Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 30 grudnia 2014

Wyjaśnienia

    Zdaję sobie sprawę, że moim Drogim Czytelnikom należą się wyjaśnienia. Od początku istnienia tego bloga - a więc od października 2010 roku - [tak, tak - ale to zleciało...] nie zdarzyła się sytuacja, by Dragonka siedziała cicho jak mysz chowająca się przed Pumą pod miotłą i nie publikowała żadnego posta przez prawie miesiąc. Co to się stało? Czyżby małpki spokorniały i nie dostarczały materiałów do pisania? A może wręcz przeciwnie - Zoo wyleciało w powietrze i zwyczajnie nie ma już z czego zdawać relacji? A może coś się stało "temu Smoku", typu ręka w gipsie i gadzina nie ma jak stukać w klawiaturę, bo zadnimi kończynami jakoś nie potrafi?
    Faktem jest, że od początku grudnia biegałam po lekarzach, bo coś nie najlepiej się czułam i nie miałam pojęcia, dlaczego. Diagnozy były różne - a to daje o sobie znać po latach moja stara znajoma, czyli prawa nerka, a to wątroba nie wyrabia, a to może jednak wyrostek...? No i tak łaziłam, łaziłam, a tymczasem okazało się, że sprawa jest o wiele bardziej prozaiczna.
    Otóż, Panie i Panowie, wygląda na to, że stado zamieszkujące Pomarańczową Jaskinię już niedługo się powiększy...



    Hmm... Jak może wyglądać skrzyżowanie Hipopotama ze Smokiem? Może jakoś tak? Lepszego zdjęcia w Internecie nie udało mi się znaleźć. Powinno być w sumie albo niebieskie, albo pomarańczowe, no ale nie bądźmy rasistami :)

    No i tak to, moi drodzy... Z kwestii techcznych - co z blogiem? Na razie bez zmian, w końcu to dopiero początek podróży. Ale potem czeka mnie rok siedzenia w domu [jeśli nie więcej] bez dostępu do małpek, a zatem siłą rzeczy skończą mi się tematy do opisywania. Zaznaczam bowiem na wstępie, że nie mam zamiaru za pomocą tej witryny relacjonować światu ani procesu oczekiwania na małego Hipko-Smoka, ani moich późniejszych zmagań z odżywkami, pieluchami i ubrankami wyglądającymi tak, jak by się skurczyły w praniu. Istnieje w sieci milion tego rodzaju blogów i nie mam specjalnej ochoty być autorką milion pierszego - nie dajmy się zwariować :) "Smocze opowieści" to strona poświęcona problemom szkolnym i zapewniam, że tak pozostanie.
    Reasumując moje powyższe wywody - szykują się zmiany jak jasna cholera, choć jeszcze nie od razu. Ale żeby nie było, że nie ostrzegałam...


UPDATE


    Seniorka stwierdziła, że miks Hipcia ze Smokiem najpewniej będzie przypominał bohatera kreskówki "My Little Ponny" Spike'a... Sami oceńcie :)




środa, 3 grudnia 2014

Finał Karoliny?

    Miałam ostatnio trochę nowych informacji odnośnie Zadziory, ale jakoś tak zwlekałam ze zdaniem Wam z tego relacji - bo a to nie miałam czasu, a to "weny TFUrczej"... No i okazuje się, że dobrze zrobiłam czekając, bo wygląda na to, że problem z Karoliną się sam rozwiąże i to w ekspresowym tempie. 
    Ale od początku. Jakiś tydzień po rozmowie z Wiceszefową - odgrywającą tu rolę "złego policjanta" - Zadziora wylądowała tym razem w gabinecie Pedagożycy, który z kolei miała za zadanie próbować dotrzeć do dziewczyny z drugiej strony [czyli jako "dobry policjant"]. Udało jej się przeprowadzić dość szczerą rozmowę i trochę o uczennicy dowiedzieć, co zawsze dobrze wróży, bo im więcej o delikwencie wiemy, tym lepiej możemy go zrozumieć i mamy więcej możliwości, żeby mu pomóc.
    Czego Pedagożyca się konkretnie dowiedziała? Ano Karolinka generalnie zdaje sobie sprawę, że ma niezbyt równo pod kopułą, łatwo się nakręca, a wtedy kompletnie przestaje kontrolować agresję. Faszerowano ją już w przeszłości psychotropami, które dawały głównie efekt otępienia - i sama nie wie, co lepsze: czy snuć się po ośrodku poprawczym nieprzytomna jak zombie, czy skakać do ludzi z pięściami, bo się na nią krzywo ktoś spojrzał. Biorąc to wszystko pod uwagę, to sama chętnie pójdzie do psychiatry [niestety, jak pamiętacie, wizytę ma dopiero w styczniu...], tylko ma nadzieję, że jej dobierze odpowiednie leki, które pozwolą w miarę normalnie żyć, a nie tylko spać i gapić się tępo w sufit. Co do ośrodka, w którym ostatnio przebywała, to najchętniej by tam wróciła z co najmniej dwóch powodów. Primo - jej matka kilka miesięcy temu przestała pić, ale się nie leczy, czyli jest tzw. suchym alkoholikiem na "dupościsku". Dla niezorientowanych w terminologii zapewniam, że nie ma nic gorszego, niż człowiek, który rzuca nałóg, a jednocześnie nie otrzymuje żadnej rozsądnej pomocy, by móc poradzić sobie z głodem [w tym przypadku alkoholowym]. To tykająca bomba zegarowa gotowa wybuchnąć z powodu każdej najmniejszej pierdoły. No i cóż, jeżeli w takim stanie jest właśnie matka Karoliny, to ja jej [dziewczynie, a nie matce] po ludzku zwyczajnie współczuję... Druga sprawa - Karolina jest lesbijką [co nota bene wcale nie było dla mnie zaskoczeniem, bo akurat w jej przypadku to po prostu widać na pierwszy rzut oka] i w placówce, w której była ostatnio zamknięta, została jej dziewczyna, za którą bardzo tęskni, bo "tylko ona ją rozumie". Tjaa, wątek nieszczęśliwej miłości nam się zrobił dodatkowo...
    Stanęło jednakże na tym, że Zadziora ma się starać jak tylko potrafi, żeby dotrwać jakoś do tej styczniowej wizyty u psychiatry i nie narobić sobie nowych kłopotów. My w Zoo naprawdę dużo jesteśmy w stanie zozumieć, ale nawet u nas są pewne granice, których nie można przekraczać. Umowa była z grubsza taka, że nauczyciele - świadomi jej problemów - nie będą się jej przesadnie czepiać, a ona będzie siedzieć cicho i nie dezorganizować życia szkoły.

    Niestety jednak okazuje się, że Karolinie nie dane będzie doczekać do styczniowej wizyty. Otóż po pierwsze "obraziła się na pracodawcę" i zrezygnowała z praktyk - ktoś jej przykro dogadywał w zakładzie pracy, więc się dziewczę uniosło honorem, bo przecież nie pozwoli sobie w kaszę dmuchać i samo odeszło. Sęk w tym, że uczeń zawodówki MUSI mieć praktykę, a jej utrata powoduje natychmiastowe skreślenie z listy słuchaczy. Z reguły w Zoo w takich awaryjnych sytuacjach czekamy do miesiąca , żeby małpka mogła sobie namierzyć coś innego, a zwykle szkolna opekunka praktyk jakoś w tym pomaga, bo ma bardzo dużo znajomości. Nie w tym przypadku jednak - nikt nie będzie ryzykował wysłania Karoliny do zaprzyjaźnionego zakładu pracy tylko po to, by tam narobiła syfu i popsuła szkole opinię. 
    Gdyby jeszcze tego było mało, to doszła świeżusieńka sprawa z dzisiaj - Zadziora jednak nie wytrzymała i znów pokazała rogi, tym razem na lekcji u biednego pana Janusza. Repertuar standardowy, czyli jawne olewactwo i lekceważenie nauczyciela, bluzgi, mówienie na "ty", podważanie autorytetu, a na koniec samowolne wyjście z klasy przy akompaniamencie trzaskających drzwi. Pan Janusz po tych zajęciach przyszedł do mnie - jako do swojej opiekunki - cały roztrzęsiony, a to oznacza, że Karolina naprawdę musiała przegiąć, skoro udało jej się wyprowadzić z równowagi taką oazę spokoju. 
    Okazuje się zatem, że Zadziora nie jest jednak w stanie pohamować się bez leków nawet na te kilka tygodni. Byłam już w jej sprawie na rozmowie u Głównej Szefowej, która stwierdziła, że to wszystko nie ma jednak sensu i że nie możemy absolutnie czekać do stycznia, bo nam Karolina rozsadzi szkołę. Gdyby miała praktykę, to musielibyśmy najpierw ukarać ją jeszcze Naganą Dyrektora, a potem czekać na kolejny wybryk, żeby wszcząć procedurę usunięcia. Jednak z chwilą utraty miejsca u pracodawcy uczeń szkoły zawodowej - a zwłaszcza, jeśli jest pełnoletni - automatycznie traci prawo do figurowania na liście słuchaczy. W związku z tym otrzymałam polecenie służbowe, że z dniem, kiedy dostaniemy z byłego zakładu pracy Karoliny pisemne potwierdzenie, że rozwiązano z nią umowę, mam dziewczynę wykreślić z dziennika i polecić sekretarce, by odesłała jej dokumenty listem poleconym do domu [o ile nie będzie akurat w szkole, by je samodzielnie móc odebrać].
    No i tak to. Jedyne, co mogłoby w tym momencie Zadziorę uratować, to błyskawiczne znalezienie nowej praktyki, jeszcze zanim przyjdzie rozwiązanie poprzedniej umowy. To jednak przy jej temperamencie wydaje się całkowicie nierealne.
    Tak prywatnie to mi Karoliny szkoda, ale są niestety ludzie, którzy za cholerę nie dadzą sobie pomóc. A my ostatecznie jesteśmy przecież tylko "zwyczajną" szkołą, a nie ośrodkiem socjoterapii...

niedziela, 23 listopada 2014

Po wywiadówce

    W Zoo kontakt z rodzicami jest na wagę złota, co nie raz i nie dwa tu podkreślałam. Jeśli rodzice współpracują - i w ogóle wykazują jakiekolwiek zainteresowanie dzieckiem - to coś da się zwykle z delikwentem zrobić, by zaczął zachowywać się w szkole jak na ucznia przystało. Oczywiście bywają przypadki beznadziejne, wystarczy przypomnieć cacus Dawidka, czyli Złego Psa, którego mama zjawiała się na każde wezwanie do szkoły. No i co z tego, skoro była kompletnie zastraszona przez własnego syna...?
    Kontakt z rodzicami staramy się podtrzymywać przez cały rok szkolny, nękając ich telefonami, oficjalnymi pismami z pieczątką Zoo czy - co jest moją specjalnością - mailami, tym niemniej jak w każdej szkole kilka razy w roku organizowane są zebrania z rodzicami. Przed takim spotkaniem tradycyjnie wychowawcy wydzwaniają do domów i wysyłają zawiadomienia, co na ogół nie zmienia faktu, że ostatecznie na zebranie i tak przychodzi garstka. U mnie ostatnio były cztery sztuki na piętnastoosobową klasę. Tjaaa... W dodatku dwie mamusie to moje stare znajome, bo ich synów - Lecha i Michała - "prowadzę" u nas od pierwszej klasy gimnazjum, czyli już piąty rok. Bardzo miło się z nimi rozmawia, bo panowie nie sprawiają żadnych problemów dyscyplinarnych, a jedyny "stały" kłopot w przypadku Michała jest taki, że - używając bardzo łagodnego eufemizmu - chłopak ma bardzo ograniczone możliwości umysłowe, przez co każdego roku musimy się porządnie nagłowić, jak go tu przepchnąć z klasy do klasy. Mechanikiem samochodowym według opinii pracodawcy będzie niezłym, ale wszystkie dziedziny, które wiążą się z koniecznością przeczytania tekstu dłuższego niż pół strony - a już nie daj Boh zapamiętania z tego czegokolwiek - są dla niego nie do przeskoczenia. A o samodzielnym redagowaniu tekstu można całkiem zapomnieć. Michał generalnie jest sympatycznym chłopcem sprawnym manulanie, dużo rzeczy potrafi zrobić, ale jego dysfunkcje to niestety poważne kalectwo, co chyba zaczyna powoli do niego docierać. Dla przykładu - póki co nie ma sposobu, by zdał egzamin na prawo jazdy, mimo że podobno dość dobrze prowadzi. Ano za cholerę nie jest w stanie zaliczyć części teoretycznej.

