchnąć swój świat na lepsze tory, na drogę zwalił jej się głaz, którego już nie była w stanie ani ominąć, ani przeskoczyć. Rak. Walkę z nim przegrała w czwartek.
Zapamiętam jej spokojne i mądre oczy. Dystans, z jakim mówiła o swoim niezawinionym cierpieniu. To, że potrafiła słuchać uważnie i nie patrzyła z wyższością na problemy, o których jej opowiadałam - mimo że przy jej doświadczeniach to, co ja przeszłam, to jak porównanie burzy z wiosennym deszczykiem. Jestem też jej wdzięczna, że znalazła dla mnie siłę i pozwoliła odwiedzić się w szpitalu, choć widać było, że bardzo cierpi, a obie wiedziałyśmy, że to spotkanie jest prawdopodobnie naszym ostatnim. Nie zapomnę, jak uśmiechnęła się do mnie, kiedy weszłam do szpitalnej sali i powiedziała ciepłym głosem: "Drago, kochanie, jak ty ślicznie wyglądasz! Cała promieniejesz."
Powtarzam sobie jak mantrę: Zuza już ma spokój. Już ją nic nie boli. Już nie musi się męczyć. Inne myśli staram się odpędzać, bo jakie w tym momencie ma znaczenie fakt, ile jeszcze mogła i chciała zrobić - albo że ja chciałabym tak zwyczajnie, po ludzku z nią jeszcze porozmawiać?
Jak wiedzą ci, którzy są ze mną blisko, niestety i dla mnie temat choroby jest boleśnie aktualny. Od dłuższego czasu noszę się z zamiarem napisania na ten temat kilku słów refleksji, choć jak zwykle bez biograficznych szczegółów, bo jak wiecie nie jestem zwolenniczką robienia sobie wiwisekcji za pośrednictwem bloga. Na razie jednak proszę tylko osoby, które mi towarzyszą, by jeszcze trzymały kciuki, żeby wszystko skończyło się pomyślnie. A jak już się skończy i żelazne kleszcze pozwolą Hipopotamowi i mnie trochę odetchnąć, wtedy podzielę się z Wami emocjami, które są moim udziałem już od prawie pół roku.
Uczestniczyłam wczoraj w pożegnaniu Zuzanny. Poznałam ją za pośrednictwem Internetu, ale potem miałam możliwość kilkakrotnie rozmawiać z nią osobiście, byłam nawet gościem w jej domu. Kim była? Przede wszystkim dobrą, ciepłą i bardzo mądrą kobietą. W życiu miała zdecydowanie pod górkę, a jej doświadczeniami można by spokojnie obdzielić kilka osób tak, że każda z nich miałaby wystarczająco dużą traumę. Znalazła jednak w sobie w końcu siłę, by pokazać losowi, opatrzności czy cholera wie czemu, że tak się dłużej bawić nie będzie i że to ona będzie decydować, co ma robić i jak żyć. Niestety, kiedy stanęła na nogi i udało jej się pchnąć swój świat na lepsze tory, na drogę zwalił jej się głaz, którego już nie była w stanie ani ominąć, ani przeskoczyć. Rak. Walkę z nim przegrała w czwartek.
Zapamiętam jej spokojne i mądre oczy. Dystans, z jakim mówiła o swoim niezawinionym cierpieniu. To, że potrafiła słuchać uważnie i nie patrzyła z wyższością na problemy, o których jej opowiadałam - mimo że przy jej doświadczeniach to, co ja przeszłam, to jak porównanie burzy z wiosennym deszczykiem. Jestem też jej wdzięczna, że znalazła dla mnie siłę i pozwoliła odwiedzić się w szpitalu, choć widać było, że bardzo cierpi, a obie wiedziałyśmy, że to spotkanie jest prawdopodobnie naszym ostatnim. Nie zapomnę, jak uśmiechnęła się do mnie, kiedy weszłam do szpitalnej sali i powiedziała ciepłym głosem: "Drago, kochanie, jak ty ślicznie wyglądasz! Cała promieniejesz."
Powtarzam sobie jak mantrę: Zuza już ma spokój. Już ją nic nie boli. Już nie musi się męczyć. Inne myśli staram się odpędzać, bo jakie w tym momencie ma znaczenie fakt, ile jeszcze mogła i chciała zrobić - albo że ja chciałabym tak zwyczajnie, po ludzku z nią jeszcze porozmawiać?
