Druga grupa, jaką mi wlepiono w ramach sierpniowego uszczęśliwiania innastrańców mową Mickiewicza, jest na poziomie 1A - czyli "świeżynki". Nic, totalne zero, osoby, które nie miały wcześniej w ogóle przyjemności wbijania sobie do głów naszych uroczych koniugacji i deklinacji.
Uczenie kogoś od poziomu ekstremalnie podstawowego ma rzecz jasna swoje uroki. Skoro delikwent totalnie nic nie umie, to widać efekt dokładnie wszystkiego, co uda się wtłoczyć mu do głowy. Masz świadomość, że każde słowo i każda struktura gramatyczna płynąca z jego ust wykiełkowała dlatego, że została posiana przez ciebie. Poza tym lekcje często są dość wesołe, bo jak łatwo się domyślić, to właśnie "świeżynki" są autorami największej ilości zabawnych przekręceń wyrazów i pomyłek językowych. Albo słuchanie, jak biedny obcokrajowiec łamie sobie język na naszych głoskach...
Poza tym jednak lekcje na poziomie podstawowym to najzwyczajniej w świecie ciężka harówa dla lektora, wymagająca maksymalnego skupienia i drobiazgowego zaplanowania zajęć. Nauczyciel musi uważać na każde jedno słowo, które pada na lekcji - mając świadomość, że dla innastrańca dokładnie wszystko jest NOWE. Nie dość, że trzeba mówić powoli i wyraźnie [a propos, w tym fachu posiadanie przez lektora wady wymowy, chociażby niewielkiej, zasadniczo przekreśla możliwość wykonywania zawodu - i całkiem słusznie], to jeszcze świadomie używać słów z zakresu bardzo podstawowego i jednocześnie takich, których odmiana jest typowa, schematyczna i prosta do wytłumaczenia. W przeciwnym razie cudzoziemiec wyjdzie z lekcji z przekonaniem, że "polska język - trudna język", że za cholerę nie da się tego wszystkiego opanować, że to tylko strata czasu i już lepszym pomysłem jest zapisanie się na kurs chińskiego.
Problem z polskim polega na tym, że niestety niewiele można w nim powiedzieć bez opanowania już na wstępie całej masy końcówek i regułek. Praktycznie nie da się sklecić nawet prostego zdania bez odmiany rzeczownika z przymiotnikiem oraz czasownika. Przypominam natomiast, że jeśli chodzi o rzeczownik, to mamy siedem przypadków w dwóch liczbach, a przy tym niektóre przypadki mogą mieć różne końcówki [w zależności np. od tego, jaki dany rzeczownik ma rodzaj lub czy żyje, czy jest przedmiotem]. Co do czasownika - to dwie liczby, trzy rodzaje, trzy osoby, do tego tryby, strony, aspekt dokonany i niedokonany... Polak tym wszystkim żongluje instynktownie [choć nie zawsze poprawnie - patrz moje małpki :)], a innastraniec nie ma innego wyjścia, jak tylko znaleźć sposób, by ten gąszcz jakoś uporządkować w pamięci. Zadaniem lektora jest w taki sposób i w takiej kolejności serwować mu gramatykę, by uczeń nie oszalał :)
Grupa składa się z Julii, 31-letniej Niemki, oraz Wendy, emerytki z Anglii. Żadna z nich nie ma polskich korzeni, nie pytajcie mnie jednak o ich motywację do nauki. Sama jestem tego ciekawa, ale nie mam zamiaru ich o to pytać - po prostu umieją zdecydowanie za mało, by móc mi to wyjaśnić. Na szczęście obie są dokładnie na tym samym poziomie, czyli zupełnie początkującym. Muszą być bardzo krótko w Polsce, bo z tego co widzę nie zdążyły się jeszcze nawet osłuchać z językiem - nie znają prawie żadnych słów poza tymi, które są wprowadzane na zajęciach. Do tego kiepsko radzą sobie z kwestiami fonetycznymi. Problemem jest oczywiście wymowa - kiedy na ostatnich zajęciach wprowadzałam liczebniki główne od 20 do 100, to widziałam autentyczną żądzę mordu w oczach Wendy, powtarzającej karnie za mną "trzydzieści cztery, czterdzieści trzy, sześćdziesiąt sześć, osiemdziesiąt dziewięć...". Nie jest to tylko i wyłącznie sprawa niewyrobionego języka, ale też i tego, że ludzkie ucho często po prostu nie słyszy dźwięków, do których nie przyzwyczaiło się w dzieciństwie [no chyba, że mamy do czynienia ze słuchem absolutnym]. Przykład konkretny - Julia uparcie powtarza "rodzaj mięski" zamiast "rodzaj męski". Zwracałam jej początkowo uwagę za każdym razem, kiedy się pomyliła i kazałam powtarzać po mnie poprawną formę. Biedaczka powtarzała bez sprzeciwu, ale dokładnie tak samo, czyli uparcie "mięski", "mięski" i "mięski" i była coraz bardziej zdziwiona, czego ta uparta Polka od niej chce. A Dragonkę olśniło wreszcie, że Julia po prostu NIE SŁYSZY różnicy. Co zresztą potwierdziło się później, na kolejnych zajęciach - wprowadziłam Biernik liczby pojedynczej, a tam wiadomo - "Widzę (kogo? co?) ładną książkę". Dla rzeczownika końcówka "-ę", a dla przymiotnika "-ą". Wypadałoby tak to wymówić, aby było wiadomo o co chodzi - a tymczasem znów okazało się, że dla naszej Niemki "ą" i "ę" to jeden i ten sam dźwięk. No cóż, Julia dopiero zaczyna naukę polskiego, jest więc spora szansa, że kiedy już osłucha się z językiem, to sama zauważy różnicę. Póki co mówi jak jej wyjdzie, a bezustanne poprawianie naprawdę nie ma sensu, bo jak ma skorygować coś, co dla niej nie istnieje?