    Była natomiast mama Zadziory. Wywarła na mnie względnie pozytywne wrażenie, choć wiem od Pedagożycy, że jest alkoholiczką. No cóż, pogadałyśmy o Karolinie szczerze, bo w końcu nie ma co udawać, że panna, która przez ostatnie kilka lat mieszkała w różnych domach poprawczych, jest aniołkiem... Rodzicielka miała dla mnie dwie wiadomości, tradycyjnie dobrą i złą. Dobra - córka ma umówioną wizytę do psychiatry, przeciw czemu nawet nie protestuje, bo podobno sama uznała, że coś z jej głową jest nie tak i przydałyby się jej jakieś leki wyciszające, "tylko nie takie, jak dawali w ośrodku, bo cały dzień po nich spała". I tak oto dowiedziałam się, że Zadziora w przeszłości już leczyła się psychiatrycznie. Zła wiadomość jest niestety taka, że owa umówiona wizyta odbędzie się dopiero w styczniu, bo takie są terminy NFZ-u. Fajnie, co?
    Ze swojej strony mogłam tylko wręczyć mamusi Naganę Wychowawcy oraz poinformować, że jeśli zachowanie Karoliny nie ulegnie poprawie, to po kolejnej naganie - tym razem Dyrektora - po prostu się dziewczyny pozbędziemy, bo jest pełnoletnia i nie ma obowiązku się uczyć. Rodzicielka powiedziała, że rozumie, tylko niestety w tej kwestii może tylko bezradnie rozłożyć ręce. Jak ma zapanować nad córką, skoro nawet sama zainteresowana uznaje, że bez leków będzie jej ciężko się kontrolować?

środa, 12 listopada 2014

Małpie wiadomości

    Zadziora odbyła dziś rozmowę z Wicedyrą, choć właściwie był to raczej krótki komunikat tej drugiej. Otóż poinformowano uczennicę, że - cytując moją zwierzchniczkę - "ta szkoła to nie zakład karny, więc nie masz obowiązku tu przebywać". A zatem albo się Karolina dostosuje do panujących tu norm, albo niech nie zawraca gitary i odbierze dokumenty. A jeśli sama tego nie zrobi, to i tak wcześniej czy później wyleci z powodów dyscyplinarnych. Jest pełnoletnia, nie ma więc już obowiązku szkolnego.
    Dziewczę na początku trochę się stawiało, ale nie bardzo długo - w końcu takich kozaków, którzy by usiłowali wdawać się w dyskusje z dyrektorem, jest mimo wszystko nawet w Zoo niewielu. Potem miałam z klasą godzinę wychowawczą, na której Karolina po prostu się nie odzywała. Z języka polskiego, który był następny, zwiała. Przypuszczam, że woli mieć wagary, niż być na lekcji, znów nic nie robić i narazić się na scysję ze mną. Jej wybór, płakać nie będę :) Jeśli przegnie z niechodzeniem, to jej wlepię enkaela i po sprawie.
    A tak nawiasem mówiąc - może zastanawia Was fakt, co w ogóle Zadziora u nas robi, skoro nie musi uczęszczać do szkoły, a nauka jej kompletnie nie interesuje? Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to jak zwykle chodzi o pieniądze. Przebywała kilka lat w zakładach zamkniętych, a ostatnio w jakimś domu wychowawczym dla dziewcząt. Wyszła z niego po skończeniu 18 lat i pobiera teraz zasiłek "na usamodzielnienie się" - ale warunkiem jego otrzymywania jest posiadanie statusu ucznia... No i sprawa jasna. Kolejny degenerat ciągnący socjal z kieszeni uczciwych podatników. Pan płaci, pani płaci, społeczeństwo płaci.

    Mam za to najnowsze wieści o Młodej Gniewnej. Była u nas ostatnio z córeczką, a także swoją mamą i młodszą siostrą. Otóż siostra jest w rocznikowo pierwszej klasie gimnazjum. Do szkoły rejonowej pochodziła jednak ledwo kilka tygodni, po czym stwierdziła, że ma w d*** i chce, żeby ją przenieść do nas... A jak najlepiej trafić do Zoo? Ano trzeba zacząć sprawiać kłopoty, zatem Gniewna Juniorka przestała w ogóle chodzić do szkoły kombinując, że za wagary najszybciej ją wywalą.
    Pedagożyca z Wicedyrą miały twardy orzech do zgryzienia, bowiem - zgodnie z regulaminem szkoły - przyjmujemy dzieciaki które mają co najmniej rok w plecy oraz orzeczenie z poradni psychologicznej. Tymczasem Gniewna Juniorka nie ma ani tego, ani tego, bo jeszcze nie zdążyła narozrabiać. Ma dopiero 13 lat, więc byłaby najmłodszą małpką w Zoo. Pojawia się pytanie - czy nagiąć przepisy i zapisać ją mimo to, czy czekać, aż spełni warunki i narobi sobie kłopotów, czyli zawali rok albo np. kogoś pobije? Wiceszefowa ostatecznie podjęła decyzję o przyjęciu Gniewnej Juniorki do pierwszej klasy, choć nie mam pojęcia, jak to załatwiono formalnie. Tym sposobem dziewczę jest czwartą z rodzeństwa, które u nas wylądowało, choć pierwszą, która zrobiła to na własne żądanie.
    Natomiast co u samej Sylwii? Ano niestety nie najlepiej. Miałam rację nie wierząc w garbate aniołki, czyli w to, że 30-letni facet, który zrobił dziecko 17-latce, może mieć wobec niej uczciwe zamiary - bo oczywiście już się na nią wypiął [jak to obrazowo określiła sama zainteresowana: "zaczął lecieć w ch***"]. Młoda Gniewna zatem podała go o alimenty, które pewnie dostanie, sprawa jest w toku. Póki co jednak musi zasuwać jak popierniczona, bo przecież dziecko kosztuje... Nie chodzi więc na razie do szkoły, tylko pracuje w nocnym sklepie, a w dzień trochę odsypia, a potem zajmuje się córeczką. Widać było, że dziewczynie ciężko - blada, podkrążone oczy... Mała na szczęście wygląda na zadbaną i szczęśliwą - właśnie uczy się chodzić, podała jedną łąpkę Sylwii, jedną mnie i tak sobie chwilkę spacerowałyśmy.
    Tak mi szkoda tej dziewczyny. Mam nadzieję, że szybko dostanie alimenty i trochę odetchnie.

piątek, 7 listopada 2014

Zadra z Zadziorą

    Okazuje się, że dobrze zrobiłam, chcąc kończyć post o Zadziorze po przerwie. W międzyczasie bowiem okazało się, że przesadziłam nieco z optymizmem twierdząc, że po interwencji u jej matki dziewczę jest przynajmniej w stosunku do mnie grzeczne. Otóż - nie, nie jest :) No cóż, w Zoo jak zwykle panta rhei, czyli wszystko płynie. 
    Karolina przyszła wczoraj na polski nabuzowana jak to ona, zwyczajnie. Już na wstępie jej podpadłam, bo kazałam jej wyłączyć muzykę - słuchała przez słuchawki tak głośno, że było słychać aż przy moim biurku. Następnie zgodnie z zapowiedzią mieli napisać sprawdzian z przeczytanej [teoretycznie :)] lektury [notabene, kilkunastostronicowa nowelka Konopnickiej, wielkie halo...], więc kazałam im wyciągnąć kartki. Ponieważ Zadziora zignorowała kompletnie moje polecenie, powtórzyłam je raz jeszcze, tym razem skierowane personalnie do niej - na co odparła podminowanym tonem, że "po chuj mam niszczyć zeszyt i wyrywać kartkę, jak i tak dostanę pałę". Tjaa... Zostawiłam rzecz całą bez komentarza, kartkówka się odbyła, a Karolinie wstawiłam ndst. Panna zupełnie się tym nie przejęła, tylko wcisnęła głębiej słuchawki do uszu.
    Ponieważ calusieńka klasa zgodnie oddała puste sprawdziany, co oznaczało, że nikomu nie chciało się przeczytać w Internecie nawet streszczenia "Miłosierdzia gminy", o samym tekście nie wspominając, stwierdziłam, że zrobimy akcję "Cała Polska czyta dzieciom" - czyli przeczytam im tę nowelkę na lekcji [no bo jaki mam wybór, jeśli chcę z nimi ją omówić...?]. System miał być taki, że ja czytam powolutku i po kawałku, co jakiś czas robię pauzę, omawiamy i układamy plan wydarzeń. Małpki chętnie na to przystały - z wyjątkiem Karoliny, która stwierdziła, że to jest bez sensu, nudziarstwo i lepiej byśmy sobie po prostu o czymś pogadali. Odparłam aksamitnie spokojnym tonem, że nowelkę musimy omówić, a ponieważ jak widzę nie ma sposobu, by skłonić klasę do samodzielnego przeczytania, to musimy sobie poradzić w ten sposób. 
    Czytanie się rozpoczęło i generalnie pracowało się normalnie - tzn. małpki komentowały, a kolejne części planu pojawiały się na tablicy - z tym, że kilka razy lekturę zakłócały komentarze Karoliny w stylu: "Kurwa, ale beznadzieja!", "Zaraz rzygnę!" czy "Nie można by kurwa trochę ciszej?!" [zdaje się, że przeszkadzałam biedactwu w słuchaniu muzyki...]. Po którejś uwadze nie wytrzymałam, bo primo i święty by się w końcu wkurzył, a secundo - nie mogłam dłużej nie wyciągać żadnych konsekwencji wobec tak jawnie prowokacyjnego olewactwa. Podeszłam więc do Zadziory, otworzyłam jej zeszyt, a ponieważ rzecz jasna nie było tam ani pół słowa notatki czy nawet tematu lekcji, to oświadczyłam, że jeśli do końca zajęć nie uzupełni braków, skończy się to jedynką. W odpowiedzi usłyszałam coś w stylu [cytuję z pamięci]: "Ja pierdolę, chuj mnie to obchodzi, odpierdol się wreszcie. W dupie mam jedynki, daj mi kurwa wreszcie spokój!". Po czym dała muzykę na fula i do końca lekcji traktowała mnie jak powietrze, a po dzwonku, kiedy wychodziła z sali i poprosiłam ją, by została , po prostu przeszła koło mnie, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem.
    Słodko, prawda? No cóż, za ten incydent otrzyma Naganę Wychowawcy, pytanie tylko, co dalej. Pogadałam z Pedagożycą, a ona z Wiceszefową i póki co ma się odbyć z Zadziorą "męska rozmowa". Usłyszy na niej ultimatum mniej więcej podobnej treści: "Albo zaczynasz się zachowywać jak człowiek, albo zabieraj papiery". Oczywiście nie sądzę, by Karolina się poprawiła, nie sądzę również, żeby dobrowolnie od nas odeszła - a zatem będziemy musieli niestety poczekać, aż dowali jeszcze kilka numerów i w końcu przegnie na tyle, że wyczerpią się kary statutowe i będzie można rozpocząć procedurę dyscyplinarnego pozbycia się pełnoletniej w końcu uczennicy. To pewnie jednak potrwa co najmniej kilka miesięcy.
    Rzecz jasna, Zoo pisze różne scenariusze. Może być i tak, że zbluzga kiedyś jakiegoś nauczyciela personalnie, co skończy się pójściem na policję i zgłoszeniem obrazy funkcjonariusza państwowego na służbie [przynajmniej, jeśli trafi na mnie...]. Może nie wytrzyma na praktykach i podskoczy pracodawcy na tyle, że ten rozwiąże z nią umowę - co będzie skutkowało natychmiastowym wydaleniem Karoliny ze szkoły. Może tak, a może siak. Kto przewodzi, co świrowi strzeli do głowy...?

