Lojalnie uprzedzam wszystkich, którzy czytają tego bloga ze względu na mój - nazwijmy to - "ironiczno-jajcarski" styl pisania. Ten post utrzymany będzie w tonie jak najbardziej serio, więc ci z Was, którzy zaglądają tu nastawieni na rozrywkę przy kawie [podkreślam - nie ma w tym nic złego!], mogą tym razem spokojnie odpuścić sobie lekturę.
Uczestniczyłam wczoraj w pożegnaniu Zuzanny. Poznałam ją za pośrednictwem Internetu, ale potem miałam możliwość kilkakrotnie rozmawiać z nią osobiście, byłam nawet gościem w jej domu. Kim była? Przede wszystkim dobrą, ciepłą i bardzo mądrą kobietą. W życiu miała zdecydowanie pod górkę, a jej doświadczeniami można by spokojnie obdzielić kilka osób tak, że każda z nich miałaby wystarczająco dużą traumę. Znalazła jednak w sobie w końcu siłę, by pokazać losowi, opatrzności czy cholera wie czemu, że tak się dłużej bawić nie będzie i że to ona będzie decydować, co ma robić i jak żyć. Niestety, kiedy stanęła na nogi i udało jej się pchnąć swój świat na lepsze tory, na drogę zwalił jej się głaz, którego już nie była w stanie ani ominąć, ani przeskoczyć. Rak. Walkę z nim przegrała w czwartek.
Zapamiętam jej spokojne i mądre oczy. Dystans, z jakim mówiła o swoim niezawinionym cierpieniu. To, że potrafiła słuchać uważnie i nie patrzyła z wyższością na problemy, o których jej opowiadałam - mimo że przy jej doświadczeniach to, co ja przeszłam, to jak porównanie burzy z wiosennym deszczykiem. Jestem też jej wdzięczna, że znalazła dla mnie siłę i pozwoliła odwiedzić się w szpitalu, choć widać było, że bardzo cierpi, a obie wiedziałyśmy, że to spotkanie jest prawdopodobnie naszym ostatnim. Nie zapomnę, jak uśmiechnęła się do mnie, kiedy weszłam do szpitalnej sali i powiedziała ciepłym głosem: "Drago, kochanie, jak ty ślicznie wyglądasz! Cała promieniejesz."
Powtarzam sobie jak mantrę: Zuza już ma spokój. Już ją nic nie boli. Już nie musi się męczyć. Inne myśli staram się odpędzać, bo jakie w tym momencie ma znaczenie fakt, ile jeszcze mogła i chciała zrobić - albo że ja chciałabym tak zwyczajnie, po ludzku z nią jeszcze porozmawiać?
Jak wiedzą ci, którzy są ze mną blisko, niestety i dla mnie temat choroby jest boleśnie aktualny. Od dłuższego czasu noszę się z zamiarem napisania na ten temat kilku słów refleksji, choć jak zwykle bez biograficznych szczegółów, bo jak wiecie nie jestem zwolenniczką robienia sobie wiwisekcji za pośrednictwem bloga. Na razie jednak proszę tylko osoby, które mi towarzyszą, by jeszcze trzymały kciuki, żeby wszystko skończyło się pomyślnie. A jak już się skończy i żelazne kleszcze pozwolą Hipopotamowi i mnie trochę odetchnąć, wtedy podzielę się z Wami emocjami, które są moim udziałem już od prawie pół roku.
Zastanawiałam się czy coś napisać czy jednak po prostu przeczytać i pomilczeć. To smutna, ale i piękna historia. Pewnych rzeczy nie dane nam zrozumieć, trzeba je zwyczajnie przyjąć.
OdpowiedzUsuńZrozumieć nawet nie usiłuję, bo według mnie po ludzku się nie da. Przyjąć muszę, bo jakie mam wyjście?
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki i milczę...
OdpowiedzUsuńRobal, Mag - dziękuję.
OdpowiedzUsuńCzasem nie ma słów i tyle.
Witaj Dragonello :)
OdpowiedzUsuńna początku chciałbym podziękować za odwiedziny na moim blogu i za ślad, który zostawiłaś bym mógł znaleźć Ciebie. Nie lubię kiedy onet poleca moje wpisy, ale tym razem nie zahasłowałem bloga na ten czas, jak poprzednim.
Mam nadzieję, że Zuza jest już w lepszym świecie, a Tobie życzę wszystkiego dobrego i trzymam kciuki (mam nadzieję, że kiedyś powiesz za co to było) by Twoje zdrówko Ci dopisywało.
To moja pierwsza wizyta u Ciebie, na pewno się rozgoszczę :)
pozdrawiam
Witaj.
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że Ci się tu spodoba. Ja na Twoim blogu doszłam już do marca i rzecz jasna na tym nie poprzestanę. Masz bardzo dobre pióro.
A co do mojego bloga, to jeśli mogę coś zasugerować, to proszę o czytanie nie od początku. Te wpisy układają się w logiczną całość.
Ja się z onetu wyniosłam właśnie dlatego, że mnie wrzucali na ogólny i potem nie mogłam opędzić się od trolli...
Dziękuję za kciuki, choć to nie mnie są potrzebne. Ja jestem zdrowa jak koń, bo złego diabli nie biorą. No cóż:
"Only the good die young
Only evil seems to live forever..."
*czytanie MNIE od początku :)
OdpowiedzUsuńzatem zabieram się do lektury :)
OdpowiedzUsuńa propos mojego pisania, totalny amator jestem :) z polskiego zawsze ledwo tróję miałem :)))
No i co? Ja w liceum też z wypracowań dostawałam tróje - a polonistka w czwartej klasie mi przy wszystkich powiedziała, że prędzej jej kaktus wyrośnie na dłoni, niż ja się na polonistykę dostanę :)
OdpowiedzUsuńDragonello, tuż po szkole średniej w prezencie dla jednego z moich ulubionych profesorów przygotowałem nieduży tomik wierszy, który złożyłem mu ręcznie w podziękowaniu za edukację.
OdpowiedzUsuńKiedyś pokazał te wiersze mojej byłej polonistce i była w szoku, że nie zauważyła u mnie zamiłowania do pisania ;)