Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jej Wysokość Puma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jej Wysokość Puma. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 października 2015

Kilka słów od Jej Wysokości

    Pytacie, jak się dogaduję z Siostrą?
   Ano, jakoś leci. Po prawdzie, to za wiele ona jeszcze nie mówi, coś tam popiskuje. Ale wydaje się być pojętną bestią, wyrobi się. Już ja ją nauczę... No powiedz: "Miaaau", "Mia-uuu-uuu", "Mrrrrr"... Opornie jej to idzie, ale jestem cierpliwą nauczycielką. Mówię Ci, Mała, im ładniej i przenikliwiej będziesz miauczeć, tym szybciej dostaniesz michę pełną świeżej wołowinki. Choć jeszcze lepiej, żebyś okupowała lodówkę za każdym razem, kiedy Pani pójdzie do kuchni. 
    No właśnie, w kwestii żarcia... Państwu to się chyba coś porąbało, bo wpychają w Małą wyłącznie mleko. Ja rozumiem - od czasu do czasu to sama lubię - ale tak bez przerwy...? Daliby jej coś treściwego, np. kawałek karkówki czy łopatki. Od razu by wstała, a tak to tylko leży i śpi. Za oknem jest tyle fajnych rzeczy, które bym jej chętnie pokazała. O, albo pomogłaby mi patrolować ulicę z wysokości [Państwo mówią, że uprawiam monitoring, cokolwiek to znaczy...] - to bardzo odpowiedzialne zajęcie, przydałaby się zmienniczka. Ech... Z drugiej strony skoro nie chodzi, to mi nic z miski nie wyjada.
   Wydaje mi się jednak, że mnie lubi. W każdym razie śmieje się, kiedy się nad nią nachylę. Kilka razy pozwolili mi przygładzić te jej sterczące na wszystkie strony włosy językiem. No kto to widział mieć tak nastroszone futro...? No ale rozumiem, nie tak łatwo jest polizać się po głowie. Państwo robią co mogą, tzn. co wieczór ładują Małą do niebieskiej wanny, myją, potem Pan ją czesze taką śmieszną szczotką. Ale to i tak nic nie daje, nie mija 5 minut i znów Małej sierść sterczy jak wściekła. A może ta rasa tak ma? Niemowlak Szorstkowłosy?
    No i nie powiem, nie jest samolubna. Podzieliła się ze mną posłaniem. Bo urządzili jej łoże, że ho-ho! Na szczęście nie rozpycha się i zostawiła dolną połowę. Super się tam śpi. Co prawda połowa Małej jest ciekawsza, bo wisi tam coś takiego grającego, kolorowego, co Państwo nazywają "karuzelką". W sam raz, żeby na to zapolować, ale Mała tylko się w to wpatruje. No cóż, nie wie, co dobre. Tylko nie wiedzieć czemu Państwo się denerwują, kiedy chcę to pacnąć łapą. Przecież to aż się prosi, takie wiszące i kręcące się dookoła...
    Mała dostała dwa puchate zwierzątka - stateczna Pani Misiowa i młodziutki Pan Lew. Ale w ogóle się nimi nie interesuje, więc Państwo posadzili je w mojej części łóżka. Fajne z nich przytulaki, zwłaszcza Pan Lew jest w moim typie. Spędziliśmy kilka nocy na poważnych rozmowach, aż w końcu namówiłam go, żeby odwiedził mnie w moim pudełku. Tam możemy być sami, przyzwoitka nam nie potrzebna...
    Zobaczymy, co będzie dalej. Na szczęście rzadko Mała robi hałas, choć wtedy to ratuj się kto może, bo jest gorsza, niż ten potwór Odkurzacz. 
    Ooo, znów się obudziła - w dodatku coś od niej zalatuje... No tak, muszą ją jak najszybciej nauczyć korzystać z kuwety. Tylko nie mojej! Teren prywatny!



czwartek, 10 września 2015

Co z Pumiskiem?

