Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 29 marca 2013

Za mało Smoczej empatii

    Tym razem mam istotny powód ponad tygodniowego milczenia na blogu. "Moja" szkoła językowa odnotowała nagły przypływ klientów i w związku z tym Smok dostał pod swoje skrzydła rozmaitych obcokrajowców na różnym poziomie zaawansowania. Jak zwykle wszystko odbyło się z dnia na dzień, czyli na zasadzie: dziś telefon, jutro zajęcia. Nie jest to komfortowa sytuacja, ale - jak zdążyłam się przekonać - ta szkoła często funkcjonuje na owej zasadzie i jeśli chcę mieć u nich robotę, to muszę się do tego przyzwyczaić. A ponieważ każdy sposób na podreperowanie domowego budżetu jest dobry, przeto Dragonka nie narzeka, tylko bierze, co dają.
    Nie obyło się jednak na początku bez dość nieprzyjemnego zgrzytu. Otóż ze szkołą skontaktował się niejaki Ian, brytyjski biznesmen lat ok. 50. Oczekiwania miał bardzo jasno sprecyzowane - przylatuje do Polski w południe we wtorek, wylatuje o 16 w poniedziałek i w tym czasie chce mieć tak dużo indywidualnych lekcji, jak to tylko możliwe. Sekretarka odpowiedzialna za organizację kursów dla innastrańców obdzieliła więc trzy lektorki maksymalną ilością godzin, co nie było wcale proste tak z dnia na dzień. Sama Smoczyca dostała 6 godzin we wtorek [facet był zdesperowany zacząć już o 14, czyli dwie godziny po przylocie!], potem po dwie w czwartek i w piątek oraz jeszcze po cztery w sobotę i w niedzielę. Uwzględniając fakt, że przecież równolegle normalnie prowadzę zajęcia w Zoo, to szykowałam się na niezły maratonik - i to jeszcze niestety z przeziębieniem na karku. Ale co tam, nie można wybrzydzać, jeśli tylko jest praca.
    A gdzie ten zgrzyt? Powoli, powoli :) Pierwszy dzień zajęć z Ianem minął normalnie - rano w Zoo mam na szczęście tego dnia tylko 3 lekcje, więc potem udało mi się pociągnąć szóstkę bez padnięcia na pysk. Sam Ian okazał się dość specyficzny - potargany, zaniedbany typ podstarzałego pracoholika. Uprzedził lojalnie, że podczas zajęć może dzwonić mu telefon w sprawach służbowych i wtedy będzie musiał odebrać i porozmawiać. Rzeczywiście tak było - komórka odzywała się nieustannie, co było o tyle irytujące, że wybijało faceta z rytmu i przeszkadzało mu w skupieniu. No ale nasz klient, nasz pan, jego kasa, jego sprawa... Przerobiliśmy przewidziany materiał, a następne zajęcia odbyły się w czwartek. Oboje padaliśmy ze zmęczenia: on, bo był po sześciu godzinach z drugą lektorką - ja, bo od 8 rano miałam lekcje ciurkiem bez żadnej przerwy w Zoo. Kiedy po wszystkim dotarłam do Pomarańczowej Jaskini była godzina 20:30, a ja miałam siłę tylko na tyle, by dać Pumie kolację, wypić fervex na przeziębienie, a potem zwalić się na łóżko.
    Szczerze mówiąc obawiałam się trochę piątku, który miał być powtórką z rozrywki jeśli chodzi o ilość godzin - ale problem rozwiązał się sam. Otóż rano odebrałam telefon od sekretarki szkoły językowej z wiadomością, że... Ian zażądał zmiany lektora. Stwierdził, że jestem zbyt surowa i wymagająca oraz że okazuję za mało empatii w stosunku do jego potrzeb. Szkoła rzecz jasna w takiej sytuacji musi podporządkować się woli klienta, choć doprawdy nie mam pojęcia, jak oni to zorganizowali w tak krótkim czasie. Dla mnie była wiadomość i zła, i dobra. Zła - bo nie zarobiłam, dobra - miałam możliwość spokojnie powalczyć z przeziębieniem przez weekend, które porządnie już dawało mi w kość.
    Zbyt surowa i wymagająca... Sekretarka pocieszała mnie, żebym się kompletnie nie przejmowała taką opinią, bo uczniowie są różni i podobno nie ma w szkole lektora, który prędzej czy później nie trafiłby na jakiegoś przewrażliwionego delikwenta, któremu nie podobają się określone metody nauczania. Zdaję sobie też sprawę, że nie jestem typem ciepłej i czułej nauczycielki-mamusi, do której lgną dzieciaki i która zawsze pocieszy, przytuli i obetrze zasmarkany nosek. No ale moim uczniem nie było dziecko, tylko facet, który z racji wieku spokojnie mógłby być moim ojcem! Zgadza się, że w czwartek byłam zmęczona [a w dodatku przeziębiona...], mogłam więc pewnie mieć trochę mniej cierpliwości niż zwykle. Ale do jasnej anielki, jeśli Ianowi nie odpowiadało tempo lekcji [bo np. tłumaczyłam zbyt szybko czy zawile], to przecież mógł mi to powiedzieć! Wydaje mi się, że tak postępują dorośli ludzie - jeśli coś mi przeszkadza, to mówię o tym otwarcie. Tymczasem on nie zająknął się na zajęciach ani słowem, tylko wolał polecieć do sekretariatu i domagać się zmiany nauczyciela. Nie ukrywam, że jest to dla mnie przykre, bo primo jest to pierwsza tego typu sytuacja, z jaką się spotykam, a secundo - naprawdę nie mam pojęcia, o co facetowi chodziło, a w dodatku już się tego nie dowiem. Niby mam się nie przejmować, ale niesmak pozostaje.

