Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 2 sierpnia 2011

Polonusi

    Mam dla Was dobrą wiadomość - będą kolejne posty o obcokrajowcach :)
    Odebrałam wczoraj po południu telefon od szefowej szkoły językowej. Krótka piłka - czy dalej jestem w mieście [no jestem, jestem, nigdzie się nie mogę ruszyć...], czy mam czas [mam, mam, aż mi uszami wychodzi...] i czy chcę kolejną grupę [jasne, że chcę, co za pytanie :)]. Tym sposobem zostałam lektorką drugiej grupy cudzoziemców łaknących dźwięku naszej mowy jak kania dżdżu [już widzę przerażenie w ich oczach, gdybym kazała im to powtórzyć :)]. Widocznie Arnold z Edwardem napisali mi pochlebną opinię w ankietach ewaluacyjnych.
    Mam na razie troje uczniów: Niemkę, Austriaka i Kanadyjczyka. Z tym ostatnim potencjalnie mogą być problemy z racji faktu, że jest tzw. polonusem - synem polskich emigrantów, ale wychowanym na obczyźnie. Praca z tego rodzaju uczniami wbrew pozorom bywa zwykle trudniejsza, niż w przypadku "czystych" obcokrajowców, którzy muszą opanować polski od zera. Oczywiście są i plusy - polonusi, jako osoby osłuchane z brzmieniem języka, zwykle bardzo dużo rozumieją "instynktownie" i nie mają większych problemów z wymową. Nie bez znaczenia jest też to, że polszczyzna kojarzy im się z czymś przyjemnym, domowym [bo np. ukochana babcia mówiła w tym dziwnym języku, albo tatuś opowiadał bajki na dobranoc o tym, że Polska to taki śmieszny, egzotyczny kraj...] - a pozytywne skojarzenia to świetna motywacja. Problemy pojawiają się jednak zazwyczaj na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze - znają język, można by powiedzieć, bardzo nierównomiernie. Jak pewnie wiecie z własnych doświadczeń opanowywania jakiegokolwiek obcego języka, uczymy się zasadniczo czterech umiejętności, a mianowicie: pisania, czytania, mówienia i słuchania [czyli rozumienia tego, co do nas mówią]. Jeśli język jest dla nas całkiem nowy i zaczynamy od zera, to te umiejętności kształtujemy mniej więcej w jednym tempie. Naturalnie bywa często tak, że np. sporo już rozumiemy, ale nie jesteśmy w stanie sami nic powiedzieć [to bardzo typowe szczególnie na początku], ale dysproporcje nie są aż tak znaczne. W metodyce nauczania języków obcych poziomy oznacza się literami:
A1, A2 - poziom początkujący
B1, B2 - poziom średniozaawansowany
C1, C2 - poziom zaawansowany.
Raczej nie zdarza się, by ktoś  - dajmy na to - potrafił pisać na poziomie C2, ale z mówieniem był na A2. Wahania są zwykle w obrębie jednej literki. Niestety, ta reguła bierze w łeb w przypadku polonusów. To akurat typowe - osłuchał się języka w domu, więc rozumie prawie wszystko, ale za to w życiu nie napisał słowa po polsku [no bo po co miał pisać do babci siedzącej w drugim pokoju?]. Taki uczeń w zasadzie powinien trafić na lekcje jeden-na-jeden, bo wymaga indywidualnego podejścia, dostosowanego do jego specyficznego poziomu. Trudno się z nim natomiast pracuje na typowych zajęciach z podręcznikiem. No bo do jakiego poziomu go zaklasyfikować, jeśli np. z gramatyki leży i kwiczy, ale za to zasób słownictwa ma niewiele gorszy od rodowitego Polaka? Nie uniknie się niestety sytuacji, że podczas wykonywania jednych ćwiczeń będzie się potwornie nudził, a za to innych nawet nie ruszy, bo będą za trudne.
    Drugi problem z polonusami to oduczenie ich błędów, które bezwiednie opanowali. Uczył się taki polskiego od ukochanej babci, świetnie ją rozumiał - ale co z tego, jeśli np. babcia mówiła gwarą, albo była niewykształcona i kaleczyłą gramatykę? Trzeba mu delikatnie uświadomić, że ten język, który doskonale sprawdzał się w warunkach domowych, jest naszpikowany błędami i jeśli zacznie tak mówić w Polsce na ulicy, to w najlepszym wypadku nikt go nie zrozumie, a w najgorszym - ludzie go wyśmieją, że "wieśniaczy"... Nie muszę chyba dodawać, że lektor w tym momecie musi wspiąć się na wyżyny dyplomacji, by z jednej strony uświadomić, jak być powinno, a z drugiej nie osłabić motywacji delikwenta - bo był przekonany, że tak świetnie zna polski, a tu jednak kurna nie...

    I znów Wam strzeliłam wykład. Cóż, czasami Smoczek musi, inaczej się udusi :) Jestem w swoim żywiole, co widać, słychać i czuć.
    Poza tym - wiecie, jak to fajnie wreszcie uczyć kogoś, kto chłonie wiedzę jak gąbka wodę, dopomina się większej ilości ćwiczeń i prac domowych, a kiedy minie czas zajęć wydaje jęk zawodu z serii: "Ooo, to już? Tak szybko?".
    Pytanie rzecz jasna było retoryczne :)

4 komentarze:

  1. Oj, Smoku, wykład i to jaki, pogubiłem się już między A1, a C2;-)))

    OdpowiedzUsuń
  2. A Seniorce się podobało :) :) :)
    Na moim blogu dla każdego coś miłego. Nie zawsze mogą być jaja.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wykład ciekawy, więc szybko się czytało :))) Fajnie jest uczyć kogoś, kto chce się uczyć i sam do Ciebie przychodzi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ken G. - senkju :) :) :) wykłady pewnie będą jeszcze. Tak długo, aż ktokolwiek chce je czytać/

    OdpowiedzUsuń