Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 29 stycznia 2016

Bitki z marchewką

    Ten tego ten... W Morelowej [bo już nie Pomarańczowej] Jaskini spokój. Mysza rośnie zdrowa, pogodna i dalej grzeczna. Hipek w kość nie daje, Puma takoż. A o polityce - choć to mnie niezmiennie emocjonuje - nie chce mi się postów pisać, bo jeszcze mnie zamkną... :) Czyli co, może skoczymy do kuchni i pozaglądamy Smoczycy w garnki?
    Znowu będzie coś szybkiego, niedrogiego i prostego w przygotowaniu. Proszę państwa, oto bitki. Pochodzenie przepisu tradycyjne - czyli Dragonka przeszperała internety i zrobiła autorski miks kilku przepisów. A że wyszło dobre, to się dzielę, a co :)



BITKI Z MARCHEWKĄ

SKŁADNIKI:
6 plastrów schabu
1-2 cebule
duża marchewka
mąka
oliwa z oliwek
kostka warzywna
przyprawy: sól, pieprz, słodka papryka, czosnek granulowany
liście laurowe
ziele angielskie

Schab lekko rozbijamy [ale nie na papier - chyba, że ktoś lubi, ale ja tam wolę czuć, że coś gryzę...], nacieramy przyprawami i obtaczamy w mące. Następnie smażymy na oliwie na brązowy kolor [idealnie, jeśli się lekko przypali], po czym przekładamy mięso razem z tłuszczem z patelni do szerokiego garnka lub rondla. Wrzucamy do środka cebulę pokrojoną w cienkie krążki oraz marchew pokrojoną w plastry. Zalewamy gorącą wodą tak, żeby przykryło mięso, dodajemy kostkę warzywną, kilka liści laurowych i 3-4 ziarna angielskie. Ostrożnie wszystko mieszamy i przykrywamy. Ma się dusić, aż będzie miękkie. Ile? To zależy od jakości i grubości mięsa, ale tak minimum pół godziny. Nie ma rady, sprawdzamy co jakiś czas widelcem. Kiedy bitki są miękkie, zagęszczamy sos mąką [ale nie dużo, nie chodzi nam o to, by łyżkę można było postawić...].
    I co? I już. Wpierniczamy z kaszą, ziemniakami lub ryżem oraz z surówką.




środa, 6 stycznia 2016

Legendy polskie - nowa wersja

    Znasz, Drogi Czytelniku, filmy krótkometrażowe Tomasza Bagińskiego? To ten od "Katedry" i "Sztuki spadania". Oba obrazy nawiasem mówiąc moim skromnym zdaniem nieźle mieszają pod kopułą, oba uwielbiam i oba namiętnie wykorzystuję na lekcjach polskiego. Skoro nawet małpki są zainteresowane i chce im się zwykle o nich dyskutować po projekcji, to coś w tym musi być. A zatem - jeśli jeszcze jakimś cudem tego nie widziałeś, to gorąco polecam. Ale ja dziś nie o tym.
    Tutaj chcąc nie chcąc muszę wrzucić trochę reklamy. Otóż serwis Allegro w celach marketingowych wpadł na pomysł przedstawienia współczesnych wersji tradycyjnych polskich legend i przeniesienia ich w dzisiejsze realia. Sześć z nich ma postać e-booków, natomiast dwie zostały nakręcone jako krótkometrażowe filmiki przez wspomnianego wyżej pana Bagińskiego. I to nakręcone z rozmachem oraz przy zaangażowaniu wziętych polskich aktorów. Tak oto powstał "Smok" oraz "Pan Twardowsky". Tym ostatnim - jako według mnie bardziej udanym - chciałabym się tu z Wami podzielić. Natknęłam się na artykuł o tym przedsięwzięciu gdzieś w Internecie przypadkiem, obejrzałam - i jestem zachwycona :) Bardzo tylko żałuję, że film zawiera lekką porcję dość soczystych bluzgów [m.in. w ścieżce dźwiękowej...], bo gdyby nie ów fakt, to na pewno wykorzystałabym go podczas zajęć z obcokrajowcami, oczywiście tymi na wyższym poziomie zaawansowania. 
    Zapraszam do obejrzenia wariacji na temat legendy o Panu Twardowskim. Nic więcej nie mówię, sugeruję jedynie, byście zwrócili uwagę na szczegóły, scenografię, rozmaite symbole pojawiające się w tle... No i co wrażliwszych ostrzegam, że trochę wulgaryzmów rzeczywiście poleci.
    Niestety, nie udało mi się wkleić tego filmu bezpośrednio z YT [próbowałam na różne sposoby...], więc podaję Wam link, pod którym go można obejrzeć:

