Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 31 grudnia 2013

Subiektywny przegląd roku

    Witajcie Robaczki [choć ze względu na zbliżającą się noc co niektórych powinnam zapewne nazwać Disco Robaczkami :)]. Smoczyca żyje, ma się dobrze, tylko ze względu na wyjątkowo wyjazdowe święta w tym roku jakoś straciła natchnienie do pisania postów. Nie martwcie się jednak, bo bynamniej nie oznacza to zawieszenia bloga. Przyjdzie styczeń, koniec półrocza, wystawianie ocen - z pewnością znajdą się przy tej okazji ciekawe szkolne tematy.
    Na razie jednak dam się ponieść wszechogarniającej manii na podsumowanie wszystkiego, co się tylko da i spreparuję dla Was drobny przegląd rocznych spraw smoczo-zoologicznych, czyli zbiór tego, co się działo w 2013 roku na Blogu Dragonelli. A przedtem dziękuję Wszystkim Czytelnikom za uwagę, komentarze i poświęcony mi czas. Polecam się na przyszłość - no i co złego, to nie Smok :)

www.krynicaamadeusz.pl


 STYCZEŃ

- Ambitne plany zahasłowania bloga, które jednak ostatecznie spełzły na niczym. Może zbyt łatwo dałam za wygraną [albo jestem zwyczajnie za głupia, żeby to sprawnie przeprowadzić...], ale miałam w końcu po wyżej uszu cotygodniowego wysyłania zaproszeń, bo Czytelnicy skarżyli się, że znów nie mogą się zalogować - choć do tej pory mogli.

- Początek serii postów wyjaśniających podejście Dragonelli do kwestii bicia [czy raczej właśnie: NIE bicia] dzieci. Włożyłam tym samym kij w mrowisko, co zaowocowało ciekawą dyskusją na łamach bloga, a nawet lekką kłótnią z Andrzejem, nad czym z perspektywy czasu ubolewam. Zdaje się bowiem, że w wyniku tego straciłam inteligentnego Czytelnika, którego komentarze śledziłam zawsze z dużym zaiteresowaniem.

- Dwa przepisy na genialne ciasta, czyli sernik babci Róży oraz regana mojej Teściowej.  

LUTY 

- Rozpoczynam prywatne lekcje z szóstoklasistą Piotrusiem, czyli grzecznym dzieckiem ambitnych rodziców. Niezły konstrast po młodzieży z Zoo... :)

- Ostatecznie zwycięstwo nad Złym Psem, czyli Dawidkiem. Skończył 18 lat i dostał ultimatum nie do odrzucenia, w wyniku czego odebrał papiery i tym samym uwolnił Zoo od swojej osoby raz na zawsze.

MARZEC

 Opowieść o najbardziej ciapowatym tatusiu, jakiego do tej pory spotkałam w swojej pracy jako wychowawca.

- Smok dowiedział się, że - jako nauczyciel osoby dorosłej - jest zbyt surowy i za mało empatyczny... 

KWIECIEŃ 

- Pod lingwistyczne skrzydła Dragonki trafia Drybek, czyli John ze Szkocji. Klient bardzo inteligentny, ale jeszcze bardziej wymagający i - co tu dużo ukrywać - niezmiernie specyficzny. Postrach lektorów w szkole językowej. Smoczycy udało się go jednak jakoś oswoić, więc współpraca trwa szczęśliwie do dziś.

- Początek krótkiego epizodu nauczania Carlo z Włoch, który jednak szybko dał za wygraną. A szkoda, bo zapowiadało się nad wyraz zabawnie.

MAJ 

- Młoda Gniewna, czyli Smocza ulubiona wychowanka, zachodzi w ciążę. Wiadomo, to niby nie tragedia [kobietom się to zdarza - jak mawia "filozoficznie" mój Tata :)], ale co będziemy ukrywać: komplikuje to dziewczynie życie jak cholera. Miała pójść do zawodówki i zaostać lakiernikiem, a tymczasem... sami rozumiecie.

- Ukazuje się "Chustka", czyli papierowa wersja bloga Joanny Sałygi. Dla mnie lektura obwiązkowa.

CZERWIEC 

- Do wiejskiej posiadłości Seniorki przybłąkała się Ruda, czyli niewielka, przesympatyczna sunia, kradnąca serca wszystkim, którzy się z nią zetknęli. Niestety, kilka tygodni później zginęła pod kołami samochodu :(

- Pożegnanie z moją trzecią klasą gimnazjalną, czyli osobistą Muppeciarnią. Jako całokształt będę ich wspominać bardzo dobrze, czego nota bene nie da się powiedzieć o poprzedniej klasie, której byłam wychowawcą, czyli o "normalnych nastolatkach" ze zwyczajnego liceum.

LIPIEC 

- Jej Wysokość otrzymuje nowy, śliczny drapak robiony na zamówienie. Gwoli ściłości dodam, że na obecną chwilę owo ustrojstwo już powoli kwalifikuje się do wymiany, co dowodzi tylko, że jest chętnie przez Pumę używane :)

- Dragonella zostaje nauczycielem mianowanym.

- Wakacyjny nawał pracy z innastrańcami. Przy okazji Smocza duma zostaje mile połechtana rozpływaniem się nad talentami umysłowo-pedagogicznymi gadziny przez doktora amerykańskiego uniwersytetu... 

SIERPIEŃ

- Lekcje z chyba najbardziej oryginalną uczennicą, z jaką miałam do czynienia, czyli z Janet. Dla przypomnienia: z wyglądu i sposobu bycia "męska lesbijka" i gangster, z umysłu geniusz. A prywatnie spokrewniona ze słynnym Jesse James'em, który był bratem jej pradziadka.

- Wizyta w Pomarańczowej Jasini mojej ulubionej blogerki literackiej, czyli Mag.

WRZESIEŃ 

- Dostaję na wychowawstwo pierwszą klasę zawodową, do której trafia część moich Muppetów. Trafia też niestety Pan Wrzód, czyli chamowaty młodzieniec w wyrokiem w zawiasach. 

PAŹDZIERNIK 

- Okazuje się, że scrabble są świetnym materiałem dydaktycznym do pracy z Drybkiem.

- Dragonella rozpoczyna naukę rosyjskiego w systemie tandemowym, czyli "język za język".

- W Zoo ma miejsce seria "ataków broni biologicznej", czyli rozpyleń gazu pieprzowego. To tak żebyśmy nie zapomnieli, że pomimo pozornej sielanki pracujemy w potencjalnie niebezpiecznym miejscu, w którym wszystko się może zdarzyć. 

- Dwa przepisy kulinarne: na pyszne i szybkie domowe ciasto z owocami oraz genialny w swej prostocie gulasz.

- Puma dostaje na urodziny laserek z rybką, który okazuje się hitem sezonu jesienno-zimowego.

LISTOPAD 

- W Zoo rozpoczynają się przygotowania do kataklizmu w postaci Ewaluacji Zewnętrznej.

- Po wielu wysiłkach udało się w końcu wyciąć Pana Wrzoda, który nawiasem mówiąc ostatecznie sam nam w tym pomógł. 

- Staraniem Dragonki do Zoo trafia pięć nowiutkich zestawów scrabbli.

GRUDZIEŃ 

- Malowanie trawy na zielono, czyli ewaluacja w Zoo. Atmosfera jest tak gęsta, że można ją kroić nożem.

- "Schody" w pierwszej gimnazjalnej, czyli walka dzieciaków ze Smoczycą o przywództwo w stadzie. Tjaa... Nie oni pierwsi, nie ostatni :)


 KONIEC 

sobota, 14 grudnia 2013

Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom

    Oto następna odsłona potyczek z 1A - jak zapowiedziałam, już zdecydowanie mniej sympatyczna.
     Mówiliśmy ostatnio o rodzajach błędów językowych. Najpierw była jak zwykle część teoretyczna, a potem cała lekcja poświęcona rozwiązywaniu konkretnych przykładów. Ćwiczenie polegało na tym, że dostali zdanie, w którym jest błąd i musieli je poprawić tak, aby było dobrze. W zależności od błędu czasem wystarczyła zmiana jednej literki czy kolejności wyrazów w zdaniu, a czasem trzeba było całość przeredagować. Tak czy inaczej - zrobiliśmy na zajęciach chyba z 40 przykładów, po czym zapowiedziałam małpiątkom, że na kolejnej lekcji będzie z tego piętnastominutowa kartkówka - z przykładami zrobionymi na zajęciach.
    Żeby uzmysłowić Wam, o jakiego rodzaju błędy mi chodzi, zacytuję kilka przykładów. Nieśmiało zauważę, że w mojej ocenie są one naprawdę banalne i każdy średnio rozgarnięty Polak powinien dać radę te zdania poprawić, nawet z marszu, bez wcześniejszego przygotowania. A - jak się rzekło - moi uczniowie przed kartkówką mieli te przykłady przewałkowane i wytłumaczone, więc w ich przypadku wystarczyło tylko być na lekcji, albo w razie nieobecności pożyczyć notatki od kogoś z klasy.

1. Nauczycielka zrozumiała, że uczniowie nic nie umią na sprawdzian.
2. W afekcie tornada cztery rodziny straciły dach nad głową.
3. Mając 8 lat, ksiądz udzielił mi pierwszej komunii.
4. Wynalazkiem, który odmienił życie człowieka, to samochód.
5. Ania jest bardziej milsza od pozostałych koleżanek.