    "Jesteś w ciąży? To co teraz zrobisz z kotem?"
    "No jak to? Kot w mieszkaniu? Przecież dostaniesz toksoplazmozy i urodzisz chore dziecko!"
    "Kot jej we śnie przegryzie tętnicę!"
    I tak dalej, i tak dalej...

    Zacznę od rodzinnej anegdoty, opowiadanej z lubością przez moją nieżyjącą już babcię. Otóż kiedy urodził się mój Tata, to w domu była stara, wielka kocica [zdaje się nota bene, że też czarna]. Miała w zwyczaju kłaść się w nogach niemowlęcia - i go pilnować. Ale to dosłownie. Do tego stopnia, że wyjąć dziecko z łóżeczka mogła tylko matka, czyli moja babcia. Jeśli sięgał po malca ktokolwiek inny - łącznie z ojcem dziecka [czyli moim dziadkiem] - to zaczynało się fuczenie, ostrzegawcze mruczenie i syczenie. Ewidentnie kotka poczuwała się do obowiązku bronienia nowego członka stada :)
    Skłamałabym twierdząc, że kompletnie nie miałam obaw w kwestii tego, jak zachowa się Puma po narodzinach Myszy. Jej Wysokość jest specyficzna i zdecydowanie nie jest miłym, przytulskim kiciakiem, z którym można robić wszystko, a on i tak nie piśnie. Obawiałam się, że zrobi się zazdrosna i w związku z tym agresywna. Serce by mi pękło, gdybym musiała pozbyć się Pumy, bo w końcu wychowałam ją od malutkiego, kilkutygodniowego kociaka. Ale gdyby zagrażała Myszy, to nie byłoby wyjścia. 
    Jeśli natomiast chodzi o toskoplazmozę, to tutaj uspokajała mnie nawet moja pani ginekolog. Oczywiście zrobiłam odpowiednie badania w ciąży [i to dwukrotnie], ale ponieważ Puma jest kotem domowym, niewychodzącym, to ryzyko, że jest nosicielką, było minimalne. O wiele większym zagrożeniem dla kobiety w ciąży jest np. robienie kotletów czy przesadzanie kwiatów - bo bardziej prawdopodobne, że złapie toksoplazmozę przez kontakt z surowym mięsem czy ziemią, niż z domowym, wypielęgnowanym zwierzakiem.

    Poczytaliśmy oczywiście z Hipkiem, jak przygotować kota na przybycie noworodka. Po pierwsze trzeba oswoić z zapachem - w tym celu Hipek ze szpitala przyniósł zasikaną pieluchę Myszy... Radzą też, by absolutnie nie izolować kota od dziecka, nie wprowadzać nerwowej czy tajemniczej atmosfery, pozwolić mu obwąchać, popatrzeć, przywitać się. Niech zobaczy, że niemowlę nie stanowi zagrożenia, jest czymś normalnym, zwykłym i że - z kociego punktu widzenia - nie ma się czym ekscytować. 
    Czy się denerwowałam przed pierwszym spotkaniem Myszy z Pumą? Oczywiście, że tak, jak cholera :) W końcu to tylko kot - co będzie, jeśli jednak nagle machnie łapą, podrapie, ugryzie, zaatakuje...? Na szczęście nic takiego się nie stało. Wskoczyła do łóżeczka, obwąchała i poszła. I w zasadzie do dnia dzisiejszego specjalnie się Myszą nie emocjonuje. Kilka razy polizała ją po włosach, co jest akurat dobrym sygnałem, bo w końcu kotki wylizują swoje młode :) Czasem śpi w nogach łóżeczka, ale generalnie odnoszę wrażenie, że lekko się małej boi. Zwłaszcza, kiedy zaczyna dawać koncert, a płuca ma silne, jak to niemowlę. Wtedy Jej Wysokość z gracją oddala się w bezpieczny, oddalony od źródła hałasu kąt mieszkania.
    Zobaczymy, jak sytuacja rozwinie się, kiedy Mysza będzie starsza. Ją naturalnie też trzeba będzie wyedukować, że kotka nie ciągnie się za ogon, tylko delikatnie głaszcze. Mam nadzieję, że się dogadają. Generalnie uważam, że dzieciom dobrze robi wychowywanie się ze zwierzętami, bo od początku uczą się w ten sposób odpowiedzialności i empatii wobec nich. No i zmniejsza to ryzyko alergii na sierść.
    Na koniec mam dwa obrazki. Pierwszy - dokumetujący codzienne kontakty Myszy i Pumy [zdjęcie pochodzi mniej więcej z tego okresu, co poprzednie fotografie - czyli Hipciolinka jest tu zupełnie malutka i z tego bodziaka już daaawno wyrosła :)]. A drugi - trochę nie na temat, ale wygrzebałam w czeluściach Internetu i bardzo mi się spodobał :)