Jak wiedzą ci, którzy są ze mną blisko, niestety i dla mnie temat choroby jest boleśnie aktualny. Od dłuższego czasu noszę się z zamiarem napisania na ten temat kilku słów refleksji, choć jak zwykle bez biograficznych szczegółów, bo jak wiecie nie jestem zwolenniczką robienia sobie wiwisekcji za pośrednictwem bloga. Na razie jednak proszę tylko osoby, które mi towarzyszą, by jeszcze trzymały kciuki, żeby wszystko skończyło się pomyślnie. A jak już się skończy i żelazne kleszcze pozwolą Hipopotamowi i mnie trochę odetchnąć, wtedy podzielę się z Wami emocjami, które są moim udziałem już od prawie pół roku.
środa, 10 sierpnia 2011
Ewolucja Smoka
Wtorek przeżyłam, choć do domu wróciłam zrąbana jak koń po westernie. Okazało się, że "moja" grupa dokupiła dodatkowe godziny [co im akurat wyjdzie na zdrowie, bo jak pisałam, rzeczywiście są dość kiepscy...], więc po połączeniu tego z indywidualnymi zajęciami z Dieterem, to chodziłam do tyłu na rzęsach. Hipopotam oczywiście zajął się mną koncertowo, kiedy już wreszcie dotarłam do domu, ale zmęczenie i tak sprawiło, że usnęłam w momecie przyłożenia głowy do poduszki.
Ciekawa jestem, czy znajdzie się dla mnie zatrudnienie w tej szkole po wakacjach - tzn. czy spodobałam się na tyle, by mi dali jakieś grupy w okresie, kiedy nie ma uczniów wakacyjnych, a tylko długoterminowi. Ano zobaczymy. Jeśli tak, to będzie to dość zabawne, kiedy prosto z Zoo będę lądowała w prywatnej szkole dla obcokrajowców. Wyobraźcie sobie to zestawienie:
- odrapany, zimny, spartańsko urządzony budynek v.s. elegancko, kolorowo i przytulnie wyremontowana szkoła
- obleśna kreda, gąbka i tablica v.s. tablica magnetyczna, po której można pisać markerem
- przedpotopowe video w jednej sali (głośność trzeba ustawiać za pomocą wkładu do długopisu) i dvd w innej (ale pilot nie działa, więc nie ma dostępu do menu) v.s. rzutnik i tablica interaktywna do dyspozycji
- mikroskopijny pokój nauczycielski, którego całe wyposażenie stanowi stara meblościanka, wiecznie zepsute ksero i wiekowy czajnik v.s. nowocześnie urządzony pokój lektorów, zaopatrzony w ekspres do kawy, zmywarkę, mikrofalówkę i wypasioną kserokopiarkę
- malutka biblioteka szkolna, której księgozbiór pamięta czasy głębokiego PRL-u v.s. cała ściana najnowszych podręczników i słowników do nauki języków obcych.
Do tego rzecz jasna dochodzą uczniowie. Tu Małpki, które jakie są, to już moi czytelnicy doskonale wiedzą - w zestawieniu z dorosłymi, kulturalnymi ludźmi, którzy płacą ciężkie pieniądze za to, bym ich uczyła.
Można będzie dostać kręćka, nie sądzicie?
Ale wiecie co? Coraz wyraźniej widzę, że ostatni rok spędzony w Zoo zdecydowanie rozwinął moje umiejętności pedagogiczne. Po tych wszystkich numerach ze strony Małpek słowo daję, ale ŻADNA sytuacja, która ma miejsce w zwyczajnej szkole nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Co więcej, nawet nie przychodzi mi na myśl, że mogłaby mnie zirytować :) Pisałam Wam już, że zostałam nazwana aniołem tylko dlatego, że nie okazałam nawet odrobiny zniecierpliwienia, kiedy musiałam tłumaczyć określony materiał po raz kolejny. Z ręką na sercu - ja tego zniecierpliwienia po prostu nie czułam. Sytuacja, w której wyjaśniam to samo piąty czy dziesiąty raz, jest dla mnie tak oczywista, że nawet już jej nie zauważam.