środa, 5 listopada 2014

Małpka nr 17 - Zadziora

    Zapoznam dziś Was, Drodzy Czytelnicy, z Karolinką, dość nowym nabytkiem z drugiej klasy zawodowej, której mam "zaszczyt" być wychowawcą. Dołączyła do nas dopiero z początkiem obecnego roku szkolnego, ale ponieważ we wrześniu wypadła jej kolejka na zajęcia w CKU, to de facto poznajemy ją w Zoo od października, czyli raptem przez 5 tygodni.


    Nim przejdę dalej, to należy Wam się mała dygresja, bo chyba nie wyjaśniałam do tej pory, szto eta CKU, czyli Centrum Kształcenia Ustawicznego. Otóż nasza zawodówka ma profil wielozawodowy i w starych murach Zoo zajmujemy się uczeniem przedmiotów ogólnokształcących, a także pomagamy w znalezieniu podopiecznym praktyk u pracodawców. Nie mamy już jednak ani warunków, ani odpowiedniej kadry, by wykładać teorię kilkunastu przedmiotów zawodowych [bo mniej więcej tyle możliwości zdobycia zawodu daje nasza szkoła]. W związku z tym mamy podpisane porozumienie z Centrum Kształcenia Ustawicznego, gdzie cyklicznie dla różnych szkół z okolicy prowadzone są stosowne zajęcia, które uzupełniają ofertę danej zawodówki o teorię związaną z przedmiotami zawodowymi. W praktyce wygląda to tak, że raz w roku szkolnym przez 3 lata nauki każdy z uczniów dostaje skierowanie do CKU i jest zobowiązany chodzić tam przez miesiąc, uczyć się, a na koniec zdać na miejscu stosowny egzamin. Rokroczne zaliczenie CKU jest warunkiem uzyskania promocji do następnej klasy. Skierowania wydaje się według klucza zawodów - czyli np. do Zoo przychodzi zawiadomienie, że we wrześniu mają się zgłosić elektrycy, mechanicy i ślusarze, w październiku sprzedawcy i fryzjerzy, a w listopadzie dajmy na to piekarze i cukiernicy. Idą więc  i przez jeden miesiąc przestają być naszymi uczniami, a stają się podopiecznymi CKU.

    Wracam jednak do Karoliny. Muszę od razu uprzedzić , że niestety nie wiem o niej tak dużo, jak o poprzednio szczegółowo opisywanych małpkach, co ma swoją przyczynę. Mianowicie jeśli przyjmujemy delikwenta do naszego gimnazjum, to wcześniej przechodzi on "rozmowę kwalifikacyjną" prowadzoną przez Wiceszefową lub Pedagożycę, które to zbierają szczegółowy wywiad o kandydacie oraz jego sytuacji rodzinnej. Mamy do tego prawo, ponieważ jest to gimnazjum, w którym nie obowiązuje rejonizacja, a zatem ostateczna decyzja, czy ucznia przyjmujemy czy nie, należy do nas. Zatem o każdej małpce, którą pozyskaliśmy na etapie gimnazjum, wiemy naprawdę bardzo dużo - zdecydowanie więcej, niż nauczyciele o uczniach w przeciętnych, zwyczajnych szkołach. Z zawodówką sprawa nie wygląda już tak fajnie, bowiem w teorii jest to normalna placówka i tylko jakoś "przypadkiem" trafiają do niej wykolejeńcy... Tutaj przyjmujemy na dobrą sprawę każdego, kto jest chętny i ma umowę o praktykę. Nie ma żadnej rozmowy kwalifikacyjnej, a więc nasza wiedza o delikwencie jest dokładnie taka sama, jak w przypadku innych zawodówek czy liceów - czyli szczątkowa - choć oczywiście sam fakt, że młody człowiek trafił do nas, już daje sporo do myślenia.
    Kiedy Karolina do nas trafiła, była jeszcze podopieczną MOW-u, czyli Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego. W drugiej połowie września skończyła jednak 18 lat, więc ją wypuszczono do domu rodzinnego. Jak każą wszystkie szanujące się podręczniki, każdą porządną charakterystykę wypada zacząć od wyglądu zewnętrznego, który w jej przypadku można ująć w pytaniu retorycznym: "A wpierdol chcesz?!". Karolina jest niską, chudą blondynką z włosami spiętymi w niedbały kucyk, ubierającą się wyłącznie w sportowe ciuchy [czyli rozciągnięte, luźne bluzy i spodnie dresowe], nie będące najczęściej pierwszej czystości. Ma rozbiegane oczka i generalnie jest typem niespokojnym, który nie umie usiedzieć kilku minut bez ruchu. Taka chłopczyca, której faceci schodzą z drogi, bo ma w zwyczaju ostro walczyć o swoje, nie myśląc przesadnie o konsekwencjach.
    Pierwsze co się rzuca w oczy, kiedy patrzymy na Karolinę, to nerwowość w ruchach i bardzo wysoki poziom agresji. Zdaje się też, że ma kompletnie za nic ogólnie przyjęte normy społeczne, a jako taki respekt czuje tylko w obliczu siły. Podam przykład. Na jednej z pierwszych lekcji polskiego miałam z nią nieprzyjemną scysję, bowiem panna weszła na zajęcia gadając w najlepsze przez telefon, a moje stanowcze polecenia, by skończyła rozmowę, zupełnie ignorowała. Natomiast kiedy odłożyła słuchawkę, to... wyleciała NA MNIE z mordą, że śmiem jej przeszkadzać w rozmowie, że jestem bezczelna i w ogóle co ja sobie wyobrażam. Tjaaa, słodkie... Cała historia skończyła się tym, że zadzwoniłam po lekcji do jej szanownej rodzicielki, z którą omówiłam całe zdarzenie i uświadomiłam, że nie mam zamiaru pozwalać na takie zachowanie i jeśli podobne wybryki będą się powtarzały, to Karolina szybko opuści mury naszej szkoły z przyczyn dyscyplinarnych [jest w końcu pełnoletnia]. Efekt jest taki, że wobec mnie dziewczę jest od tej pory ultragrzeczne [choć kiedy do mnie mówi, to słychać, jak zaciska zęby, żeby nie wybuchnąć], bo najwidoczniej uznała, że zadzieranie ze mną nie jest najlepszym pomysłem. Za to zaczęła podskakiwać do pani od angielskiego - widocznie do kogoś musi...
    Karoliny generalnie lepiej nie ruszać, bo o byle co reaguje złością i to zarówno w kontaktach z dorosłymi, jak i z kolegami z klasy. Jeśli sama z siebie nie ma ochoty pracować na lekcji, to nie ma siły, która by ją do tego zmusiła, zwłaszcza że - jak sama stwierdziła - kompletnie nie interesuje ją, jakie ma oceny, a na dopalacza i tak się jakoś wygrzebie. Jeśli nie jest w nastroju do nauki, to szczerze mówiąc bezpieczniej zostawić ją w spokoju i pozwolić słuchać muzyki przez słuchawki lub grać na telefonie, bo upominanie ją, że powinna zająć się lekcją, nieuchronnie zaowocuje potokiem bluzgów, rzuceniem zeszytem albo innym prowokacyjnym wyskokiem, który skutecznie rozwali zajęcia na dłuższą chwilę. 

    W tym miejscu chciałam Wam, Drodzy Czytelnicy zdać jeszcze relację z nader interesującego monologu Karoliny na dzisiejszej godzinie wychowawczej, spojrzałam jednak, że niniejszy post jest i bez tego już całkiem obszerny. Uraczę Was zatem tą historią za kilka dni [postaram się w piątek], bowiem jestem świadoma, że publiczność ma swoje prawa i czytanie zbyt długich postów męczy i osłabia koncentrację. Przygotujcie się zatem na Zadziory Odsłonę Drugą - a na razie życzę wszystkim miłego wieczoru :)

piątek, 31 października 2014

Smok w nowej roli

    Chwaliłam Wam się chyba, że w tym roku szkolnym rozpoczęłam staż na nauczyciela dyplomowanego. To ostatni stopień awansu zawodowego, który mogę uzyskać [chyba, że będę się ubiegała o zostanie profesorem oświaty :)] - potem niestety zgodnie z przepisami Karty Nauczyciela pozostaje mi buszczać bączury w stołek i odcinać kuponiki. 
    Ale oprócz tego, że sama wstąpiłam na wojenną ścieżkę rozwoju zawodowego, to debiutuję jako opiekun stażu. Otóż nasza pani bibliotekarka przeszła właśnie na zasłużoną emeryturę [a pracowała w Zoo dłużej, niż którykolwiek z nauczycieli], przyszła zatem pora na tzw. świeżą krew, czyli przyjęcie do Zoo nowego belfra. 
    Z tym "nowym" w prawdzie do tak nie do końca, bowiem Główna zdecydowała się zatrudnić pana Janusza - prywatnie partnera życiowego jednej z nauczycielek przedmiotów praktycznych [piszę w ten sposób, bo nie są małżeństwem]. Zna on bardzo dobrze zarówno specyfikę szkoły, jak i samo Grono Pedagogiczne, z większością nauczycielek będąc na "ty" [choć akurat nie ze mną, za krótko pracuję w Zoo]. Pan Janusz ma studia podyplomowe z bibliotekoznawstwa, więc posiada niezbędne kwalifikacje. A że dodatkowo z wykształcenia jest ratownikiem medycznym, to będzie też uczył edukacji dla bezpieczeństwa, bo tak się teraz nazywa odpowiednik szkolnego przysposobienia obronnego. Do tej pory od tego przedmiotu była u nas pani od biologii ze stosowną podyplomówką [ale na szczęście nie pani Zofia, bo mamy drugą biologiczkę :)], ale primo - robiła to z niechęcią, bo nikt inny nie miał uprawnień, a secudno - wróciła właśnie dopiero co z urlopu macierzyńskiego i prosiła Dyrekcję tylko o pół etatu, żeby mogła sobie zorganizować opiekę nad niemowlęciem bez konieczności oddawania go do żłobka. 
    Pan Janusz ma ok. 50 lat i jest "typu misiowatego", czyli wysoki, potężny i anielsko łagodny. Jestem pewna, że jako ratownik medyczny sprawdzał się znakomicie, bo z jednej strony na pewno jego charakter i wrodzony spokój działał kojąco na poszkodowanych, a z drugiej strony jak przypieprzył z pięści w klatkę piersiową, to każde zatrzymane serce musiało zacząć bić jak oszalałe :) Nigdy nie pracował w szkole, a zatem musi zacząć od najniższego stopnia awansu zawodowego, czyli nauczyciela stażysty. A takiemu rzecz jasna przydziela się "anioła" w postaci doświadczonego opiekuna, który ma czuwać nad żółtodziobem, prowadzić go za rączkę i wtajemniczać w arkana zawodu. Oczywiście powinno być tak, że takim opiekunem stażu mianuje się nauczyciela takiego samego lub pokrewnego przedmiotu, ale nie zawsze jest to możliwe - no i nie jest to "sina kaczka", czyli warunek sine qua non. I co tu dużo mówić - Główna poprosiła, żebym to ja została opiekunką stażu pana Janusza jako z całego Grona Pedagogicznego [cytuję!] "osoba najbardziej rzeczowa, sumienna i z którą się można łatwo i bez problemu porozumieć". Tjaaa... No cóż, zgodziłam się, bo samo zadanie jakoś mnie nie przeraża, a też i ładnie będzie wyglądała taka funkcja w moim własnym planie rozwoju zawodowego. Myślę nieskromnie, że panu Januszowi się krzywda przy mnie nie stanie - a dobrze pamiętam swój własny pierwszy rok pracy. Dostałam jako opiekunkę inną polonistkę, która nie bardzo kwapiła się, by mi w czymkolwiek pomagać. Tzn. gdybym ją o coś konkretnego poprosiła, to by mi pewnie wyjaśniła czy pokazała, problem jednak polegał na tym, że kiedy jesteś taką początkującą świeżynką w szkole, to nawet nie bardzo wiesz, o co pytać i na co zwracać uwagę. W rezultacie większości niezbędnych rzeczy dowiedziałam się od kilku innych pracujących tam nauczycielek, które w swej życzliwości zlitowały się nad miotającą się 23-latką - a tak to zdana byłam na własną inteligencję i zapobiegliwość. Teraz więc faktycznie staram się matkować panu Januszowi najlepiej jak umiem, bo po co ma się bidok męczyć bardziej, niż ustawa przewiduje? Pierwszy rok pracy w Zoo obiektywnie i tak będzie dla niego szokiem kulturowym :)
    Pomogłam mu więc w napisaniu planu rozwoju zawodowego [tzn. wyszukałam mu w Internecie trzy przykłady, kazałam je zmiksować, a potem sprawdziłam, czy dobrze], ciągam go ze sobą na rozmaite szkolenia, ale przede wszystkim uczę go całej niezbędnej szkolnej papierkologii - łącznie z wychowawczą, bo żeby było zabawniej, został też wychowawcą jednej z trzecich klas gimnazjalnych. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak trudną sztuką dla nowicjusza jest połapanie się, jak prawidłowo wypełnić dziennik czy arkusze ocen... Poza tym służę też radą we wszystkich możliwych szkolnych sprawach - no i wysłuchuję relacji z pierwszych zderzeń nowego nauczyciela z brutalną codziennością Zoo. Oj, jak ja to wszystko sama doskonale pamiętam... :)
    Sam pan Janusz jest typem dżentelmana starej daty, a zatem mimo tego, że mogłabym być jego córką [gdyby uwzględnić różnicę wieku], to z racji mojej formalnej funkcji jego opiekuna, traktuje mnie z całym szacunkiem należnym przełożonemu. Jest ultragrzeczny, przez pierwszy tydzień na przywitanie całował mnie w rękę [już na szczęście tego nie robi :)], notuje każdą moją uwagę czy wskazówkę i generalnie traktuje wszystko co powiem jak prawdę objawioną. A mi głupio jak cholera... :)

środa, 15 października 2014

Język Puszkina

    Moi drodzy, jestem już po pierwszych zajęciach z ruskiego.
    Póki co jest faaajnie :) Grupa docelowo składa się z 6 osób, z czego wczoraj jedna była nieobecna. Z mojego lektorskiego doświadczenia wiem, że to dobra ilość do nauki języka - daje możliwość swobodnego przeprowadzania ćwiczeń komunikacyjnych [czyli takich, w których uczący się muszą rozmawiać, zdobywać informacje, odgrywać scenki etc.]. Jednocześnie w dalszym ciągu osób jest na tyle mało, by nauczyciel mógł wyłapać, kto i w czym konkretnie potrzebuje pomocy. Zatem jest dwoje studentów [ale nie pochwalili się jeszcze, jakich kierunków] oraz prawnik i przewodniczka turystyczna - oboje ciut starsi ode mnie. Zajęcia prowadzi szefowa szkoły i lektorka w jednym, rodowita Rosjanka z Petersburga.
    A same zajęcia? Zgodnie z nowoczesną metodytką nauczania języków obcych pani Nadieżda mówi do nas niemal wyłącznie po rosyjsku, polskim posługując się tylko w celu tłumaczenia jakichś zawiłości gramatycznych. Jeśli chodzi o mój poziom, to jak na razie standard - czyli rozumiem prawie wszystko [a czego nie rozumiem, to wywnioskuję z kontekstu], natomiast kiedy mam sama coś powiedzieć, to nagle dostaję dziwnej amnezji i nie pamiętam żadnych słów :) Z czytaniem radzę sobie na poziomie moich co bardziej tępawych małpek, czyli składam bukwy i sylabizuję co dłuższe i trudniejsze wyrazy. Pisanie idzie lepiej, choć zdarza mi się od czasu do czasu "zawiesić" i za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, jak - dajmy na to - wygląda "ju" czy inne "szcz". Ale to kwestia wprawy i zmuszenia mózgu, by zaczął myśleć po rosyjsku.
    Pozytywnym skutkiem ubocznym tych lekcji będzie też fakt, że sama jako lektor języka obcego będę mogła podpatrzeć, jak ktoś inny prowadzi zajęcia. Już np. wczoraj pani Nadieżda zrobiła nam na wstępie lekcji bardzo fajne ćwiczenie na zadawanie pytań i mam zamiar je w przyszłości wykorzystać z moimi obcokrajowcami. Odświeżę więc nie tylko rosyjski, ale również mój warsztat metodyczny.
    A na razie pilnie i skrupulatnie odrabiam pracę domową. Lubię się uczyć, ale o tym już Wam na pewno mówiłam :)

piątek, 10 października 2014

Na klęskę urodzaju - ciasto

    Tytułowa klęska urodzaju dopadła Seniorkę. Otóż jabłonki w sadzie w jej wiejskiej posiadłości owocują jak wściekłe. Jabłek jest kilka odmian [co kto lubi], wszystkie piękne, dorodne, rumiane... i w nieprzejadalnych ilościach. Seniorka obdziela nimi kogo tylko może, czyli wszystkich krewnych i znajomych Królika, ale ile jedna przeciętna rodzina może wziąć na użytek własny? Skrzynkę, góra dwie - a to doprawdy śmieszna ilość w porównaniu do tego, co jeszcze wisi na drzewach oraz co już zostało zebrane. Ostatnio wpadłam nawet na pomysł, by zawieźć owoce do Zoo i porozdawać małpkom w ramach jakiejś akcji zdrowotnej [albo politycznej: "Jedzcie jabłka na złość Putinowi" :)]. No bo coś trzeba z tym zrobić, przecież się nie wyrzuci...

    Tydzień temu pojechaliśmy do Seniorki w towarzystwie kolegi z pracy Hipka, który załadował jabłkami cały bagażnik i pół tylnego siedzenia osobówki - a i tak nie widać różnicy "przed" i "po". Sami też zabraliśmy trochę owoców na użytek własny, których oczywiście jeszcze nie przejedliśmy do końca. W ramach przyspieszenia tego procesu popełniłam za to ciasto jabłkowo-budyniowe. Nie pamiętam już, skąd mam przepis, ale jest dobre, sprawdzone i łatwe w przygotowaniu. A że dawno razem nie buszowaliśmy w kuchni, Drogi Czytelniku, to chętnie podzielę się recepturą.



CIASTO JABŁKOWO-BUDYNIOWE

SKŁADNIKI:
5 jajek
1 szklanka cukru
2 szklanki mąki pszennej
pół szklanki mąki ziemniaczanej
kostka margaryny
łyżeczka proszku do pieczenia
2 łyżki śmietany
2 budynie śmietankowe
litr mleka
ok. kilograma jabłek [kwaśnych - u nas szare renetki]
cynamon

Margarynę [dość miękką, a nie przed chwilą wyjętą z lodówki] utrzeć z cukrem i jajkami. Dodać mąkę pszenną, ziemniaczaną oraz proszek. Wszystko ubić znów mikserem na jednolitą masę. Jabłka obrać i pokroić na drobne kawałki [albo utrzeć na tarce, jeśli się komuś chce w to bawić :)]. Budynie ugotować zgodnie z przepisem na torebce. 
Na wysmarowanej i wysypanej bułką tartą blaszce rozsmarować 3/4 ciasta [uwaga, będzie dość gęste]. Na to wyłożyć jabłka, posypać cynamonem i zalać równomiernie gorącym budyniem. Do pozostałego ciasta dodać śmietanę i przykryć tym wierzch ciasta. Piec około godziny w temperaturze 180 stopni.
Prawda, że proste?
Smocznego :)


czwartek, 25 września 2014

Podmienili Kibolka

    Kibolek - co było do przewidzenia - nie zdał do drugiej klasy. Był nieklasyfikowany z kilku przedmiotów, a że żaden nauczyciel nie kwapił się specjalnie, by prosić Radę Pedagogiczną o łagodny wymiar kary dla niego [czemu trudno się dziwić...], to Krzyś ma kolejny rok w plecy. Trafił więc do 1B, w której... uczę języka polskiego, bo jakże by inaczej... :)
    I tu, mój Drogi Czytelniku, niespodzianka. Otóż mija już prawie miesiąc, a Kibolek zachowuje się tak, jak by startował w konkursie na Ucznia Roku. Milutki, uprzejmy, w pas się nauczycielom kłania, zeszyty i długopisy nosi, pracuje na zajęciach, zgłasza się sam do odpowiedzi. No chłopaka w czasie wakacji krasnoludki podmieniły po prostu.
    Jako że Zoo jest małą, kameralną szkołą [i całe szczęście, bo tylko dzięki temu mamy szansę jakoś panować nad tym całym chaosem], to takie spektakularne zmiany są zawsze żywo dyskutowane w pokoju nauczycielskim. Razem z moimi kolegami i koleżankami po fachu snujemy więc domysły, co się takiego stało, że Krzyś z nieobliczalnego świra zmienił się w sympatycznego i - jak na warunki Zoo - pracowitego delikwenta. Czynników jak zwykle jest zapewne kilka. Po pierwsze - na pewno pomogła zmiana klasy. Wylądował w malutkiej, ledwo 12-osobowej grupce, złożonej z w miarę spokojnych, "sierotowatych" uczniów - w dodatku wyłącznie płci męskiej, co oznacza, że nie ma się przed kim popisywać. Po drugie - zmiana wychowawcy. Trafił mianowicie spod pieczy niekonsekwentnej i chimerycznej Grażynki pod kuratelę wuefisty Zdzisia. Pomógł już zapewne sam fakt, że wychowawcą Kibolka został facet - ale w dodatku Zdzisiek jest osobą, która rokrocznie w anonimowych ankietach szkolnych jest typowana przez uczniów jako nauczyciel, którego obdarzają największym zaufaniem. Czemu tak jest, to dłuższa historia, bo u nas wuefiści mają mocno nie-belfrowskie podejście do uczniów, co wynika oczywiście i z płci [no na ogół mężczyzna lepiej dogaduje się z nastoletnim bandziorem i nie ma na to rady...], i z racji naczanego przedmiotu [na boisku czy w zaciszu szatni można sobie pozwolić na zdecydowanie inny wachlarz "środków pedagogicznych", niż przemawiając do młodzieży w klasie, ex catedra]. Tak czy siak, oddanie Kibolka pod opiekę Zdziśkowi było na pewno dobrym pomysłem. I wreszcie po trzecie - co nie ukrywam, ja sugeruję z całą mocą - spokojne zachowanie Krzysia prawdopodobnie jest wynikiem wreszcie dobrze dobranych leków [bo chłopak leczy się psychiatrycznie, jakże by inaczej...]. Jakkolwiek by nie było, efekt się liczy.
    Sam Kibolek nota bene zagadnięty przeze mnie na jednej z lekcji wprost o powód takiego uspokojenia się stwierdził z rozbrajającą szczerością, że już ma po prostu dosyć kiblowania w pierwszej gimnazjum. "Pani wie, ja już trzeci rok jestem w pierwszej klasie. No rzygam już "Krzyżakami" i "Dziadami". Ile można? Przydałoby się w końcu zdać do drugiej, nie?". Hmm, trudno zaprzeczyć :) No i chłopak faktycznie się stara, choć wynikają z tego dość zabawne sytuacje. Kiedy na jednej z lekcji dostał u mnie piątkę z Karty Pracy, to był tak podekscytowany, że pobiegł na przerwie pochwalić się do Pedagożycy :) Ostatnio natomiast sam zgłosił się do odpowiedzi - bogowie starożytnej Grecji plus odpowiednie związki frazeologiczne. Obryty był aż miło, więc dostał kolejną piątkę, którą kazał sobie wpisać do zeszytu obok przysługującej mu naklejki [za czwórki i piątki rozdaję dzieciakom specjalne naklejki, które otrzymałam od wydawcy podręcznika szkolnego :)]. Na tej samej lekcji dostali ćwiczenia do wykonania na ocenę związane z mitem o Demeter i Korze. No i praca Kibolka wyglądała tak, że połowa zadań była zrobiona wzorcowo, a połowa na odwal się. Postawiłam mu więc dostateczny, co skomentowałam w następujący sposób:

