Do nalotu wizytatorów z kuratorium został tydzień. Buchnęła co prawda dość pocieszająca plotka, że zamiast dwóch tygodni posiedzą u nas tylko 3-4 dni, a resztę kontroli wykonają drogą elektroniczną [tzn. będziemy musieli powypełniać im jakieś ankiety i wysłać] - ale pożyjemy, zobaczymy. Wolę nie cieszyć się za wcześnie. Na razie w Zoo wszyscy chodzą do tyłu na rzęsach, a atmosfera jest na tyle nerwowa, że w zeszłym tygodniu dwie nauczycielki tak sobie skakały do gardeł, że mało brakowało, a by się na siebie rzuciły. Nic a nic nie przesadzam...
Oddałyśmy już Ewaluację Wewnętrzną, czyli grubaśny segregator nikomu niepotrzebnych, bzdurnych ankiet i analiz szkolnych dokumentów. Ledwo się z tym uporałyśmy, a tu Główna Szefowa zastrzeliła nas nowiną, że musimy w ekspresowym tempie przeprowadzić badanie wyników ostatnich egzaminów gimnazjalnych. Gwoli ścisłości - szkoły mają obowiązek robić taką ewaluację raz na kilka lat, ale na pewno nie co roku. U nas ostatnio grzebaliśmy w tym trzy lata temu, bo wychodzimy z założenia, że nie marnujemy czasu na papierkologię, jeśli nie jest ona niezbędnie konieczna. Uwierzcie, że mamy większe zmartwienia, niż liczenie median i stanin. Świeżej ewaluacji zatem nie posiadaliśmy - a tu się okazało, że musi być i koniec. Tjaaa... Co tu dużo mówić - odwaliliśmy zatem taką prowizorkę, że aż zęby bolą, ale nie mogło być inaczej, skoro na robotę, która ostatnim razem zajęła nam jakieś 3 miesiące, mieliśmy teraz ledwie tydzień...
Wizytatorzy zresztą mają coraz lepsze i zabawniejsze pomysły. Otóż ostatnio strzeliło im do głowy, że w ramach nalotu chcą zorganizować po południu spotkanie z rodzicami uczniów. Każdy z wychowawców dostał więc bojowe zadanie wytypować po dwóch rodziców, którzy na to zebranie przyjdą. W normalnej szkole nie byłoby z tym pewnie problemów, ale skoro u nas na zwykłą wywiadówkę przychodzą jednostki, to co dopiero na jakieś dodatkowe spotkanie z nie wiadomo kim. Zaczęła się więc łapanka, dzwonienie, proszenie - a Smoczyca dodatkowo zredagowała śliczne "oficjalne" zaproszenie, które opatrzone pieczątką Zoo wysyłamy imiennie do wytypowanych rodziców w nadziei, że ktoś jednak w wyniku tych działań ulituje się i przyjdzie. Ano znów - pożyjemy, zobaczymy. A to się wizytatorzy zdziwią, jeśli na spotkaniu będzie dosłownie kilkoro rodziców...
Ogólnie to staram się nie zwariować. Robię swoje - czyli prowadzę lekcje, odpytuję, doglądam i socjalizuję małpki. Z drugą klasą kończymy właśnie oglądać "My, dzieci z Dworca Zoo" - mam nadzieję, że lekcje, które potem nastąpią, dostarczą mi materiału na ciekawego posta. A w grudniu razem z Ewą od angielskiego będę robiła Jasełka. Rok temu też majstrowałam przy tym temacie, a teraz będzie powtórka z rozrywki, tylko rzecz jasna z innym scenariuszem. Nie ma to, jak ateista organizujący szkolne Jasełka, hie hie hie :)
Spróbuj zrobić Jasełka w wersji ateistycznej ;)
OdpowiedzUsuńAle Wam dają popalić, aż normalnie współczuję, roboty dodatkowej tyle, a tu pierniki już trzeba niedługo piec.