Dziś po zajęciach z Dieterem zaczepiła mnie jedna z lektorek - chciała dowiedzieć się, jak nam idzie. Wypowiadałam się dość pozytywnie, bo facet rzeczywiście całkiem nieźle włada polszczyzną, a przy tym jest sympatyczny i "na poziomie", jest więc z nim o czym rozmawiać, co rzecz jasna ułatwia prowadzenie lekcji. Lektorka, która jak się okazało miała okazję pracować wcześniej z Dieterem, wyraziła zdziwienie moją opinią. "Ja tam nie lubię z nim pracować. - stwierdziła. - Jest miły i grzeczny, ale nic mu do głowy nie wchodzi. Nie robi postępów, cały czas jest na tym samym poziomie. No ile można tłumaczyć jedno i to samo? Przecież to może człowieka trafić." Z początku nie zrozumiałam, dlaczego niby sam fakt "tępoty" ucznia miałby być powodem niechęci wobec niego, więc tylko podniosłam brwi do góry i szybko ucięłam rozmowę. Ale potem w drodze powrotnej do domu dotarło do mnie, co miała na myśli.
Z ręką na sercu - tak długo, jak widzę starania delikwenta, tak długo mogę tłumaczyć. Wkurzać to ja się zacznę, jeśli ktoś ma w nosie moją pracę i olewa wysiłek, który wkładam w uczenie. Ale tak długo, jak ten wysiłek jest obustronny, tak długo wszystko jest w porządku. Czy to naprawdę takie dziwne?
Zobaczymy, jakie jeszcze zmiany odkryję w sobie w związku z posadą dozorcy Małpek...
Ciekawa jestem, czy znajdzie się dla mnie zatrudnienie w tej szkole po wakacjach - tzn. czy spodobałam się na tyle, by mi dali jakieś grupy w okresie, kiedy nie ma uczniów wakacyjnych, a tylko długoterminowi. Ano zobaczymy. Jeśli tak, to będzie to dość zabawne, kiedy prosto z Zoo będę lądowała w prywatnej szkole dla obcokrajowców. Wyobraźcie sobie to zestawienie:
- odrapany, zimny, spartańsko urządzony budynek v.s. elegancko, kolorowo i przytulnie wyremontowana szkoła
- obleśna kreda, gąbka i tablica v.s. tablica magnetyczna, po której można pisać markerem
- przedpotopowe video w jednej sali (głośność trzeba ustawiać za pomocą wkładu do długopisu) i dvd w innej (ale pilot nie działa, więc nie ma dostępu do menu) v.s. rzutnik i tablica interaktywna do dyspozycji
- mikroskopijny pokój nauczycielski, którego całe wyposażenie stanowi stara meblościanka, wiecznie zepsute ksero i wiekowy czajnik v.s. nowocześnie urządzony pokój lektorów, zaopatrzony w ekspres do kawy, zmywarkę, mikrofalówkę i wypasioną kserokopiarkę
- malutka biblioteka szkolna, której księgozbiór pamięta czasy głębokiego PRL-u v.s. cała ściana najnowszych podręczników i słowników do nauki języków obcych.
Do tego rzecz jasna dochodzą uczniowie. Tu Małpki, które jakie są, to już moi czytelnicy doskonale wiedzą - w zestawieniu z dorosłymi, kulturalnymi ludźmi, którzy płacą ciężkie pieniądze za to, bym ich uczyła.
Można będzie dostać kręćka, nie sądzicie?
Ale wiecie co? Coraz wyraźniej widzę, że ostatni rok spędzony w Zoo zdecydowanie rozwinął moje umiejętności pedagogiczne. Po tych wszystkich numerach ze strony Małpek słowo daję, ale ŻADNA sytuacja, która ma miejsce w zwyczajnej szkole nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Co więcej, nawet nie przychodzi mi na myśl, że mogłaby mnie zirytować :) Pisałam Wam już, że zostałam nazwana aniołem tylko dlatego, że nie okazałam nawet odrobiny zniecierpliwienia, kiedy musiałam tłumaczyć określony materiał po raz kolejny. Z ręką na sercu - ja tego zniecierpliwienia po prostu nie czułam. Sytuacja, w której wyjaśniam to samo piąty czy dziesiąty raz, jest dla mnie tak oczywista, że nawet już jej nie zauważam.