    Zajęcia z pozostałymi uczniami przebiegły za to już bez komplikacji. Dostałam kilka indywidualnych lekcji z Brytyjczykiem Nathanem, który mimo swojego niskiego poziomu zaawansowania chciał jak najwięcej rozmawiać. Na szczęście kompletnie nie zrażał się tym, że wychodziło mu to dość pokracznie :) Pierwsze zajęcia przegadaliśmy na temat... oceny pontyfikatu Benedykta XVI i oczekiwań w stosunku do Franciszka, bo na moje zwyczajowe pytanie [mające na celu sprawdzić stopień opanowania Narzędnika]: "Czym się interesujesz?" - Nathan odparł, że... religią, a najbardziej Kościołem Katolickim. Nawet w dyskusji z rodakiem byłby to dość skomplikowany temat, a co dopiero dla kogoś, kto musi o tym nawijać w obcym języku :) Nathan tak się zmęczył, że aż się spocił, ale był wyraźnie zadowolony - bo nic tak nie pomaga w nauce, jak połączenie przyjemnego z pożytecznym.
    A dziś dostałam w przedświątecznym zastępstwie 4 lekcje z przesympatycznym, ciut starszym ode mnie Belgiem, który zażyczył sobie, żeby nauczyć go mówienia o czasie i częstotliwości, a potem końcówek Dopełniacza liczby pojedynczej [czyli najtrudniejszego przypadka w całej polskiej deklinacji - hie, hie, hie...]. Poszło jednak bez problemu i w nader sympatycznej atmosferze, zwłaszcza od momentu, w którym przy okazji jakiegoś ćwiczenia wyszło na jaw, że oboje wolimy koty od psów, a w dodatku oboje jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami miaukaczy [tyle, że Belg ma białą kicię, a ja czarne, wredne Pumiszcze].
    Jak zatem widać, mam wystarczająco dużo empatii, by rozmawiać o wyborze nowego papieża [i to pomimo ateizmu!] oraz o kotach - ale za mało, by prowadzić zajęcia z biznesmenem, którego cały świat stanowi praca. No cóż, nikt nie jest doskonały :)

