Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

niedziela, 29 marca 2015

Wielkanocne donosy rzeczywistości

    Znasz może, Drogi Czytelniku, "Donosy rzeczywistości" Białoszewskiego? Mistrz Miron popełnił książkę będącą zapisem strzępek rozmów usłyszanych przypadkowo na ulicy, w sklepie czy w środkach komunikacji publicznej. Ot, takie wyrwane z kontekstu dialogi przypadkowych przechodniów. Czyta się to bardzo przyjemnie, oczywiście pod warunkiem, że ktoś lubi styl prozy Białoszewskiego. 
    Jadąc wczoraj tramwajem na wieczór panieński mojej przyjaciółki jeszcze z czasów licealnych, usłyszałam taką oto rozmowę grupki młodych stuentów [na moje oko pierwszego - góra drugiego roku]. Wiadomo, sobota wieczór, ostatni weekend przed przerwą świąteczną, trzeba się zatem zrelaksować w jakimś modnym klubie przy czymś głębszym...

   - Mmm, nareszcie święta, jadę do domu... Tyle żarcia, wreszcie się nawpierdalam..
    - No chyba ty...
    - A co, ty nie jedziesz do domu?
    - A po co mam jechać? Do ojca przyjeżdża jakaś dupa, albo on pojedzie do dupy, to nie będę im przeszkadzał.
    - A mama?
    - Po cholerę mam jechać? Mama nie ma neta...

Kurtyna :)

sobota, 21 marca 2015

Kabaret Hrabi - Ciąża

    A to znacie?
    Jako nastolatka chowana na Kabarecie "Potem" [do tej pory ich wyczyny są dla mnie niedoścignioną klasyką], jestem również fanką Kabaretu "Hrabi". No Kołaczkowska rozwala system... :) I tak sobie myślę, że czas najwyższy przypomnieć ich ciążową piosenkę - lub zaznajomić z nią tych moich Czytelników, którzy jakimś cudem jej jeszcze nie słyszeli. Dla Dragonki niezwykle adekwatna i bardzo na czasie...


poniedziałek, 16 marca 2015

Ale jak to tak - bez chrztu...?!

    Uprzedzam lojalnie z góry - dzisiejszy post będzie dotyczył religii. Jak wiadomo, w Polsce chyba jeszcze tylko temat polityki wywołuje takie emocje, że ludzie kiedy się nakręcą, są w stanie niemal pozabijać swoich oponentów, bo nie potrafią znieść myśli, że ktoś może mieć na tym polu inne poglądy. Jeśli zatem, Drogi Czytelniku, jesteś osobą bardzo wierzącą i czujesz, że ciężko Ci przejść do porządku dziennego nad tym, że nie wszyscy dookoła wyznają tę samą religię, co Ty - to dla własnego spokoju pomiń ten wpis. 