Dziś po zajęciach z Dieterem zaczepiła mnie jedna z lektorek - chciała dowiedzieć się, jak nam idzie. Wypowiadałam się dość pozytywnie, bo facet rzeczywiście całkiem nieźle włada polszczyzną, a przy tym jest sympatyczny i "na poziomie", jest więc z nim o czym rozmawiać, co rzecz jasna ułatwia prowadzenie lekcji. Lektorka, która jak się okazało miała okazję pracować wcześniej z Dieterem, wyraziła zdziwienie moją opinią. "Ja tam nie lubię z nim pracować. - stwierdziła. - Jest miły i grzeczny, ale nic mu do głowy nie wchodzi. Nie robi postępów, cały czas jest na tym samym poziomie. No ile można tłumaczyć jedno i to samo? Przecież to może człowieka trafić." Z początku nie zrozumiałam, dlaczego niby sam fakt "tępoty" ucznia miałby być powodem niechęci wobec niego, więc tylko podniosłam brwi do góry i szybko ucięłam rozmowę. Ale potem w drodze powrotnej do domu dotarło do mnie, co miała na myśli.
Z ręką na sercu - tak długo, jak widzę starania delikwenta, tak długo mogę tłumaczyć. Wkurzać to ja się zacznę, jeśli ktoś ma w nosie moją pracę i olewa wysiłek, który wkładam w uczenie. Ale tak długo, jak ten wysiłek jest obustronny, tak długo wszystko jest w porządku. Czy to naprawdę takie dziwne?
Zobaczymy, jakie jeszcze zmiany odkryję w sobie w związku z posadą dozorcy Małpek...
sobota, 6 sierpnia 2011
Żeby mi się nie nudziło
Można powiedzieć, że Dragonka się doigrała. Jeśli jeszcze kiedyś będę podczas wakacji narzekała na nudę, to możecie mnie, drodzy czytelnicy, komisyjnie kopnąć w zad.
Albo jestem takim świetnym lektorem, albo w tej szkole językowej mają urwanie kapelusza i nóż na gardle z powodu braku kadry - w każdym razie zadzwoniono do mnie wczoraj z pytaniem, czy nie wzięłabym kolejnego kursu oprócz tego, który teraz mam. Chodzi tym razem o indywidualne lekcje z Niemcem na poziomie średniozaawansowanym wyższym [B2 - mniej więcej matura rozszerzona]. Brzmi pięknie, ale problem w tym, że facet chce zajęcia od poniedziałku do piątku, codziennie po 5 godzin! To się nazywa miłość do języka :) Najpierw odmówiłam, bo to jednak byłoby za dużo [primo - nie zdążyłabym się przygotować, secundo - w końcu jestem na urlopie nie po to, by zaiwaniać w pełnym wymiarze godzin...], ale w rezultacie po pertraktacjach z szefową zajęcia zostały rozparcelowane między mnie a drugą lektorkę. Skutkiem tego mam "większą połowę" przewidzianych dla Niemca lekcji. Powinnnam dać radę, tylko we wtorek zaliczę maraton - najpierw trzy godzinki z moją dotychczasową grupą, a po przerwie obiadowej pięć godzin zajęć indywidualnych. Wrócę lekko padła i Hipopotam będzie mnie musiał reanimować :)
Ale nic to. Kasa się przyda, doświadczenie się zdobędzie, pozycję w szkole się umocni. Same plusy, co? A wiadomo, że im dłużej będę pracowała w ten sposób, tym mniej czasu będę musiała poświęcać na przygotowanie zajęć. Póki co każda lekcja jest dla mnie nowa, przeprowadzam ją po raz pierszy, każdą więc muszę porządnie zaplanować, ułożyć ćwiczenia i zadbać o wszystkie niezbędne materiały. Z biegiem czasu będę już mogła korzystać z tego, co wcześniej zrobiłam, bo trafią mi się grupy na tych samych poziomach, uczące się tego samego materiału. Kiedy zaczynałam pracę po studiach w zwykłym polskim liceum, sytuacja była identyczna - przez pierwszy rok wolne weekendy czy popołudnia w tygodniu mogłam dosłownie policzyć na palcach jednej ręki. Na nic nie miałam czasu, bo tyle mi zajmowało porządne przygotowanie się do zajęć [a nie zwykłam odwalać fuszerki]. Potem już jednak nagromadziłam odpowiednią ilość materiałów do zajęć, więc w drugim roku mogłam bazować na tym, co już miałam. W szkole dla obcokrajowców będzie podobnie.