Ostrożnie! Zły pies, a kot jeszcze większy świr...

sobota, 2 maja 2015

Marzenie każdego kota

    Noo, wreszcie Człowieki pomyśleli o mnie. To się nazywa porządna micha godna Jej Wysokości - a nie jakaś mała, płaska popierdółka, którą mi wystawiają rano i wieczorem...
   I wszystko moje! Nikomu nie oddam!


czwartek, 18 września 2014

A-a-a, kotecki dwa

    Dziś króciutko - taki drobiazg na poprawę humoru [jeśli ktoś ma zły] ze szczególną dedykacją dla Magulca.
    Hipek zmienił niedawno tapetę w komputerze - a zamiłowanie miał zawsze do takich "z jajem". Aktualne tło najbardziej spodobało się Jej Wysokości. I chyba trudno się dziwić :)


czwartek, 3 lipca 2014

O koci włos

    Jakieś trzy tygodnie temu, kiedy Hipek tradycyjnie odbierał mnie wieczorem ze szkoły językowej po zajęciach z Drybkiem, zamiast zwyczajowego buziaka powitał mnie pytaniem:
    - Chcemy małego kociaka?
    Ci którzy mnie choć trochę znają, potrafią sobie wyobrazić moją reakcję - a pytanie brzmiało dla mnie tak retorycznie, jak np. zaproponowanie mi porcji lodów czekoladowo-miętowych... Sprawa nie okazała się niestety aż taka prosta - no, ale po kolei.
    Wczesną wiosną natknęliśmy się na parkingu koło bloku na ogłoszenie w sprawie zaginionego kotka, a ponieważ widzieliśmy dzień wcześniej stworzonko podobne do tego na zdjęciu, to zadzwoniliśmy pod podany numer. Ostatecznie to nie był niestety ten futrzak, ale tym sposobem poznaliśmy panią Joasię, bardzo pozytywnie zakręconą kociarę, prowadzącą mini dom tymczasowy, pośredniczący w adopcji miaukaczy. No i właśnie zadzwoniła do Hipka z pytaniem, czy nie przygarnęlibyśmy malutkiego, bo ledwo dwumiesięcznego szarego kocurka, dla którego szuka domu, w którym już urzędowałby inny zwierzak. Maluch bowiem znakomicie dogaduje się z jej dwoma kotkami-rezydentkami, tyle że pani Joanna mieszka na 20 metrach, tak więc 3 koty na takiej mikroprzestrzeni to lekka przesada. Tak długo i sugestywnie przekonywała Hipka, że ten wstępnie się zgodził - a potem zaczęliśmy myśleć...
    Bo tak: owszem, rozważaliśmy wzięcie drugiego kota do towarzystwa dla Pumy, bo Jej Wysokości wyraźnie nudzi się w domu, w którym spędza jednak dziennie wiele godzin sama. Trudno jednak przewidzieć, jak zareagowałaby na konkurencję, bo poza bardzo wczesnym dzieciństwem [tzn.nim trafiła do mnie] była rozpieszczaną jedynaczką. Możliwe oczywiście, że mały bezbronny kociak obudziłby w niej instynkty macierzyńskie - ale równie dobrze może go chcieć zagryźć jako intruza. Hipek umówił się więc z panią Joasią, że Pan Kot [takie ma bowiem robocze imię] wylądowałby najpierw na okres próbny z zastrzeżeniem, że jeśli Puma go nie zaakceptuje, to maluch wraca tam, skąd przybył. Przyznacie, że układ bardzo komfortowy - ale im bliżej było do wyznaczonego terminu, tym większe nas ogarniały wątpliwości. W pierwszym okresie musiałby ktoś [czytaj: Smok] bez przerwy być w domu - czyli żadnych, choćby krótkich wyjazdów na weekendy, a co w drugiej połowie lipca, kiedy zgodnie z wszelkim prawdopodobieństwem zaczną mi się letnie kursy dla obcokrajowców...? I czy nasze mieszkanie nie jest jednak za małe na dwa koty...?
    Ostatecznie zrezygnowaliśmy - choć wiemy, że mały dalej nie znalazł domu i czeka... Jest mi z tego powodu bardzo smutno. Racjonalnie wiem, że dodatkowy kotek to lekkie wariactwo, ale gdyby się tak jednak z Pumą dogadały...? Maluch jest naprawdę słodki i kochany. No i już miał być nasz... Ech...