Pan Twardowsky, reż. T. Bagiński

niedziela, 3 stycznia 2016

Smoczo-matczyna codzienność

    Na niemal wszystkich zaprzyjaźnionych blogach w ostatnich dniach pojawiają się wpisy podsumowujące mijający rok i snujące plany na nadchodzący. No bo kiedy, jak nie teraz... Sama rok temu dokonałam takiego przeglądu - a teraz mi się jakoś nie chce :) Przecież to, że moje życie wywróciło się ostatnio diametralnie, to wiadomo i bez podsumowań. 
    Ale... ponieważ temat sam w sobie jest wdzięczny i nośny, to tak całkiem z niego nie zrezygnuję. Aby jednak kwestię urozmaicić, to podeprę się ilustracjami. Natknęłam się mianowicie gdzieś w czeluściach Internetu na galerię obrazków ukazujących momenty, które każda matka doskonale zna i rozumie. Było tego strasznie dużo i nie wszystkie sytuacje zdążyłam już przerobić na własnej skórze [czy raczej - łusce, zważyszy na smoczość], dlatego dokonałam subiektywnego wyboru. A wszystko z moimi autorskimi komentarzami. Zapraszam do oglądania i lektury :)



1) Oj tak, co prawda, to prawda... Bzdurą jest jednak według mnie wyrokowanie, jaka sytuacja życiowa jest lepsza - z dzieckiem, czy bez dziecka. Jest po prostu zupełnie inaczej - i już. To dwa światy, które niewiele mają ze sobą wspólnego. I nie ma co tłumaczyć osobie bezdzietnej, jak to jest, bo to kompletna abstrakcja, dopóki się tego stanu nie doświaczny organoleptycznie. Na pewno zafundowanie sobie dziecka implikuje zupełnie nowe sytuacje w życiu, których się nie doświadczy w inny sposób. Pozytywne, negatywne - różne. Na pewno człowiek [i Smok :)] ma okazję dowiedzieć się o sobie samym rzeczy, o które by się nigdy nie podejrzewał. Na pewno rodzicielstwo ryje beret i przemeblowuje mózg. A czy jest lepiej, czy gorzej? Nie wiem. Naprawdę nie wiem, to żadna kokieteria. 
    Co do mnie - chyba na szczęście nastawiałam się od początku na coś znacznie bardziej hardcorowego, przynajmiej do czasu, aż Mysza od ziemi porządnie nie odrośnie. Jestem zatem dość pozytywnie zaskoczona, bo myślałam, że będzie 100 razy gorzej.


2) Tu się zgadzam w 100%, choć może akurat nie do końca z tym zestawem, co na obrazku. Zwisało mi i powiewało, czy dużo przytyję - a tak się złożyło, że schudłam. Nie miała dla mnie znaczenia płeć dziecka - choć i tak w naszym przypadku bardzo szybko było wiadomo. Teraz rzecz jasna za nic nie chciałabym mieć syna, bo Mysza jest the best :) A cyce i bez ciąży mam jak dojna krowa, więc dwa rozmiary więcej nie robią aż takiej różnicy...
    Przejmowałam się natomiast bólem, bo chyba byłabym głupia, gdybym tę kwestię kompletnie olewała. Chciałam naturalnie, a i tak wyszła cesarka. No cóż, przynajmniej nie mam złych wspomnień. 



-+
3) Pod tym też się podpisuję ręcyma i nogyma. Jeśli ktoś ma drące się w niebogłosy niemowlę, które budzi się w nocy "na cyca" co godzinę, to strachu nie przeżywa. Ale z taką Myszą, która pierwszą noc przespała wtedy, kiedy jej na to pozwoliłam, czyli kiedy miała 5 tygodni...? Śpi spokojnie i cichutko jak aniołek. No właśnie, AŻ ZA SPOKOJNIE. Tyle się człowiek naczytał o nagłej śmierci łóżeczkowej, że zaczyna czasem świrować. No więc jest sprawdzanie, czy aby na pewno oddych, czy rusza się klatka piersiowa, czy się Mysza nie przydusiła etc. Może nie każdej nocy, ale mam takie napady. 


4) Trzeba oddać sprawiedliwość, że im Mysza starsza, tym rzadziej się to zdarza, ale jednak... W pierwszym miesiącu życia zafajdanie świeżusieńkiej pieluchy, nim się ją zdążyło nawet dobrze zapiąć, to był standard. Rekordem były... 4 pieluchy zużyte podczas jednego przewijania :) Do tego zabawa z zasikiwaniem ręcznika po kąpieli. No boki zrywać...


