Ponieważ wiem, że wśród Szanownych Czytelników są moi koledzy po fachu - czyli nauczyciele - chciałam opowiedzieć Wam pewną dość nieprzyjemną historię, która wydarzyła się ostatnio w Zoo. Zastanawiałam się, czy w ogóle o tym wspominać na blogu, bo mam po tej całej akcji tak po ludzku spory niesmak. Doszłam jednak do wniosku, że może moje doświadczenie się komuś przyda - czyli tak, jak to określiłam w tytule posta, relacjonuję wszystko "ku przestrodze".
Jacek uczęszczał do osławionej 3B - męskiej, rozbrykanej klasy, niedopilnowanej odpowiednio przez wychowawczynię. Nota bene to ta sama, do której chodził wspominany tu kilkakrotnie Rambo, ale też z drugiej strony i Wojtuś, nagrodzony przeze mnie na koniec roku amuletem wiedźmińskim. Mniejsza z tym - dość powiedzieć, że w klasie nie były wypracowane odpowiednie normy i w rezultacie chłopcy traktowali "obowiązki szkolne" nader swobodnie, co skutkowało tym, że tak z połowa składu kwalifikowała się na enkaele, a kiedy już się w szkole pojawiali, to i tak w najlepszym razie nic nie robili [bo w najgorszym - rozwalali zajęcia]. Wracając do Jacka - nie odbiegał podejściem od reszty, czyli chodził do szkoły od przypadku do przypadku, a jeśli już był, to i tak na pewno nie po to, by robić cokolwiek konstruktywnego. Uczyłam go dwa lata i przez ten czas nie doczekałam się, by założył zeszyt czy nawet przyniósł długopis [sic!], a na palcach jednej ręki mogłabym policzyć lekcje, na których chciało mu się pracować. Po prawdzie to Jacuś ma mózg tak przepalony marihuaną, że bardzo często po prostu nie orientuje się, co się dookoła niego dzieje. Efekt typowych "dziur w mózgu", czyli ubytków w pamięci krótkotrwałej - mówisz do niego, a on się tylko ładnie uśmiecha, potakuje, a za chwileczkę zupełnie nie pamięta, o czym z tobą rozmawiał.
Na tle klasy jednak Jacek wyróżniał się na pewno jednym szczegółem - generalnie był sympatyczny i dało się go lubić. Kojarzycie komedię polską z lat '90 pt. "Chłopaki nie płaczą"? Był tam bohater nazywany "Laska", ten, który chciał zostać ambasadorem na Jamajce. Jeśli go kojarzycie, to Jacek jest dokładnie takim typem człowieka, czyli wiecznie uśmiechnięty, wyluzowany i ogólnie rzecz biorąc nieszkodliwy. A że jeszcze bywał pomocny - jeśli już przyszedł do szkoły - to wielu nauczycieli go po prostu lubiło. Bo a to liście na podwórku koło szkoły zamiótł, a to ławki w sali wyczyścił, a to stół do ping-ponga rozłożył... No i tak to się Jacuś ślizgał po naszym gimnazjum z klasy do klasy, bo wszyscy się nad nim litowali i go puszczali.
W trzeciej klasie jednak przesadził z niechodzeniem nawet jak na standardy Zoo, a w dodatku w okolicach końca pierwszego półrocza skończył 18 lat. Miał więc zostać wywalony - odpowiednia procedura się rozpoczęła, ale rodzicom chłopaka udało się wybłagać u Głównej "ostatnią szansę" dla syna. Poprawa trwała około miesiąca, a potem Jacuś wrócił do starych nawyków. Końcówkę roku miał bardzo nerwową, bo groził mu enkael z kilku przedmiotów, ale i tym razem prawie wszyscy nauczyciele się nad nim zlitowali na zasadzie: "niech już kończy tę szkołę i idzie w cholerę". Prawie wszyscy - bo z wyjątkiem mojej skromnej osoby. W mojej ocenie wszystko ma swoje granice i to, że ktoś jest miły i uśmiechnięty, absolutnie nie może równoważyć faktu, że kompletnie nic nie robi na lekcjach polskiego, a frekwencję ma poniżej 40% [przy wymaganych 50%]. Postawiłam mu więc konsekwentnie enkaela, mimo że kilku nauczycieli wprost mnie prosiło, abym go jednak puściła, bo on taki miły, nieszkodliwy, a już pełnoletni, więc jak teraz szkoły nie skończy, to będzie miał problem... Byłam nieugięta, ale Rada Pedagogiczna przegłosowała mu prawo do egzaminu klasyfikacyjnego. Jak można się było domyślić, przyszedł na niego uśmiechnięty, wyluzowany - i kompletnie nieprzygotowany. Ulałam go więc i odesłałam na poprawkę w sierpniu.