- Krzysiu, ale czemu nie zrobiłeś trzech ostatnich ćwiczeń? Przecież spokojnie dałbyś radę, widzę, że jesteś w dobrej formie. Nie chciało ci się, czy jak?
- Szczerze pani powiedzieć? Przychodzi do mnie dziś kuratorka, będzie oglądać zeszyt. Przecież jak by zobaczyła, że dostałem dwie piątki na jednym polaku, to w życiu by nie uwierzyła. Powiedziałaby, że ściągałem albo coś... Albo że podrobiłem pani podpis.

    Tjaaa... Odparłam, że następnym razem ma się tym nie przejmować, a pani kurator w razie wątpliwości może zawsze do mnie zadzwonić :)

czwartek, 18 września 2014

A-a-a, kotecki dwa

    Dziś króciutko - taki drobiazg na poprawę humoru [jeśli ktoś ma zły] ze szczególną dedykacją dla Magulca.
    Hipek zmienił niedawno tapetę w komputerze - a zamiłowanie miał zawsze do takich "z jajem". Aktualne tło najbardziej spodobało się Jej Wysokości. I chyba trudno się dziwić :)


wtorek, 16 września 2014

Jabłko niezgody - przyczyna... jedynki

    Jedną z form wypowiedzi, jaką powinni opanować gimnazjaliści, jest opis dzieła malarskiego. Uczy się ich tego od pierwszej klasy. Jak każda praca pisemna, tak i ta ma określony porządek - czyli najpierw autor, tytuł i "dane" obazu [np. kiedy go namalowano, jaką techniką, gdzie się obecnie znajduje]. Potem pierwszy plan, drugi plan i tło. Następnie coś o kompozycji i kolorystyce, a na koniec ocena z uzasadnieniem. Podaje się delikwentom rzecz jasna użyteczne słownictwo i zbiór potrzebnych synonimów [żeby nie pisali cały czas "na obrazie jest" - znajduje się, widnieje, widać, można dostrzec, namalowano etc.]. Wałkuje się to rokrocznie na 2-3 przykładach, zapoznając dzieciarnię przy okazji z wymaganym przez podstawę programową kanonem malarstwa europejskiego. Przykładowo moi uczniowie obowiązkowo opisują fragment fresku ukazujący stworzenie Adama z Kaplicy Sykstyńskiej, "Sąd Ostateczny" Memlinga czy "Upadek Ikara" Bruegla.
    Trzecia klasa gimnazjum to czas generalnych powtórek, więc po drobiazgowym omówieniu mitu o przyczynach wojny trojańskiej [a wiecie, że na punkcie mitologii greckiej mam świra], zarządziłam w klasie 3B - tej fajnej od wiązania krawatów i projektu edukacyjnego z savoir-vivru - pracę klasową z opisu obrazu "Sąd Parysa" Petera Paula Rubensa. 



    Jako się rzekło, mit już doskonale znali, ale aby panom jeszcze bardziej ułatwić zadanie [wszak jesteśmy w Zoo bądź co bądź...] , najpierw szczegółowo omówiliśmy, kim są przedstawione na obrazie postacie i jakie mają atrybuty. Przypomniałam im rzecz jasna, jaki jest porządek tej formy wypowiedzi - a potem dałam z pół godziny na zmajstrowani opisu. 
    Tjaaa...
    Wiadomo, że w każdej klasie są i orły, i nieloty - ale szczerze mówiąc po mojej ulubionej 3B aż takich kwiatków się nie spodziewałam. Cytuję co bardziej hardcorowe prace zachowując pisownię oryginalną... Przypisy w nawiasach kwadratowych są moje.

Dzieło "Sąd Parysa" powstało w 1639 roku namalował Peter Paul Rubens. Obraz przedtawia fragment mitu o wojnie trojańskiej. Na którym przedtawia 3 nagie kobiety: Atena, Hera, Afrodyta i dwuch mezczyzn Hermes i Parys. Hermes jest zmyslony [sic!] Parys czyma jabłko [szczegół, że jest akurat odwrotnie...] i daje je z jednej z nich, bo muszą wybrać ktura jest najpiękniejsza. Obraz mi sie nie podoba bo są 3 gołe baby grube i dwuch facetów którzy się na nie patrzą. Jak dla mnie wogule ten obraz nie ma przekazu.


Autorem obrazu jest Peter Paul Rubens. Na obrazie po lewej jest Parys. Od prawej są trzy nagie kobiety przy jednej stoi dziecko. Po lewej jest drzewo a obok drzewa czarno-biały pies. Na obrazie widać owca. Kobiety mają na sobie tylko biało czerwone szaty. Parys trzyma kij którym się podpiera. Hermes ma na głowie kapelusz i pomarańczową szatę. Obraz mi się nie podoba ponieważ kobiety są grube otyłe i gołe.


Autorem obrazu jest Peter Paul Rubens pod tytułem sąd Parysa. Na obrazie znajdują się trzy nagie kobiety Hera, Atena i Afrodyta. Pod nimi jest również nagie dziecko. Po lewej stronie obrazu znajduje się Parys i Hermes. Hermes ma na głowie kapelusz a w lewej ręce trzyma w górze jabłko. Parys siedzi na drzewie i jest zamyślony patrząc na nagie kobiety. Za drzewem stoi przywiązany do drzewa pies patrzący na Parysa. W prawym górnym rogu siedzi na gałęzi paw. Z oddali widać owce pasące się. Moim zdaniem obraz mi się nie podoba bo nie ma w nim nic ciekawego.

    A ten kolega to już w ogóle odjechał, bo jak widać nawet mu się na lekcji nie chciało uważać...

Opis obrazu Peter Paul Rubens, Sąd Parysa. Dzieło przedstawia trzy nagie kobiety Atene, Here i Afrodyte oraz dwóch męrzczyzn Parysa i Hermes trzymający jabłko niezgody. Parys ma wybrać sobie żone z tych trzech, Atena dawała mu mądrość, Hera władze i Atena ręke Heleny. Widać jak Parys się zastanawia którą wybrać. Każda z nich ma jakiś atrybut. Obraz mi się nie podoba ponieważ są brzydkie nagie kobiety.


    Muszę przyznać, że trochę się załamałam, bo miałam o umiejętnościach panów z 3B trochę lepsze zdanie. Zjechałam więc ich przy oddawaniu prac od góry do dołu, mówiąc między innymi, że to siara nie umieć zdania poprawnie skonstruować w ojczystym języku i że nawet moi obcokrajowcy na ogół wiedzą, że "na obrazie widać - kogo? co? - owcę", a nie "owca"... Po opierdzieleniu towarzystwa całą godzinę poświęciliśmy na wspólne zredagowanie opisu jeszcze raz, przy czym stałam nad każdym i pilnowałam, żeby przepisał do zeszytu bez żadnych skrótów, bo "psze pani, przecież ja to już będę wiedział...". A na następnej lekcji mieli wykonać opis dzieła malarskiego jeszcze raz - z tym, że każdy dostał już co innego. A żeby ich zmusić do chwii refleksji nad własną "twórczością literacką" zarządziłam, że każdy delikwent przed oddaniem mi pracy ma obowiązek przeczytać na głos swoje wypociny koledze z ławki. Bo wiecie - jak usłyszy jeden z drugim, że "dzieło przedstawia Parysa i Hermes", to przecież zorientuje się, że coś jednak nie halo...
    Na całe szczęście druga próba poszła znacznie lepiej. Postawiłam nawet jedną piątkę, a tak to były trójki z czwórkami - i ani jednej jedynki. Odetchnęłam, bo to znaczy, że są wyuczalni, jak się nimi odpowiednio potrząśnie. Przyznacie jednak, że jest lekko przerażające, aby praktycznie pełnoletni młodzian nie umiał w miarę poprawnie opisać, co widzi...

czwartek, 11 września 2014

A róbta co chceta...

    W tym roku przydzielono mi prowadzenie zajęć w trzeciej zawodówce. Uczyłam ich w pierwszej klasie - rok szolny 2012/2013 - a potem przez rok dostali się innej polonistce z Zoo. Co prawda, nazwanie tego zespołu "klasą" jest wyrażeniem mocno na wyrost, bowiem z pierwotnego, 34-osobowego składu do trzeciej klasy dotarło... 6 małpiątek. No poważnie mówię :) Sami moi starzy znajomi: Bartuś, którego swojego czasu nakłoniłam do przeczytania "Małego Księcia", Karol, jeden z pozytywnych zapaleńców od "Władcy Pierścieni", Kamil, który dał popis na lekcji o hymnie oraz trzy dziewczątka, w tym dwie fajne, a jedna zarozumiała, ale za to na wysokim poziomie intelektualnym. No ale mniejsza z tym - ilu by ich nie było, to klasa jest, a więc mają według programu nauczania dwie godziny polskiego w tygodniu.
    I tu wyniknął niezły numer. Otóż ta klasa jest pierwszym rocznikiem, który został objęty nową podstawą programową zakładającą obowiązkowe wydłużenie czasu nauki w zawodówkach z dwóch do trzech lat [do tej pory uzależnione to było od wybranego zawodu]. Wygląda jednak na to, że polonistka, która miała ich w drugiej klasie, kompletnie o tym zapomniała. W rezultacie przerobiła z nimi CAŁY przewidziany na 3 lata materiał. Gwoli ścisłości zostały jej jakieś resztki ze współczesności w stylu "Tanga" Mrożka czy innej poezji Barańczaka, ale na tym koniec. Oznacza to ni mniej, ni więcej tylko to, że z formalnego punktu widzenia Smoczyca ma zrealizowany cały obowiązkowy, nałożony przez ministerstwo program. 
    I w związku z tym na dobrą sprawę mogę z tymi dzieciakami robić na lekcjach, co mi się żywnie podoba...
    Oczywiście pierwszym moim krokiem było zakomunikowanie tego jakże radosnego faktu samym zainteresowanym, choć zajęło mi to z przyczyn technicznych aż trzy lekcje. Dlaczego? Ano na pierwszych zajęciach był tylko Bartek, na drugich tylko Kamil, a dopiero na trzecich miałam dzikie tłumy w postaci czterech osób. Nota bene tak to niestety pewnie będzie wyglądało - nie dość, że jest ich z założenia garstka, to jeszcze będą mi przychodzić mocno nieregularnie. W takich warunkach w ogóle ciężko mówić o możliwości zrealizowania jakiegoś konkretnego planu. Ale przecież coś robić przez cały rok trzeba - i jeszcze z tego odpytywać, robić klasówki, wstawiać oceny... Powiedziałam więc moim uroczym małpiątkom wprost, że mamy wolną rękę i w zasadzie to od nich zależy, czym się będziemy na polskim zajmować: 

JA: Macie bojowe zadanie na wrzesień - przemyśleć, co chcecie robić. Mogę was uczyć, jak pisać CV czy list motywacyjny, możemy pisać listy urzędowe i podania, np. do skarbówki, na policję... Co do książek, to możemy omawiać, co wam się tylko podoba, czyli precz z "Panem Tadeuszem", niech żyje "Harry Potter". Możemy też oglądać na zajęciach dobre, współczesne kino - bo na "Kiepskich" się jednak nie zgodzę, moi państwo - i potem sobie urządzać dyskusje. Jasne, że muszę stawiać oceny i robić wam sprawdziany - bo w końcu trzeba was jakoś sklasyfikować - ale to mogą być rzeczy, które was interesują i przez to lepiej wam wejdą do głowy.

