Ale o tym może innym razem. Dziś krótka relacja z sobotnio-niedzielnego wypadu na łono ogrodowej natury. O niewątpliwie pięknych "okolicznościach przyrody" napisze rzecz jasna Hipek na swoim blogu, okraszając całość stosownymi zdjęciami, zatem zainteresowanych Czytelników tamże odsyłam - zapewniam, będzie na co popatrzeć [a pierwszy wpis z tej serii jest już tutaj]. Ja skupię się na wątku, nazwijmy to, zwierzęcym. Otóż tym razem Jej Wysokość nie została zabrana w podróż i zmuszona była zostać sama w Pomarańczowej Jaskini, oddana pod opiekę sąsiadce, która zaglądała do niej i składała jej "dary przebłagalne" w postaci świeżej wody i suchej karmy :) Trzeba Wam wiedzieć, że Pumisko niestety wyjątkowo nie lubi podróży i potrafi przez bite dwie godziny [bo tyle mniej więcej trwa podróż do posiadłości Seniorki] drzeć się tak, jak by się jej działa najgorsza w świecie krzywda. Byłoby to do zaakceptowania, gdybyśmy posiadali własny środek transportu, ale póki co złotej karocy się nie dorobiliśmy i zmuszeni jesteśmy korzystać z powszechnie dostępnych dyliżansów [czytaj: busów i PKS-ów]. Przewożenie nimi wyjącego w nieboglosy kota jest - delikatnie rzecz ujmując - lekko krępujące, zwłaszcza dla Hipopotama, który po ostatnim koncercie Jej Wysokości kategorycznie stwierdził, że więcej z nią nie jedzie... Pumisko zostało więc zostawione i rzecz jasna śmiertelnie się obraziło, czemu - pomimo widocznej jednocześnie radości z faktu, że nareszcie jesteśmy - dało upust po naszym powrocie. Najpierw Jej Wysokość zemściła się na mnie, pozwalając się głaskać, przytulać i wziąć na ręce, by w najmniej spodziewanym momencie wbić mi kły w dłoń [na szczęście nie za mocno]. Na Hipku wzięła odwet w bardziej subtelny sposób - wiedząc, że za taki numer, jaki uskuteczniła na Smoku, od błotnego ssaka dostałaby piankowym kapciem :) Ale nie byłaby sobą, gdyby jednak czegoś nie wykombinowała. Poczekała, aż Hipek zaprosi ją na kolana, po czym zaczęła z pełną premedytacją ugniatać sobie siedzisko, wystawiając pazury bardziej, niż zwykle... Zresztą, zobaczcie sami :)
Z pewnych względów jednak dobrze się stało, że Puma nie pojechała z nami. W posiadłości Seniorki bowiem na dobre zadomowiła się wspominana już wielokrotnie kocia rodzinka. Obecnie Mama Kocica przyprowadza ze sobą cztery maluchy, które co prawda są dość płochliwe i nie pozwalają jeszcze do siebie podejść [o głaskaniu nie wspomniawszy], ale myślę, że to tylko kwestia czasu, względnie ilości opróżnionych przez nie miseczek z jedzeniem. Urzędują w ogrodzie cały dzień dokarmiane przez Seniorkę, a także ucząc się pod okiem Mamy Kocicy trudnej sztuki wchodzenia na drzewa oraz polowania na żaby i myszy.
Na zakończenie kilka zdjęć dokumentujących tę rodzinną sielankę:
Kota macie w porzadku!!!
OdpowiedzUsuńSerdecznosci
Judith
Dzięki :) Tylko trochę jest obrażalski. Ale na pewno dobrze odżywiony...
UsuńBo to jest bardzo mądry kot, nasza Szasta okazała się być Szastem i niestety nie mogą przebywać z Kajtkiem jednocześnie w domu. Tak na marginesie jutro mam egzamin na mianowanego i proszę o trzymanie kciuków. Pozdrawiam Magda
OdpowiedzUsuńOoo, to będę trzymała bardzo bardzo mocno. Tak, że aż mi zbieleją.
UsuńPozdrawiam również.
Dzięki za trzymanie kciuków, jestem juz nauczycielem mianowanym, było bardzo sympatycznie. Pozdrawiam Magda
OdpowiedzUsuńGratulacje!
UsuńKoci post... Jak można kazać kotu pościć? To w ramach luźnych skojarzeń.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
Hehehehe...:)
UsuńAkurat to by się nawiasem mówiąc Pumie przydało, bo torba kangura robi jej się coraz pokaźniejsza...
No proszę, proszę, jaka sprytna kocica, że to niby sobie ugniata gniazdko, a tu pazurek mocniej się wbije, tam też ;) Kocia rodzinka pięęęękna, my już niedługo też bedziemy mieli malucha :)
OdpowiedzUsuńCzyli o czymś nie wiemy? :-))
UsuńNo no, bo to zabrzmiało cokolwiek dwuznacznie... :)
Usuńhehehehe- myślcie sobie co chcecie ;) jak maluch się pojawi, na pewno będą zdjęcia :P
UsuńDrago, chciałabym poznać Twoją opinie w pewnej sprawie, czy nie będzie Ci przeszkadzać jeżeli mój komentarz będzie dłuższy? Magda
OdpowiedzUsuńNie będzie, albo - jeśli wolisz - możesz mi napisać na maila. ajwar@interia.eu
UsuńNapiszę tutaj, ponieważ poczta coś mi dziś szwankuje, pewnie z powodu burzy.