    Nie jest tajemnicą, że zarówno Dragonka, jak i Hipopotam są ateistami. Nie mam oczywiście tego faktu wypisanego na czole, ale też nie widzę powodu, by to ukrywać - i na pewno na łamach niniejszego bloga wspominałam o tym kilka razy przy różnych okazjach. Tak jest również w życiu codziennym - nie chodzę i nie trąbię wszem i wobec, że Boga nie ma, a także nie prowadzę "krucjat" przeciwko chrześcijanom różnych odłamów, starając się ich przekonwertować na ateizm. Po prostu na co dzień dla mnie tematu nie ma, nie zajmuję się nim, bo i po co. Jeśli natomiast kwestia wiary wyniknie sama z rozmowy, to oczywiście mogę skomentować, tym bardziej, jeśli jestem o to proszona. Staram się to robić taktownie, a przede wszystkim mówić o sobie i swojej perspektywnie, nie oceniając praktyk religijnych innych osób. Wychodzę z założenia, że wiara to indywidualna sprawa każdego człowieka, więc nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że Boga nie ma - ale też oczekuję, że nikt nie będzie mnie nawracał czy patrzył na mnie z wyższością z tego tytułu, że nie wierzę. No i wszystko jest pięknie i ładnie, dopóki ta delikatna, ale jednak wyraźna granica nie zostanie naruszona.
    No to moi kochani, ścięłam się dziś lekko na tle religijnym z historyczką Marzenką [kojarzycie, wychowawczynią mojej ulubionej męskiej 3B] - którą nota bene ogromnie lubię i która zdecydowanie jest dla mnie kimś więcej, niż tylko koleżanką z pracy. Marzena jest osobą wierzącą i praktykującą, choć oczywiście daleko jej do fanatyzmu Zofii. Jakoś do tej pory jednak kwestie religii w ogóle nie były w naszych rozmowach poruszane. 
    Siedziałyśmy we trzy w pokoju nauczycielskim - ja, Marzena i Renata [polonistka]. Wszystkie się genaralnie bardzo lubimy i utrzymujemy ze sobą bliskie kontakty także poza pracą, czyli odwiedzamy się, umawiamy od czasu do czasu na kawę czy pizzę. Obie dziewczyny znają też i lubią Hipopotama - czyli jednym słowem, sami swoi. Rozmowa zeszła na moje i Błotnego Ssaka przygotowania do ślubu [a raczej do cywilnej legalizacji związku], który odbędzie się w maju. Opowiadałam więc dziewczynom o szyciu garnituru na miarę, o kupowaniu butów, o wybieraniu obrączek i tym podobnych rzeczach. Było miło i przyjemnie do momentu, aż Marzena nie wypaliła w pewnej chwili z rozbrajającym uśmiechem:
   - Ja to poczekam, aż wy w końcu weźmiecie ślub kościelny.
   - No, to się chyba nie doczekasz... - odparłam lekko.
   - Oj zobaczysz, zobaczysz, jeszcze weźmiecie, ja to wiem.
   - Marzenko, przecież oboje jesteśmy ateistami. Po cholerę nam ślub kościelny?
    - To się wszystko może pozmieniać. Też mam kolegę, był ateistą i w końcu uwierzył. Z wami też tak będzie. - Marzena była przy tym bardzo spokojna, pewna siebie i przemawiała tonem jak do głupiego dziecka. 
    - Równie dobrze ty możesz przejść na islam albo na judaizm. My naprawdę nie wierzymy w Boga, to skąd ten pomysł? Przecież my nawet dziecka nie będziemy chrzcili... - tłumaczę dalej, choć już z zapewne lekką irytacją. W końcu dlaczego niby Marzena ma wiedzieć lepiej ode mnie, że zmieni mi się podejście do religii?
    Na takie dictum Marzena jednak nie była przygotowana. Ślub ślubem, ale chrzest...?
    - No ale jak to?! - nie mogła uwierzyć.
    - No normalnie. Tak samo, jak nie obrzezałabym dziecka, gdyby to był chłopiec.
    - Chyba żartujesz?! Jak można nie ochrzcić dziecka?! Przecież to jest bardzo ważne!
    - Ale i ja i Hipek jesteśmy ateistami, więc po co? 
    - Bo to jest sakrament! - wypaliła, zupełnie, jak by to załatwiało sprawę. Próbuję zatem tłumaczyć spokojnie i po dobroci:
    - Jaki jest sens, byśmy chrzcili dziecko, skoro nie wierzymy w Boga? Zrozum, "sakrament" to jest dla mnie puste słowo. Ja nie wierzę w nic, Hipek nie wierzy w nic, to nie będziemy przekazywali dziecku żadnej religii. Jeśli będzie chciało się kiedyś ochrzcić, to to zrobi, jego sprawa, wolny wybór. I tak będzie znało Biblię na wyrywki, podobnie jak mitologię grecką, bo nie wyobrażam sobie inaczej.
    Marzenie jednak dalej cała sprawa nie mieściła się w głowie.
    - Ale tak bez chrztu...? Biedne dziecko!
    No i tu przyznaję, że się wkurzyłam, bo przegięła. Mówiłam dalej spokojnie, choć przestałam cenzurować argumenty. Skoro ona daje sobie prawo do takich ocen, to czemu ja mam być "politycznie poprawna"?
    - W naszej sytuacji chrzest byłby hipokryzją. Uważmy, że Boga nie ma i koniec.
    - Ale Bóg jest!
    - A ja twierdzę, że nie ma. I co? Słowo przeciwko słowu.
    - Skąd wiesz, że go nie ma?
    - A ty skąd wiesz, że jest?
    - Bo to się po prostu czuje. Jak możesz mówić, że go nie ma? Ty go po prostu nie szukasz!
     No tak, niesamowita logika...
    - Zgadza się, podobnie, jak nie szukam krasnoludków, kosmitów, Zeusa i Swarożyca...
    - Ale jak można żyć bez Boga? - Marzenka nie dawała za wygraną. - Życie bez Boga jest strasznie puste, smutne, bezwartościowe...
    - A ja uważam, że jest odpowiedzialne. Wiesz, że nikt cię nie prowadzi za rączkę, więc sama musisz się o siebie zatroszczyć. Nie masz też na kogo zwalić winy: "bo Bóg tak chciał". Sama kierujesz swoim życiem i musisz wziąć za nie 100% odpowiedzialności.