    No to teraz czekam na ich propozycje. Karol bąknął coś o "Wiedźminie" i tu jestem jak najbardziej za, choć pewnie skończy się na kilku opowiadaniach Sapkowskiego, bo nie sądzę, by wszyscy jak jeden mąż tak ochoczo przeczytali calusieńką sagę o Geralcie z Rivii... Na razie ja coś będę im wymyślać. Na jutro przewidziałam lekcję o limerykach Szymborskiej. Poczytamy, pośmiejemy się, a potem spróbuję ich namówić, żeby poukładali własne. Na oceny, rzecz jasna :)


Pewien baca w kurnej chacie
z owieczką żył w konkubinacie.
Ta beczy: „Ja to nawet lubię,
ale czy myśli pan o ślubie?
Bo jeśli nie, poskarżę tacie".

Pewien młody wikary w Lozannie
lubił chodzić w rozpiętej sutannie.
Lecz na widok kardynała
gasła w nim fantazja cała
i zapinał się starannie.

wtorek, 9 września 2014

Wrzesień w Zoo

    My tu gadu-gadu o jakimś rosyjskim, a tu drugi tydzień roku szkolnego za pasem, a Smoczyca nie napisała jeszcze nic o tym, co się dzieje w Zoo. Musicie mi to wybaczyć [po prawdzie w sumie - i tak nie macie wyjścia :)], bo naprawdę początek nowego semestru miałam bardzo zabiegany. A ponieważ właśnie trafiło mi się luźniejsze popołudnie, to spieszę nadrobić zaległości. Zbiorczo.

1) Interesuje Was może, jak potoczyła się sprawa z Jacusiem od unieważnionego egzaminu? Jak łatwo przewidzieć, zdał poprawkę na tym dodatkowym terminie. Gwoli ścisłości, mnie w komisji nie było na mój własny wniosek, bo to już by była jakaś farsa, żebym kolesia pytała po raz trzeci... Szybko więc złożył papiery i wylądował w naszej zawodówce - w klasie, w której na szczęście nie uczę. Czemu na szczęście? Zadam pytanie retoryczne - jak sądzisz, Drogi Czytelniku, w jaki sposób zachowuje się młody człowiek, który właśnie przekonał się, że może kompletnie olewać system, a i tak go jakaś "tajemnicza siła" cudem wyciągnie z podbramkowej sytuacji? No jak to jak, skoro się przekonał, że mu wszystko wolno...? Już po pierwszych dniach co przerwę tylko słychać było w pokoju nauczycielskim narzekania na Jacka - że nic nie robi, siedzi z tyłu rozwalony w ławce, gada w najlepsze z dziewczynami [szczęśliwy zapewne, że wreszcie jakieś dookoła są, bo chodził poprzednio do męskiej klasy], a nauczyciela traktuje jak powietrze. Zresztą, kiedy został w końcu objechany przez panią od WOS-u, to uśmiechnął się tylko promiennie i spytał aksamitnym głosem: "No i co mi pani zrobi?". Tjaa... Jedyna nadzieja w tym, że Jacek póki co nie ma załatwionej praktyki, co jest warunkiem koniecznym, by być uczniem szkoły zawodowej. Jeśli jej sobie szybko nie znajdzie, to będzie go można skreślić, a szkolna opiekunka praktyk stwierdziła, że ma w nosie i palcem nie kiwnie w jego sprawie [nie ma takiego obowiązku - chłopak jest pełnoletni], niech sobie sam szuka. Cóż, mam nadzieję, że będzie konsekwentna. Póki co niestety Dragonka może z ponurą satysfakcją mruczeć: "A nie mówiłam...?".

2) Odpukać w niemalowane, ale za to bardzo poprawiła się atmosfera w 2A - czyli dawnej pierwszej, w której wychowawczynią jest informatyczka Grażyna [dla przypomnienia: było o nich w tym poście, a także  tutaj]. Powodem takiego stanu rzeczy jest fakt, że bardzo zmienił się skład osobowy grupy. Przede wszystkim nie zdał Kibolek, co wszyscy [łącznie z uczniami] przyjęli z wyraźną ulgą, a także doszło kilku nowych - i "spadochroniarzy" [czyli powtarzających klasę], i dzieciaków z zewnątrz, które po prostu nie poradziły sobie w zwyczajnych szkołach. I tak się składa, że są to bardzo pozytywne osoby - przynajmniej do tej pory. Jest Tadek, niezbyt lotny, ale za to cichutki, grzeczny chłopczyk karnie notujący wszystko w zeszyciku [rzecz w Zoo bardzo rzadko spotykana :)]. Jest Leszek, który w zeszłym roku miał indywidualne nauczanie, a że polskiego akurat uczyłam go ja, więc pewnie nie będzie podskakiwał. Są wreszcie cztery nowe przemiłe dziewczynki - oczywiście o niekoniecznie wysokich możliwościach intelektualnych [bo w końcu bez powodu by do nas nie trafiły...], ale za to uśmiechnięte, niezdemoralizowane i zachowujące się jak normalne, zwykłe uczennice. A wiecie - jeśli w klasie są uczniowie, którzy wykonują polecenia nauczyciela, tzn. notują, zgłaszają się i pytają, kiedy czegoś nie rozumieją, to siłą rzeczy reszta towarzystwa TEŻ przestaje błaznować, bo tak jakoś im głupio... A na sam koniec mamy nad wyraz interesujące drugoroczne dziewczę, które do tej pory znane mi było tylko z widzenia, z korytarza. Czemu interesujące? Hmm...

(pierwsze zajęcia, sprawdzam obecność)
JA: Weronika Jabłońska?
LAURA: COO?? Ta lesba jest u nas w klasie? NAPRAWDĘ???
JA: (tak łagodnym głosem, jak umiałam): Laura, ale co to za komentarz...? Nawet, jeśli to prawda, to przecież nie jest najważniejsza cecha waszej nowej koleżanki. Jak bym mówiła o tobie, to nie powiedziałabym: "Laura, ta heteryczka...".
LAURA: Taaak? A widziała ją pani...?

    No cóż, co racja, to racja... Zapewniam Was, że gdyby nie odrobina odznaczającego się jednak pod ubraniem Weroniki biustu, to dali byście sobie rękę odciąć, że macie do czynienia z chłopakiem - i to pomimo faktu, że dziewczyna ma długie włosy! Sposób zachowania, mimika, gesty, mowa ciała, ubranie rzecz jasna, nawet tembr głosu - no męskie jak jasna cholera... Oczywiście za mało o niej na razie wiem, ale na moje oko Weronika może mieć spore kłopoty nie tyle z orientacją seksualną, co po prostu z tożsamożsią płciową. Mnie to akurat rybka - bo przecież oceniać ją będę za wiedzę i podejście do nauczanego przeze mnie przedmiotu, a to, czy czuje się mężczyzną, czy kobietą, nie ma dla mnie nic do rzeczy - ale wyobraźcie sobie, jaką sensację "takie coś" wzbudza w Zoo. Rzecz jasna - za jej plecami, kiedy zainteresowana nie słyszy. Dziewczyna zdecydowanie wygląda bowiem na taką, która potrafi dać w mordę, jeśli zajdzie potrzeba. Nikt jej nie zaczepia, nie ma głupich...

niedziela, 7 września 2014

Świat jest mały

    Dragonka odgrażała się od dłuższego czasu, że wreszcie weźmie się porządnie za naukę rosyjskiego. W moim przypadku lekcje z samodzielnym programem multimedialnym nie zdają egzaminu - choć aby być całkiem sprawiedliwą, to dużo w tym i mojej winy, bo ciężko mi sobie samej narzucić reżim i pilnować, by nauka była regularna. Jak może pamiętacie zakładałam, że odświeżę język poprzez zajęcia z zaprzyjaźnioną Ukrainką w systemie tandemowym, czyli ja jej polski, a ona mi rosyjski. To też jednak nie wypaliło, bo moja uczennica - z całym szacunkiem i sympatią dla niej, bo to naprawdę fajna, inteligentna i wykształcona kobieta - nie jest profesjonalną nauczycielką i niestety nie potrafi uczyć... Owszem, mogę ją poprosić, by sprawdziła mi ćwiczenia, słuchała, jak kaleczę język w trakcie czytania czy po prostu mówiła do mnie - ale na moim poziomie rosyjskiego potrzebuję jednak kogoś, kto wyjaśni mi pewne rzeczy fachowo od środka. Postanowiłam zatem zapisać się na regularne lekcje.
    Zapyta ktoś - a na cholerę ci to potrzebne? Hmm... Po pierwsze: to po prostu mam ochotę :) Po drugie: dawno się niczego nie uczyłam [w końcu od ukończenia studiów podyplomowych minął rok], a mój mózg już tak ma, że jeśli go co jakiś czas porządnie nie nakarmię, to zaczyna się buntować. Mówię całkiem poważnie - lubię się uczyć i jeśli długo nie mam możliwości poznawania czegoś nowego, to zaczyna mi tego naprawdę bardzo brakować i do głowy przychodzą mi różne głupie myśli. No a po trzecie - bo w końcu przydałby się na wskroś pragmatycznemu Smokowi jakiś racjonalny powód - rozpoczynam w tym roku staż na nauczyciela dyplomowanego. Trzeba tam spełnić różne wymogi, a jednym z nich [choć opcjonalnym] jest opanowanie języka obcego na poziomie zaawansowanym. No to w trzy lata powinnam się wyrobić... :)
    Decyzja zapadła, pozostało mi zatem znalezienie nauczyciela. Lekcje indywidualne odpadają niestety ze względów finansowych, a zatem musi to być szkoła językowa. Tutaj też musi być spełnionych kilka warunków: w miarę niedrogo [no niestety...], w dogodnej lokalizacji i w odpowiednio dopasowanych do mojego grafiku godzinach [żebym mogła pogodzić naukę z pracą przemieszczając się po mieście bez samochodu, skazana wyłącznie na komunikację zbiorową]. Trzeci warunek - szukałam w miarę możliwości szkoły specjalizującej się TYLKO w nauczaniu rosyjskiego, a nie językowej spółdzielni, kształcącej we wszystkich możliwych językach świata. Może moje wymagania wydają się zbyt wygórowane, ale wyobraźcie sobie, że znalazłam takie miejsce. Pojechałam więc tam w zeszły czwartek zobaczyć wszystko na włane oczy i zapłacić pierwszą ratę za zajęcia, o ile mi się spodoba.
    "Szkoła" jest naprawdę kameralna, bo mieści się w jednym, dużym pokoju, a lekcje na wszystkich poziomach prowadzi szefowa-nauczycielka [gwoli ścisłości - Rosjanka z wykształceniem filologicznym]. Zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, ale nie to było najlepsze. Otóż od słowa do słowa okazało się... że to przyjaciółka Jekateriny, czyli Rosjanki, którą uczyłam w lipcu na indywidualnych zajęciach :) Nota bene - moja przyszła nauczycielka sama Katię "wykopała" do naszej szkoły językowej, bo chodziła do niej 10 lat temu, kiedy przyjechała do Polski i musiała nauczyć się języka. I faktycznie podobno Katia była bardzo zadowolona z zajęć ze mną, bardzo mnie chwaliła i jak najbardziej zamierza wrócić na jesieni.
    Ano zobaczymy. Lekcje rosyjskiego zaczynam od połowy października od poziomu A2. Ergo - mam miesiąc na to, by przestać sylabizować, kiedy czytam bukwy. Przede mną i "moją" Ukrainką bardzo poważne zadanie :)

sobota, 30 sierpnia 2014

Nauczycielom ku przestrodze

    Ponieważ wiem, że wśród Szanownych Czytelników są moi koledzy po fachu - czyli nauczyciele - chciałam opowiedzieć Wam pewną dość nieprzyjemną historię, która wydarzyła się ostatnio w Zoo. Zastanawiałam się, czy w ogóle o tym wspominać na blogu, bo mam po tej całej akcji tak po ludzku spory niesmak. Doszłam jednak do wniosku, że może moje doświadczenie się komuś przyda - czyli tak, jak to określiłam w tytule posta, relacjonuję wszystko "ku przestrodze".