OdpowiedzUsuńNo więc, rzecz dotyczy się doktora, o którym pisałam Ci już kiedyś, a dokładniej zachowania naszych absolwentów względem niego.
O całej tej historii dowiedziałam się na mianowaniu, ale do sedna.
Doktor nie ma oczywiście prawa jazdy i dojeżdża do pracy tzw. PKS-em, w dniu zakończenia roku szkolnego nasza kochana młodzież z klas III również wybrała się tym samym PKS-em, co doktor aby zawieźć podania do szkół. Dwoje uczniów,na marginesie ze wzorowym zachowaniem, usiadło obok doktora i zaczęło komentować oceny,jakie otrzymali.
- Co masz z historii i WOS-u? - padło pytanie.
- Trzy i dwa- odpowiedź uczennicy
- A to ch..j- komentarz na cały autobus, którym oczywiście rodzice naszych uczniów jadą do pracy.
Na koniec, kiedy facet wysiadał drą się na cały głos:
- Do widzenia panu.
Na co gość mimo, że wkurzony na maksa:
- Do widzenia.
W odpowiedzi zaś usłyszał oczywiście na cały autobus " spierdalaj"- sorry za wyrażenie.
Powiem Ci, że ja jestem przerażona czymś takim, przecież to są uczniowie z dobrego gimnazjum, ja nie wiem, w jaki sposób bym się zachowała, a Ty?
W tej konkretnej sytuacji - tzn. w autobusie, na oczach ludzi - to nijak. Bo co miał im powiedzieć? Każda odpowiedź by ich dodatkowo nakręciła. Zrobili to przecież celowo, właśnie po to, by go zdenerwować, sprowokować. W grupie czuli się silniejsi.
UsuńNatomiast czy coś z tym zrobić dalej - to zależy od tego, z jakich domów są ci chłopcy. Jeśli z kiepskich, to sprawę bym odpuściła, bo szkoda nerwów. Ale jeśli bym wiedziała, że rodzice mają trochę kultury, to zwróciłabym się bezpośrednio do rodziców z opisem zajścia. Rozmowa w cztery oczy, a jeśli to niemożliwe, to telefoniczna. Co ważne - rozmowa SPOKOJNA, RZECZOWA, a nie w tonie oskarżycielskim. Opisałabym całe zdarzenie, zacytowała wypowiedzi chłopców i zwróciła uwagę rodzicom, żeby z synami porozmawiali na temat tego, jak się należy zwracać do przełożonych. Wiesz - w kontekście, że jeśli synowie nie nauczą się panować nad emocjami i będą sobie pozwalali na takie wyskoki, to sami sobie prędzej czy później narobią kłopotów, na przykład w pracy. Sadzę, że normalnym rodzicom dałoby to do myślenia.
Oczywiście, że są to dzieci z tzw. dobrych domów, wręcz bardzo dobrych.
OdpowiedzUsuńMasz rację, ale po pierwsze wszystkiego się wyprą a po drugie w środowisku, w którym pracuję to wszystko rozeszło by się lotem błyskawicy, a efekt pewnie byłby odwrotny do zamierzonego.
Z drugiej strony żal mi gościa i szlag mnie trafia na nasz system, żeby taki niesamowicie mądry facet, który oczywiście potrafi być delikatnie ujmując wkurzający i nie powinien pracować w szkole, nie dostał pracy w żadnej szkole wyższej.
Przecież nasz system kiedyś pieprznie i to z wielkim hukiem.
Przykro się robi kiedy osoba, z taką wiedzą ( ukończył oprócz historii prawo) musi zbierać maliny, a na Uniwersytecie Rzeszowskim poziom, co niektórych magistrów jest żenujący. Dzięki za opinie.
Jeśli to było w autobusie, to pewnie byli jacyś świadkowie, którzy mogliby poświadczyć słowa nauczyciela. A jeśli nawet nie - to jeśli to są PORZĄDNI rodzice, to powinno im dać do myślenia. Powiedziałabym mniej więcej tak: "Proszę państwa, jaki mam interes, żeby kłamać w tej kwestii? Syn skończył nasze gimnazjum, nawet go już nie będę uczyć. Przyszłam z tym do państwa, bo jestem zmartwiona tą sytuacją, tym, że skądinąd porządny chłopak mógł się w ten sposób zachować. Gdyby to było moje dziecko, to chciałabym o czymś takim wiedzieć".
UsuńNajłatwiej jest założyć, że nic się nie da zrobić. Ale jeśli się machnie ręką, to NA PEWNO nic się nie zmieni. Ja bym chyba mimo wszystko spróbowała.
Dzięki za opinię, masz 100% racji. Pozdrawiam Magda
OdpowiedzUsuńMasaż koci z akupresurą i to za darmochę ;))
OdpowiedzUsuńFajne te buraski :-) Mam nadzieję że szybko się oswoją i znajdą dobre domki .
Za darmochę? No nie powiedziałabym :) Haracz Pumisko zbiera niemal przy każdym naszym posiłku.
UsuńA buraski pewnie raczej domków nie znajdą - wiesz, jak to wiejskie koty... Źle nie mają, bo jak na razie to karmi je i sąsiadka, i moja mama.