środa, 20 marca 2013

Wasze prawo ściągać, moje prawo łapać

    Kto nigdy na klasówce nie ściągał, niech pierwszy rzuci kamień... Korzystanie na sprawdzianach z "niedozwolonych pomocy naukowych" czy podpowiadanie kolegom jest prawdziwie polską specjalnością, z której zresztą jesteśmy znani za granicą [o czym już kiedyś wspominałam]. Nie chcę w tym momencie analizować szerzej przyczyn takiej postawy, bo temat jest długi i szeroki. Dość stwierdzić bez zbędnej hipokryzji, że ściągali nasi dziadkowie, rodzice, my sami - a i dzieci nie są gorsze. To, co na zachodzie Europy, czy tym bardziej za oceanem, jest siarą i plamą na honorze, u nas spotyka się najczęściej ze zrozumieniem i cichym przyzwoleniem.
    Ponieważ hipokryzja to coś, czym się naprawdę brzydzę, na pytanie, czy jako uczennica sama ściągałam, odpowiem twierdząco. Nie chcę, by zabrzmiało to jak usprawiedliwianie się, ale starałam się mimo wszystko, by dotyczyło to wyłącznie przedmiotów, z którymi nie wiązałam planów na przyszłość i o których wiedziałam, że moja przygoda z nimi zakończy się wraz z liceum. Odpisywałam więc notorycznie prace domowe z fizyki [w zamian dzieląc się zeszytami z języka polskiego...], a przed każdą klasówką z matematyki robiłam drobiazgowe ściągawki z wzorów. Mam bardzo duże trudności z zapamiętaniem abstrakcyjnego ciągu liter czy cyfr - dziś wiem, że to objaw dyskalkulii, natomiast w liceum komentowałam to stwierdzeniem: "bo żeś głąb i tyle" :). Wiedziałam, że poradzę sobie z zadaniem, jeśli będę miała wzór [o ile oczywiście nie pomylę się w liczeniu, bo z kalkulatorów rzecz jasna nie wolno było korzystać], natomiast bez wzoru niczego nie ruszę. Z tego powodu na każdą klasówkę z matematyki szłam uzbrojona w kilka małych, zagryzmolonych karteczek, starannie ukrytych przed okiem nauczycielki. Nota bene, dzięki temu zwyczajowi odkryłam w trzeciej klasie, że mam wadę wzroku. Był sprawdzian, ja jak zwykle rozsiadłam się w mojej bezpiecznej, ostatniej ławce, patrzę na tablicę... a tam zadania nadziubdziane takim maczkiem, że za cholerę nie mogłam ich odczytać! Musiałam zgłosić zaistniały fakt nauczycielce, która poleciła mi przesiąść się bliżej. Sęk w tym, że została tylko jedna wolna ławka - pierwsza, koło biurka matematyczki. No ale wyjścia nie było. W efekcie jednak nie mogłam pod jej nosem wyjąć ściągawki w wzorami i dostałam jedyneczkę. Stwierdziłam, że tak być nie może, zaalarmowałam rodziców - i dwa dni potem znalazłam się u okulisty.
 
     Ale znów popadam w niepotrzebne dygresje... Wbrew temu, co by się mogło wydawać, ściąganie w Zoo nie jest zjawiskiem nagminnym i szczerze mówiąc tutaj trafia się to rzadziej, niż w poprzednim liceum, w którym pracowałam. Nie chodzi tu oczywiście o jakąś wybitną uczciwość małpek, co to, to nie! Myślę, że większość z nich jest brutalnie rzecz ujmując za głupia na to, by ściągać - kombinowanie wszak wymaga pewnego niezbędnego poziomu inteligencji, a ta cecha w Zoo jest towarem deficytowym. Druga sprawa, że aby zrzynać, trzeba mieć skąd - a skoro się nie prowadzi zeszytów ani nie nosi podręczników, to nie ma do czego sięgnąć w sytuacji awaryjnej. Tym niemniej jednak niektórzy delikwenci próbują swoich sił, ale sam fakt, że o tym wiem, świadczy tylko o nieudolności próby.
    Wszystkim klasom zawsze wprost wygłaszam maksymę mojego niezapomnianego geografa z podstawówki [skądinąd - świetny facet, może kiedyś o nim napiszę :)], który otwarcie mawiał: "Wasze prawo ściągać, moje prawo łapać". Myślę, że jest to bardzo uczciwe postawienie sprawy. Nie denerwuję się zatem nigdy na małpkę przyłapaną na zrzynaniu [bo i po co?], tylko spokojnie i konsekwentnie albo obniżam ocenę, albo zabieram kartkę i wstawiam jedynkę. Zależy to od stopnia podpadnięcia klasy, o czym towarzystwo jest świetnie poinformowane.
    Jakie są reakcje uczniów przyłapanych na ściąganiu? Ano rzecz jasna różne. W Zoo niestety trzeba się liczyć z tym, że efektem będzie agresja, bluzgi lub nawet atak szału, jak w przypadku Psychopatki. Ale czasem była nawet zabawnie, tak jak ostatnio w 2B na sprawdzianie z wykresów zdań złożonych. Na samym początku klasówki, ledwo po rozdaniu kartek zauważyłam, że Pawełek chowa coś pod kurtką leżącą koło niego na ławce [przypominam, że w Zoo nie ma szatni]. Podeszłam, podniosłam kurtkę - i oczywiście oczom moim ukazał się otwarty zeszyt do polskiego, bo ta małpka była akurat na tyle przezorna, by pieczołowicie notować na zajęciach. "Paweł, znasz zasady" - powiedziałam, po czym zabrałam mu kartkę i nagryzmoliłam na niej "ndst". Uczeń wyglądał na bardzo zaskoczonego, ale następnie zaczął głośno narzekać na moją niesprawiedliwość. Wiecie, jak ją uzasadnił? "Psze pani, pani nie ma prawa! Przecież to początek, nie zdążyłem jeszcze nawet nic ściągnąć!" Rozumiem wobec tego, że gdybym przyłapała go w połowie sprawdzianu, to nie miałby żadnych pretensji... :)