    Jacek uczęszczał do osławionej 3B - męskiej, rozbrykanej klasy, niedopilnowanej odpowiednio przez wychowawczynię. Nota bene to ta sama, do której chodził wspominany tu kilkakrotnie Rambo, ale też z drugiej strony i Wojtuś, nagrodzony przeze mnie na koniec roku amuletem wiedźmińskim. Mniejsza z tym - dość powiedzieć, że w klasie nie były wypracowane odpowiednie normy i w rezultacie chłopcy traktowali "obowiązki szkolne" nader swobodnie, co skutkowało tym, że tak z połowa składu kwalifikowała się na enkaele, a kiedy już się w szkole pojawiali, to i tak w najlepszym razie nic nie robili [bo w najgorszym - rozwalali zajęcia]. Wracając do Jacka - nie odbiegał podejściem od reszty, czyli chodził do szkoły od przypadku do przypadku, a jeśli już był, to i tak na pewno nie po to, by robić cokolwiek konstruktywnego. Uczyłam go dwa lata i przez ten czas nie doczekałam się, by założył zeszyt czy nawet przyniósł długopis [sic!], a na palcach jednej ręki mogłabym policzyć lekcje, na których chciało mu się pracować. Po prawdzie to Jacuś ma mózg tak przepalony marihuaną, że bardzo często po prostu nie orientuje się, co się dookoła niego dzieje. Efekt typowych "dziur w mózgu", czyli ubytków w pamięci krótkotrwałej - mówisz do niego, a on się tylko ładnie uśmiecha, potakuje, a za chwileczkę zupełnie nie pamięta, o czym z tobą rozmawiał.
    Na tle klasy jednak Jacek wyróżniał się na pewno jednym szczegółem - generalnie był sympatyczny i dało się go lubić. Kojarzycie komedię polską z lat '90 pt. "Chłopaki nie płaczą"? Był tam bohater nazywany "Laska", ten, który chciał zostać ambasadorem na Jamajce. Jeśli go kojarzycie, to Jacek jest dokładnie takim typem człowieka, czyli wiecznie uśmiechnięty, wyluzowany i ogólnie rzecz biorąc nieszkodliwy. A że jeszcze bywał pomocny - jeśli już przyszedł do szkoły - to wielu nauczycieli go po prostu lubiło. Bo a to liście na podwórku koło szkoły zamiótł, a to ławki w sali wyczyścił, a to stół do ping-ponga rozłożył... No i tak to się Jacuś ślizgał po naszym gimnazjum z klasy do klasy, bo wszyscy się nad nim litowali i go puszczali.
    W trzeciej klasie jednak przesadził z niechodzeniem nawet jak na standardy Zoo, a w dodatku w okolicach końca pierwszego półrocza skończył 18 lat. Miał więc zostać wywalony - odpowiednia procedura się rozpoczęła, ale rodzicom chłopaka udało się wybłagać u Głównej "ostatnią szansę" dla syna. Poprawa trwała około miesiąca, a potem Jacuś wrócił do starych nawyków. Końcówkę roku miał bardzo nerwową, bo groził mu enkael z kilku przedmiotów, ale i tym razem prawie wszyscy nauczyciele się nad nim zlitowali na zasadzie: "niech już kończy tę szkołę i idzie w cholerę". Prawie wszyscy - bo z wyjątkiem mojej skromnej osoby. W mojej ocenie wszystko ma swoje granice i to, że ktoś jest miły i uśmiechnięty, absolutnie nie może równoważyć faktu, że kompletnie nic nie robi na lekcjach polskiego, a frekwencję ma poniżej 40% [przy wymaganych 50%]. Postawiłam mu więc konsekwentnie enkaela, mimo że kilku nauczycieli wprost mnie prosiło, abym go jednak puściła, bo on taki miły, nieszkodliwy, a już pełnoletni, więc jak teraz szkoły nie skończy, to będzie miał problem... Byłam nieugięta, ale Rada Pedagogiczna przegłosowała mu prawo do egzaminu klasyfikacyjnego. Jak można się było domyślić, przyszedł na niego uśmiechnięty, wyluzowany - i kompletnie nieprzygotowany. Ulałam go więc i odesłałam na poprawkę w sierpniu.
    Uwaga, Panie i Panowie, przechodzimy do finału. Myślicie może, że Jacek wyciągnął jakiekolwiek wnioski? Ale gdzie tam... Obie części egzaminu - i pisemną, i ustną - oceniłam na niedostateczny, bo tak słabo się orientował, że nawet nie bardzo rozumiał zadawane pytania. Przyszedł na bezczelnego sądząc pewnie, że i ja się w końcu zlituję, a tu nic z tego. Nawiasem mówiąc razem z nim poprawkę zdawał Rambo, który oprócz tego, że jest zdemoralizowanym gnojkiem, to inteligencji mu jednak odmówić nie można. Rambo nie miał złudzeń i doskonale zdawał sobie sprawę, że jest u mnie maksymalnie podpadnięty. Co więc zrobił? Ano NAUCZYŁ SIĘ - i zdał. Serio, jak gościa szczerze nie trawię, tak z czystym sumieniem postawiłam mu dopalacza, bo widać było, że się przygotował. Tego samego niestety nie można było powiedzieć o Jacku - a zatem siadaj, niedostateczny, nieskończone gimnazjum.
    Myśleliście, że to koniec? Nic bardziej mylnego. Przychodzę następnego dnia do Zoo i dowiaduję się, że... egzamin poprawkowy Jacka będzie powtórzony ze względów PROCEDURALNYCH. Otóż przepisy stanowią, że w skład komisji musi wchodzić Dyrektor lub Wicedyrektor, nauczyciel uczący jako egzaminator oraz inny nauczyciel tego samego lub pokrewnego przedmiotu. W praktyce u nas w Zoo najczęściej Głównej Szefowej nie ma na sali, chyba że to egzamin z przedmiotu, którego sama uczy - bo jej się mówiąc wprost albo nie chce tam siedzieć, albo [też wcale nierzadko] ma w tym czasie masę swojej własnej, administracyjnej roboty. Taki stan rzeczy jest u nas normą [no bo co - pójdzie ktoś z nauczycieli i powie Szefowej, żeby się ruszyła z gabinetu i przyszła na egzamin...?] i do tej pory nikt z tego nie robił problemu. Do tej pory - bo właśnie rodzice Jacka zakwestionowali wynik egzaminu "z powodu nieobecności na sali Przewodniczącej Komisji". A Główna nie miała innego wyjścia, jak skargę uwzględnić i zarządzić powtórzenie egzaminu.

    I tu przestroga dla wszystkich moich koleżanek i kolegów po fachu - choćby się waliło i paliło, musicie niewolniczo przestrzegać przepisów. Odświeżcie je sobie przed każdym końcem półrocza czy roku, a procedury egzaminów klasyfikacyjnych i poprawkowych wryjcie na pamięć. Żadnego "oj tam, oj tam", "jakoś to będzie", "wicie-rozumicie". Bo tonący - czyli uczeń, który oblał - brzytwy się chwyta i wykorzysta najdrobniejsze uchybienie. A Wy wyjdziecie na idiotów.
    Houk. Powiedziałam.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Wszyscy jesteśmy Słowianami