Przy okazji - do mojej uroczej grupki dołączył Alex, przemiły Anglik w średnim wieku, mieszkający z żoną-Polką w Manchesterze. Motywację do nauki języka ma dość oryginalną: chce wreszcie rozumieć, jak go teściowa obgaduje podczas zjazdów rodzinnych :) Cóż, można i tak. W każdym razie cała czereda karnie wykonuje wszystkie ćwiczenia, zadaje mnóstwo pytań, a że są niestety słabi [dyrektorka zakwalifikowała ich na zbyt wysoki poziom], to już inna sprawa. Przy okazji dowiedziałam się z ust Austriaka - przy gorliwym potakiwaniu reszty towarzystwa - że jestem aniołem i że moja cierpliwość jest niezwykła. A wszystko dlatego, że bez mrugnięcia okiem i cały czas z tym samym uśmiechem wałkowałam z nimi przez półtorej godziny ćwiczenia na końcówki miejscownika. Podziękowałam rzecz jasna za komplemet wyjaśniając przy okazji, w jakiej szkole pracuję na co dzień i że w związku z tym nie sądzę, by cokolwiek podczas naszych zajęć było mnie w stanie wyprowadzić z równowagi. A już na pewno nie konieczność tłumaczenia czegoś po kilka razy z rzędu. W końcu po to jestem - mogę wyjaśniać i piętnasty raz, pod warunkiem, że druga strona dalej chce słuchać i coś zapamiętać. Nie zrozumie, to jeszcze raz, w końcu kiedyś zaskoczy :)
Szkoda, że moje Małpki nie mogą mnie teraz zobaczyć w akcji. Ciekawe, co by pomyślały widząc trzech dorosłych, poważnych facetów, którzy wlepiają pałające żądzą wiedzy oczy w ich "poj***ną babę od polaka", gorliwie zapisują w kajecikach każde słowo, które ona umieści na tablicy, wykonują bez szemrania wszystkie ćwiczenia, które im zada i w ogóle traktują ją, jak polonistyczną alfę i omegę...
Albo jestem takim świetnym lektorem, albo w tej szkole językowej mają urwanie kapelusza i nóż na gardle z powodu braku kadry - w każdym razie zadzwoniono do mnie wczoraj z pytaniem, czy nie wzięłabym kolejnego kursu oprócz tego, który teraz mam. Chodzi tym razem o indywidualne lekcje z Niemcem na poziomie średniozaawansowanym wyższym [B2 - mniej więcej matura rozszerzona]. Brzmi pięknie, ale problem w tym, że facet chce zajęcia od poniedziałku do piątku, codziennie po 5 godzin! To się nazywa miłość do języka :) Najpierw odmówiłam, bo to jednak byłoby za dużo [primo - nie zdążyłabym się przygotować, secundo - w końcu jestem na urlopie nie po to, by zaiwaniać w pełnym wymiarze godzin...], ale w rezultacie po pertraktacjach z szefową zajęcia zostały rozparcelowane między mnie a drugą lektorkę. Skutkiem tego mam "większą połowę" przewidzianych dla Niemca lekcji. Powinnnam dać radę, tylko we wtorek zaliczę maraton - najpierw trzy godzinki z moją dotychczasową grupą, a po przerwie obiadowej pięć godzin zajęć indywidualnych. Wrócę lekko padła i Hipopotam będzie mnie musiał reanimować :)
Ale nic to. Kasa się przyda, doświadczenie się zdobędzie, pozycję w szkole się umocni. Same plusy, co? A wiadomo, że im dłużej będę pracowała w ten sposób, tym mniej czasu będę musiała poświęcać na przygotowanie zajęć. Póki co każda lekcja jest dla mnie nowa, przeprowadzam ją po raz pierszy, każdą więc muszę porządnie zaplanować, ułożyć ćwiczenia i zadbać o wszystkie niezbędne materiały. Z biegiem czasu będę już mogła korzystać z tego, co wcześniej zrobiłam, bo trafią mi się grupy na tych samych poziomach, uczące się tego samego materiału. Kiedy zaczynałam pracę po studiach w zwykłym polskim liceum, sytuacja była identyczna - przez pierwszy rok wolne weekendy czy popołudnia w tygodniu mogłam dosłownie policzyć na palcach jednej ręki. Na nic nie miałam czasu, bo tyle mi zajmowało porządne przygotowanie się do zajęć [a nie zwykłam odwalać fuszerki]. Potem już jednak nagromadziłam odpowiednią ilość materiałów do zajęć, więc w drugim roku mogłam bazować na tym, co już miałam. W szkole dla obcokrajowców będzie podobnie.