    Potem szczerze mówiąc zadzwonił dzwonek na przerwę, do pokoju weszło jeszcze kilku nauczycieli, więc rozmowa siłą rzeczy została przerwana - i bardzo dobrze. Mam wrażenie, że i tak nie doprowadziłaby do niczego konstruktywnego. 
    Co to w ogóle miało być? Czy ja komukolwiek mówię z wyższością, że postępuje nieracjonalnie modląc się do wystruganej z drewna figurki faceta, któremu wydawało się, że jest Bogiem? Albo że nie powinien w imieniu niemowlęcia deklarować, że będzie ono wierzyło w Boga - w momencie, gdy to dziecko nie jest w stanie zrozumieć otaczającego go świata, nie mówiąc o sprawach związanych z religią? Czy ja uzurpuję sobie prawo, by twierdzić z całą stanowczością, że mój rozmówca na pewno się opamięta, przestanie pleść bzdury i zrozumie, że światem rządzą prawa biologii, chemii, fizyki - ale na pewno nie jakiś siwobrody staruszek latający na chmurce do spółki ze swoim synem urodzonym przez dziewicę, w dodatku bez udziału mężczyzny?
    Zastanawiam się nad pointą, ale nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. Może poza tym - żyj i daj żyć innym. Amen :)

niedziela, 15 marca 2015

Zoo a ciąża

    Temat w mojej szkole zawsze aktualny i na czasie, choć ostatnio dla mnie bardziej z oczywistych względów. Ale przecież wydawać by się mogło, że co innego, kiedy nauczycielka zajdzie w ciążę [w końcu dorosła kobieta - wolno jej :)], a co innego, jeśli uczennica. Nie wiem szczerze mówiąc, jak do takich kwestii obecnie podchodzi się w zwyczajnych szkołach - to pewnie jak zwykle zależy od konkretnej placówki. W poprzedniej szkole, w której pracowałam - zwykłe, przeciętne liceum - przez 3 lata mojej kadencji mieliśmy jedną maturzystkę w stanie błogosławionym. Nie było z tego żadnej afery, być może dlatego, że bądź co bądź dziewczyna miała już 19 lat, a poza tym potem zaczęły się jej jakieś komplikacje i poszła na zwolnienie. Nie wiem, jak to wygląda w mniejszych miastach czy bardziej konserwatywnych społecznościach. Różne rzeczy natomiast można powiedzieć o Zoo, ale w przypadku ciężarnej uczennicy, to jestem pewna, że nie mogła trafić lepiej, niż do nas.
    Podopiecznych z rosnącymi brzuszkami mamy co roku kilka - odkąd tam pracuję było już ich tyle, że przestałam liczyć. Trzy przypadki relacjonowałam Wam w sposób bardziej szczegółowy. Pamiętacie zapewne Emilkę, czyli 15-latkę o buzi aniołka i o "bardzo małym rozumku", której niewiele lat starszy kolega zmajstrował dwójkę dzieci, które jej ostatecznie i tak odebrano i umieszczono w rodzinach zastępczych. Następna to pamiętna Młoda Gniewna - nota bene mam z nią stały kontakt, bo odwiedza mnie regularnie w Zoo, a poza tym w pierwszej gimnazjum wylądowała niedawno jej młodsza siostra. Na szczęście sama Sylwia jakoś sobie radzi - tzn. pracuje, uczy się w liceum zaocznym, a córka chowa się póki co zdrowo. Ojciec dziecka oczywiście się na nie wypiął, dokładnie tak, jak przewidywałam, ale czego innego należało się spodziewać po 30-latku biorącym się za dziewczynę, która nawet nie skończyła gimnazjum... Ostatnia mamusia to Dorotka, ale co się z nią dzieje, to naprawdę nie wiem, bo oboje ze Sławkiem nawet nie skończyli u nas trzeciej klasy, a potem zostali skreśleni z listy uczniów, bo ileż można powtarzać rok, jak się jest pełnoletnim... Oprócz nich przez Zoo przewinęło się jeszcze wiele innych "ciężarówek", bo w końcu mamy do czynienia z młodymi dziewczynami w wieku rozrodczym, które mają na ogół dość beztroskie podejście do życia [czyli, że ogólnie "jakoś to będzie'], a do tego nikłą wiedzę na temat antykoncepcji. Obecnie w Zoo z tego, co mi wiadomo, są trzy uczennice w ciąży - jedna w pierwszej gimnazjum [mieszkająca nawiasem mówiąc w placówce opiekuńczej - czyli nie umieli jej upilnować...], jedna w trzeciej zawodówce [uczę ją polskiego - fajna dziewczyna, ma nienajgorzej poukładane w głowie, dziecku krzywdy nie zrobi], a trzecia - i to jest bardzo świeża informacja - to moja własna wychowanka Patrycja, może kojarzycie, ta od wygodnickiego tatusia. No cóż, analizując postawę życiową pannicy, to się musiało tak skończyć, skoro była przyzwyczajona do tego, że robi co chce, a agresją i bezczelnością może wymusić na rodzicach dosłownie wszystko... Idę zresztą o zakład, że wychowanie wnuka spadnie na dziadków, bo nie spodziewam się, żeby nagle sama Patrycja zechciała wziąć odpowiedzialność za swoje dziecko, skoro całe życie robiła wyłącznie to, na co miała ochotę, a rodzice spuszczali uszy po sobie.
    No dobrze, a jaką w tym wszystkim politykę wobec przyszłych matek ma samo Zoo? Przede wszystkim nigdy nie robimy z tego halo, tylko traktujemy temat zwyczajnie, nie szukając tanich sensacji. Po drugie naprawdę staramy się jak tylko możemy ułatwić im życie, w związku z czym opłaca się uczennicom jak najszybciej szkołę powiadomić o ich odmiennym stanie. Nierzadko zresztą w Zoo wiemy wcześniej, niż zainteresowane powiedzą w domu - tak było w przypadku Młodej Gniewnej i tak jest teraz z Patrycją, która powiedziała w piątek opiekunce praktyk zawodowych, ale na 100% jej rodzice jeszcze nie wiedzą. A zatem staramy się przede wszystkim umożliwić im zaliczenie roku, a potem służymy radą, jak załatwia się np. indywidualne nauczanie z paragrafu "matka karmiąca". Generalnie wychodzimy z założenia, że one i tak będą miały wystarczająco pod górkę, więc nie mamy zamiaru rzucać im dodatkowych kłód pod nogi.

    Co do brzuchatej Smoczycy, to - jak wspominałam - same małpki zachowują się wspaniale. Wiecie, te dzieciaki w większości są z rodzin wielodzietnych, a zatem miały okazję widywać swoje własne mamy w ciąży, a niejednokrotnie zatrudniane były potem do pilnowania młodszego rodzeństwa, czyli przewijania niemowlaka, kąpania, zabawiania, nocnego wstawania... Doskonale zatem wiedzą, czym to wszystko pachnie :) Mam np. w swojej klasie takiego dość nadpobudliwego kibolka, który znany jest z tego, że o byle co wali w mordę i generalnie cholernie łatwo go zdenerwować. Rok temu urodził mu się braciszek i okazało się, że młodzieniec po prostu go uwielbia. Jak sam przyznał, nie ma możliwości, by malec go wyprowadził z równowagi, mimo że ryczy ile wlezie, jak przestało na niemowlę. Może bawić się z nim godzinami, robić do niego głupie miny, śpiewać mu i nosić brata na rękach... Co nie zmienia faktu, że mój podopieczny dalej jest nadpobudliwy i ma kolejną sprawę na policji o pobicie :)
    Małpki zatem traktują mnie super, choć zabawnie się robi, kiedy nastoletnie uczennice z całą powagą i fachowością udzielają mi rad w kwestii pielęgnacji noworodka - i to wcale nie dlatego, że są przemądrzałe, tylko dlatego, że się na tym po prostu znają. Poza tym naprawdę widzę, że dzieciaki starają się panować nad głupimi zachowaniami, żeby mnie nie denerwować. No a z uczennicą z trzeciej klasy zawodówki możemy sobie porozmawiać na temat ciążowych dolegliwości, tego co widać na USG, kompletowaniu wyprawki oraz tego, w którym szpitalu rodzić, a który omijać szerokim łukiem.
    Czyli - fajnie jest :)

