Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 23 sierpnia 2011

Efekt TUP

    Nie pamiętam, czy już przy okazji któregoś z postów definiowałam Wam, co to jest "Efekt TUP". Jest to całkiem prawodpodobne, ale szczerze mówiąc nie chce mi się sprawdzać wszystkich tekstów od października, bo nazbierało się tego trochę. Nawet, jeśli o tym kiedyś było, to nic się przecież nie stanie, jeśli przypomnę. Może niektórzy moi Czytelnicy również mają kłopoty z pamięcią? :)
    Termin "Efekt TUP" ukuła Smoczyca Seniorka [tu prosimy o oklaski]. TUP to Telepatyczne Usuwanie Przeszkód. Zabawa polega na tym, żeby przed trudnym wydarzeniem, które ma nas spotkać, spróbować je oswoić poprzez wyobrażenie sobie, jak ono będzie wyglądać i jak przebiegać. Można "przegadać je" z jakąś życzliwą nam osobą. Można poćwiczyć do lustra, jak się zachowamy, jaki będziemy mieć wyraz twarzy, co powiemy, jakim tonem. Co ważne jednak - te wyobrażenia powinny mieć pozytywny charakter, bo nie chodzi o to, by się nakręcać i wpakować się w dołek, tylko by opracować scenariusz, w którym "jesteśmy górą".  W ten sposób oczami wyobraźni widzimy siebie jako panów [i panie :)] sytuacji.
    Jakie to przynosi korzyści? Przede wszystkim przestajemy się aż tak bardzo bać tego, co nastąpi. Strach oswojony przestaje być aż taki straszny. Po drugie - jest możliwe, że naprawdę wpadniemy (sami lub z czyjąć pomocą) na dobre rozwiązanie problemu. I wreszcie, co chyba najbardziej zaskakujące, jakoś tak dziwnie się dzieje, że często efekt TUP występuje w dosłownym skrótu tego znaczeniu. To znaczy, że kiedy przychodzi co do czego, okazuje się, że przeszkoda, której tak bardzo się obawialiśmy, z jakichś powodów sama się nam z drogi usuwa. Mieliśmy prosić szefa o podwyżkę - a tu już nie trzeba, bo szef wezwał nas rano do gabinetu i sam ją zaproponował. Baliśmy się pierwszego spotkania z teściową - a ona okazała się przemiłą kobietą, z którą mamy mnóstwo wspólnych tematów. Zbiliśmy kubek do kawy partnera i obawialiśmy się, że się wkurzy - a tymczasem partner się ucieszył, bo strasznie tego kubka nie lubił... Nie pytajcie mnie, czemu się tak dzieje, ale doświadczyłam tego na własnej skórze wielokrotnie - te przeszkody NAPARWDĘ same znikają.
    Wspominam o tym dlatego, bo właśnie w pracy zetknęłam się ze ślicznym przykładem Efektu TUP i chciałabym Wam o nim opowiedzieć. Otóż jedna z lektorek, Ania, przyszła wczoraj do pracy bardzo rozkojarzona i napięta. Wyraźnie wszystko leciało jej z rąk i nie mogła skupić się na żadnym zadaniu [a miała tłumaczyć swojej grupie czas przeszły, a to wcale nie taka prosta sprawa dla innastrańców]. Zapytana przeze mnie, co się stało, odparła, że po południu ma iść ze swoim czteroletnim synkiem na szczepienie przeciw ospie - no i z tego powodu jest cała w nerwach. Mały, delikatnie mówiąc, to zuchów nie należy, na sam dźwięk słowa "lekarz" reaguje alergicznie, a w przychodni odstawia cyrk na kółkach z histerycznym płaczem, tupaniem, krzyczeniem i uciekaniem z gabinetu. Jednym słowem trudna sytuacja dla wszystkich: dla synka - bo jest przerażony, dla matki - bo nie wie, jak się ma zachować, żeby sprawy nie pogorszyć, dla lekarki - bo nie może zbadać chłopca.
    Hmmm... Dragonka jak by w tym momencie siebie widziała :) Jako mała dziewczynka byłam STRASZNĄ panikarą w kwestii lekarzy, a to z tego względu, że masakrycznie bałam się zastrzyków. Dziś wiem, że jestem po prostu "szczęśliwą posiadaczką" fobii igieł [do tej pory nie mogę na nie u pielęgniarki patrzeć, bo mi się słabo robi], ale rzecz jasna nie miałam o tym pojęcia, kiedy byłam małym smoczątkiem. Trzeba przyznać, że Seniorka miała ze mną krzyż pański, bo dostawałam spazmów i od progu błagałam niemalże na klęczkach Bogu ducha winną lekarkę, aby mi tylko nie przepisywała zastrzyków. Tyle tylko, że chociaż nie uciekałam z gabinetu, bo na to byłam zbyt dobrze wychowana. Wracając do Ani i jej czterolatka, to wydaje mi się, że doskonale rozumiałam tego malucha - ale jednocześnie będąc już osobą dorosłą, potrafię wyobrazić sobie, jak z tym wszystkim musi czuć się jego matka. Z jednej strony na pewno serce jej pęka, kiedy widzi swoje przerażone dziecko i chciałaby zrobić wszystko, by przestał płakać - ale z drugiej strony jest zawstydzona [może nawet zła?] na niego, że robi takie przedstawienie z powodu zwykłego zastrzyku, z trzeciej - obawia się, że lekarka powie jej coś nieprzyjemnego, z czwartej - wie, że ta szczepionka jest potrzebna... I tak dalej, i tak dalej. Masa sprzecznych, ale wyłącznie przykrych emocji.
    Zaczęłam z Anią rozmawiać o tej sytuacji, wypytywać, czy rozmawiała z synkiem, co mu mówiła, jak w przeszłości przechodził podobne wizyty u lekarza. Potem zaczęłyśmy wspólnie planować, jak ma rozmawiać z dzieckiem w drodze z przedszkola do przychodni - jakich słów używać, ile mówić, jak reagować. Opowiedziałam jej o moich numerach, kiedy byłam małą dziewczynką, a ona zrelacjonowała mi, jak sama reagowała w podobnych sytuacjach. Nie doszłyśmy do żadnego konkretnego wniosku, "przerobiłyśmy" jedynie kilka możliwych scenariuszy, a Anka z duszą na ramieniu pojechała po swojego czterolatka.
    Rzecz jasna pierwsze co zrobiłam dziś w pracy po jej zobaczeniu, to zapytałam, jak im poszło. No i...
    - Odbieram Maćka, zakłada buty i podeszła do nas jego pani. Pyta go, gdzie się tak spieszy, bo zakładał sandałki z wyraźnym napięciem, a on na to, że "do doktola". "A po co idziesz do doktora?" - zapytała pani. "Pewnie będę mieć SCYPANIE". "Szczypanie? Może szczepienie?" "Tak, tak, Arek (kolega z grupy w przedszkolu) mi mówił, też miał scypanie. Pani doktol lobi scyp, a potem się idzie na lody". Na takie dictum pani tylko uśmiechnęła się do mnie i powiedziała, że lody po szczypaniu to świetny pomysł. No i rzeczywiście, po wszystkim wzięłam go do cukierni.
   - A jak sama szczepionka?
   - A daj spokój, nawet nie pisnął. Cały czas tylko opowiadał lekarce, jakie sobie smaki zażyczy.