    Osobna kwestia dotyczy wypracowań. Prawie nigdy nie zadaję ich jako pracę domową, bo mija się to z celem - w dobie Internetu nikłe mam szanse na to, że otrzymam tekst napisany przez ucznia samodzielnie. Tym niemniej czasem robię wyjątki, przestrzegając jednak, żeby nie obrażali mojej inteligencji i nie oddawali mi wypracowań przepisanych z różnego rodzaju portali edukacyjnych, bo to naprawdę żaden problem taką pracę namierzyć... Mimo tego zawsze znajdą się jacyś kombinatorzy, którzy nie dowierzają i postanawiają mnie sprawdzić. W 1B po omówieniu "Krzyżaków" zadałam banał, czyli charakterystykę Zbyszka z Bogdańca. Każdy otrzymany tekst przepuściłam przez wujka Google i w ten sposób namierzyłam cztery plagiaty. W takim przypadku robię print screen'a strony, drukuję, zaznaczam jaskrawym markerem zerżnięte zdania i oddaję uczniowi wraz z wypracowaniem. Zwykle przyjmują to bez komentarza - w końcu trudno dyskutować z oczywistym dowodem zbrodni... Bywają jednak i inne przypadki. Otóż Andrzejek złapany na plagiacie i przywołany w tej sprawie do nauczycielskiego biurka wziął do ręki kartkę z print screen'em, potem swoje wypracowanie, patrzył na obie prace długo, z wyraźnym niedowierzaniem, a następnie wycedził: "No nie, ja ją chyba zajebię...". Okazało się, że zlecił napisanie charakterystyki starszej siostrze - a ponieważ najwidoczniej nie chciało jej się pisać wypracowania, to ściągnęła je z Internetu i oddała bratu jako oryginalne, nie informując go, jak się sprawy mają :) Tym sposobem całkiem niechcący go wkopała. Nosił wilk razy kilka, chciałoby się rzec...
 

niedziela, 10 marca 2013

Męczennik XXI wieku

    Dziś na wesoło. Trafiłam na poniższy obrazek na demotywatorach - i tak mi się spodobał, że Was nim uraczę :)


    A jak się ma smocza rzeczywistość do powyższej karykatury?
    Cóż... Jestem jeszcze zdecydowanie za młoda, by mnie wypaliło zawodowo, więc póki co nie narzekam. Jak do tej pory najgorszym okresem w mojej pracy było pierwsze pół roku po nastaniu w Zoo, czemu chyba trudno się dziwić. Za duży szok kulturowy, że tak to delikatnie nazwę :) Szczegółów nie mam po co opisywać, bo jeśli ktoś ich nie pamięta, może cofnąć się do postów z tego czasu. W drugim semestrze nastąpił przełom. Nie wiem dokładnie, czym był spowodowany, a jak znam życie, to nałożyło się tutaj kilka czynników. Na pewno dzieciaki przyzwyczaiły się do mnie, przestałam być dla nich nowością - a zatem odechciało im się dawać mi w dupę aż tak bardzo. Poza tym w drugim semestrze zaczął się w mojej Muppeciarni etap odsiewania co bardziej hardcorowych egzemplarzy - bo albo sami przestali się pojawiać, albo już tak przegięli, że można było zacząć wyciągać w stosunku do nich poważne konsekwencje [patrz finał historii o Psychopatce]. Sama Dragonka też stała się odporniejsza zgodnie z maksymą, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Wreszcie [last, but not least :)] w moim życiu osobistym zaszło sporo zmian i to dla odmiany zdecydowanie na lepsze. Przegoniłam na dobre Ropuchę, Co To Udawała Księcia - a potem spotkałam Hipopotama. Tak czy inaczej pewne czynniki w sferze zawodowej w połączeniu w odpowiednią sytuacją prywatną zaowocowały tym, że Smok na dobre rozpanoszył się w Zoo i z kandydata na obiad dla Małpek stał się ich treserem :)
   Jak będzie dalej? Ano obaczym. Z pewnością przyjdą jeszcze gorsze momenty, ale nie mam zamiaru martwić się na zapas. Co prawda w głowie mi się zupełnie nie chce zmieścić, jakim cudem sprostam wymogowi pracy do 67 roku życia, ale to niezależnie od tego, czy w dalszym ciągu będę zaiwaniała w Zoo. Wyobrażacie sobie aż tak wiekowego nauczyciela w konfrontacji z nastolatkami, za którymi z przyczyn fizycznych nie będzie po prostu w stanie nadążyć? Bo ja szczerze mówiąc nie bardzo...
    A zatem - być może zamieszczony w tym poście obrazek stanie się kiedyś aktualny. Ale póki co - małpie niedoczekanie :)