środa, 11 marca 2015

Najlepszy pasożyt świata

    Jak stwierdziła moja pani ginekolog prowadząca ciążę, dziecko jest najdoskonalszym pasożytem na świecie. Wyciągnie bez skrupułów z organizmu matki wszystkie najlepsze składniki, żeby tylko zapewnić sobie optymalny rozwój. Stąd też oczywiście "organizm żywiciela" musi się odpowiednio odżywiać, jeść pożywienie wysokiej jakości i faszerować się witaminkami i innego rodzaju super odżywkami, żeby nie dopuścić do powstania niedoborów. Dziecko i tak sobie zabierze, co będzie chciało, mając w nosie ewentualne braki z tego tytułu u przyszłej mamusi.
    Brzmi lekko brutalnie [w końcu to czysta bita natura, a ta jak wiadomo nie ma zwyczaju patyczkować się z kimkolwiek...] i pewnie faktycznie robi się problem, jeśli w ciążę zachodzi wątła chudzinka o figurze top modelki albo nienajlepszym zdrowiu. Wtedy "doskonały pasożyt" rzeczywiście zaczyna siać spustoszene w jej organizmie. Co tu jednak dużo gadać - o Dragonce można powiedzieć dużo, ale na pewno nie to, że jest szczuplutką superlaską, bez problemu wciskającą się w rozmiar 36. Prawdę rzekłszy, to przed ciążą miałam nadwagę [nie jakąś monstrualną, ale jednak] i średnią motywację, żeby coś z nią konstruktywnego zrobić. 
    Co się okazuje? Ano to, że zafundowanie sobie Hipciosmoczylli póki co jest dla mnie genialną kuracją wyszczuplającą. Jak już wspominałam, odkąd jestem w ciąży mam tak z połowę mniejszy apetyt - jem mniejsze porcje, opuszczam posiłki, najadam się momentalnie, no i moje zapotrzebowanie na słodycze wyraźnie spadło. Rozpakowana czekolada może sobie leżeć i tydzień na wierzchu pod moim nosem, a ja owszem, skubnę kosteczkę czy dwie - ale nie 3/4 tabliczki prawie do puszczenia pawia, co onegdaj było normą :) Do tego zapewne jako się rzekło na początku - mój osobisty doskonały pasożyt pieczołowicie wyciąga ze mnie nagromadzone latami zapasy, bo przecież musi sobie z czegoś zbudować szkielet i organy wewnętrzne. W efekcie - od początku ciąży [a jestem w czwartym miesiącu] przytyłam tak może z kilogram, tzn. nie tyle ja, co Hipciosmoczylla, bo wywaliło mi już całkiem pokaźny ciążowy brzuch, umiejscowiony wyraźnie nad moim prywatnym, osobistym sadełkiem. A reszta ciała, moi kochani - znika :) Uśmiałam się ostatnio, bo przezornie na samym początku ciąży kupiłam sobie już na zapas dwie pary spodni z tzw. panelem ciążowym, czyli wszytym w pasie materiałem służącym do zmieszczenia rosnącego brzucha. Kiedy je kupowałam, to oczywiście w pasie były jeszcze za luźne [bo w końcu miały być na zapas...], ale poza tym leżały dobrze. I wiecie co? Obecnie, czyli dwa miesiące po zakupie, spadają mi z tyłka! Nie są już ładnie dopasowane w udach, tylko wiszą na mnie smętnie i nadają się wyłącznie do chodzenia po domu.
    Obawiałam się, że skoro startowałam w ciąży z nadprogramowymi kilogramami, to przez 9 miesięcy zamienię się w prawdziwego wieloryba, a tu jak na razie nic bardziej mylnego :) Mój osobisty pasożyt objada się w najlepsze, co skutkuje u mnie utratą masy w tych miejscach, gdzie tłuszczyku było zdecydowanie za dużo. No i bardzo dobrze, dziecko, wpierniczaj ile wlezie, niech ci się uszy trzęsą :) Nie żałuj sobie...
    Przy tym wszystkim na szczęście wyniki krwi mam eleganckie - pani ginekolog aż piała z zachwytu i stwierdziła, że niejeden "normalny"człowiek [czyli nie w ciąży] pozazdrościłby mi takiej morfologii. Żadnych niedoborów, profilaktycznie mam co prawda brać jakieś witaminy dla ciężarnych, ale jak zapomnę, to też się nic nie stanie. Widocznie przez lata nagromadziłam sobie tyle, że teraz spokojnie wystarcza i dla mnie, i dla dziecka.
    Reasumując powyższy wywód - okazuje się, że w przypadku Smoczycy sprawa jest prosta. Chcesz schudnąć? Żadna dieta owocowo-warzywna, żaden Dukan. Wystarczy zajść w ciążę - efekt murowany :)