Uwaga, Panie i Panowie, przechodzimy do finału. Myślicie może, że Jacek wyciągnął jakiekolwiek wnioski? Ale gdzie tam... Obie części egzaminu - i pisemną, i ustną - oceniłam na niedostateczny, bo tak słabo się orientował, że nawet nie bardzo rozumiał zadawane pytania. Przyszedł na bezczelnego sądząc pewnie, że i ja się w końcu zlituję, a tu nic z tego. Nawiasem mówiąc razem z nim poprawkę zdawał Rambo, który oprócz tego, że jest zdemoralizowanym gnojkiem, to inteligencji mu jednak odmówić nie można. Rambo nie miał złudzeń i doskonale zdawał sobie sprawę, że jest u mnie maksymalnie podpadnięty. Co więc zrobił? Ano NAUCZYŁ SIĘ - i zdał. Serio, jak gościa szczerze nie trawię, tak z czystym sumieniem postawiłam mu dopalacza, bo widać było, że się przygotował. Tego samego niestety nie można było powiedzieć o Jacku - a zatem siadaj, niedostateczny, nieskończone gimnazjum.
Myśleliście, że to koniec? Nic bardziej mylnego. Przychodzę następnego dnia do Zoo i dowiaduję się, że... egzamin poprawkowy Jacka będzie powtórzony ze względów PROCEDURALNYCH. Otóż przepisy stanowią, że w skład komisji musi wchodzić Dyrektor lub Wicedyrektor, nauczyciel uczący jako egzaminator oraz inny nauczyciel tego samego lub pokrewnego przedmiotu. W praktyce u nas w Zoo najczęściej Głównej Szefowej nie ma na sali, chyba że to egzamin z przedmiotu, którego sama uczy - bo jej się mówiąc wprost albo nie chce tam siedzieć, albo [też wcale nierzadko] ma w tym czasie masę swojej własnej, administracyjnej roboty. Taki stan rzeczy jest u nas normą [no bo co - pójdzie ktoś z nauczycieli i powie Szefowej, żeby się ruszyła z gabinetu i przyszła na egzamin...?] i do tej pory nikt z tego nie robił problemu. Do tej pory - bo właśnie rodzice Jacka zakwestionowali wynik egzaminu "z powodu nieobecności na sali Przewodniczącej Komisji". A Główna nie miała innego wyjścia, jak skargę uwzględnić i zarządzić powtórzenie egzaminu.
I tu przestroga dla wszystkich moich koleżanek i kolegów po fachu - choćby się waliło i paliło, musicie niewolniczo przestrzegać przepisów. Odświeżcie je sobie przed każdym końcem półrocza czy roku, a procedury egzaminów klasyfikacyjnych i poprawkowych wryjcie na pamięć. Żadnego "oj tam, oj tam", "jakoś to będzie", "wicie-rozumicie". Bo tonący - czyli uczeń, który oblał - brzytwy się chwyta i wykorzysta najdrobniejsze uchybienie. A Wy wyjdziecie na idiotów.
Houk. Powiedziałam.
Rozumiem rodzicow, ale cholera, kurwica mnie strzela jak to czytam... dupy dala szefowa wiedzac jaka moze byc sytuacja... trzymam mocno kciuki, zeby wyszlo na Twoje. I masz racje, trzeba wyryc przepisy.
OdpowiedzUsuńTrzymaj sie cieplo.
Tu jest niestety myślę gorsza kwestia - bo rodzice sami by na to nie wpadli... Któryś z nauczycieli "życzliwie" musiał im podpowiedzieć. A na moje nie wyjdzie - na mój wniosek nie będę przy tym egzaminie, bo to by była jakaś farsa. Komuś wyraźnie zależy, żeby Jacek jednak zdał.
UsuńCo do szefowej, owszem, dała ciała, ale nie mam do niej żalu, bo to u nas naprawdę była powszechna praktyka od lat, że ona nie przychodziła na te egzaminy. Mamy wszyscy nauczkę na przyszłość.