środa, 6 marca 2013

Tatusia ciąg dalszy

    Zgodnie z umową, spotkałam się dziś z tatusiem mojej wychowanki Patrycji, bohaterem poprzedniego posta. Myślę, że Drogim Czytelnikom należy się krótka relacja.
    Przedstawiając sprawę w lekkim uproszczeniu, mamy do czynienia ze skrzyżowaniem gatunku faceta zwanego przez Hipopotama "la pippa" [z akcentem na ostatnią sylabę :)] z osobą zbyt zajętą, by orientować się na bieżąco w sprawach rodzinnych. Jak przyznaje, pracuje 5 dni w tygodniu z 2-dniowymi przerwami, z tym, że owo wolne wypada różnie. W dni robocze jednak wychodzi z domu około 6 rano, a wraca po 21, więc siłą rzeczy ma energię wyłącznie na to, by trafić do łóżka. Sprawami domowymi generalnie zajmuje się żona, która też pracuje, ale w mniejszym wymiarze godzin. Problem jednak w tym, że połowica chce być "tą dobrą", więc kryje Patrycję przed ojcem i pozwala jej na to, co on zabronił. W efekcie rzecz jasna córcia zupełnie weszła mamusi na głowę - co zresztą sama kiedyś miałam okazję zaobserwować. Pamiętam, jak w pierwszej klasie z powodu wybuchu złości i zbluzgania nauczycielki kazałam uczennicy przyjść do szkoły z matką. No i owszem, stawiły się u mnie obie, tylko rozmowa w trójkę skończyła się tym, że Patrycja w mojej obecności zaczęła się na rodzicielkę wydzierać, a ta pokornie spuściła uszy po sobie! W odpowiedzi na to rzecz jasna krótko i stanowczo kazałam gówniarze zamknąć drzwi z drugiej strony, a z matką kontynuowałam rozmowę już w cztery oczy.
    Powróćmy jednak do tatusia. To, że facet jest zarobiony i wiecznie zmęczony - to rozumiem. Nie jestem jednak w stanie pojąć, że nie huknie na żonę i córkę, skoro jest świadomy tego, że go regularnie robią w bambuko. Nie wiem, czy to tylko kwestia tego, że tak mu wygodnie i chce mieć przede wszystkim święty spokój - czy jest najzwyczajniej w świecie zastraszony przez swoje kobiety. W każdym razie otwarcie przyznał, że żona za jego plecami kryje numery Patrycji, pisze jej usprawiedliwienia i pozwala jej na rzeczy, których on wcześniej zabronił. Powiedziałam mu więc bardzo spokojnie, najbardziej rzeczowym i nauczycielskim głosem, na jaki było mnie stać, że takie podejście jest bardzo niepedagogiczne i że jeśli rodzice nie stanowią jednolitego frontu, to dziecko się gubi, bo nie ma jasnych reguł. Poleciłam mu porozmawiać poważnie z małżonką, czym grozi takie niekonsekwentne podejście - choć niestety nie mam złudzeń, by taka rozmowa coś dała. Z rozwiązań praktycznych natomiast poleciłam założenie Patrycji słynnego w Zoo "zeszytu na autografy". Metoda bardzo prosta, skuteczna i stosowana w naszej placówce nader chętnie. Otóż uczeń zakłada zeszyt i ma obowiązek każdego dnia po każdej lekcji poprosić nauczyciela o podpis jako dowód, że był na danych zajęciach obecny. Rodzic sprawdza i ma czarno na białym, jak się frekwencja przedstawia - a jeśli pociecha kręci [że np. zeszyt zgubiła czy zostawiła w szkole], albo podpisy są podejrzane, to jest to czytelny sygnał, że delikwent ma nieczyste sumienie. Dałam też na odchodnym ojcu Patrycji mój adres mailowy celem szybszego kontaktu.
    Pytacie: czy to coś da? Pożyjemy, zobaczymy. Na dłuższą metę pewnie niewiele, bo nie łudzę się, by wieloletnie błędy wychowawcze dało się naprawić ot tak - w przypadku 18-letniej pannicy. Na jakiś czas pewnie frekwencja Patrycji się poprawi i pozostaje mieć nadzieję, że to wystarczy, by ją uchronić przed enkaelami. Do końca semestru jeszcze 4 miesiące.