Przy okazji - do mojej uroczej grupki dołączył Alex, przemiły Anglik w średnim wieku, mieszkający z żoną-Polką w Manchesterze. Motywację do nauki języka ma dość oryginalną: chce wreszcie rozumieć, jak go teściowa obgaduje podczas zjazdów rodzinnych :) Cóż, można i tak. W każdym razie cała czereda karnie wykonuje wszystkie ćwiczenia, zadaje mnóstwo pytań, a że są niestety słabi [dyrektorka zakwalifikowała ich na zbyt wysoki poziom], to już inna sprawa. Przy okazji dowiedziałam się z ust Austriaka - przy gorliwym potakiwaniu reszty towarzystwa - że jestem aniołem i że moja cierpliwość jest niezwykła. A wszystko dlatego, że bez mrugnięcia okiem i cały czas z tym samym uśmiechem wałkowałam z nimi przez półtorej godziny ćwiczenia na końcówki miejscownika. Podziękowałam rzecz jasna za komplemet wyjaśniając przy okazji, w jakiej szkole pracuję na co dzień i że w związku z tym nie sądzę, by cokolwiek podczas naszych zajęć było mnie w stanie wyprowadzić z równowagi. A już na pewno nie konieczność tłumaczenia czegoś po kilka razy z rzędu. W końcu po to jestem - mogę wyjaśniać i piętnasty raz, pod warunkiem, że druga strona dalej chce słuchać i coś zapamiętać. Nie zrozumie, to jeszcze raz, w końcu kiedyś zaskoczy :)
Szkoda, że moje Małpki nie mogą mnie teraz zobaczyć w akcji. Ciekawe, co by pomyślały widząc trzech dorosłych, poważnych facetów, którzy wlepiają pałające żądzą wiedzy oczy w ich "poj***ną babę od polaka", gorliwie zapisują w kajecikach każde słowo, które ona umieści na tablicy, wykonują bez szemrania wszystkie ćwiczenia, które im zada i w ogóle traktują ją, jak polonistyczną alfę i omegę...
wtorek, 2 sierpnia 2011
Polonusi
Mam dla Was dobrą wiadomość - będą kolejne posty o obcokrajowcach :)
Odebrałam wczoraj po południu telefon od szefowej szkoły językowej. Krótka piłka - czy dalej jestem w mieście [no jestem, jestem, nigdzie się nie mogę ruszyć...], czy mam czas [mam, mam, aż mi uszami wychodzi...] i czy chcę kolejną grupę [jasne, że chcę, co za pytanie :)]. Tym sposobem zostałam lektorką drugiej grupy cudzoziemców łaknących dźwięku naszej mowy jak kania dżdżu [już widzę przerażenie w ich oczach, gdybym kazała im to powtórzyć :)]. Widocznie Arnold z Edwardem napisali mi pochlebną opinię w ankietach ewaluacyjnych.
Mam na razie troje uczniów: Niemkę, Austriaka i Kanadyjczyka. Z tym ostatnim potencjalnie mogą być problemy z racji faktu, że jest tzw. polonusem - synem polskich emigrantów, ale wychowanym na obczyźnie. Praca z tego rodzaju uczniami wbrew pozorom bywa zwykle trudniejsza, niż w przypadku "czystych" obcokrajowców, którzy muszą opanować polski od zera. Oczywiście są i plusy - polonusi, jako osoby osłuchane z brzmieniem języka, zwykle bardzo dużo rozumieją "instynktownie" i nie mają większych problemów z wymową. Nie bez znaczenia jest też to, że polszczyzna kojarzy im się z czymś przyjemnym, domowym [bo np. ukochana babcia mówiła w tym dziwnym języku, albo tatuś opowiadał bajki na dobranoc o tym, że Polska to taki śmieszny, egzotyczny kraj...] - a pozytywne skojarzenia to świetna motywacja. Problemy pojawiają się jednak zazwyczaj na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze - znają język, można by powiedzieć, bardzo nierównomiernie. Jak pewnie wiecie z własnych doświadczeń opanowywania jakiegokolwiek obcego języka, uczymy się zasadniczo czterech umiejętności, a mianowicie: pisania, czytania, mówienia i słuchania [czyli rozumienia tego, co do nas mówią]. Jeśli język jest dla nas całkiem nowy i zaczynamy od zera, to te umiejętności kształtujemy mniej więcej w jednym tempie. Naturalnie bywa często tak, że np. sporo już rozumiemy, ale nie jesteśmy w stanie sami nic powiedzieć [to bardzo typowe szczególnie na początku], ale dysproporcje nie są aż tak znaczne. W metodyce nauczania języków obcych poziomy oznacza się literami:
A1, A2 - poziom początkujący
B1, B2 - poziom średniozaawansowany
C1, C2 - poziom zaawansowany.
Raczej nie zdarza się, by ktoś - dajmy na to - potrafił pisać na poziomie C2, ale z mówieniem był na A2. Wahania są zwykle w obrębie jednej literki. Niestety, ta reguła bierze w łeb w przypadku polonusów. To akurat typowe - osłuchał się języka w domu, więc rozumie prawie wszystko, ale za to w życiu nie napisał słowa po polsku [no bo po co miał pisać do babci siedzącej w drugim pokoju?]. Taki uczeń w zasadzie powinien trafić na lekcje jeden-na-jeden, bo wymaga indywidualnego podejścia, dostosowanego do jego specyficznego poziomu. Trudno się z nim natomiast pracuje na typowych zajęciach z podręcznikiem. No bo do jakiego poziomu go zaklasyfikować, jeśli np. z gramatyki leży i kwiczy, ale za to zasób słownictwa ma niewiele gorszy od rodowitego Polaka? Nie uniknie się niestety sytuacji, że podczas wykonywania jednych ćwiczeń będzie się potwornie nudził, a za to innych nawet nie ruszy, bo będą za trudne.
Drugi problem z polonusami to oduczenie ich błędów, które bezwiednie opanowali. Uczył się taki polskiego od ukochanej babci, świetnie ją rozumiał - ale co z tego, jeśli np. babcia mówiła gwarą, albo była niewykształcona i kaleczyłą gramatykę? Trzeba mu delikatnie uświadomić, że ten język, który doskonale sprawdzał się w warunkach domowych, jest naszpikowany błędami i jeśli zacznie tak mówić w Polsce na ulicy, to w najlepszym wypadku nikt go nie zrozumie, a w najgorszym - ludzie go wyśmieją, że "wieśniaczy"... Nie muszę chyba dodawać, że lektor w tym momecie musi wspiąć się na wyżyny dyplomacji, by z jednej strony uświadomić, jak być powinno, a z drugiej nie osłabić motywacji delikwenta - bo był przekonany, że tak świetnie zna polski, a tu jednak kurna nie...
I znów Wam strzeliłam wykład. Cóż, czasami Smoczek musi, inaczej się udusi :) Jestem w swoim żywiole, co widać, słychać i czuć.
Poza tym - wiecie, jak to fajnie wreszcie uczyć kogoś, kto chłonie wiedzę jak gąbka wodę, dopomina się większej ilości ćwiczeń i prac domowych, a kiedy minie czas zajęć wydaje jęk zawodu z serii: "Ooo, to już? Tak szybko?".
Pytanie rzecz jasna było retoryczne :)
Odebrałam wczoraj po południu telefon od szefowej szkoły językowej. Krótka piłka - czy dalej jestem w mieście [no jestem, jestem, nigdzie się nie mogę ruszyć...], czy mam czas [mam, mam, aż mi uszami wychodzi...] i czy chcę kolejną grupę [jasne, że chcę, co za pytanie :)]. Tym sposobem zostałam lektorką drugiej grupy cudzoziemców łaknących dźwięku naszej mowy jak kania dżdżu [już widzę przerażenie w ich oczach, gdybym kazała im to powtórzyć :)]. Widocznie Arnold z Edwardem napisali mi pochlebną opinię w ankietach ewaluacyjnych.