    Na kartkówkę przyszły cztery uczennice, z czego dwie z tych rzadziej pojawiających się w Zoo, więc w ogóle nie były nawet świadome, że zapowiedziałam jakiś sprawdzian. Laura [wyjątek od reguły w tej klasie, która zresztą była na wszystkich wcześniejszych lekcjach] napisała bezbłędnie i dostała piątkę. "Kumata" z poprzedniego posta co prawda nie zaszczyciła swą obecnością ani jednych zajęć o tych błędach, ale jako że rzeczywiście jest niegłupia [jak na realia Zoo...], to jej wyczucie językowe wystarczyło na dostateczny. Dwie pozostałe panny otrzymały po dwa minus, co de facto oznacza, że skopały praktycznie wszystko, a ja po prostu się nad nimi ulitowałam. A ponieważ kartkówka była krótka, to zarządziłam od razu omówienie sprawdzianu z wyjaśnieniem przykładów i poleceniem przepisania ich do zeszytu - z czego zwolniłam tylko Laurę, jako że dostała piątkę i przecież miała już te zdania w swoich notatkach.
    "Kumata" grzecznie wykonywała moje polecenia, pytając tylko, czy musi przepisywać również te zdania, które zrobiła dobrze [odparłam, że może je sobie darować]. Kasia, pierwsza z "minus dopem", siadła sobie z tyłu i cichutko gryzmoliła w zeszycie. Gorzej było z drugą dwójkowiczką, Sandrą, która jest dziewczęciem generalnie inteligentnym, ale niesamowicie pyskatym i ze zdecydowanie zbyt wysokim mniemaniem o sobie. Chodzi do szkoły mocno w kratkę i trzeba przyznać, że jeśli jest w dobrym humorze, to pracuje dobrze, dostając za to bardzo przyzwoite oceny. Niestety, sielanka trwa jedynie do momentu, aż coś jej się nie spodoba, bo wtedy strzela pokazowego focha i wykłóca się w przekonaniu, że ona ma rację i już. Tak było niestety i tym razem, bo zdaje się owo dwa minus to dla niej osobista zniewaga - no jak to, ona, taka inteligentna, a zrobiła aż tyle błędów językowych...? Najpierw więc była batalia dosłownie o każdy przykład, że to ja nie mam racji, bo przecież tak się mówi, więc co ja się czepiam [tjaaa...]. Cierpliwie tłumaczyłam, na czym polega konkretny błąd, na co panna się naburmuszała, a foch trwał w najlepsze. Rzecz jasna Sandra ani myślała zrobić poprawę do zeszytu, bo: "przecież ja już będę to wiedziała, nie chce mi się tego pisać, a zresztą i tak zeszytu nie mam, to po co mam pisać w brudnopisie". Na takie dictum przypomniałam spokojnie o regułach panujących u mnie na zajęciach - jeśli ktoś nie ma notatki, wstawiam mu jedynkę.
    Chryja zaczęła się pod koniec lekcji, kiedy chciałam sprawdzić, czy panny przepisały przykłady. Podchodzę najpierw do Kasi na koniec sali, przekonana, że to będzie formalność. Okazało się jednak, że uczennica nic w zeszycie nie ma, natomiast przez całą lekcję zajmowała się kaligrafowaniem na osobnej kartce różnego rodzaju wulgarnych napisów [bo tyle zdążyłam zauważyć]. Chciałam jej tę kartkę zabrać, ale była szybsza i zaczęła ją wyrywać.

JA: Kasiu, oddaj mi to - nie będę czytała, wyrzucę do kosza.
KASIA [cedząc jadowicie przez zęby]: Puść to. Kurwa, nie słyszysz? Puść to!
JA [po kilku sekundach ciszy, bo szczerze mówiąc byłam tak zaskoczona jej reakcją, że mi mowę odjęło]: Jak ty się do mnie odzywasz...?
KASIA: Normalnie się odzywam. Nie rozumie pani? Niech pani to puści!

    Pomyślałam, że nie będę się z gówniarą szarpała [tym bardziej ku uciesze reszty...], dałam więc jej spokój i tak opanowanym tonem, na jaki było mnie stać oświadczyłam, że zgodnie z zasadami otrzymuje jedynkę za brak notatki, a o jej zachowaniu poinformuję panią pedagog [bo wiem niestety, że nie mam po co iść do wychowawczyni...].
    Potem podeszłam do Sandry, która też oczywiście nic nie miała, więc również oświadczyłam, że wpiszę jej jedynkę tak, jak ostrzegałam. Nastąpiła chryja numer dwa, bo pannica nie zamierzała wcale dać za wygraną. Zaczęła się awanturować, że przecież i tak nie ma zeszytu, że to jej notatki i jej sprawa, czy pisze czy nie, więc mnie to w ogóle nie powinno obchodzić. Chciałam jej przypomnieć, że doskonale wiedzała, jakie będą konsekwencje, ale ledwo wypowiedziałam początek, a zasypała mnie potokiem kolejnych "argumentów", nie dając mi dojść do słowa. Kiedy zwróciłam jej uwagę, że mi przerwała i nie pozwoliła sobie wytłumaczyć, odparła, że mi przerywa, bo gadam głupoty. Na koniec było najlepsze, bo widząc, że jednak nie dałam się zastraszyć i wpisuję tę jedynkę, zaczęła krzyczeć, że "ma wyjebane" na moje oceny i na to, co wpisuję.
    Całość podsumowałam następująco:
    - Dziewczyny, naprawdę wam się dziwię. Kasia, ty masz bardzo słabe oceny, ale jeszcze słabszą frekwencję, niedawno pytałaś mnie, co masz poprawić, żeby mieć dopa na półrocze. Sandra, tobie z ocen wychodzi trójeczka, ale na polskim też pojawiałaś się na tyle rzadko, że z pewnością nie wystarczy na klasyfikowanie. Miałam zamiar przymknąć na to oko, ale teraz oświadczam ci, że dokładnie przeliczę twoje obecności. Obie przyjmijcie do wiadomości, że jeśli wypadają wam enkaele, to będziecie je miały. Jeśli ktoś nie traktuje mnie w porządku, to nie widzę powodu, bym miała mu iść na rękę.
    Kasia się nie odezwała, Sandra natomiast wstała i wyszła z klasy trzaskając z całej siły drzwiami.

    I tak to, moi drodzy Czytelnicy. Mam po tej lekcji olbrzymi niesmak i jest mi tak po ludzku zwyczajnie przykro, nie mam jednak wątpliwości, że dziewczyny przegięły. Dostały słabe oceny, więc chciałam, żeby zrobiły zdania w kartkówki w zeszycie [tym bardziej, że obie nie były na lekcjach, kiedy omawialiśmy materiał] i miały się z czego nauczyć do poprawy. Obie olały moje polecenie, mimo że wiedziały, jakie są konsekwencje. Obie też mnie obraziły.
    Następnego dnia przyjechałam wcześniej do szkoły i spokojnie, skrupulatnie przeliczyłam obecności na polskim jednej i drugiej. Nie mają połowy frekwencji, a więc mam pełne prawo postawić im enkaele. I zrobię to, choć przypuszczam, że Grażyna będzie mnie chciała za to powiesić. Nie mam zamiaru jednak być dobrą ciocią dla dwóch bezczelnych gówniar, które wagarują, nie wykonują poleceń na lekcjach, a potem zamiast przyjąć na klatę konsekwencje swojego postępowania, to mnie obrażają.

czwartek, 12 grudnia 2013

Bierny opór


    Pamiętacie może, kiedy na początku tego roku szkolnego wspominałam, jakie klasy w tym roku uczę? Przewidywałam wredy kłopoty z 1A, która jako wychowawcę dostała informatyczkę Grażynę, osobę z powodów osobistych - delikatnie mówiąc - dość niezrównoważoną. No i niestety wychodzi na to, że się nie pomyliłam...
    Trzeba przyznać, że na początku zachowywali się w miarę przyzwoicie jak na standardy Zoo, ale im więcej czasu mija, tym robią się bardziej bezczelni. Na domiar złego z tą klasą w ogóle będzie niezły problem. Jest tam na obecną chwilę zapisanych tylko 13 osób [we wrześniu było więcej, ale się z różnych przyczyn powykruszali], z czego na lekcje uczęszcza góra 8, a i to w sposób bardzo nieregularny. Jeśli zatem w drugim półroczu nie nastąpi "cudowne rozmnożenie", czyli przypływ małpiątek powyrzucanych z innych gimnazjów, to uczniów może być za mało, by powstała druga klasa.
    No dobrze, na czym jednak polega ich bezczelność? Ogólnie rzecz ujmując na olewatorskim podejściu do wszystkiego co im się zaproponuje i postawie, którą ja nazywam "biernym oporem". Mówiąc delikatnie, niezmiernie trudno prowadzi się zajęcia z 6 osobami - bo tyle mam średnio na polskim, przy czym rzecz jasna nie jest to cały czas ten sam skład - które są obecne jedynie czysto fizycznie, bo odmawiają jakiejkolwiek pracy. Poza jedną Laurą [chlubnym wyjątkiem od reguły] cud boski, jeśli ktokolwiek ma zeszyt, bo o podręczniku można tylko pomarzyć i to bez względu na to, że wymagam jego przynoszenia pod groźbą jedynki. Praktycznie niezależnie od tematu lekcji mogłabym równie dobrze gadać do pustej klasy, bo na wszelkie pytania odpowiedzią jest głucha cisza, a polecenia małpiątka wykonują jedynie wówczas, jeśli KAŻDEGO indywidualnie przypilnuję, ze trzy razy opieprzę i postraszę czym tylko jestem w stanie. Uwierzcie mi, ręce opadają, a ponieważ taka atmosfera panuje na niemal każdej lekcji, to sama już nie wiem, czy oni są aż tak leniwi, czy aż tak tępi - a może i jedno, i drugie?
    Podam przykład, jak wygląda codzienna "praca" w 1A. Tematem lekcji była ballada Mickiewicza "Lilije" - kojarzycie: "Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana...". Tekst nota bene moim zdaniem nawet interesujący, ale to nieważne. Mam dość ładne aktorskie nagranie w formie słuchowiska tego utworu, przytachałam więc na lekcję mojego laptopa z zamiarem puszczenia dzieciaczkom, aby już im pójść na rękę i maksymalnie ułatwić przyswojenie treści. Rozdałam im do tego Karty Pracy z prostymi ćwiczeniami, które mieli wykonać podczas słuchania - uporządkowanie podanego planu wydarzeń plus zadanie typu "prawda/fałsz". Po odtworzeniu ballady [a zajęło to dobre 15 minut...] chcę sprawdzać pierwsze zdanie, a tu okazuje się, że nikt nic nie ma. Pytam więc spokojnie, "po dobroci" - o co w ogóle tam chodziło, co to za historia, kto kogo zabił, dlaczego...? Nic, zero, cisza. Nic nie wiedzą, nic nie zrozumieli, bo "to jakieś głupie było". Zupełnie tak, jak by ich nie było w klasie - albo tekst był wygłoszony w języku chińskim. 
    Z uwagi na to, że mieliśmy jeszcze drugą lekcję, opanowałam więc narastające we mnie wkurzenie [bo w końcu wyszło przecież na to, że zmarnowaliśmy prawie całe pierwsze zajęcia bez żadnego efektu!] i po przerwie stwierdziłam, że skoro język utworu sprawia trudność [w co nie wierzę, no bez przesady, Mickiewicz to jednak nie Kochanowski czy Rej...], to rozdam im podręczniki [przytachane przeze mnie oczywiście...], będziemy czytać utwór na głos wspólnie po kawałeczku i na bierząco komentować. Ok, ja zaczęłam, przeczytałam pięknie i wyraźnie dwie pierwsze zwrotki, a potem proszę pierwszego ucznia, żeby mi własnymi słowami powiedział, o czym to było. 