poniedziałek, 4 marca 2013

Tatuś, że skrzydła opadają

    Jako wychowawca mam raczej pozytywne doświadczenia, jeśli chodzi o współpracę z rodzicami moich podopiecznych. Było tak nawet w mojej poprzedniej szkole, czyli w liceum - a trzeba podkreślić, że pierwszą klasę na wychowawstwo dostałam już od razu, na stażu, a więc będąc kompletnie nieopierzoną i niedoświadczoną nauczycielką z pachnącym jeszcze nowością dyplomem magisterskim. Trafiła mi się zmanierowana zgraja nastolatków, z którymi sporo się naużerałam, nim udało się ich jako tako postawić do pionu. Co najzabawniejsze, w konflikcie z nimi rodzice zainteresowanych stali po MOJEJ stronie wbrew swoim własnym dzieciom, co jest chyba najlepszym dowodem na to, że to gówniarze przeginali, a nie ja :)
    W Zoo rzecz jasna mamy do czynienia ze specyficzną grupą rodziców. Nie ma co niestety ukrywać, że 2/3 z nich w ogóle nie interesuje się edukacją swojej pociechy. Tym bardziej zatem zależy mi na utrzymaniu dobrych kontaktów z tymi, którzy jednak do szkoły przychodzą i przynajmniej starają się ze mną współpracować. Staram się więc być cierpliwa i otwarta, wysłuchuję ich narzekań, kiedy muszą się wygadać, gryzę się w język, by nie oceniać i nie krytykować. Co dobrego przyniesie, że przejadę się po takiej zagubionej mamusi, nawet kiedy widzę wyraźnie, że kobita postępuje idiotycznie? Jeśli potrząsnę nią zbyt mocno, to uzna, że ma w wychowawcy swojego dziecka wroga - i przestanie się ze mną kontaktować. Rozmowa z rodzicami wymaga zatem panowania nad sobą oraz dużych umiejętności dyplomatycznych.
    Są jednak takie momenty, kiedy Smokowi wszystko opada -  nie tylko skrzydła - a bluzgi same cisną się na pysk. Mam w Muppeciarni dość sympatyczną Patrycję, która trafiła do Zoo cztery lata temu z powodu wagarowania oraz niekontrolowania wybuchów złości [co zdarza się jej do dziś]. Pierwszą klasę gimnazjum jeszcze powtarzała, a potem wylądowała u mnie, zaklimatyzowała się w nowym zespole i od tej pory nie ma większych problemów z nauką. Niedawno jednak skończyła 18 lat i od tego czasu zaczęło jej lekko odbijać, czego przejawem niestety są coraz dłuższe nieobecności. Przeprowadziłam z nią kilka rozmów na tę okoliczność, w których Patrycja obiecywała, że "no dobra, teraz to już będzie chodziła do szkoły" - ale jak wiadomo, obiecanki-cacanki. Kiedy zatem dziś znowu pojawiła się tylko na dwóch środkowych lekcjach, a potem się zawinęła, postanowiłam zaalarmować rodziców. Wiem z doświadczenia,  że jej matka jest osobą dość zajętą i rzadko odbiera telefon w godzinach południowych, wykręciłam zatem numer do tatusia. Oto przebieg rozmowy:
    -Dzień dobry, z tej strony Smoczyca Dragonella [tu oczywiście padło moje nazwisko :)],wychowawczyni Patrycji. Rozmawiam z tatą Patrycji? Dzwonię do pana, ponieważ niepokoją mnie jej nieobecności.
    - Taaak? [zdziwiony głos tatusia]
    - Od początku stycznia pojawia się w szkole coraz rzadziej, a w lutym to już w ogóle było tragicznie. To są i całe dni nieobecne [tu wyliczyłam kilka dat], ale także córka zaczyna wybierać sobie godziny, czyli np. pojawi się na jednej czy dwóch lekcjach, a potem sobie idzie. Martwię się, że jeśli tak dalej pójdzie, to nałapie enkaeli, a przecież oceny ma całkiem dobre i szkoda by było, żeby przez wagary nie skończyła szkoły.
    Tu nastąpiła chwila milczenia, po czym tatuś westchnął i powiedział:
    - Wie pani, a czy mógłbym się z panią umówić na rozmowę w szkole w któryś dzień? Tak by chyba było najlepiej.
    - Ależ oczywiście, to bardzo dobry pomysł. - odparłam uradowana, że trafiłam na tak rozsądnego rodzica. Mój entuzjazm został jednak brutalnie zgaszony następnym zdaniem:
    - Tylko wie pani, czy może mi pani podać adres szkoły? Jaka to jest ulica? Bo ja nie wiem, a córka mi nie chce powiedzieć...