5) Na temat rad i wpierniczania się nawet obcych osób do wychowania i pielęgnacji niemowlęcia to napisałam nawet kiedyś osobny post. Na tym polu bez zmian - czyli nie podchodzę do tego jakoś alergicznie. Zwykle się nawet nie irytuję. A niech sobie ludzie pogadają, a ja i tak zrobię swoje :)


6) O trzeciej w nocy nie zdażyło mi się jeszcze do Seniorki dzwonić, ale pewnie wszystko przed nami :) Ale konsultacje i gorąca linia telefoniczna się trafia. Jak do tej pory najpoważniejszym kryzysem było, kiedy ok. 3 miesiąca życia Myszy zachciało się jedzenia tylko i wyłącznie w łóżeczku [a nie na rękach] - i nim doszliśmy, że to o to chodzi, to była zagadka, czemu nie chce wpierniczać, choć głodna. Wtedy to wszyscy kombinowaliśmy, o co małej terrorystce kaman: ja, Hipo, Seniorka, nawet nasza położna :) Ale daliśmy radę. 


7) Tjaa... I to pomimo faktu, że Mysza jest naprawdę spokojnym dzieckiem, które póki co ładnie śpi i w dzień, i w nocy. Dobrze, że Smocza Jaskinia jest mała, więc z kuchni czy łazienki mam dwa kroki. Tym niemniej to niemal codzienny obrazek, że Dragonka jedną ręką wiesza pranie, drugą ręką miesza w garnku, trzecią sprawdza temperaturę mleka na nadgarstku, a czwartą wciska smoczek do Myszego dzioba. A że nie mam czterech rąk...? Oj tam, drobiazg, nie czepiajmy się szczegółów :)



8) I tu tak naprawdę jest coś, co rzeczywiście zmieniło się na gorsze. Faktycznie, bycie matką w moim przypadku jest jednoznaczne z uwiązaniem w domu i nie ma co ukrywać, że jest inaczej. Raz, że wiadomo - niemowlęcia nie zostawi się samego nawet na kilka minut. A dwa - niestety, nasz wózek w połączeniu z drugim piętrem skazał mnie na więzienie. Ciężki pieron w pojedynkę i już. Owszem, świetny, zwrotny, stabilny - ale na blok z windą albo domek jednorodzinny. Każde wyjście to przedsięwzięcie logistyczne:
- zamknąć kota w łazience
- znieść stelaż
- znieść goldolkę
- szybko przewinąć i ubrać Myszę, cały czas bojąc się, by w tym czasie nikt nie zapierniczył wózka stojącego na dole
- wypuścić kota, ale jednocześnie tak go spacyfikować, by nie uciekł na klatkę, bo potem go nie zagonię do domu z Myszą na ramieniu
- zarzucić Myszę na ramię, drugą ręką zamknąć drzwi i ostrożnie zejść
- na dole opatulić dziecko i wytarabanić się z klatki
- a w powrotnej drodze czynności powtórzyć, tylko w odwrotnej kolejności [Mysza do łóżeczka - kot do łazienki - gondolka - stelaż].

Po całej operacji jęzor wisi mi do pasa ze zmęczenia. Ale to już niedługo, bo na wiosnę przesiadamy się z Myszą do lekkiej spacerówki i mam nadzieję, że to mi trochę zwróci wolność.

piątek, 1 stycznia 2016

Mielone inaczej

    A ja noworocznie - kuchennie :) Pomyślałam, że przyjemnie będzie zacząć Nowy Rok z jakimś dobrym jedzonkiem. Powstało więc pytanie: co tu dobrego zrobić, aby się nie narobić, ale jednak coś fajnego zjeść? Moim starym zwyczajem pogrzebałam w Internecie, a następnie przerobiłam wyszukany przepis według własnego uznania. Efekty są nader zadowalające, zatem się pochwalę.



RULONIKI Z MIĘSA MIELONEGO Z MARCHEWKĄ

SKŁADNIKI:
1 kg mięsa mielonego
1 duża marchewka
1 średnia cebula
torebka ryżu [ok. 100 g]
1 jajko
mąka
olej [do smażenia]
przyprawy

    Cebulę kroimy w drobną kostkę, a marchewkę ścieramy na tarce z grubymi oczkami. Następnie wrzucamy toto na patelnię i lekko przesmażamy. Dodajemy do mięsa, wrzucamy ugotowany i przestudzony ryż. Przyprawiamy tak, jak "normalne mielone" - u mnie po najmniejszej linii oporu, czyli przyprawa do mięsa mielonego plus niepełna łyżeczka czosnku granulowanego. Całość mieszamy i odstawiamy do lodówki na godzinę, żeby się przegryzło.
    Po upływie wskazanego czasu wbijamy do mięsa całe jajko, wsypujemy 3 łyżki mąki i całość mieszamy. Następnie formujemy z masy grube rulony, obtaczamy z mące i smażymy na patelni jak klasyczne mielone. No i to by było na tyle :)
    Proste, tanie - a zapewniam, że smaczne. Do tego ziemniaki, jakaś surówka i mamy obiad gotowy. Hipkowi w każdym razie smakowało.