Ciekawych zdarzeń z uczenia "świeżynek" będzie pewnie jeszcze pod dostatkiem. Obiecuję oczywiście, że się nimi podzielę. A teraz idę do kuchni odgrzać obiad, bo mi Hipek piszczy z głodu :)
moja koleżanka gościła na wymianie Ukrainkę. I szły sobie tak, a tam znak i podpis- UWAGA PIESI. Ukrainka była zdziwiona troską Polaków o psy, no bo nawet są znaki drogowe, które nakazują ostrożność na PIESI :)
OdpowiedzUsuńFaktycznie urocze. Ale to też przejaw dyskryminacji, bo przecież nie ma znaków UWAGA KOCI... :)
Usuń:D
UsuńAch, wzruszyłam się! Równo 7 lat temu kręciłam film dokumentalny o obcokrajowcach uczących się polskiego w ramach letniego kursu w warszawskim Polonicum. Była świetna przygoda, a najważniejsze - poznałam wtedy mojego męża. I pamiętam tylu fajnych obcokrajowców i ich przygody z naszym językiem, hłe hłe hłe ;)
OdpowiedzUsuńPowodzenia ze świeżynkami! :)
W takim razie polecam Ci przeczytanie moich postów o uczeniu obcokrajowców z zeszłych wakacji :)
UsuńA pamiętasz jakieś konkretne przygody z tego uczenia się? Opiszesz?
Pozdrawiam bardzo serdecznie.
@Dragonella: Pamiętam jak pewien sympatyczny Bawarczyk, Klaus, który po polsku mówił naprawdę dobrze, nie został wpuszczony do klubu, co go tak wkurzyło, że nakrzyczał na ochroniarza: Niech do dupy z Tobą!
UsuńJak sobie przypomnę coś jeszcze, to opiszę :)
Myślę, że Klaus zachował się i tak bardziej kulturalnie, niż większość Polaków na jego miejscu :)
UsuńAleż bardzo kulturalnie, mnie się za to bardzo spodobała użyta przez niego składania :)
UsuńBrzmi jak zaklęcie magiczne :)
Usuńoooooooooooooj, toz trza bylo pogadac ze mna, to by cie olsnilo duzo szybciej. Moje kolezanki z pracy co rusz pytaja o jakies slowko, jak by to bylo po polsku... a potem sie dziwia...
OdpowiedzUsuńPamietam, kiedy Laura zapytala jak jest po naszemu ''prosze'', kiedy je probowala powtorzyc, tradycyjnie, wyszlo jej ''prosie''. Kiedy powiedzialem jej co znacza obydwa wyrazy i jak sie je wymawia poprawnie, spojrzala na mnie wielkimi zdziwionymi oczyma i szczerze zaskoczona powiedziala - ''Ale ja nie slysze roznicy!''. I tu mnie wtedy olsnilo...
Zreszta pamietam moje pierwsze 2 tygodnie tutaj, kiedy nie moglem zrozumiec prostych slow, wypowiadanych do mnie... a teraz rozmawiam przez telefon z pania, ktora ma Parkinsona.
Drugim szczytem byla corka krzywej matki, czyli po ichniemu hija de puta madre, z czego puta (czyli: kurwa) zostala zamieniona na tutejsze curva (czyli: zakret, krzywa a po polsu wiadmo, co ich niezmiernie bawi). Z tego polaczenia wyszla nam hija de curva madre czyli wspomniana juz corka krzywej matki. Wciaz sie z tego smiejemy.
Zreszta typowy dialog miedzy mna i Laura, kiedy ona chce czegos ode mnie:
- Czy mozesz mi podac dlugopis? Prosie...?
- Tak, tak, wiem co mi chcesz powiedziec.
Podobnie dzieje sie z kura, jako ze cura to ksiadz... i tak mozna mnozyc przyklady...
Szczecin jest nie do powtorzenia, jak i wspomniane liczebniki... :)
Jeste przyzwyczajona, że problemy ze słyszeniem dźwięków mają Azjaci, bo ich system fonetyczny jest bardzo różny od naszego, ale jakoś fakt, że Julia jest Niemką [a więc sąsiadką :)] uśpił moją czujność :)
Usuń"Córka krzywej matki" jest uroczym stwierdzeniem :) Jeśli będę uczyła Hiszpana, to mu sprzedam :)