Co tu ukrywać - to już koniec. Wakacji, oczywiście. Pod tym względem uczniowie i nauczyciele niewiele się różnią: ostatni tydzień sierpnia upływa dla nich pod znakiem szykowania się do kolejnego roku szkolnego. W moim przypadku jest to porządkowanie papierów [na które rzecz jasna nie znalazłam czasu przez całe dwa miesiące :)] oraz przeprowadzenie egzaminów poprawkowych. Mam w tym roku do przemaglowania z tego tytułu trzy małpki, a de facto dwie - bo przypominam, że jeden z delikwentów zapewne i tak się nie przygotuje, bo skorzysta z demoralizującego przepisu pozwalającego mu na promocję z jedną oceną niedostateczną. Niestety, to jego święte prawo [dziękujemy, panie Giertych...].
Oczywiście zdam Wam pewnie relację z tych egzaminów - no, chyba że ich przebieg będzie nudny jak flaki z olejem - ale to dopiero w środę. Na razie jeszcze domykam ostatnie kursy prowadzone dla obcokrajowców. W piątek z wielkim żalem pożegnałam bohemistę Jonasa, który w piękny sposób roztrzaskał test końcowy [95,5 punktu na 100 możliwych - aż miło było sprawdzać], a potem wystawił mi w ankiecie ewaluacyjnej oceniającej kurs laurkę pełną samych ochów i achów. No cóż, mam nadzieję, że moja szefowa czyta te ankiety bardzo wnikliwie :). Zostały mi jeszcze indywidualne konwersacje z Mariną - młodziutką panią doktor psychiatrii z Białorusi, ale mieszkającą na stałe w Polsce i żoną miejscowego lekarza [też psychiatry]. Te zajęcia nie wymagają akurat ode mnie zbytniego wysiłku, bo Marina ze znajomością polskiego jest na poziomie bardzo zaawansowanym i to do tego stopnia, że namawiam ją, aby podeszła w grudniu do państwowego egzaminu certyfikacyjnego na poziomie C2 [wymaganego np. od tłumaczy przysięgłych]. Lekcje z uczniem na tak wysokim etapie językowym polegają albo na tłumaczeniu już bardziej skomplikowanych zagadnień gramatycznych [takich jak użycie imiesłowów czy całe zamieszanie związane z liczebnikami], albo na przynoszeniu tekstów popularnonaukowych, które na zajęciach się czyta i opracowuje, a potem stanowią pretekst do dyskusji. I tak dla przykładu w piątek przez 3 godziny rozmawiałyśmy o karze śmierci i aborcji, a potem o leczeniu alkoholików na Białorusi i w Polsce. Po skończonych zajęciach Marinie chyba kotłowało się lekko pod kopułą od nowego słownictwa, ale ja tam nie zmęczyłam się w ogóle :)
I tak to moi drodzy... Pogoda się poprawiła, czyli wreszcie zrobiło się chłodniej i po powrocie do Pomarańczowej Jaskini nie jestem zmuszona do bezzwłocznego brania prysznica. Za to Jej Wysokość w odpowiedzi na nowe warunki atmosferyczne przesypia całe dnie, anektując do tych celów letni kocyk.
Z jednej strony żałuję, że wolne mi się kończy, bo nie udało mi się zrealizować wszystkiego, co założyłam sobie na czas wakacji. Ale poza tym to chętnie wrócę do Zoo - oczywiście po przetrzymaniu września, będącego tradycyjnie najgorszym miesiącem pod względem zachowania małpiątek. Wolne spędzone w domu to tak naprawdę żaden urlop. A skoro tak, to ja już wolę iść do pracy :)
Ja już dziś byłam na konferencji,podsunęłam doktorowi Twój pomysł,niestety nie skorzysta "bo to i tak nic nie da". Jeszcze się dobrze rok szkolny nie zaczął, a u nas już anse, kto ma uczyć jaka klasę,jeżeli jest dwóch przedmiotowców.
OdpowiedzUsuńJego wybór... Widocznie mniejszym problemem jest dla niego znosić takie traktowanie, niż coś z tym zrobić. Pewnie facet chce tylko świętego spokoju.
UsuńMagda, mam prośbę - nie zapominaj się podpisywać :) Pozdrawiam.
A ja właśnie jutro zaczynam urlopik :) Ale co tam te moje 10 dni w porównaniu z twoimi 2 miechami :P Lajtowego powrotu do Małpiarni :)
OdpowiedzUsuńNo licytować się nie będę, aczkolwiek sporą część urlopu i tak pracowałam :)
Usuń