    Trafiła mi się do uczenia silna językowo grupa zza wschodniej granicy - cztery Białorusinki i jeden Ukrainiec. Lekcje z takimi klientami oznaczają, że trzeba przygotować ambitne zajęcia na wysokim poziomie językowym - co jest oczywiście fajne, bo można zrobić z reguły coś naprawdę ciekawego, choć wymaga to od lektora o wiele więcej pracy, niż ze słabiej zaawansowanymi lingwistycznie uczniami. Tu w razie jakichś nieprzewidzianych komplikacji nie zajmiesz skutecznie towarzystwa materiałem ćwiczeniowym z pierwszej lepszej książki gramatycznej - wszystko musisz mieć przemyślane i opracowane. Choć z drugiej strony, jeśli trafi ci się fajna grupa, to się zbytnio nie namęczysz, bo jak się rozgadają, to mogą nawet nie dopuścić lektora do słowa :)
    Dwie z Białorusinek - siostry Olga i Masza - są polskiego pochodzenia, choć nie bardzo potrafiły wyjaśnić precyzyjnie, na czym ono polegało. To dość oczywisty problem w sytuacji, kiedy wchodnia granica przesuwała się kilka razy, a ludzie z okolicznych wsi i miasteczek żenili się między sobą i żyli wspólnie, nie bardzo przejmując się faktem, kto jest jakiej narodowości. Dość, że dziewczyny same nie umiały sklasyfikować, kto w ich rodzinie jest Białorusinem, a kto Polakiem. W domu rozmawiano w obu tych językach, a na dodatek "oficjalnie" jeszcze po rosyjsku. Wyszedł z tego dość zgrabny miks, w wyniku czego obie moje uczennice porozumiewały się po polsku dość swobodnie zaciągając z wschodnia w charakterystyczny sposób, wplatając od czasu do czasu rosyjską składnię lub leksykę. Kiedy zapytałam je na pierwszej lekcji o ich oczekiwania, stwierdziły zgodnie, że nigdy nie uczyły się polskiego "systemowo" - i że właśnie chciałyby w związku z tym łyknąć trochę naszej suchej gramatyki.
    Dwie pozostałe - Helena i Natalia - to z kolei rodowite Białorusinki, tyle że... studentki ichniej polonistyki. No i one zgłosiły odwrotny problem: język znają od środka z wykładów i ćwiczeń, więc gramatyka wychodzi im uszami, a za to przyjechały na wakacje do Polski, żeby jak najwięcej mówić. Trochę to trudne do pogodzenia z zapotrzebowaniami Olgi i Maszy, ale jako że wszystkie cztery dziewczyny okazały się bardzo sympatyczne [a w dodatku - mniej więcej w tym samym wieku], to dało się szybko ustalić na drodze kompromisu taki plan zajęć, by każda znalazła coś dla siebie.
    Pozostał jeszcze Ukrainiec, Oleksandr z Charkowa. Szczerze mówiąc - dawno nie spotkałam takiego dupka :) Zresztą, nie jestem odosobniona w tej opinii: siedział u nas w szkole językowej od połowy lipca, miałam więc już okazję usłyszeć o nim to i owo od innych lektorów. No i wszyscy określali go jako "ciężki przypadek", czemu już po pierwszej półgodzinie zajęć przestałam się dziwić. Wyjątkowo przemądrzały typ, uważający się za eksperta w każdej możliwej dziedzinie, traktujący ludzi protekcjonalnie i obdarzony wyjątkowo specyficznym poczuciem humoru. Dość jeśli powiem, że jest fanem jakże wybitnego polskiego serialu pt. "Świat według Kiepskich", co zresztą znajdowało odzwierciedlenie w jego polszczyźnie, bo z upodobaniem cytował Ferdka, Waldka i Paździocha, nie dając sobie delikatnie wytłumaczyć, że taki język to jest wiocha i tyle :) Zarówno ja, jak i moje uczennice miałyśmy go serdecznie dosyć, tzn. jego prymitywnych, mocno seksistowskich uwag, wymądrzania się czy poprawiania błędów nie będąc o to proszonym. Na dodatek ustalenie z nim czegokolwiek było nie lada wyzwaniem, bo chyba z definicji miał inne pomysły na zajęcia, niż reszta towarzystwa - a po prawdzie to odniosłam wrażenie, że najchętniej to przez bite 90 minut oglądałby i komentował polskie kabarety i to niekoniecznie te najwyższych lotów.
    Ponarzekać to sobie jednak może Dragonka na blogu, a tymczasem trzeba było jakoś wymyślić zajęcia tak, by w miarę możliwości wszyscy klienci byli zadowoleni. Jeśli chodzi o materiał gramatyczny, to na tym poziomie zaawansowania spokojnie można zająć towarzystwo składnią liczebników. Jest to w języku polskim wyjątkowo perfidny i nielogiczny kawałek, a kto nie wierzy, to niech zajrzy do tego posta, w którym się nad tym problemem rozwodziłam. Oprócz tego przygotowałam im zajęcia o różnicach w znaczeniu gestów w różnych kulturach oraz o polskich kampaniach społecznych - wszystko oczywiście opatrzone smakowitym wyborem krótkich filmików wyświetlonych z youtube [ukłon w stronę Ukraińca, który musiał mieć zapewnione fajerwerki, bo inaczej zaczynał się buntować, że za dużo, za ciężko, on ma dosyć i chce jakiś "przerywnik"]. Jedne z zajęć za to na pewno wyjątkowo mi się udały, bo - zgodnie z życzeniem tym razem całej grupy - miałam przygotować im ćwiczenia fonetyczne. Wszyscy bowiem jak jeden mąż byli żywo zainteresowani tępieniem u siebie wschodniego akcentu i sposobu mówienia. Na nic się zdały moje perswazje, że takie "śpiewanie" to przecież nic złego, a nawet wręcz przeciwnie. Na nic argumenty, że jeśli postawię koło siebie Polaka z Warszawy, z Krakowa, z Poznania, z Katowic i z Białegostoku - to każdy będzie mówił co prawda po polsku, ale każdy inaczej i to jest zupełnie normalne. Nie i nie - oni nie chcą mówić "jak Polak ze wschodu", oni chcą mówić literacko... Ćwiczyliśmy więc wymawianie bardziej "twardych i niskich" samogłosek, bardziej twardego "cz" i "sz", "l" z językiem niedotykającym do zębów oraz zadawanie pytań w taki sposób, by nie brzmiało to jak zdziwienie :) A żeby było śmiesznie i mało stresująco, to przyniosłam im mój ukochany filmik, na którym pracownicy ambasady amerykańskiej w Warszawie próbują wymówić takie polskie kwiatki, jak np. "chrząszcz brzmi w trzcinie", "Plac Trzech Krzyży" czy "jajecznica ze szczypiorkiem". Zadaniem moich uczniów było najpierw rozpoznanie i zapisanie, co też ci biedni Amerykanie starają się powiedzieć - a potem sami ćwiczyliśmy. Oczywiście już wtedy, kiedy dziewczyny skończyły leżenie na ławce i kwiczenie ze śmiechu :)
    Zajęcia w każdym razie bardzo im się podobały i nawet Oleksandr stwierdził - zapewne cytując Waldka Kiepskiego - że "było czadersko". Klient nasz pan...

środa, 20 sierpnia 2014

Only youuu... :)

    Mam spore zaległości w temacie innastrańców. Od ostatniego tygodnia lipca mam regularnie grupy studentów, wśród których nie brakuje ciekawych postaci, czyli tzw. oryginałków. Jest zatem o czym pisać, tylko szczerze mówiąc czasu brak. Pracy mam naprawdę sporo, a kiedy od czasu do czasu trafi mi się luźniejsze popołudnie, to przeznaczam je na czynności gospodarcze, czyli np. ugotowanie czegoś sensownego - bo ileż można żywić się kanapkami i gotowcami kupionymi w sklepie? A z kolei wieczorem, kiedy już zasiądę z laptopem na górnej części nóg, a z kotem na dolnej, to zwyczajnie nie mam siły ani ochoty wysilać mózgownicy [a przecież moja praca zawodowa jest wyłącznie umysłowa] i pisać posta. Z doświadczenia zresztą wiem, że do "TFUrczości literackiej" nie ma co siadać pod przymusem, bo wtedy wychodzą gnioty, a nie ciekawe wpisy. Wieczorem więc szczerze mówiąc najchętniej włączam sobie jedną z odmulających gierek komputerowych, mniej lub bardziej ogłupiających - lub przerzucam kilkadziesiąt stron jakiejś książki, o ile moje zwoje mózgowe wykazują jeszcze wolę współpracy.
    Wracając do meritum - obiecuję poprawę, ale nie podaję terminu :) Postaram się zdać ze wszystkiego relację w swoim czasie. Dziś - aby nie pozostać gołosłowną - napiszę, jak potoczyły się dalej zajęcia z Jekateriną, bohaterką posta "Coś się ruszyło". 
    Otóż na szczęście mogę stwierdzić, że jej początkowa nieporadność językowa była wynikiem niepewności, obaw związanych z nową sytuacją [czyli: nowy język, nowe miasto, nowa nauczycielka etc.]. Z każdą następną lekcją Katia była spokojniejsza, nieco mniej "najeżona", co - mówiąc nauczycielskim żargonem - wpłynęło bardzo dodatnio na jej proces uczenia się. Należy zdaje się do grona tych osób, które w kontakcie z kimś nowym początkowo zachowują duży dystans i przyjmują postawę obronną, z której wycofują się, kiedy już lepiej tego kogoś poznają - nawet, jeśli to tylko lektor języka polskiego w prywatnej szkole, za którą przecież płaci ciężkie pieniądze :)
    Przez dwa tygodnie intensywnych zajęć [czyli po 4-5 godzin dziennie] zdążyłam ją nauczyć podstaw, tzw. "survival polish", czyli jak prawidłowo zareagować w najczęstszych, codziennych sytuacjach. Umie zatem powiedzieć coś o sobie i swojej rodzinie, zrobić zakupy w sklepie osiedlowym, zapytać o drogę, powiedzieć, która jest godzina, zrelacjonować, co ostatnio robiła i co zamierza robić. A co dalej? Поживём – увидим :) Na razie Katia pojechała wygrzewać się na słońcu w Chorwacji, ale wraca jesienią i zamierza kontynuować naukę w naszej szkole. Pytała zatem, czy ja uczę w trakcie roku szkolnego, na co odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że owszem, ale tylko popołudniami [bo rano tresuję moje małpki :)]. Pospieszyłam z zapewnieniem, że jeśli bardziej pasują jej godziny poranne, to na pewno szkoła znajdzie jej innego lektora - ale Katia stwierdziła, że to wykluczone, bo ona chce zajęcia ze mną i koniec. Kazała więc sobie przesłać mailem grafik, jak tylko będę miała plan lekcji 1 września, żeby mogła się dostosować. A na ostatnią naszą lekcję przyniosła mi w podziękowaniu ogromniaste pudełko czekoladek "Merci".
    Jeśli nic jej się do jesieni nie odwidzi, to wygląda na to, że będę miała "drugiego Drybka", czyli stałego klienta. Trzymajcie kciuki.

sobota, 16 sierpnia 2014

Jak tu takiego nie kochać...?

    Powoli dojrzewam do popełnienia posta o mojej działalności wakacyjnej na polu uczenia obcokrajowców. O ile w lipcu narzekałam na brak zajęcia, o tyle teraz jak się ruszyło, tak roboty mam od jasnej cholery. Grupa za grupą plus indywidualni. Ale dziś jeszcze nie o tym. Może jutro - czekam na przypływ natchnienia :)

    A na razie - wczoraj w ramach taktycznej ewakuacji z Pomarańczowej Jaskini [pękła skorodowana rura w kuchni, w rezultacie trzeba było wszystko porozkręcać i wymienić baterię] - pojechaliśmy na obiad do wiejskiej posiadłości Seniorki. Awaria w kuchni to oczywiście dobry pretekst, żeby poznać Misia, który nota bene zdążył już dostać trochę oryginalniejsze imię, czyli Metys. No cóż, zawsze może być po prostu Misiem-Metysiem :)
    Powiem jedno - psiak jest rzeczywiście przekochany. Kompletnie niekłopotliwy, typowy podwórkowy pies stróżujący. W ciągu dnia najchętniej leży w wykopanej przez siebie małej jamce pod świerkiem, choć oczywiście karnie przychodzi, jeśli się go zawoła. Ożywia się nocą - najpewniej poprzedni właściciele trzymali go na łańcuchu lub na smyczy, a po zmroku spuszczali, żeby pilnował obejścia. Misio jest oazą spokoju, akceptuje wszystko, co człowiek z nim robi - nawet, jeśli jest to coś średnio przyjemnego, jak np. wyczesywanie skołtunionej sierści czy zdejmowanie rzepów, które uczepiły się jego dość gęstegp futra. Po prostu stoi i czeka cierpliwie, aż zabiegi pielęgnacyjne się skończą. Jest straszną przylepą, głaskania po mordce nigdy nie ma dosyć. Za to niestety kompletnie nie potrafi się bawić, więc o żadnym rzucaniu patyczków nie ma mowy - co więcej, biedaczek boi się gwałtownych ruchów, prawdopodobnie myśląc, że ktoś chce czymś rzucić w niego... Nie jest w ogóle nauczony przebywania w domu i jeśli się go tam nawet jakimś cudem zwabi, to Misio chodzi w kółko niespokojnie i czmycha na podwórko pod byle pretekstem. Zupełnie zatem nie nadaje się do mieszkania w bloku. Przeszedł też już "test na dzieci" - bo wpadły z wizytą wnuki męża Seniorki, dziewczynka lat 7 i chłopczyk lat 3. No i okazuje się, że dzieciaki to już w ogóle mogą z nim robić wszystko, łącznie z ciągnięciem za uszy i ogon oraz zaglądaniem w zęby. Nic, zero najmniejszej reakcji, nawet pół warknięcia czy szczeknięcia. Nauczyli go najwidoczniej, że "szczeniąt należy pilnować" - bo nie spuszczał w ogrodzie ferajny z oka, a trzylatka pieczołowicie wylizywał - widać uznał, że należy mu się kąpiel :)
    Dalej zatem szukamy Misiowi-Metysiowi dobrego domku. Szkoda, że bydlątko ewidentnie nie nadaje się do zamkniętego pomieszczenia, bo sami się w nim z miejsca zakochaliśmy - naprawdę, nie dało się inaczej. Bezproblemowy psi ideał - ale w Pomarańczowej Jaskini naprawdę by się męczył, mając przez cały dzień za towarzyszkę wredne, neurotyczne Pumiszcze i będąc skazanym co najwyżej na jeden dłuższy spacer dziennie plus wypady pod blok na szybkie siku... Mam nadzieję, że przed zimą uda mu się coś znaleźć. Ktoś będzie miał z niego prawdziwą pociechę.