PATRYK [leży na ławce i nic nie mówi, zero reakcji na moje polecenie]. 
JA: Patryk, halo, budzimy się. Powiedz, o czym to było?
PATRYK [podnosząc nieprzytomny wzrok]: Nie wiem, nie pamiętam...
JA: [biorąc głęboki wdech, bo przecież skończyłam czytać ledwie kilkanaście sekund wcześniej, więc niemożliwe, żeby uczeń tak szybko dostał amnezji]: W takim razie zerknij do książki i zobacz.
PATRYK: A gdzie czytamy?
JA: [kolejny wdech, żeby nie wybuchnąć]. Na samym początku. To co się tam stało?
PATRYK: No pani była...
JA: I co z tą panią?
PATRYK: Zabija pana.
JA: Dobrze. I co potem?
PATRYK: Grzebie w gaju.
JA: Patryk, ale spróbuj opowiedzieć własnymi słowami.
PATRYK: Przecież mówię.
JA: Cytujesz, a ja chciałabym, żebyś mi po prostu opowiedział, co się tam stało. No dobrze, a co zrobiła potem?
PATRYK: [cisza].
JA: Co posadziła na grobie?
PATRYK: Trawę.
JA: Nie zmyślaj, tylko patrz do tekstu.
PATRYK: Ale gdzie to...?

   I tak w koło Macieju... Identyczna sytuacja powtórzyła się w przypadku drugiego oraz trzeciego ucznia. Zero współpracy, każde słowo muszę wydobywać siłą. A ponieważ nawet Smocza cierpliwość na swoje granice, zarządziłam zmianę reguł gry:

JA: O nie, moi kochani, tak nie będzie. Balladę musimy omówić, ale nie chcieliście wspólnie, więc będziecie pracować samodzielnie. Każdy siada sam w ławce, dostaje podręcznik i czyta.  Waszym zadaniem jest wykonanie ćwiczeń na Karcie Pracy. Macie na to 20 minut, potem sprawdzam i oceniam.

    Efekt? Owszem, jedna bardziej "kumata" dziewczyna uporała się z ćwiczeniem w tempie błyskawicznym [bo swoją drogą, uwierzcie, polecenia były naprawdę banalne i na poziomie średnio inteligentnego ucznia...], zrobiła bezbłędnie i dostała piątkę. Trzy osoby coś tam popisały - trochę błędów było, ale ponieważ widziałam, że przynajmniej rzeczywiście przeczytali utwór, to wstawiłam im dostateczne. Patryk natomiast zajmował się leżeniem na ławce i szukaniem czegoś w komórce, od czasu do czasu podnosząc się i próbując czytać kawałek, by po minucie znów się zniechęcić i wrócić do leżenia. Kiedy czas przeznaczony na wykonanie ćwczenia dobiegał końca, zauważyłam, że "piątkowa koleżanka" posłała mu karteczkę. Podeszłam, zabrałam świstek - i rzecz jasna okazało się, że były na nim zapisane prawidłowe rozwiązania. W rezultacie oboje zarobili po ocenie niedostatecznej, co nie odbyło się bez protestów, bluzgów i awantury.
    I tak, Kochany Czytelniku, wyglądają w zasadzie wszystkie zajęcia w 1A. Bierny opór, gadanie do ściany, wymuszanie jakiejkolwiek aktywności niemal torturami. Skrzydła opadają i odechciewa się Dragonce wszystkiego.
    Mam z tej klasy jeszcze jedną, świeżutką historię do opowiedzenia, już niestety z gatunku mniej sympatycznych. Ale to już w kolejnym poście, czyli koło weekendu, bo i tak się rozpisałam. A Czytelnik ma przecież próg wytrzymałości :)


piątek, 6 grudnia 2013

Wizytacja w toku

    Jak tam zmagania z wizytacją?
    Nalot miał się rozpocząć w miniony poniedziałek. Zaczęło się jednak od tego, że "szanowni ewaluatorzy" zadzwonili w piątek [czyli tydzień temu] do szkoły ok. godziny 15 - czyli w porze, kiedy nie było już żadnej dyrektorki, a i sekretarka zbierała się do wyjścia - z informacją, że coś tam im się pozmieniało i w związku z tym wizytację zaczną dopiero od środy. Wszystko pięknie, gdyby nie fakt, że zgodnie z ICH życzeniem porozsyłaliśmy oficjalne zaproszenia do rodziców na spotkanie na wtorek po południu! I co w związku z tym? Ano to, że musieliśmy [tzn. - wychowawcy...] telefonicznie wszystko odkręcać, przepraszać, odwoływać "z powodu nagłej choroby". Słowem - wyszliśmy na kretynów. I to jeszcze wobec takich rodziców, którzy łagodnie mówiąc nie stanowią wzoru zaangażowania tak w wychowanie swoich dzieci, jak i w życie szkoły. "Szanowne kuratorium" strzeliło nam w ten sposób niezłego gola, bo następnym razem, kiedy będziemy prosili rodziców o jakąś inicjatywę związaną ze szkołą, to będzie jeszcze marniejszy odzew. Ale to przecież nie problem kuratorium, tylko nasz, prawda...?
    Co dalej? Olewka na każdym kroku. Przyszli w środę, przez cztery godziny maglowali Główną Szefową w jej gabinecie, potem trochę się pokręcili po szkole. Wparowali na zajęcia geografii z ankietami dla uczniów - przy okazji będąc świadkami, jak jedna z uczennic upomniana przez nauczycielkę za odebranie telefonu na lekcji zareagowała słowami: "A ch*** mnie to obchodzi". Urocze, no ale cóż, tak wygląda nasza szkolna codzienność. W czwartek znów zaliczyli geografię, wylądowali też na historii, a w międzyczasie wzywali do siebie wolnych  akurat nauczycieli, by przeprowadzać z nimi kompleksowe wywiady. A na odchodnym oświadczyli, że w piątek ich nie będzie, ale planują zawitać do nas jeszcze w poniedziałek. Nie wiadomo, co będą robić i szczerze mówiąc po ich podejściu do pracy sądzę, że sami tego nie wiedzą.
    Mam nadzieję, że wraz z poniedziałkiem to całe wariactwo się skończy i atmosfera w Zoo wróci do normy. Uwierzcie, my na co dzień naprawdę mamy poważniejsze problemy, niż branie pod uwagę humorków urzędników z kuratorium.

    Co poza tym? W całej Polsce szaleje orkan Xawery, co na nasze szkolne warunki przekłada się tym, że małpkom odwala - jak zawsze podczas silnych wiatrów. Chłopcy z 3B, z którymi miałam rano dwie godziny, tak mi podnieśli ciśnienie, że druga kawa nie była potrzebna. Pomyślałam, że z powodu trudnych warunków atmosferycznych zrobię im luźną lekcję, więc wynoszę z pokoju nauczycielskiego 2 pudełka scrabbli. Oni widząc to strzelili pokazowego focha i zaczęli jęczeć: "Cooo? Scrabble? Nuuuda, bez sensu... Ale beznadzieja, ja pierdolę...". Smoczyca więc odwróciła się na pięcie i zaniosła grę z powrotem komentując, że łaski bez i że skoro wolą zajęcia o błędach językowych, to proszę bardzo. Sęk w tym, że oni NIC nie chcieli - a przynajmniej nic, co mogło się odbyć w ramach zajęć szkolnych. W rezultacie spędziłam 90 minut na użeraniu się, uspokajaniu towarzystwa i pilnowaniu, by niczego w klasie nie zniszczyli oraz na dbaniu, by nie dać się sprowokować przez głupie i chamskie komentarze. Rezultatem lekcji było postawienie przeze mnie 5 czy 6 jedynek za pracę na lejkcji [a raczej jej brak...], a także wpisanie długich litanii do Zeszytu Uwag.
    Na szczęście jednak potem miałam zajęcia z 2B, czyli również męską klasą mojej ulubionej historyczki Marzenki. Piszę "na szczęście", bo generalnie chłopaki mnie lubią i już nie pamiętam kiedy miałam z nimi jakieś przykre przejścia. I tym razem się na nich nie zawiodłam, bo byli tak sympatyczni, że po skończonych zajęciach poszłam ich pochwalić przed wychowawczynią. Trochę popracowaliśmy, trochę się pośmialiśmy, pożartowaliśmy na temat ewaluacji [bo to obecnie oczywiście temat nr 1 w Zoo], poopowiadaliśmy sobie najnowsze suchary - a w ramach Mikołaja uczniom aktywnym na zajęciach powstawiałam na koniec lekcji piątki zamiast zwyczajowych plusów. A co, równowaga w przyrodzie musi być zachowana :)
    Ciekawe, czy w poniedziałek dorwie mnie wizytacja. Znów mam zajęcia z 2B, a do tego dwa razy "Makbeta" z moją zawodówką oraz jeszcze nie wiem co z pierwszą gimnazjum. Jeśli mi się trafi nalot, to oczywiście zdam wam relację.

piątek, 29 listopada 2013

"Mikołaj" z zaskoczenia

    Prowadzę sobie dziś w najlepsze zajęcia z 2B - nota bene omawiamy "My, dzieci z Dworca Zoo", więc przynajmniej uczniowie są autentycznie zainteresowani. Właśnie kończyliśmy uzupełniać schemacik na temat tego, co myślała i czuła Christiane na różnych etapach używania narkotyków [i z tego wychodzą nam potem fazy uzależnienia]. Naraz rozlega się pukanie do drzwi, w których po chwili pojawia się zakłopotana głowa pani woźnej.
    - Pani Smoczyco, bo paczka przyszła do szkoły na pani nazwisko. Tylko jakaś taka duża... Co z nią zrobić? Dać ją pani tutaj, czy zanieść do pokoju nauczycielskiego? - spytała.
    W pierwszej chwili zdębiałam, nie mając pojęcia, co to może być. Ale potem coś zaczęło mi świtać.
   - A ciężka ta paczka? Mogę zobaczyć?
    Paczka nie była ciężka - spokojnie można ją było zanieść do pokoju nauczycielskiego bez żadnego problemu - ale za to rzeczywiście dość sporych gabarytów. A Dragonkę już olśniło, co to za "św. Mikołaj" nawiedził Zoo tydzień przed czasem.
    Otóż, Panie i Panowie, na początku roku szkolnego trafiłam na stronę internetową propagującą grę w scrabble w szkołach. Witryna jest pod oficjalnym patronatem firmy produkującej scrabble - i wyczytałam tam, że jeśli zgłosi się chęć założenia w szkole kółka poświęconego tej grze, wypełni zgłoszenie, opatrzy pieczątkami i podpisem dyrekcji, to przyślą "pakiet startowy", czyli darmowe pudełka scrabbli do używania na zajęciach. Dragonka zatem dopełniła niezbędnych formalności, wysłała zgłoszenie... i czekała. Czekała, czekała i już myślała, że to jednak wszystko był pic na wodę, fotomontaż. W końcu deklaracja poszła we wrześniu, a mamy koniec listopada. A tu jednak się udało. I to nie byle co - przysłali 5 pudełek nowiutkich, zafoliowanych scrabbli. Trzy te duże, tradycyjne - i dwa w wersji podróżnej.
    Żałujcie, że nie widzieliście miny Wiceszefowej, kiedy na przerwie wparowałam jej z tymi scrabblami do gabinetu :) No cóż, gra oczywiście jest do wykorzystania na zajęciach języka polskiego [co, jak szanowni Czytelnicy wiedzą, Dragonka z powodzeniem praktykuje już od 3 lat], ale oprócz tego biorę się za rozkręcanie kółka scrabbli z prawdziwego zdarzenia. Skoro mamy aż 5 egzemplarzy, to spokojnie mogę zacząć organizować turnieje - a Wiceszefowa obiecała, że wynajdzie mi jakieś nagrody dla zwycięzców. Trzeba zrobić akcję propagandową, rozwiesić po szkole ogłoszenia [napiszę znów do organizatorów całej akcji - może mogą przysłać nam jakieś gotowe, ładne plakaty?] i trzymać kciuki, żeby się udało. Bo wiecie, co innego granie w scrabble na lekcji [to każdy lubi choćby dlatego, że polski przepada] - a co innego zostać po zajęciach, by grać z własnej, nieprzymuszonej woli. Zobaczymy.
    Na razie mam niezłą podjarkę. Smoczycy udało się wyszarpać dla szkoły 5 nowiutkich zestawów scrabbli, każdy warty jakieś 100 złotych. Nawiasem mówiąc - będzie się czym pochwalić w poniedziałek wizytatorom.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Tydzień do nalotu