    MACIE POJĘCIE? Patrycja jest podopieczną Zoo od czterech lat, a ojciec nie wie, gdzie jest szkoła! I to z jakiego powodu? Bo dziecko go terroryzuje i nie chce mu podać adresu! To przepraszam, co to ma być - ojciec, czy pipa grochowa?!
    Pomijam rzecz jasna oczywisty fakt, że w dobie Internetu coś takiego, jak adres edukacyjnej placówki publicznej, można ustalić w dwie sekundy, zadając odpowiednie pytanie wujkowi Google...
    Do znudzenia pytam: jak te dzieciaki mają wyrosnąć na ludzi z takimi rodzicami...?

piątek, 1 marca 2013

Pokazówka

    W "karierze" wychowawcy - wszystko jedno, czy chodzi o rodzica, pedagoga czy szeregowego nauczyciela - przychodzą czasem takie momenty, że trzeba zrobić  tzw. pokazówkę. Jako instytucja wychowawcza z premedytacją zachowujemy się więc w określony sposób, reagując "dla przykładu". Zwykle chodzi oczywiście o ukaranie lub innego rodzaju wyciągnięcie negatywnych konsekwencji. Umiejętnie przeprowadzone pokazówki są niezmiernie owocne i dają długotrwałe efekty. Rzecz jasna takie działania mają znamiona manipulacji, bowiem by dana akcja była naprawdę skuteczna, musi być dość spektakularna, często bardziej, niż tego rzeczywiście wymaga sytuacja. Delikwent musi odnieść wrażenie, że jest dużo groźniej, niż w rzeczywistości. W Zoo umiejętność robienia dobrych pokazówek jest bezcenna, bo niestety - u najbardziej zdemoralizowanych Małpek nie ma innego sposobu wywołania pożądanych przez pedagoga zachowań, niż poprzez zastraszenie... Dziś zatem będzie o świeżutkiej pokazóweczce autorstwa Smoczycy.