Mam na razie troje uczniów: Niemkę, Austriaka i Kanadyjczyka. Z tym ostatnim potencjalnie mogą być problemy z racji faktu, że jest tzw. polonusem - synem polskich emigrantów, ale wychowanym na obczyźnie. Praca z tego rodzaju uczniami wbrew pozorom bywa zwykle trudniejsza, niż w przypadku "czystych" obcokrajowców, którzy muszą opanować polski od zera. Oczywiście są i plusy - polonusi, jako osoby osłuchane z brzmieniem języka, zwykle bardzo dużo rozumieją "instynktownie" i nie mają większych problemów z wymową. Nie bez znaczenia jest też to, że polszczyzna kojarzy im się z czymś przyjemnym, domowym [bo np. ukochana babcia mówiła w tym dziwnym języku, albo tatuś opowiadał bajki na dobranoc o tym, że Polska to taki śmieszny, egzotyczny kraj...] - a pozytywne skojarzenia to świetna motywacja. Problemy pojawiają się jednak zazwyczaj na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze - znają język, można by powiedzieć, bardzo nierównomiernie. Jak pewnie wiecie z własnych doświadczeń opanowywania jakiegokolwiek obcego języka, uczymy się zasadniczo czterech umiejętności, a mianowicie: pisania, czytania, mówienia i słuchania [czyli rozumienia tego, co do nas mówią]. Jeśli język jest dla nas całkiem nowy i zaczynamy od zera, to te umiejętności kształtujemy mniej więcej w jednym tempie. Naturalnie bywa często tak, że np. sporo już rozumiemy, ale nie jesteśmy w stanie sami nic powiedzieć [to bardzo typowe szczególnie na początku], ale dysproporcje nie są aż tak znaczne. W metodyce nauczania języków obcych poziomy oznacza się literami:
A1, A2 - poziom początkujący
B1, B2 - poziom średniozaawansowany
C1, C2 - poziom zaawansowany.
Raczej nie zdarza się, by ktoś - dajmy na to - potrafił pisać na poziomie C2, ale z mówieniem był na A2. Wahania są zwykle w obrębie jednej literki. Niestety, ta reguła bierze w łeb w przypadku polonusów. To akurat typowe - osłuchał się języka w domu, więc rozumie prawie wszystko, ale za to w życiu nie napisał słowa po polsku [no bo po co miał pisać do babci siedzącej w drugim pokoju?]. Taki uczeń w zasadzie powinien trafić na lekcje jeden-na-jeden, bo wymaga indywidualnego podejścia, dostosowanego do jego specyficznego poziomu. Trudno się z nim natomiast pracuje na typowych zajęciach z podręcznikiem. No bo do jakiego poziomu go zaklasyfikować, jeśli np. z gramatyki leży i kwiczy, ale za to zasób słownictwa ma niewiele gorszy od rodowitego Polaka? Nie uniknie się niestety sytuacji, że podczas wykonywania jednych ćwiczeń będzie się potwornie nudził, a za to innych nawet nie ruszy, bo będą za trudne.
Drugi problem z polonusami to oduczenie ich błędów, które bezwiednie opanowali. Uczył się taki polskiego od ukochanej babci, świetnie ją rozumiał - ale co z tego, jeśli np. babcia mówiła gwarą, albo była niewykształcona i kaleczyłą gramatykę? Trzeba mu delikatnie uświadomić, że ten język, który doskonale sprawdzał się w warunkach domowych, jest naszpikowany błędami i jeśli zacznie tak mówić w Polsce na ulicy, to w najlepszym wypadku nikt go nie zrozumie, a w najgorszym - ludzie go wyśmieją, że "wieśniaczy"... Nie muszę chyba dodawać, że lektor w tym momecie musi wspiąć się na wyżyny dyplomacji, by z jednej strony uświadomić, jak być powinno, a z drugiej nie osłabić motywacji delikwenta - bo był przekonany, że tak świetnie zna polski, a tu jednak kurna nie...
I znów Wam strzeliłam wykład. Cóż, czasami Smoczek musi, inaczej się udusi :) Jestem w swoim żywiole, co widać, słychać i czuć.
Poza tym - wiecie, jak to fajnie wreszcie uczyć kogoś, kto chłonie wiedzę jak gąbka wodę, dopomina się większej ilości ćwiczeń i prac domowych, a kiedy minie czas zajęć wydaje jęk zawodu z serii: "Ooo, to już? Tak szybko?".
Pytanie rzecz jasna było retoryczne :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)