    Do nalotu wizytatorów z kuratorium został tydzień. Buchnęła co prawda dość pocieszająca plotka, że zamiast dwóch tygodni posiedzą u nas tylko 3-4 dni, a resztę kontroli wykonają drogą elektroniczną [tzn. będziemy musieli powypełniać im jakieś ankiety i wysłać] - ale pożyjemy, zobaczymy. Wolę nie cieszyć się za wcześnie. Na razie w Zoo wszyscy chodzą do tyłu na rzęsach, a atmosfera jest na tyle nerwowa, że w zeszłym tygodniu dwie nauczycielki tak sobie skakały do gardeł, że mało brakowało, a by się na siebie rzuciły. Nic a nic nie przesadzam...
    Oddałyśmy już Ewaluację Wewnętrzną, czyli grubaśny segregator nikomu niepotrzebnych, bzdurnych ankiet i analiz szkolnych dokumentów. Ledwo się z tym uporałyśmy, a tu Główna Szefowa zastrzeliła nas nowiną, że musimy w ekspresowym tempie przeprowadzić badanie wyników ostatnich egzaminów gimnazjalnych. Gwoli ścisłości - szkoły mają obowiązek robić taką ewaluację raz na kilka lat, ale na pewno nie co roku. U nas ostatnio grzebaliśmy w tym trzy lata temu, bo wychodzimy z założenia, że nie marnujemy czasu na papierkologię, jeśli nie jest ona niezbędnie konieczna. Uwierzcie, że mamy większe zmartwienia, niż liczenie median i stanin. Świeżej ewaluacji zatem nie posiadaliśmy - a tu się okazało, że musi być i koniec. Tjaaa... Co tu dużo mówić - odwaliliśmy zatem taką prowizorkę, że aż zęby bolą, ale nie mogło być inaczej, skoro na robotę, która ostatnim razem zajęła nam jakieś 3 miesiące, mieliśmy teraz ledwie tydzień...
    Wizytatorzy zresztą mają coraz lepsze i zabawniejsze pomysły. Otóż ostatnio strzeliło im do głowy, że w ramach nalotu chcą zorganizować po południu spotkanie z rodzicami uczniów. Każdy z wychowawców dostał więc bojowe zadanie wytypować po dwóch rodziców, którzy na to zebranie przyjdą. W normalnej szkole nie byłoby z tym pewnie problemów, ale skoro u nas na zwykłą wywiadówkę przychodzą jednostki, to co dopiero na jakieś dodatkowe spotkanie z nie wiadomo kim. Zaczęła się więc łapanka, dzwonienie, proszenie - a Smoczyca dodatkowo zredagowała śliczne "oficjalne" zaproszenie, które opatrzone pieczątką Zoo wysyłamy imiennie do wytypowanych rodziców w nadziei, że ktoś jednak w wyniku tych działań ulituje się i przyjdzie. Ano znów - pożyjemy, zobaczymy. A to się wizytatorzy zdziwią, jeśli na spotkaniu będzie dosłownie kilkoro rodziców...
    Ogólnie to staram się nie zwariować. Robię swoje - czyli prowadzę lekcje, odpytuję, doglądam i socjalizuję małpki. Z drugą klasą kończymy właśnie oglądać "My, dzieci z Dworca Zoo" - mam nadzieję, że lekcje, które potem nastąpią, dostarczą mi materiału na ciekawego posta. A w grudniu razem z Ewą od angielskiego będę robiła Jasełka. Rok temu też majstrowałam przy tym temacie, a teraz będzie powtórka z rozrywki, tylko rzecz jasna z innym scenariuszem. Nie ma to, jak ateista organizujący szkolne Jasełka, hie hie hie :)

wtorek, 12 listopada 2013

Cuda się czasem zdarzają

    Dziś będzie krótko, bo dalej jestem zalatana i zmęczona - ale mam tak cudowną wiadomość, że po prostu nie mogę się nią nie podzielić z moimi kochanymi Czytelnikami.
    A zatem, Panie i Panowie [tu nastąpiły werble]:

ARTUR ODEBRAŁ DZIŚ DOKUMENTY!!! 

    Powiadomiła mnie o tym skretarka, a ja tak się ucieszyłam, że rzuciłam jej się na szyję, wycałowałam Bogu ducha winną kobietę i oświadczyłam, że ją kocham :) Żałujcie, że nie widzieliście jej miny - a nadmienię, że nie należę do zbyt wylewnych osób, które obściskują bliźnich przy byle okazji...
    Jeśli ktoś z Was chce sobie odświeżyć pamięć, kto zacz ten Artur i skąd mój wybuch radości, to odsyłam do posta nr 1 oraz posta nr 2.
    Przebierałam łapkami, żeby tylko się go jak najszybciej pozbyć, ale takie rozwiązanie, że sam odebrał dokumenty, jest rzecz jasna najlepsze z punktu widzenia szkoły, bo oszczędza mnóstwo roboty z przeprowadzeniem procedury usunięcia. Poza tym w takim układzie nie ma ryzyka, że się delikwent odwoła do kuratorium, a ci w swojej głupocie przyznają mu rację i nakażą powtórne przyjęcie do grona uczniów. A tak sprawa jest czysta - w końcu to nie my go wyrzuciliśmy, sam zrezygnował...
    No dobrze dobrze, ale co się takiego stało, że Pan Wrzód zdecydował się na taki desperacki krok? Otóż w piątek na praktykach okradł swojego pracodawcę - facet zadzwonił do szkoły jeszcze tego samego dnia [tylko mnie już nie było w szkole] i poinformował nas o tym fakcie z jednoczesnym zgłoszeniem, że ma się rozumieć rozwiązuje z Arturem umowę w trybie natychmiastowym. Sprawa jest naturalnie w toku, a biorąc pod uwagę, że Pan Wrzód ma już jeden wyrok więzienia w zawieszeniu, to pewnie długo już na wolności nie posiedzi. Oczywiście dla nas byłoby to jak najbardziej wystarczającym powodem, by wszcząć procedurę skreślenia ucznia z powodów dyscyplinarnych, jednak Artur najwidoczniej uznał, że jeśli sam odbierze dokumenty, to będzie to lepiej wyglądało w papierach. Rozumiecie - niby to nie my się go pozbyliśmy, tylko on dobrowolnie zrezygnował.
    Jak zwał, tak zwał, krzyż mu na drogę. Ważne, że się klienta pozbyliśmy i że nie stanowi już zagrożenia dla reszty Muppeciątek. 