poniedziałek, 2 marca 2015

Na chorobowym

    Już trzeci tydzień nie mogę doleczyć przeziębienia.
     Choruje pół miasta, w mojej przychodni sajgon, bo przyjmuje tylko dwóch lekarzy [pozostali na zwolnieniach chorobowych - jakże by inaczej, bakterie i wirusy nie są wybredne i wszystkich traktują jednakowo...], a ludzi tylu, że aż czarno. Zresztą, z kim ze znajomych nie rozmawiam, to wszyscy chorzy. Nawet Drybka dopadło - kiedy musiałam odwołać zajęcia, to tylko się ucieszył.
    U mnie oczywiście trwa to aż tak długo, bo na dobrą sprawę niczym nie mogę się leczyć. Syropki wzmacniające, naturalne sposoby [mikstura z cebuli], tabletki do ssania na gardło, rutinoscorbin, a gdybym miała gorączkę [a tradycyjnie nie mam], to wolno mi wziąć apap. Eto wsio. Ze względu na Hipciosmoczyllę nie powinnam brać nic silniejszego, tylko zdać się na możliwości obronne mojego organizmu. A te, wbrew pozorom [i odpukać!] wcale nie są takie do bani. Otóż cały zeszły tydzień bardzo poważnie zagrypiony był Hipek - leżał w łóżku z antybiotykiem i zasłużonym L4, a ja się tylko modliłam [oczywiście - metaforycznie :), czyli do moich własnych leukocytów], żeby się od niego tym paskudztwem nie zarazić. I jakoś się udało. 
    A co mi generalnie jest? Siedzi mi jakieś cholerstwo w gardle i wyjść nie chce. Kaszel, katar, zmieniony głos. Dobrze, że na dół nie złazi, bo oskrzela i płuca czyste. Pół ferii schrzanione, a teraz jestem na tygodniowym zwolnieniu. Mam się doleczyć i koniec. A od tego kaszlu to mnie wszystkie mięśnie żeber już bolą...
    Zatem sami widzicie, naprawdę nie mam o czym pisać :) Co może być nudniejszego niż przeziębiona Smoczyca w ciąży snująca się po mieszkaniu? Może małpki za mną zatęsknią - wiem od Marzenki, że chłopaki z 3B bardzo o mnie pytali i kazali mnie gorąco pozdrowić. Niewykluczone, że to dlatego, iż mieli dziś w planie dwa polskie, a zamiast tego dowalili im dwie matematyki z Irenką, która orze uczniami niemiłosiernie i na pewno nie da się jej namówić na partyjkę scrabbli :)
    Na otarcie łez mam dla Was mały materiał fotograficzny - z Jej Wysokością i Hipciosmoczyllą w roli głównej...