W zeszłym roku wytrzasnęłam Jasełka takie bardzo na wesoło, w wersji tradycyjno-ludowej - kłótnia aniołków z diabełkami, jakieś tam knowania Lucyfera, a do stajenki przychodzili przedstawiciele różnych zawodów i składali podarunki. Tylko był problem, bo nikt nie chciał zagrać policjanta :)
UsuńTeraz będą bardziej klasyczne - Maryja, Józef, Pastuszkowie, Trzej Królowie, do tego oprawa muzyczna. Jakoś poleci.
Ach. Jak ja ci współczuję. I jak ja cię rozumiem!
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki NAPRAWDĘ mocno.
Dzięki :) Co sobie ponarzekam przy okazji, to moje :)
OdpowiedzUsuńWitam. W czerwcu przeżyłam taki nalot. Rzeczywiście w szkole byli tylko przez 3 dni. Jednego przesiedzieli u dyrekcji wertując papiery. Drugiego przeprowadzali wywiad z nauczycielami. 12 "wybrańców" (to ewaluatorzy wskazywali nazwiska, a zwłaszcza przedmioty, których nauczamy) musiało odpowiedzieć na szereg pytań dotyczących badanych obszarów. Byli dociekliwi, ale ludzcy. Trzeciego dnia przeprowadzali hospitacje lekcji, uczniowie wybranych klas wypełniali ankiety. Obserwowali też dzieciaki w czasie przerw. Nauczyciele musieli też wypełnić ankietę na specjalnej platformie z hasłem, czynnej przez godzinę. I okazało się,że w tym wszystkim najważniejsze jest, żeby w odpowiedziach ankietowanych nauczycieli, uczniów i rodziców (bo ci też wypełniali takowe w domu oraz uczestniczyli w wywiadzie) było jak najmniej różnic. W przeciwnym wypadku grozi literka D lub nawet E. Trzymam kciuki, bo wiem ile nerwów kosztuje ta "zabawa".
OdpowiedzUsuńGosia
Ooo, dzięki Gosiu za cenne wskazówki. Powtórzę dziewczynom jutro.
UsuńHmm... U nas w takim razie pewnie ankiety wypełnią wszyscy [lub prawie wszyscy] nauczyciele, bo nas raptem jest 20 sztuk kadry pedagogicznej. Bardzo będzie zabawnie, jak zaczną obserwować dzieciaki podczas przerw - nasłuchają się tyle łaciny kuchennej, co nigdy w życiu... Co do rodziców - to naprawdę cud się zdarzy, jeśli przyjdzie choć kilka osób.
No cóż, chcą nas kontrolować, to niech zobaczą, jak to na żywo wygląda.
U mnie też akurat była ewaluacja... W czasie próbnych matur!!!
OdpowiedzUsuńWpadli mojej grupie na wf - grupa składa się z jedenastu dziewczyn, a odliczając nieobecne i niećwiczące zostało nas sześć. Rozwaliłyśmy panią z kontroli zostając po lekcji i dopytując wuefistkę o możliwość korzystania z siłowni po szkole. :)
No i jeszcze było wypełnianie ankiet elektronicznych... Hyhyhy... Pytania ciekawe... "Z jakich osiągnięć w szkole jesteś zadowolony?" Z coraz lepszych wyników z matmy. (Że mam tróję, a nie dwóję czy pałę, co mi groziło.) "Czy kiedyś naumyślnie zniszczono Ci Twoją własność?" Nie. (Naumyślnie to nie. Ale przypadkiem to się zdarzało.) "Czy byłaś świadkiem lub uczestnikiem bójki w szkole?" Nie. (Nie takiej prawdziwej. Ale kiedyś okładaliśmy się gazetami.)
No nic, skończyło się i w szkole zapanował względny spokój. Poza tym, że wszystkie ksera się zepsuły i sprawdziany były poprzekładane...