Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Wszyscy jesteśmy Słowianami

    Trafiła mi się do uczenia silna językowo grupa zza wschodniej granicy - cztery Białorusinki i jeden Ukrainiec. Lekcje z takimi klientami oznaczają, że trzeba przygotować ambitne zajęcia na wysokim poziomie językowym - co jest oczywiście fajne, bo można zrobić z reguły coś naprawdę ciekawego, choć wymaga to od lektora o wiele więcej pracy, niż ze słabiej zaawansowanymi lingwistycznie uczniami. Tu w razie jakichś nieprzewidzianych komplikacji nie zajmiesz skutecznie towarzystwa materiałem ćwiczeniowym z pierwszej lepszej książki gramatycznej - wszystko musisz mieć przemyślane i opracowane. Choć z drugiej strony, jeśli trafi ci się fajna grupa, to się zbytnio nie namęczysz, bo jak się rozgadają, to mogą nawet nie dopuścić lektora do słowa :)
    Dwie z Białorusinek - siostry Olga i Masza - są polskiego pochodzenia, choć nie bardzo potrafiły wyjaśnić precyzyjnie, na czym ono polegało. To dość oczywisty problem w sytuacji, kiedy wchodnia granica przesuwała się kilka razy, a ludzie z okolicznych wsi i miasteczek żenili się między sobą i żyli wspólnie, nie bardzo przejmując się faktem, kto jest jakiej narodowości. Dość, że dziewczyny same nie umiały sklasyfikować, kto w ich rodzinie jest Białorusinem, a kto Polakiem. W domu rozmawiano w obu tych językach, a na dodatek "oficjalnie" jeszcze po rosyjsku. Wyszedł z tego dość zgrabny miks, w wyniku czego obie moje uczennice porozumiewały się po polsku dość swobodnie zaciągając z wschodnia w charakterystyczny sposób, wplatając od czasu do czasu rosyjską składnię lub leksykę. Kiedy zapytałam je na pierwszej lekcji o ich oczekiwania, stwierdziły zgodnie, że nigdy nie uczyły się polskiego "systemowo" - i że właśnie chciałyby w związku z tym łyknąć trochę naszej suchej gramatyki.
    Dwie pozostałe - Helena i Natalia - to z kolei rodowite Białorusinki, tyle że... studentki ichniej polonistyki. No i one zgłosiły odwrotny problem: język znają od środka z wykładów i ćwiczeń, więc gramatyka wychodzi im uszami, a za to przyjechały na wakacje do Polski, żeby jak najwięcej mówić. Trochę to trudne do pogodzenia z zapotrzebowaniami Olgi i Maszy, ale jako że wszystkie cztery dziewczyny okazały się bardzo sympatyczne [a w dodatku - mniej więcej w tym samym wieku], to dało się szybko ustalić na drodze kompromisu taki plan zajęć, by każda znalazła coś dla siebie.
    Pozostał jeszcze Ukrainiec, Oleksandr z Charkowa. Szczerze mówiąc - dawno nie spotkałam takiego dupka :) Zresztą, nie jestem odosobniona w tej opinii: siedział u nas w szkole językowej od połowy lipca, miałam więc już okazję usłyszeć o nim to i owo od innych lektorów. No i wszyscy określali go jako "ciężki przypadek", czemu już po pierwszej półgodzinie zajęć przestałam się dziwić. Wyjątkowo przemądrzały typ, uważający się za eksperta w każdej możliwej dziedzinie, traktujący ludzi protekcjonalnie i obdarzony wyjątkowo specyficznym poczuciem humoru. Dość jeśli powiem, że jest fanem jakże wybitnego polskiego serialu pt. "Świat według Kiepskich", co zresztą znajdowało odzwierciedlenie w jego polszczyźnie, bo z upodobaniem cytował Ferdka, Waldka i Paździocha, nie dając sobie delikatnie wytłumaczyć, że taki język to jest wiocha i tyle :) Zarówno ja, jak i moje uczennice miałyśmy go serdecznie dosyć, tzn. jego prymitywnych, mocno seksistowskich uwag, wymądrzania się czy poprawiania błędów nie będąc o to proszonym. Na dodatek ustalenie z nim czegokolwiek było nie lada wyzwaniem, bo chyba z definicji miał inne pomysły na zajęcia, niż reszta towarzystwa - a po prawdzie to odniosłam wrażenie, że najchętniej to przez bite 90 minut oglądałby i komentował polskie kabarety i to niekoniecznie te najwyższych lotów.
    Ponarzekać to sobie jednak może Dragonka na blogu, a tymczasem trzeba było jakoś wymyślić zajęcia tak, by w miarę możliwości wszyscy klienci byli zadowoleni. Jeśli chodzi o materiał gramatyczny, to na tym poziomie zaawansowania spokojnie można zająć towarzystwo składnią liczebników. Jest to w języku polskim wyjątkowo perfidny i nielogiczny kawałek, a kto nie wierzy, to niech zajrzy do tego posta, w którym się nad tym problemem rozwodziłam. Oprócz tego przygotowałam im zajęcia o różnicach w znaczeniu gestów w różnych kulturach oraz o polskich kampaniach społecznych - wszystko oczywiście opatrzone smakowitym wyborem krótkich filmików wyświetlonych z youtube [ukłon w stronę Ukraińca, który musiał mieć zapewnione fajerwerki, bo inaczej zaczynał się buntować, że za dużo, za ciężko, on ma dosyć i chce jakiś "przerywnik"]. Jedne z zajęć za to na pewno wyjątkowo mi się udały, bo - zgodnie z życzeniem tym razem całej grupy - miałam przygotować im ćwiczenia fonetyczne. Wszyscy bowiem jak jeden mąż byli żywo zainteresowani tępieniem u siebie wschodniego akcentu i sposobu mówienia. Na nic się zdały moje perswazje, że takie "śpiewanie" to przecież nic złego, a nawet wręcz przeciwnie. Na nic argumenty, że jeśli postawię koło siebie Polaka z Warszawy, z Krakowa, z Poznania, z Katowic i z Białegostoku - to każdy będzie mówił co prawda po polsku, ale każdy inaczej i to jest zupełnie normalne. Nie i nie - oni nie chcą mówić "jak Polak ze wschodu", oni chcą mówić literacko... Ćwiczyliśmy więc wymawianie bardziej "twardych i niskich" samogłosek, bardziej twardego "cz" i "sz", "l" z językiem niedotykającym do zębów oraz zadawanie pytań w taki sposób, by nie brzmiało to jak zdziwienie :) A żeby było śmiesznie i mało stresująco, to przyniosłam im mój ukochany filmik, na którym pracownicy ambasady amerykańskiej w Warszawie próbują wymówić takie polskie kwiatki, jak np. "chrząszcz brzmi w trzcinie", "Plac Trzech Krzyży" czy "jajecznica ze szczypiorkiem". Zadaniem moich uczniów było najpierw rozpoznanie i zapisanie, co też ci biedni Amerykanie starają się powiedzieć - a potem sami ćwiczyliśmy. Oczywiście już wtedy, kiedy dziewczyny skończyły leżenie na ławce i kwiczenie ze śmiechu :)
    Zajęcia w każdym razie bardzo im się podobały i nawet Oleksandr stwierdził - zapewne cytując Waldka Kiepskiego - że "było czadersko". Klient nasz pan...

2 komentarze: