Prawdziwego urlopu w sumie miałam tydzień. Dlaczego? Ano w poniedziałek szefowa ze szkoły językowej zadzwoniła z pytaniem, czy już wróciłam do miasta i czy wezmę kilka grup na sierpień.
Wezmę, wezmę, jasne, że wezmę... Złotówki nie rosną na drzewach :) Tak oto jak na razie uczę dwie grupy, ale zdaje mi się, że to dopiero początek. Lato w pełni, w sekretariacie co rusz można się natknąć na świeżych innastrańców, a tu połowa lektorów na urlopach. Póki co mam do połowy sierpnia codziennie po 4-5 lekcji.
W tym poście przedstawię Wam pierwszą grupę. Są na poziomie 1C- co oznacza, że zrobili już mniej więcej połowę pierwszego podręcznika. Coś już umieją, ale do samodzielności językowej im jeszcze daleko. Grupa składa się z dwóch młodych studentów - Mike'a z Pittsburgha i Pierre'a z jakiejś miejscowości niedaleko Paryża, której nazwy za cholerę nie potrafię wymówić. Ten pierwszy jest zdaje się na wymianie studenckiej, drugi to Polak z pochodzenia [ma bardzo swojsko brzmiące nazwisko], co jednak nie przekłada się nijak na jego znajomość naszej mowy. Łatwość w ich uczeniu będzie polegała na tym, że poziom 1C prowadziłam już rok temu, a więc nie muszę robić nowych lekcji, tylko odgrzebać sobie materiały.
Z tymi studentami wiąże się jedna dygresja. Otóż kiedy przyszłam we wtorek rano do pokoju lektorów, jedna z nauczycielek - która miała z panami "przyjemność" wcześniej - wyraziła szczere wyrazy współczucia na wiadomość, że to ja teraz będę ich uczyła. Określiła lekcje z nimi krótko: MASAKRA. Na moje pytanie, na czym konkretnie owa masakra polegała, scharakteryzowała ich mniej więcej tak:
- Pierre: typowy francuski bubek, czyli zadufany w sobie, neurotyczny, niezrównoważony emocjonalnie. Nie umie przyjmować porażek, złości się więc ilekroć mu coś nie pójdzie lub czegoś nie zrozumie, a przy tym nie pozwala sobie spokojnie wytłumaczyć. W dodatku ma na coś alergię, więc bez przerwy pociąga nosem, wychodzi w trakcie zajęć, trzaska drzwiami, a po przerwach się spóźnia. No cham do kwadratu.
- Mike: w pokoju lektorów podobno nazywany "Muł" z racji swojego "przymulenia". Owszem, miły i kulturalny, ale mocno "niekumaty", temperamentem przypominający leniwca. Niestety do tego całkiem niewyuczalny, zadający po kilka razy te same pytania.
Po takim wstępie trudno się chyba dziwić, że weszłam do klasy "z pewną taką nieśmiałością". Co się natomiast okazało? Zgodzę się, Amerykanin może do najlotniejszych nie należy, ale to wszystko kwestia skali porównawczej. Uwierzcie, jeśli to ma być "muł", to w takim razie jak określić połowę moich małpek? Po prostu - trzeba mówić do niego spokojnie, powoli, wyraźnie. Poprawiać, kiedy robi błędy, ale robić to tonem lekkim, żartobliwym, tak, jakby to były same drobiazgi - po to, by chłopak się nie zniechęcił i nie zdołował. A poza tym to zero problemów. Rzeczywiście jest miły, czasem nawet dowcipny, grzecznie robi zadania, nie marudzi, a jeśli czegoś nie rozumie, to pyta. A że pyta po kilka razy? Proszę bardzo, jego prawo, a ja jestem od tego, by wyjaśniać.
Co do Pierre'a, to z jednym się zgodzę - temperament ma stereotypowo francuski. Kiedy patrzę na niego, mam wrażenie, jak bym oglądała film z Louisem de Funesem [kojarzycie pewnie Żandarma...?]. Dokładnie ta sama mimika, gestykulacja, akcent i modulacja głosu. Rozumiem, że to może razić, ale mnie jakoś akurat nie przeszkadza. Po prostu "ten typ tak ma" - trochę to zabawne z boku, ale przecież nie robi mi tym krzywdy :) Owszem, siąka nosem, ale po 10 minutach przestałam na to zwracać uwagę. Nie wiem też, może to kwestia wieku - ja jestem młodą kobietą, a poprzednia lektorka to pani w okolicach menopauzy - ale naprawdę nie zauważyłam, żeby był niewychowany czy wręcz chamski. Niepowodzenia znosił w miarę normalnie - tzn. owszem, uruchamiała mu się "francuska maniera" w głosie czy gestach, ale nie było to skierowane do mnie, tylko ot tak, w powietrze.
Generalnie fajna lekcja, choć oczywiście zobaczymy, co będzie dalej. Na zakończenie w ramach ilustracji mam dla Was anegdotkę z zajęć. Lekcja była o kierunkach, stronach świata, wskazywaniu drogi, a przy okazji wprowadziłam trochę słów związanych z budynkami i zabytkami. Panowie dostali polecenie opowiedzenia o miejscowości, z której pochodzą - gdzie ona jest, co tam można robić, co zwiedzać. No i Mike opowiada o tym nieszczęsnym Pittsburghu, ale coś mu marnie idzie. Zaczęłam mu więc pomagać dodatkowymi pytaniami: czy są tam jakieś stare budynki? Może pałac, może kościół? Mike tylko kręci głową - nie i nie. Zapytałam więc, czy Pittsburgh to nowe miasto. Chłopaka trochę olśniło i zdołał wytłumaczyć, że miasto jest stare [jak na warunki amerykańskie, he he he...] i zabytki kiedyś były, ale już ich nie ma.
- Co się stało? - dopytuję. - Pożar? Powódź?
- Nie. - uśmiechnął się Mike. - Brytyjczycy...
Ja mam z Francuzami same dobre skojarzenia, przynajmniej z tymi, których poznałam osobiście. Miałam też współlokatorkę paryżankę i była jedną z lepszych osób, z którymi dzieliłam mieszkanie.
OdpowiedzUsuńA odnośnie Amerykanina - włada innym obcym językiem, czy polski to jego pierwszy podbój? Chodziłam swego czasu na kurs arabskiego i miałam w grupie samych Anglików i Australijczyka, którzy nigdy żadnego obcego języka nie opanowali - uczenie się z nimi to był dramat i po prostu odpuściłam - autentycznie szybciej się uczę korzystając z programu komputerowego niż na interaktywnych lekcjach w klasie, gdzie najprostsza rzecz musi być wytłumaczona razy dwanaście, bo "w angielskim jest inaczej"... zastanawiałam się, czy oni myśleli, że obcy język ma taką samą gramatykę, tylko słownictwo inne?! ;)
Podziwiam cierpliwość... :)
Francuzów za wielu nie miałam okazji poznać bliżej - ale pamiętam, że kiedy byłam na wakacjach we Francji, to rzeczywiście dało się zauważyć ich specyficzną gestykulację i mimikę. Zapamiętałam tylko tyle, że niechętnie mówili po angielsku, nawet jeśli było wiadomo, że znają ten język.
UsuńNie wiem, co Amerykaninem, wolę go nie pytać za dużo, bo się chłopak pogubi :) I tu masz rację - uczenie anglojęzycznych, którzy nie władają żadnym innym językiem, to koszmar. Nie potrafią pojąć, że coś się może odmieniać, koniugować, deklinować...
Co do cierpliwości, to trening przeszłam w Zoo. Tutaj to pikuś :)
Pozdrawiam :)
Co do Francuzow, to poznalem tylko Marie, ktora pozwolila mi pokonac bariere w mowieniu po hiszpansku jak wiesz (w 1/4 byla Hiszpanka), a Amerykanin... No coz, ET to czysty przyklad... I przyznaje tez byl dziwny. Powiedzialbym ''uroczo zdziwiony wzystkim''. A jego BIIIJEDRONKA doprowadzala mnie do lez. Ze smiechu. Bo przeciez Szczecin czy skrzypce to pikus. Dla nas. Pozdrawiam bardzo cieplo.
OdpowiedzUsuńNa Amerykanina spuśćmy zasłonę milczenia... :)
UsuńJa lapsusów językowych już w zasadzie nie zauważam, bo za często je słyszę. No chyba, że są wyjątkowo zabawne - zresztą, o jednym będzie w następnym poście. Tak jak przypuszczałam, moje sierpniowe uczenie dopiero się rozkręca. Na poniedziałek już szef chciał mi władować 8 godzin, ale zgodziłam się tylko na 6.