    Zaczęłam właśnie z 1B powtórkę z części mowy. Gwoli ścisłości: teoretycznie powinni to wszystko już po podstawówce umieć, ale gdyby tak rzeczywiście było, to nie uczyliby się u nas... W praktyce zatem omawiam z nimi każdą część mowy po kolei, zupełnie tak, jak by to były zajęcia w czwartej klasie. No i w zeszły piątek zaczęliśmy od rzeczownika. Powolutku, spokojnie, od wyjaśnienia, co to w ogóle jest i co nazywa, potem rozpoznawanie w zdaniach oraz określanie form [swoją drogą, chyba nigdy mnie nie przestanie oburzać, jak można nie znać nazw przypadków...].
    Tjaaa... W piątki mamy dwie godziny pod rząd, ale tym razem było to 90 minut użerania się z rozbrykanym stadkiem, proszenia o choć kilka minut ciszy, a także zaganiania Małpiątek na miejsca, ściągania z parapetów czy rozdzielania, kiedy zaczynali się między sobą tłuc. Serio serio, przypomniały mi się lekcje z pierwszego roku mojej pracy w tej przeszanownej placówce edukacyjnej. Chłopcy wyraźnie byli nakręcani przez niejakiego Bartka, który postawił sobie za cel wyprowadzenie tego dnia Smoczycy z równowagi. I trzeba przyznać, że niestety mu się to udawało. Przypadkowo trafił na poletko, które ciężko mi przemilczeć, a mianowicie prowokował mnie faszystowskimi uwagami. Przykłady? Powitanie mnie okrzykiem "Heil Hitler" połączonym z odpowiednim gestem wyciągniętej ręki. Zadawanie niezliczonej ilości obrzydliwych pytań związanych z Holocaustem ("Psze pani, a jak długo palił się taki Żyd? A czy te mydła fajnie się pieniły?"). Opowiadanie głośno kolegom dowcipów o Żydach i wygłaszanie nazistowskich komentarzy. A kiedy w którymś momencie zdenerwowana krzyknęłam na jednego z chłopców, uradowany Bartek zaczął parodiować moją złość na wzór przemówień Hitlera... Nie wiem, jak Drogi Czytelnik zachowałby się na moim miejscu, ale Dragonka myślała, że szlag ją zaraz trafi.
    Po lekcji zgłosiłam zachowanie klasy Marzence [ze szczególnym uwzględnieniem Bartka], która w moim imieniu obdzwoniła rodziców najgorzej zachowujących się delikwentów. Sama natomiast zaplanowałam na następny polski słodką zemstę połączoną właśnie ze zrobieniem pokazówki. Weszłam zatem do klasy z wyjątkowo surową miną, lodowatym głosem sprawdziłam listę, a potem zaczęłam tradycyjnie:
    - Kto jest nieprzygotowany? [tu zgłosiły się dwie osoby, co odnotowałam]. Czy ktoś jeszcze? Nie widzę, nie słyszę. Reszta zatem pochować wszystko, wyciągnąć kartki i piszemy kartkówkę z ostatniej lekcji o rzeczowniku.
    Tu nastąpiły protesty, złorzeczenia, wycie i ogólne niezadowolenie. Nigdy bowiem nie robię niezapowiedzianych kartkówek. Smrodek nawet usiłował obrócić wszystko w żart, myśląc, że robię sobie z nich jaja. Wyprowadziłam ich jednak z błędu.
    - To w ramach podziękowania za wasze zachowanie na ostatnich zajęciach. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom. Róbcie tak dalej, to od kartkówki będziemy zaczynać każde zajęcia. Ja w dzienniku mam mnóstwo miejsca na oceny...
    Efekt był do przewidzenia: same jedynki - z wyjątkiem Radka, który na tej nieszczęsnej lekcji o rzeczowniku siedział w pierwszej ławce przy biurku i starał się uważać pomimo hałasu w klasie. Dostał dopalacza, co jak na niego i tak jest sporym osiągnięciem.
    Pytacie - co mi to przyniosło? Ano ciszę jak makiem zasiał. Po napisaniu sprawdzianu zaczęły się zwyczajne zajęcia o przymiotniku. Nie oszczędzałam ich, więc było mnóstwo notowania i ćwiczeń. ŻADNYCH zbędnych komentarzy, wszyscy zajęci przepisywaniem, podchodzący do tablicy i robiący ćwiczenia bez szemrania. A kiedy w jednym momencie usiłował zbuntować się Marcin - notabene nowa Małpka, pierwszy dzień w szkole - to został usadzony przez Andrzeja następującymi słowami:
    - Kurwa matole, zamknij dupę i pisz! Jak przez ciebie będę miał drugą kartkówkę, to dostaniesz wpierdol, rozumiesz?!
    Pozwoliłam sobie zostawić ten tekst bez komentarza...
    Od pokazówki minęły już 4 lekcje. Największe emocje opadły i nie ma aż tak idealnej ciszy, tym niemniej kolejne części mowy omawiane są bez problemów i opóźnień. Małpiątka notują, robią ćwiczenia, do tablicy przychodzą - a Dragonka zaciera skrzydła. Zresztą, jak tak dalej pójdzie, to może się czegoś zdołają naprawdę nauczyć i kiedy przyjdzie czas na godzinny sprawdzian, to napiszą coś sensownego i nie będę musiała stawiać jedynek od góry do dołu...