niedziela, 10 listopada 2013

Permanetna inwigilacja


    A gdzie to się obywatelka Smoczyca podziewa tyle czasu, hę?!
    Ano tam gdzie zwykle, ino od jakichś dwóch tygodni rzadko trafia się jej całkiem wolne popołudnie, które mogłaby z głową nieobciążoną rozmaitymi obowiązkami przeznaczyć na beztroskie pisanie posta. Oto bowiem, Panie i Panowie, do Zoo nadciąga kataklizm w postaci Ewaluacji Zewnętrznej.
    Co to za stwór? Pochodzi on z posępnej, mrocznej krainy zwanej Kuratorium. Nawiedza podległe sobie szkoły raz na kilka lat, domagając się danin w postaci dzienników lekcyjnych, arkuszy ocen oraz wszelkiej dostępnej dokumentacji. Rozkłada swoje nienasycone cielsko o trzech głowach [po jednej dla każdego członka komisji nadzorującej...], lokując się w Sali Tronowej nękanej placówki oświatowej [w tej roli - gabinet Głównej Szefowej] i domagając się codziennej porcji papierów, które przegląda i drobiazgowo analizuje, wydając przy tym pomruki aprobarty bądź niezadowolenia. Może zajrzeć w każdą mysią dziurę i szparę między deskami w podłodze [co z tego, że w Zoo mamy linoleum...?] oraz wziąć na przesłuchanie każdego pracownika szkoły, wyszukanymi torturami wymuszając najbardziej kompromitujące zeznania.
    No dobra, żarty żartami, ale co nas właściwie w tym Zoo czeka? Ano nalot trzech osób z kuratorium, które w ramach Ewaluacji Zewnętrznej będą u nas siedziały w grudniu przez bite dwa tygodnie. A że ostatnią tak drobiazgową kontrolę przeprowadzono w szkole dobre 6 lat temu, to pewnie ktoś tam na górze uznał, że nadeszła na nas pora. Ponieważ przez taki szmat czasu muszą się czymś zająć, będą więc analizować wszelkie możliwe dokumenty, hospitować zajęcia z uczniami, a także przeprowadzać całą masę ankiet skierowanych do nauczycieli, niepedagogicznych pracowników szkoły [panie woźne, konserwator...] oraz do młodzieży. Ten ostatni punkt wydaje mi się szczególnie zabawny, bo już widzę nasze kochane małpki wypełniające kwestionariusze, przygotowane w dobrej wierze w kuratorium przez metodyków, którzy niestety nie mają bladego pojęcia, na czym polega nauka w takiej szkole, jak Zoo. Jestem przekonana, że część uczniów zobi sobie z tych ankiet jaja i na to zdaje się nie mamy większego wpływu. Mamy na szczęście jednak wgląd w teksty owych kwestionariuszy już teraz, tak więc zadaniem wychowawców jest obecnie zaznajomić swoich podopiecznych w trakcie godzin wychowawczych z pytaniami, które się tam pojawią. Po co? Aby nie zgłupieli, kiedy wizytatorzy im to podsuną pod nos w grudniu. Te dzieciaki mają poważne trudności w czytaniu ze zrozumieniem, a połowy "mądrych słów" najzwyczajniej w świecie mogą nie zrozumieć. Trzeba więc im to przetłumaczyć z polskiego na małpie narzecze.
    To jeszcze jednak nie koniec przewidzianych atrakcji. Otóż co roku każda szkoła przeprowadza taką małą [hie, hie, hie...] Ewaluację Wewnętrzną na wyznaczony przez dyrekcję temat. Pamiętacie może, jak kiedyś zżymałam się na badanie jakości współpracy nauczycieli z rodzicami i na związane z tym ankiety, które musiałam przeprowadzić i opracować? Normalnie taka ewaluacja trwa cały rok szkolny, jest więc sporo czasu, by wszystko przemyśleć i zbadać, a w maju opracować wnioski, które potem prezentuje się na plenarnej Radzie Pedagogicznej pod koniec czerwca. Jednak w związku z nalotem wizytatorzy zażyczyli sobie, abyśmy przewidzianą na ten rok szkolny Ewaluację Wewnętrzną zamknęli do końca listopada [sic!], aby oni mogli ją podczas swojego pobytu skontrolować. Macie pojęcie? Coś, na co powinniśmy mieć ponad pół roku, mamy zrobić w przeciągu miesiąca! Nikogo w kuratorium jednak nie obchodzi absurdalność podobnego wymogu oraz to, że siłą rzeczy po prostu nie da się tego dobrze przeprowadzić w takich warunkach. Ma być zrobione - i już. 
    Odkąd więc upewniliśmy się, że racjonalne argumety nic a nic tych na górze nie obchodzą i Ewaluacja Wewnętrzna ma być po prostu zrobiona, to w Zoo nastąpił istny "szał pał". Wszyscy latają jak popierniczeni, ankietują kogo się da, piszą jakieś bzdurne, ale mądrze brzmiące analizy - po to tylko, aby coś było. Każda komisja przedmiotowa ma jakiś obszar do zbadania, a że ja jestem w tym roku przewodniczącą Komisji Humanistycznej, to muszę niestety robić za żandarma [czego totalnie nie znoszę] i gonić dziewczyny, żeby się wyrabiały z terminami. Mamy przeprowadzić ewaluację na temat: "Procesy edukacyjne są zorganizowane w sposób sprzyjający uczeniu się". Fajne masło maślane, nie? Żeby było jeszcze przyjemniej, to na owo coś składa się 12 szczegółowych podpunktów i do każdego z nich musi być zrobiona analiza zakończona arcymądrymi wnioskami. Każda z nas dostała po dwa podpunkty - przypominam, że normalnie miałybyśmy czas na ich opracowanie do późnej wiosny, a tu kazano nam się z tym uporać do końca listopada. No palce lizać i obgryzać... 
    Nie dziw mi się zatem, Drogi Czytelniku, że dawno już nic nie zamieszczałam na blogu. Naprawdę mam od cholery roboty. Cały zeszły tydzień przeprowadzałam ankiety na temat metod nauczania stosowanych przez nauczycieli w Zoo, które od wczoraj analizowałam i przekuwałam na w miarę sensowny raport, ozdobiony kolorowymi wykresami sporządzonymi w Excelu [aby wszystkie te pierdoły wyglądały bardziej poważnie i naukowo]. Dziś skończyłam ten fragment nikomu niepotrzebnej i bezsensownej roboty, dlatego mam czas aby usiąść i się Wam wyżalić. Został mi wobec tego jeszcze drugi punkt ewaluacyjny dotyczący ścieżek międzyprzedmiotowych [nauczyciele czytający tego bloga wiedzą, o co chodzi - a reszcie z Was oszczędzę wykładu]. A potem już tylko dopilnować, by każda z dziewczyn z mojej komisji oddała swoje sprawozdanie na czas, zebrać wnioski ogólne i zanieść Głównej Szefowej.
    A to wszystko jeszcze przed nalotem strasznego potwora z Kuratorium. Wtedy to się dopiero zacznie zabawa... 

środa, 30 października 2013

Nie mów nic, zabawa trwa :)

    Zabawy z rybką odsłona druga. Ktokolwiek z moich Czytelników ma kota, to naprawdę gorąco polecam zakup. Żałuję, że tak późno na to wpadłam. Rewelacja, kot szczęśliwy, w nocy śpi zmęczony, a właściciel ma ubaw po pachy...

  
W oczekiwaniu na pojawienie się rybki   


wtorek, 29 października 2013

Trafiony prezent urodzinowy

    Mam na myśli rzecz jasna urodziny Pumy, o których wspominałam w poprzednim poście. Stwierdziliśmy z Hipkiem, że nadeszła pora, by kupić jej jakąś nową zabawkę - bo swoimi starymi wędkami i piłeczkami już nie bardzo się interesuje. Tradycyjnie lubi ganiać za patyczkami kosmetycznymi, które wszelako mają dwie zasadnicze wady. Primo - ich żywot jest bardzo krótki, bo odgryzienie i połknięcie łebków z waty [do czego z grubsza sprowadza się zabawa] zajmuje kotu góra 5 minut. Secundo - pozostałości po patyczkach mają magiczną tendencję do bunkrowania się w przeróżnych szparach, czym doprowadzają Hipopotama do szewskiej pasji, jako że to on ostatnimi czasy zajmuje się sprzątaniem Pomarańczowej Jaskini. Błotny Ssak przeto patyczkom kosmetycznym powiedział zdecydowane "NIE" - a ponieważ kot dla higieny psychicznej musi się od czasu do czasu porządnie wyszaleć, to musieliśmy poszukać jakiejś zabawki zatępczej.
    Dragonka wymyśliła, by kupić Jej Wysokości laser - wiecie, taki wskaźnik, maleńkie światełko odbijające się na ścianie. Słyszałam, że futrzaki uwielbiają za tym ganiać i pomyślałam, że co nam szkodzi przetestować ustrojstwo na Pumisku. Początkowo mieliśmy kupić jej taki zwykły, z czerwonym światełkiem, montowany jako dodatek do ledowych latarek. Kiedy jednak zaczęliśmy się przymierzać do zakupu, Hipek wyczytał, że zabawa takim laserem może być dla zwierzaka niebezpieczna - bo jeśli wiązka czerwonego światła przypadkowo wyląduje na gałce ocznej, może to doprowadzić do uszkodzenia wzroku. Stwierdziliśmy, że absolutnie nie będziemy ryzykować i oszczędzać na zdrowiu Jej Wysokości - i tak oto Smoczyca wracając dzisiaj ze szkoły odwiedziła sklep zoologiczny i nabyła tam profesjonalny koci laserek, emitujący niebieską wiązkę światła w kształcie rybki.
    Efekt przerósł najbardziej śmiałe oczekiwania - Puma dosłownie zwariowała na punkcie nowej zabawki. Serio serio, nie pamiętam, by kiedykolwiek tak chętnie czymś się bawiła, nawet kiedy była jeszcze małym kociakiem. Lata za światełkiem jak porąbana, a kiedy zarządzimy przerwę w zabawie, to miauczy i "szuka rybki", domagając się, byśmy znów włączyli laserek. Nie przesadzam - polowaniem na świetlną rybkę zajęta była dziś całe popołudnie i wieczór, z małymi przerwami na wtrąbienie kilku kawałków łopatki wieprzowej dla uzupełnienia źródeł energii. Nawiasem mówiąc, jak tak dalej pójdzie, to od tego latania może wreszcie uda jej się schudnąć...
    Zamieszczam poniżej krótki filmik w ramach ilustracji. Zaznaczam, że Jej Wysokość jest na nim już bardzo zmęczona, więc jej aktywność to mniej więcej 1/3 tego, co prezentowała zaraz po moim powrocie z pracy i rozpakowaniu prezentu. A i tak jest na co popatrzeć... :)


piątek, 25 października 2013

Patrzcie i podziwiajcie

    Jej Wysokość kończy niedługo cztery lata. Urodziny obchodzi 1 listopada - choć jest to data umowna, wpisana do jej książeczki zdrowia, którą otrzymałam przy podpisywaniu "umowy adopcyjnej". Jak to bywa ze znajdkami, nie wiadomo dokładnie, kiedy kociątko pojawiło się na świecie.
    W miarę upływu czasu robi się coraz bardziej dostojna, co - nie ukrywam - przyjmuję z ulgą. I na pewno nie można odmówić jej uroku osobistego. Zdecydowanie zasłużyła na zaszczytne miano Miss Futra [copyright by Robal :)].
     Żeby nie być gołosłowną - najnowsza porcja zdjęć:







sobota, 19 października 2013

Najprostszy gulasz świata

     Przypuszczam, że każdy, kto w miarę regularnie zajmuje się gotowaniem obiadów na potrzeby domowe, ma w swoim repertuarze przepis na jakiś gulasz. Jest to fajna potrawa, która nie wymaga szalonych umiejętności kulinarnych, za to na ogół wszystkim smakuje i można ją robić w rozmaitych wariantach, w zależności od upodobań. Podobnie jak w przypadku zapiekanki koszt przygotowania gulaszu też może być dowolny w zależności od tego, jakimi środkami dysponujemy. Możemy kupić super wypasione mięso wołowe, a możemy zadowolić się łopatką wieprzową - i też wyjdzie smaczne.
     U nas dziś - a także jutro :) - na obiad gulasz w ulubionej Hipciowej wersji, czyli z papryką. Dragonka najchętniej dorzuciłaby do niego jeszcze jakieś warzywa [kukurydzę? groszek z marchewką? brukselkę? zieloną fasolkę szparagową?], ale wie, że Błotny Ssak kręciłby na to nosem, bo w kwestii gulaszu jest dość konserwatywny. Uraczę Was wobec tego najprostszym przepisem, jaki tylko można sobie wyobrazić - przy jednoczesnej gwarancji, że potrawa jest pyszna i znika z talerza w wersji ekspresowej. I - jak to zwykle jednak u Smoka - nie naraża budżetu domowego na szwank.


GULASZ Z PAPRYKĄ

SKŁADNIKI:
około kilograma łopatki wieprzowej [u nas zawsze kupujemy więcej, bo w trakcie przygotowania pod blatem niezawodnie melduje się Jej Wysokość, domagając się swojej części mięsa...]
2 duże cebule
2-3 czerwone papryki
2-3 ząbki czosnku [albo granulowany z torebki jako wersja dla leniwych]
przyprawa do gulaszu [albo inna, ulubiona kompozycja przypraw]
kostka bulionowa
sól, pieprz
2 łyżki mąki
oliwa do smażenia

Mięso kroimy w dość grubą kostkę, mieszamy z przyprawą do gulaszu i zostawiamy na 15 minut. Rozgrzewamy w szerokim garnku [lub w dużym, głębokim rondlu] oliwę, wrzucamy mięso, podsmażamy, aż się porządnie przyrumieni i puści sok. Następnie dodajemy pokrojoną w drobną kosteczkę cebulę oraz zmiażdżone ząbki czosnku. Chwilę smażymy, a następnie zalewamy bulionem [kostkę rozpuszczamy w 0,5 litrze wody], mieszamy i dusimy. Jak długo? To zależy od mięsa - po prostu dusimy do miękkości [ale myślę, że nie mniej, niż pół godziny]. Następnie próbujemy sos i doprawiamy go solą i pieprzem według uznania. Dodajemy pokrojoną w paski paprykę, mieszamy i dusimy jeszcze ok. 10 minut [papryka ma nie być surowa, ale nie pozwalamy, by się rozciapała...]. Ostrożnie zagęszczamy mąką, by nie porobiły się kluski. 
    No i to by było na tyle. Zdaniem Smoka gulasz najlepszy jest z kaszą gryczaną, ale jak znam Hipka, to zażyczy sobie ziemniorów, ewentualnie wtrząchnie z chlebem. De gustibus... :) Do tego ogórki kiszone - u nas królują póki co domowej roboty, a konkretnie naszych Ziomali, Bartka i Maćka [to ci od Carcassone].





czwartek, 17 października 2013

Maski gazowe - włóż!