    Efekt TUP jak w pysk strzelił :)   

11 komentarzy:

  1. Smoku, pamiętam pierwsze spotkanie z Seniorką;-)) ja ma już za sobą;-)) było super;-)) A Ciebie czeka czwartek hihihihi;-))

    OdpowiedzUsuń
  2. To będzie jak w kawale:

    -Byłeś w Norwegii? Widziałeś fiordy?
    -No ba! Fiordy to mi z ręki jadły...

    OdpowiedzUsuń
  3. Pożyjemy, zobaczymy, posłuchamy;-)))

    OdpowiedzUsuń
  4. W razie czego mam kota i nie zawaham się go użyć :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Puma hihihi;-)) Ta to dopiero je mi z ręki;-))

    OdpowiedzUsuń
  6. I skuteczny, przysięgam. Warto wypróbować.

    OdpowiedzUsuń
  7. Hmmm to ja pójdę z mamą na scypanie hiehie lody mam jak w banku
    redcat

    OdpowiedzUsuń
  8. Takie coś warto rozpowszechniać. Niby takie proste, a jednak nie wszyscy to wiedzą. O ile mniej by było stresów ;)))

    OdpowiedzUsuń
  9. Brawa dla Rozalii :) i gorace pozdrowienia (ochlodzilo sie u nas i temperatura spadla do 29ºC :).
    Efekt TUP jest takim ''bratem Sekretu'', nasze wyobrazenie przyciaga sytuacje. Dobre wyobrazenie - dobra sytuacja. I us. A tak swoja droga, to te dzieciaki to sa strasznie tanie... Dac sie POSCYPAC za jedne lody? Niewazne, grunt, ze zadzialalo i dziala dalej.
    Zawsze mnie bawila Twoja opowiesc o pobieraniu krwi u Ciebie :) i probach pielegniarek :)
    Pozdrawiam serdecznie.

    PS: nie, zebym sie czepial, ale cos mi strasznie nie pasi w tym zdaniu ''...często efekt TUP występuje w dosłownym skrótu tego znaczeniu.'' Rzuc na to swoim smoczym, belferskim okiem :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Robalku, ależ właśnie się czepiasz :) A nie pasuje Ci "na ucho" dlatego, że jest to przeróbka powiedzenia, które brzmi "dosłownym SŁOWA tego znaczeniu". Przeróbka była swiadoma, wszak nie mamy do czynienia ze słowem, tylko właśnie ze skrótem - a zatem służy tu jako środek stylistyczny :)

    Czy ja wiem, czy to jest tka zła wymiana? Zastrzyk za porcję lodów? Gdybym była dzieckiem [i nie miala wsłasnych funduszy na lody :)], to bym na to poszła :)

    OdpowiedzUsuń