    Od początku bieżącego roku szkolnego w Zoo już cztery razy uczniowie rozpylili gaz pieprzowy. Takie incydenty zdarzają się u nas od czasu do czasu i niestety nie jest to nic zaskakującego zważywszy na to, jaka młodzież do nas uczęszcza. W szkole działa monitoring, który w większości przypadków bardzo pomaga w namierzeniu sprawcy i wyciągnięciu wobec niego odpowiedzialności - ale bywa i tak, że nie udaje nam się nic ustalić.
    Za pierwszymi "trzema razami" w tym roku prawdopodobnie stała ta sama osoba, czyli delikwent z trzeciej gimnazjalnej - nazwijmy go Pawełkiem. Kawał niereformowalnego żłoba, w dodatku mocno jeszcze młodocianego, a w związku z tym byliśmy bez szans usunięcia go z Zoo z powodów dyscyplinarnych. Przypominam, że z powodu ustawowego nakazu nauki do 18 roku życia szkoła nie ma prawa wywalić niepełnoletniego ucznia na zbity pysk [bo przecież on ma prawo do nauki...], chyba, że znajdzie się mu inną placówkę oświatową. I tak gagatków z normalnych, porządnych gimnazjów przenoszą właśnie do nas. A co w takim razie możemy zrobić my, jeśli delikwenta nie udaje się okiełznać? Jedyną drogą jest załatwienie mu biletu w jedną stronę do MOW-u [=Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy, czyli uroczy budynek z kratami w oknach zamiast firanek], co najczęściej jest do zrobienia przy pewnej determinacji. Wiem, co mówię, bowiem w ciągu tych 3 lat pracy w Zoo sama mocno się przyczyniłam do posłania tam dwóch moich Muppetów. Wracając jednak do Pawełka, to w jego przypadku sprawa nie była taka prosta ze względu na jego rodziców. Mówiąc bez ogródek - nie byli na tyle majętni, by sprawiającego problemy syna zapisać do prywatnej szkoły, ale wystarczająco, by mu wynająć w sądzie całkiem niezłego adwokata. Tym sposobem jakiś czas udawało się smroda wybronić od zamknięcia, ale na nasze szczęście moment trzeciego rozpylenia gazu bardzo wyraźnie nagrał się na monitoringu i jednoznacznie wskazywał, że sprawcą jest właśnie Pawełek. Okazało się to dla niego gwoździem do trumny i tak wreszcie mogliśmy się od gówniarza uwolnić. Sądziliśmy, że z jego odejściem "ataki bronią chemiczną" ustaną, ale niestety znalazł się naśladowca.
    Zacznę od przedstawienia faktów. Gaz rozpylono w miniony wtorek na drugim piętrze w sali nr 8, gdzie właśnie miało się odbyć spotkanie z zaproszonym z zewnątrz doradcą zawodowym. W sali obecne były dwie klasy - moja pierwsza zawodowa oraz jedna z trzecich gimnazjalnych. Do incydentu doszło na samym początku zajęć. Nastąpiło szybkie wietrzenie korytarzy, a potem wezwanie policji, która nota bene spartaczyła sprawę koncertowo, przeprowadzając przeszukanie w sposób tak nieprofesjonalny, że Wiceszefowa w końcu wypierniczyła ich ze szkoły. Niestety, sprawcy zaraz po zajściu nie złapano.
    Kiedy emocje opadły, nadszedł czas na spokojne, powolne przeanalizowanie nagrania z monitoringu. Nie daje on tym razem jednoznacznej odpowiedzi [kamera w tym miejscu ustawiona jest akurat w taki sposób, że część obrazu została ucięta], ale w połączeniu z innymi poszlakami wskazuje na to, że gaz rozpylił jeden z moich Muppetów, którzy siedzieli na przerwie pod klasą i jako pierwsi weszli do sali. I tu zaczyna się problem, bo cholera naprawdę nie widać, który. Nie widać - ale my, jako nauczyciele znający przecież naszych uczniów nie od wczoraj, nie mamy akurat wątpliwości. Oto Muppety z owej feralnej czwórki:

    - Michał: jestem jego wychowawczynią od pierwszej klasy gimnazjum, a zatem już czwarty rok. Przez ten czas nie miał ANI JEDNEGO głupiego wybryku, każdy rok kończył z dobrym zachowaniem. Spokojny, miły chłopak. Trafił do Zoo tylko i wyłącznie z tego powodu, że nie wyrabiał intelektualnie w zwyczajnej szkole. Nie miał nawet nigdy kuratora.
    - Lechu: również "mój Muppet". Kojarzycie go zapewne - to ten, który nie radzi sobie z negatywnymi emocjami i reaguje jak pięciolatek. Owszem, ma trudny charakter, ale przez 3 lata pobytu u nas nigdy nie zrobił nic w podobnym stylu. Pyskówki, rzucanie przedmiotami - to jak najbardziej, ale na pewno nie rozpylenie gazu. Poza tym w trzeciej gimnazjum jest jego dziewczyna, która miała zajęcia akurat w sali obok. Na 100% nie zaryzykowałby, że i ona nawdycha się gazu pieprzowego, bo jest w niej naprawdę po uszy zakochany.
    - Marysia - nowa w Zoo [tzn. nie kończyła naszego gimnazjum], ale jak do tej pory dała się poznać jako cicha, spokojna dziewuszka, taka, co to siedzi zawsze grzecznie, notuje i nawet nie gada na lekcjach. Wiem, że pozory mogą mylić, ale jakoś mało prawdopodobne wydaje mi się, by osoba, która przez półtora miesiąca była kulturalna, dobrze wychowana i zawsze uśmiechnięta - nagle przyniosła do szkoły gaz...
    - Gabrysia - no właśnie... Skończyła nasze gimnazjum [choć ja jej akurat nie uczyłam], dość bystra i w sumie sympatyczna dziewczyna, tyle tylko, że łatwo ulegająca rozmaitym wpływom. Zdarzały jej się głupie wyskoki, choć jak do tej pory nie były one niebezpieczne.

    Otóż - cała akcja najbardziej pasuje nam jako wybryk Gabrysi, problem jednak w tym, że nie mamy na to wystarczających dowodów. Nie możemy całej sprawy zostawić, bo jeśli sprawca zostanie bez kary, to "ataki chemiczne" wejdą naszym uczniom w krew. Wyjścia są dwa: albo skłonimy winnego, by sam się przyznał, albo będziemy musieli ukarać całą czwórkę naganami. Znając bowiem niepisany kodeks honorowy Zoo, nie ma takiej możliwości, by to ta trójka niewinnych wskazała na prawdziwego sprawcę.
    Rozmawiałyśmy jak na razie tylko z Gabrysią, bo pozostali zdążyli pójść na wagary [co nie miało związku ze sprawą, bo nie wiedzieli, że chcemy ich wezwać na dywanik]. Oczywiście wyparła się wszystkiego, a kiedy postawiliśmy sprawę na ostrzu noża - czyli albo powiecie, kto to zrobił, albo bekniecie we czwórkę - usiłowała zwalić winę na grupkę uczniów z trzeciej gimnazjum, którzy weszli do klasy zaraz po Muppetach [ale ta wersja wobec znanych nam faktów jest mało wiarygodna]. Udałyśmy na razie, że jej wierzymy, a w najbliższym możliwym czasie porozmawiamy z resztą. Niech się z tym prześpią kilka dni. Oczywiście mamy nadzieję, że Gabrysię ruszy sumienie.
    Michał i Lechu to naprawdę fajne chłopaki. Nie zasługują na nagany, wkurzą się, będą mieli poczucie, że zostali przez nas skrzywdzeni, ale na tym pewnie się skończy. Jakoś to pewnie przełkną. Gorzej z Marysią. Otóż miałam okazję poznać jej rodzicielkę - prosta, energiczna kobieta, matka gromadki dzieci. Idę o zakład, że na wieść o naganie nie będzie się patyczkowała, tylko spuści córce regularny wpierdziel.
 
 

poniedziałek, 14 października 2013

Okolicznościowo

    Ekhem, ekhem. Bo, Panie i Panowie, święto dziś mamy. A takie jakieś - Edukacji Narodowej. Czyli po staremu Dzień Nauczyciela/Nieprzyjaciela* [*niepotrzebne skreślić].
    Uczniowie mają przez to przedłużony weekend, bo w szkołach ustawowo to dzień wolny od "zajęć dydaktycznych" - czytaj: lekcji niet. Co do nauczycieli - to już zależy od Dyrekcji danej placówki, bo teoretycznie to dla nas normalny dzień roboczy. Czasem w szkołach z tej okazji robi się jakieś akademie albo zawody sportowe, ale u nas rzecz jasna nikt się z takim czymś nie wygłupia. Primo - Zoo nie posiada nawet mikroskopijnej sali gimnastycznej czy boiska na świeżym powietrzu [ergo: brak warunków], a secundo - i tak by nikt z uczniów nie przyszedłby na coś, co nie jest koniecznie obowiązkowe. W związku z tym spędzono nas najpierw na jakieś szkolenie z doradztwa zawodowego, a potem ufundowano uroczysty obiad w dość eleganckiej restauracji. Jedzenie dobre, wino też, a ja siadłam sobie między Pedagożycą a moją ulubioną matematyczką Ireną, a z kolei naprzeciw Wiceszefowej. Towarzystwo zatem doborowe, tylko śmiać nam się chciało, że nie mamy się nawet o co posprzeczać, bo okazało się, że mamy podobne poglądy na większość "trudnych spraw" poruszanych przy okazji. Było o pedofilii w Kościele, o wczorajszym referendum w Warszawie, potem dalej o polityce, o związkach partnerskich, o religii w szkole... Rozmawiać o tylu drażliwych sprawach i nawet się lekko nie pokłócić... Nuda :)

    Dla wszystkich nauczycieli czytających mojego bloga - a wiem, że są tu tacy - mam wirtualnego okolicznościowego kwiatka oraz gorące życzenia. Czego? A czego tylko chcecie, bo ja w składaniu życzeń nigdy nie byłam dobra. Oby nam się :) Damy radę - bo jak nie my, to kto?



UPADTE

Tak przy okazji - wiecie, że dziś mija też trzecia rocznica założenia niniejszego bloga?

piątek, 11 października 2013

Ciasto z owocami

    Seniorka zaliczyła ostatnio przeprowadzkę i w związku z tym robiła porządki połączone z generalnym przeglądem wszystkiego, co się da. Wiadomo, podczas takich akcji można wyszperać różne perełki. W tym przypadku ową perełką okazał się stary skoroszyt, w którym latami pieczołowicie zbierałyśmy różne, sprawdzone przepisy na ciasta i sałatki. Seniorka wspaniałomyślnie stwierdziła, że mi go ofiaruje jako swojej jedynej córce oraz spadkobierczyni talentu kulinarnego [hie hie hie, od razu zaczął mi się kołatać drobiazg Szymborskiej brzmiący: "Od absyntu zanik talyntu..." :)].
    Dragonka wielce uradowana prezentem niezwłocznie postanowiła zrobić z niego użytek. Na pierwszy ognień poszło ciasto zwane Bananowiec - będące kompozycją biszkoptów, masy bananowej oraz galaretki. Niestety, coś "nie pojszło", bo masa miała konsystencję kremu, w związku z tym ciasto - jakkolwiek dobre w smaku - kompletnie nie nadawało się do krojenia i podawania. Podejrzewam, że to wina zbyt małej ilości żelatyny [albo "żelatyna już, panie tego, nie taka jak dawniej" - jak to skwitowała Seniorka]. Nie uraczę Was zatem przepisem, bo muszę najpierw popełnić Bananowca drugi raz i dojść metodą prób i błędów, jakie są właściwe proporcje.
    Ponieważ jednak w niedalekiej przyszłości spodziewamy się gości [ziomale wpadają do nas na partyjkę Carcassonne], przeto pojawił się pretekst, by odświeżyć kolejny przepis. I choć Hipopotam jęczał coś o serniku, to Smoczyca okazała się przygłucha na jego sugestie i tak oto z piekarnika wylazło ciasto owocowe. W tym wydaniu akurat jabłecznik, ale jest to przepis uwzględniający dowolne sezonowe owoce, które znajdują się pod ręką. Z powodzeniem mogą to być np. śliwki, gruszki czy truskawki [innych zdaje się w domu rodzinnym z Seniorką nie testowałyśmy, ale co szkodzi komuś spróbować?]. Ciasto proste i szybkie w wykonaniu, a do tego pyszne. Hipek wtrąbił już dwa kawałki [nie czekając nawet, aż wypiek wystygnie], po czym oświadczył, żebym lepiej na przyjście gości kupiła w piekarni trochę ciastek, bo jabłecznik może nie doczekać...

CIASTO Z OWOCAMI

Składniki:
6-7 jajek [w zależności od wielkości]
1 szklanka cukru
2 szklanki mąki pszennej
2 łyżki mąki ziemniaczanej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
cukier waniliowy
kostka margaryny
owoce

Margarynę rozpuszczamy w rondelku i zostawiamy do ostygnięcia. Jajka ubijamy mikserem z cukrem, następnie dodajemy mąkę [jedną i drugą], proszek do pieczenia i cukier waniliowy. Na końcu dodajemy rozpuszczoną margarynę i wszystko zmiksujemy na jednolitą masę. Do przygotowanej tortownicy [czyli wysmarowanej tłuszczem i obsypanej bułką tartą] wlewamy 1/3 ciasta. Na to ładujemy owoce - tyle, żeby wszystko zakryło i by powstała całkiem pokaźna warstwa. Jeśli daliście jabłka, to warto posypać je odrobiną cynamonu. Na to wylewamy resztę ciasta. Pieczemy ok. 50 minut w temperaturze 180 stopni. Po wyjęciu można posypać cukrem pudrem, jeśli ktoś lubi.
    A oto efekt końcowy:




czwartek, 10 października 2013

Zbieranie haków

    Wracając do historii Pana Wrzoda, to niestety w dalszym ciągu musimy znosić jego obecność w Zoo, aczkolwiek w kwestii pozbycia się tego delikwenta, to zdecydowanie jesteśmy bliżej, niż dalej. Oczywiście nie uspokoił się nawet na moment - to zdaje się u niego niewykonalne. Dopóki jednak albo go na czymś nie złapiemy, albo nie dostaniemy "oficjalnej skargi", to mamy związane ręce.
    Co z tego, że dziewczynki z mojej Muppeciarni żalą mi się na przerwie, że Pan Wrzód jest wulgarny i za odmowę poczęstowania papierosem czy pożyczenia długopisu wyzywa je od szmat i kurew. Co z tego, że pewnego dnia po lekcjach Hiszpan nieśmiało zapytał mnie, jak długo Artur jeszcze będzie u nas w klasie, bo widział w szatni na w-fie, jak koleś chował w swojej torbie nóż [sic!] - więc Hiszpan najzwyczajniej w świecie się go boi. Co z tego - skoro nie mogę wykorzystać w żaden sposób tych rewelacji, dopóki któryś Muppet nie zgodzi się zgłosić sprawy oficjalnie? Z jednej strony oczywiście niesamowicie mnie to wkurza, bo niczego tak nie lubię, jak bezradności. Ale z drugiej strony świetnie moje małpki rozumiem, że się boją. Wygląda na to, że mamy do czynienia z przypadkiem naprawdę zdemoralizowanym i niebezpiecznym, a nie ma odpowiednich mechanizmów, które chroniłyby przed odwetem na uczniu, który zgodziłby się "zeznawać". Smutna, szara rzeczywistość. Witamy w Zoo...
    Tym bardziej zatem cieszy mnie świeżutka, środowa akcja. Otóż mieliśmy - nomen omen - godzinę wychowawczą, więc z założenia atmosfera była luźniejsza, niż na klasycznych zajęciach. Do klasy weszła spóźniona jakieś 10 minut Marlena -dziewczę jak na razie ciche, spokojnie, będące pod opieką Domu Dziecka. Żeby było jeszcze ciekawiej, jest ona "narodowości romskiej" [jak to się teraz fachowo w dokumentach określa], co widać po jej urodzie ponad wszelką wątpliwość. Nie chciała przeszkadzać w przebiegu lekcji, szybciutko zajęła więc pierwsze wolne miejsce - tak się składa, że była to ławka przed Arturem. No i się zaczęło:

ARTUR [z odrazą i oburzeniem]: A ty tu czego? Spierdalaj!
Marlena zignorowała jego wybuch i spokojnie usiadła.
ARTUR: Nie słyszałaś? Won Cyganko! Nie będziesz tu siedziała!
Jak się domyślacie, nie mogłam tego pozostawić bez reakcji:
JA: Artur, nie można w ten sposób mówić. Nie życzę sobie podobnych komentarzy.
ARTUR: Ale tu jest Polska, nie wie pani?
JA: I co z tego?
ARTUR: No jak to co? Polska tylko dla Polaków! Nie będą się Cyganie panoszyli!
JA: To jest mniejszość narodowa. Prezentujesz średniowieczne poglądy i ja się z nimi nie zgadzam.
KAMIL [chłopak, obok którego usiadła Marlena - odwracając się do Artura]: Uważaj, bo jeszcze cię pani na policję poda...
ARTUR [wojowniczo]: Niech tylko spróbuje, to dostanie w melę!

    Szczerze mówiąc, to w tym momencie o mało nie zatarłam rąk z radości. Nie mam pojęcia, co to jest "mela" [i szczerze mówiąc mało mnie to obchodzi :)], jasne jest natomiast, że miała to być groźba skierowana w moją stronę. A to się kwalifikuje pod paragraf pod tytułem "groźba karalna pod adresem funkcjonariusza państwowego podczas wykonywania czynności służbowych". Do tego rzecz jasna mamy znieważanie i dyskryminację koleżanki z klasy z powodów rasowych. Wszystko razem jak najbardziej jest podstawą do wlepienia Panu Wrzodowi kolejnej przewidzianej statutem kary, czyli Nagany Dyrektora. A jest to, Panowie i Panie, ostatnia możliwa kara dyscyplinarna, której jako szkoła możemy mu udzielić. Następnym krokiem będzie wystąpienie z wnioskiem o wykreślenie Artura z listy uczniów.
    Niestety potrwa to jeszcze trochę, bowiem najbliższa Rada Pedagogiczna odbędzie się już 14 października [z okazji Dnia Nauczyciela], a więc do tego czasu nie ma technicznie szans, żeby podpadł czymś jeszcze. Ale to już naprawdę niedługo i Smoczyca aż przebiera łapkami z niecierpliwości wyczekując na tę chwilę. Mam nadzieję, że stanie się to przed nadejściem mrozów, bo Muppety ciągle pytają mnie, czy i kiedy zabiorę ich na jakąś wycieczkę - do kina czy muzeum. Jasne, że ich zabiorę, tylko najpierw muszę wyciąć Pana Wrzoda, bo za jego zachowanie w cywilizowanym miejscu nie mam zamiaru brać odpowiedzialności.

sobota, 5 października 2013

Russkij jazyk

    здравствуйте. мея зовум драгонка. я хочу изучать российский язык.     
    Tjaaa... Mózg Smoczycy stwierdził, że się nudzi, bo dawno już właścicielka nie kazała mu przyswajać żadnej nowej wiedzy. Od zakończenia studiów podyplomowych z historii i obronienia pracy minął właśnie rok. Chętnie poszłabym na jakieś kolejne studia [marzy mi się albo informatyka dla nauczycieli albo zarządzanie oświatą], ale niestety, wszystko jak zwykle rozbija się o fundusze. A ponieważ nie mam żadnej bogatej cioci w Ameryce, od której mogłabym liczyć na spadek, ani też z zasady nie gram w toto-lotka, to trzeba radzić sobie w inny sposób. Skoro zatem nie mogę sobie w tym momencie pozwolić na płacenie za naukę czegokolwiek, to trzeba wymyślić inny sposób na nakarmienie głodującego smoczego mózgu.
    Wybór padł na język rosyjski. Почему? Przede wszystkim dlatego, że zawsze bardzo mi się podobał i wywołuje u mnie pozytywne skojarzenia. Zamiłowanie do kultury rosyjskiej wyniosłam niejako z domu. Seniorka wychowała się w jednym domu z babcią-Rosjanką [która była co prawda drugą żoną dziadka, a więc osobą z nią niespokrewnioną], w wyniku czego może nie jest osobą zupełnie dwujęzyczną, ale z pewnością rosyjskim posługuje się z naturalną swobodą, bo po prostu "czuje" ten język. I ten rosyjski zawsze jakoś tak był obecny w moim rodzinnym domu - a to muzyka, a to książki, a to ikony prawosławne otrzymywane w prezencie od cioci [siostry Seniorki].
    Samo brzmienie języka rosyjskiego bardzo mi się podoba. Oczywiście najpiękniejszym językiem na świecie jest polski i kto tak nie uważa, zostanie przeze mnie wyzwany na pojedynek na ubitej ziemi :) Natomiast drugi w kolejności według mojego ucha jest właśnie rosyjski ze względu na swoją śpiewność i "kołyszący się" akcent. Wiem, że to bardzo subiektywna ocena, ale dla mnie - słuchowca - dźwięki są bodźcami budzącymi najwięcej emocji. Z pewnością o wiele więcej, niż informacje dostarczane za pomocą oczu, choć wiem, że typowemu wzrokowcowi [czyli większości ludzi] trudno to zrozumieć. To co widzę jest dla mnie przede wszystkim źródłem informacji o świecie, a uczucia pojawiają się w drugiej kolejności. Z dźwiękami jest na odwrót - kiedy słyszę, emocje są najpierw, a dopiero potem wyciągam z tego informację.
    Miałam już w życiu kilka podejść do języka rosyjskiego, ale ponieważ nigdy nie znalazłam się w sytuacji, by jego znajomość była mi do czegoś koniecznie potrzebna [jak to jest z angielskim], to muszę przyznać, że nigdy tak naprawdę nie zajęłam się nim na poważnie. Pierwsza próba była w liceum - rodzice na moją prośbę posłali mnie na prywatne lekcje do znajomej Rosjanki [żony kolegi z pracy mojego Taty]. Dało mi to podstawy, ale wiecie, jak to jest z nastolatkami - zapał do nauki po jakimś czasie mi przeszedł i przestałam chodzić na zajęcia. Drugie podejście zaliczyłam na studiach, bo z premedytacją nie zapisałam się na lektorat z angielskiego [który to język miałam wówczas świetnie opanowany], tylko właśnie na początkujący rosyjski. Pochodziłam sobie wymagane dwa lata, zdałam nawet jakiś egzamin, ale wiecie, ile jest warta nauka języka na lektoracie na studiach... Potem język zdążył się mocno zakurzyć, aż kilka lat temu wpadłam na pomysł, by wziąć się za naukę samodzielnie. Kupiłam więc sobie program multimedialny do nauki rosyjskiego dla początkujących, przez jakiś czas twardo go mordowałam, aż doszłam do punktu, w którym stwierdziłam, że bez nauczyciela jednak nie dam rady... Wiem, że istnieją osoby, które potrafią łyknąć język obcy obłożywszy się podręcznikami i innymi pomocami naukowymi - w tym miejscu kłaniam się w pas z uznaniem Robalowi, który dokładnie w ten sposób sam nauczył się hiszpańskiego. Ja jednak najwidoczniej nie należę do tych szczęśliwców. Potrzebuję kogoś, kto mi wytłumaczy i poprawi wymowę.
    I tu wracamy do kwestii finansów - jak zorganizować naukę, kiedy się nie ma na nią pieniędzy? W przypadku języka rozwiązaniem jest tandem, czyli wymiana na zasadzie "język za język". Ja kogoś pouczę polskiego [całkiem profesjonalnie :)], a w zamian za to ta osoba będzie mordować mnie rosyjskim. Początkowo usiłowałam znaleźć kogoś przez Internet, ale potem Hipek wpadł na rozwiązanie, które okazało się optymalne. Przez jakiś czas pracował w jednym zakładzie z bardzo sympatycznym facetem z Ukrainy, który co prawda sam nie ma czasu na udzielanie lekcji [a poza tym za dobrze zna polski, by był mu potrzebny tandem], ale co innego jego żona. Pomysł został wrzucony, zaakceptowany - i tym sposobem od początku września raz w tygodniu, w czwartki, do Pomarańczowej Jaskini przychodzi pani Luba. Jej polski jest oczywiście o wiele lepszy, niż mój rosyjski - z tego co widzę, to potrzebuje konkretnie uporządkować sobie gramatykę, poszerzyć trochę słownictwo, a przede wszystkim mieć okazję, by rozmawiać po polsku. A ja, no cóż... Trzeba było zacząć od odświeżenia alfabetu i wymowy. Siedzę zatem i kaligrafuję bukwy, a na zajęciach karnie powtarzam za panią Lubą rosyjskie sylaby i proste słowa, ćwicząc akcent. Przypuszczam, że po jakimś czasie otworzą mi się w mózgu odpowiednie szufladki, przypomnę sobie co trzeba i nauka pójdzie szybciej. Bo jak na razie to Smoczątko raczkuje. Ale ile ma przy tym radochy... :)

czwartek, 3 października 2013

Jeszcze raz o scrabblach

    Skończyliśmy już jakiś czas temu z Drybkiem drugi podręcznik. Teoretycznie więc oznacza to, że mój uczeń powinien zacząć trzecią książkę i kolejny poziom językowy B1, czyli poziom tzw. samodzielności językowej. Tyle teoria, bo niestety praktyka wygląda zupełnie inaczej. Szkot pomimo przerobienia całego przewidzianego materiału z pewnością nie ma go opanowanego, bo po prostu się nie uczy. Jego poprawność językowa kończy się więc z chwilą zamknięcia podręcznika. Ćwiczenia gramatyczne potrafi wykonać, jeśli ma przed oczami odpowiednie tabelki z końcówkami, natomiast w trakcie rozmowy zdecydowanie jest na etapie "moja-twoja-urwać-ręka". W tej kwestii jedyne, co udało mi się osiągnąć przez pół roku zajęć z nim, to sprawienie, że nie wstydzi się mówić, przynajmniej przy mnie. Wygląda to więc mniej więcej tak, że kiedy go o coś pytam, to on mi odpowiada tak jak potrafi, a ja przerabiam jego wypowiedź na poprawną polszczyznę i powtarzam mu powoli i spokojnie, co powinien był powiedzieć. Jak wiadomo, repetitio mater studiorum est, pozostaje więc mieć nadzieję, że kiedyś mu się coś do mózgu wdrukuje.
    Aby odwlec moment rozpoczęcia nowego podręcznika - przy świadomości, że stary nie jest jeszcze tak naprawdę opanowany - zarządziłam mu powtórkę z całego przerobionego dotychczas materiału. Z każdej jednostki lekcyjnej wybieram więc zagadnienia z gramatyki oraz słownictwo tematyczne i wałkuję je z Drybkiem ponownie. Żmudne, mało wdzięczne, ale jak się okazało 3/4 powtarzanych zagadnień Szkot zdążył już kompletnie zapomnieć, więc to niemal tak, jakbyśmy omawiali wszystko od początku.
    W tym miejscu wypada powiedzieć, że taki stan rzeczy spowodowany jest w dużej mierze trybem życia Drybka oraz porą zajęć. Skoro facet pracuje od rana do późnego popołudnia, to ja mu się wcale nie dziwię, że wieczorem jego mózg już wysiada i średnio się nadaje do przyswajania nowej wiedzy. John jest zwykle zbyt zmęczony, by odpowiednio się skupić, a też niestety nie jest osobą o jakichś wybitnych zdolnościach językowych. Inna sprawa, że w takim razie powinien samodzielnie pracować w domu np. w czasie weekendów, czego jednak nie robi - i stąd brak postępów.
    Na ostatnie zajęcia - oczywiście po uprzednim zapytaniu, czy mój uczeń wyraża zgodę - przyniosłam moją ulubioną pomoc naukową, czyli scrabble. Uznałam, że przyda mu się przerwa mozolnych powtórkach, a poza tym pamiętam, że kiedy sama uczyłam się angielskiego, to bardzo sobie chwaliłam maltretowanie brytyjskiej wersji tejże gry na zajęciach z native speakerami. Zmusza to do przestawienia mózgu na opcję myślenia w obcym języku.
    Żeby nie wrzucać biednego Szkota całkiem na głęboką wodę, to przytachałam mu oprócz scrabbli ogromniasty, PWN-owski słownik ortograficzny, z którego pozwoliłam mu do woli korzystać. Często więc bywało tak, że Drybek wynajdował jakieś słowo, które mu "pasowało z literek", a ja dopiero tłumaczyłam, co to słowo oznacza. Lepiej by było rzecz jasna, żeby wszystkie ułożone wyrazy pochodziły wyłącznie z jego głowy, ale i to miało przecież walor edukacyjny - przynajmniej poznał kilka nowych słów. Co prawda jak to w scrabblach były one rozmaite, czasem potoczne albo średnio w życiu przydatne, ale co tam. Poza tym do tłumaczenia reguł gramatycznych nadają się jak każde inne...

[Poleciłam, by Drybek rozpoczął, wylosował więc 7 liter, przekłada, przekłada, wertuje słownik - aż wreszcie z triumfem układa słowo KLOP].
- Nie wiem, co to jest, ale tu jest. - oświadczył Szkot pokazując mi palcem odpowiednie miejsce w słowniku ortograficznym. Dragonce pozostało więc zrobić fachową minę i odrzec:
- "Klop" to jest "toaleta" - wyjaśnieniu towarzyszyło wskazanie ręką odpowiedniego kierunku, w którym należałoby się w naszej szkole udać - tylko tak bardzo nieoficjalnie, trochę nawet wulgarnie. Do szefa tak nie mów.
- To przepraszam. - uśmiechnął się Drybek.
- Nie masz za co. Normalny wyraz, tylko potoczny. A tu, popatrz, można będzie dołożyć: KLOP - Y, czyli plural, KLOP - A, czyli genetiv, KLOP - OM, czyli dativ plural, KLOP - AMI instrumental plural, KLOP - ACH locativ plural.
[Tym sposobem z pomocą klopa urządziłam mu powtórkę z końcówek deklinacyjnych :)]

[Drybek po przewertowaniu słownika układa słowo HASA i patrzy na mnie pytająco].
- Tu jest "hasać". Będzie hasa? - pyta.
- Tak. To trzecia osoba singular, "on, ona, ono hasa". To znaczy szybko biegać.
- Jak Usain Bolt?
- Bardziej jak dziecko albo piesek lub kotek. Biegać dla rozrywki, z radością. Usain Bolt biega na poważnie. - próbuję wytłumaczyć różnicę.
- HASAĆ: biegać for fun like a child. To potrzebne nowe słowo? Głupi ten polski...

[Ułożyłam słowo TYŁEK i wytłumaczyłam, co ono oznacza. Drybek kombinuje, co tu z niego można jeszcze zrobić i na planszy pojawia się wyraz TYŁEKI].
- Niestety, z tym już nic nie zrobisz. Przy odmianie zniknie "e", więc będzie "TYŁKI, TYŁKA, TYŁKOM..." - wyjaśniam.
- A, to szkoda...

    Graliśmy całe zajęcia i nawet mu się podobało. Przegrał ze mną kilkunastoma punktami - bo oczywiście pilnowałam się, żeby się nie rozpędzać, a także pomagałam mu szukać dobrych miejsc na planszy, kiedy już sam wymyślił jakiś wyraz. Myślę, że powinien częściej w to grać. Po raz kolejny scrabble okazały się lekiem na całe zło :)