UPDATE 8.VII

   Dostaliśmy maila od pani Joanny z porcją najświeższych zdjęć Pana Kota. Rośnie w tempie ekspresowym, ale nic a nic nie traci ze swojego uroku. Serce mi pęka ilekroć na niego patrzę. Dalej nie ma domu...





czwartek, 10 kwietnia 2014

Puma masakrator

    Pamiętacie sesję zdjęciową Jej Wysokości związaną z kupnem nowego drapaka? Poprzedni rozniosła w strzępy, więc dostała nowiutki, robiony na zamówienie, pasujący kolorystycznie do ścian w Pomarańczowej Jaskini. Robal wyraził wtedy żal w komentarzu, że przed wyrzuceniem starego drapaka nie zrobiłam jego zdjęcia, by można było ocenić rozmiar zniszczeń. Wzięłam sobie to do serca, czego efektem będzie dzisiejszy post.
    Nie wiem, czy to kwestia jakości [choć szaro-pomarańczowy koci domek wyglądał na solidny i porządnie wykonany], czy po prostu Pumisko używało go nad wyraz sumiennie, dość jednak powiedzieć, że zmasakrowanie nowego drapaka zajęło szanownej kici jedynie pół roku... Aby się o tym przekonać, można zerknąć na niniejszy materiał poglądowy:



Wygląd drapaka w lipcu 2013
Wygląd drapaka w marcu 2014

    Cóż było robić? Kupiliśmy Jej Wysokości nową zabaweczkę. Tym razem bez domku [bo i tak właściwie wcale z niego nie korzystała], za to wyższą, by Pumisko mogło sobie patrzeć na świat z dogodniejszej perspektywy.





    Ciekawe, jak długo sizalowy słupek wytrzyma tym razem?
    Z początku Jej Wysokość podchodziła do nowego drapaka nieufnie. Nie wiedzieliśmy, dlaczego, ale sprawa się wyjaśniła - bała się reakcji Hipka :) No bo wiecie, te człowieki to jakieś dziwne są: kupują od czasu do czasu coś nowego do mieszkania, ale raz pozwalają to drapać, a raz dają opierdziel... Po dwóch dniach testowania ustrojstwa wyłącznie jako legowisko Puma zaczęła ostrożnie ostrzyć pazurki na słupku, zerkając jednocześnie bacznie na Hipopotama, czy aby Pan się nie wścieknie i kota nie ochrzani. Ale ponieważ Błotny Ssak nie tylko nie okazał dezaprobaty, ale jeszcze kotka pochwalił, przeto można było kontynuować manicure :) 

poniedziałek, 17 lutego 2014

Z życzeniami

Moi drodzy Czytelnicy, oto dzisiejsza:

Szanowna Solenizantka 
Władczyni Pomarańczowej Jaskini
Miss Futra
Jej Wysokość Puma  



    Spieszę przypomnieć, że dziś obchodzimy międzynarodowy Dzień Kota. Kto ma kota, ten wie, że te zwierzęta "swój dzień" mają zawsze, ale skoro kalnedarz ogłasza takie święto, to rzecz jasna spieszę z najlepszymi życzeniami dla mojej domowej, futrzastej wredoty - oraz dla wszystkich miaukaczy, małych i dużych.
    W ramach prezentu Jej Wysokość dostała soczysty kawałek karkówki. Prezent łaskawie raczyła przyjąć :)




środa, 30 października 2013

Nie mów nic, zabawa trwa :)

    Zabawy z rybką odsłona druga. Ktokolwiek z moich Czytelników ma kota, to naprawdę gorąco polecam zakup. Żałuję, że tak późno na to wpadłam. Rewelacja, kot szczęśliwy, w nocy śpi zmęczony, a właściciel ma ubaw po pachy...

  
W oczekiwaniu na pojawienie się rybki   


wtorek, 29 października 2013

Trafiony prezent urodzinowy

    Mam na myśli rzecz jasna urodziny Pumy, o których wspominałam w poprzednim poście. Stwierdziliśmy z Hipkiem, że nadeszła pora, by kupić jej jakąś nową zabawkę - bo swoimi starymi wędkami i piłeczkami już nie bardzo się interesuje. Tradycyjnie lubi ganiać za patyczkami kosmetycznymi, które wszelako mają dwie zasadnicze wady. Primo - ich żywot jest bardzo krótki, bo odgryzienie i połknięcie łebków z waty [do czego z grubsza sprowadza się zabawa] zajmuje kotu góra 5 minut. Secundo - pozostałości po patyczkach mają magiczną tendencję do bunkrowania się w przeróżnych szparach, czym doprowadzają Hipopotama do szewskiej pasji, jako że to on ostatnimi czasy zajmuje się sprzątaniem Pomarańczowej Jaskini. Błotny Ssak przeto patyczkom kosmetycznym powiedział zdecydowane "NIE" - a ponieważ kot dla higieny psychicznej musi się od czasu do czasu porządnie wyszaleć, to musieliśmy poszukać jakiejś zabawki zatępczej.
    Dragonka wymyśliła, by kupić Jej Wysokości laser - wiecie, taki wskaźnik, maleńkie światełko odbijające się na ścianie. Słyszałam, że futrzaki uwielbiają za tym ganiać i pomyślałam, że co nam szkodzi przetestować ustrojstwo na Pumisku. Początkowo mieliśmy kupić jej taki zwykły, z czerwonym światełkiem, montowany jako dodatek do ledowych latarek. Kiedy jednak zaczęliśmy się przymierzać do zakupu, Hipek wyczytał, że zabawa takim laserem może być dla zwierzaka niebezpieczna - bo jeśli wiązka czerwonego światła przypadkowo wyląduje na gałce ocznej, może to doprowadzić do uszkodzenia wzroku. Stwierdziliśmy, że absolutnie nie będziemy ryzykować i oszczędzać na zdrowiu Jej Wysokości - i tak oto Smoczyca wracając dzisiaj ze szkoły odwiedziła sklep zoologiczny i nabyła tam profesjonalny koci laserek, emitujący niebieską wiązkę światła w kształcie rybki.
    Efekt przerósł najbardziej śmiałe oczekiwania - Puma dosłownie zwariowała na punkcie nowej zabawki. Serio serio, nie pamiętam, by kiedykolwiek tak chętnie czymś się bawiła, nawet kiedy była jeszcze małym kociakiem. Lata za światełkiem jak porąbana, a kiedy zarządzimy przerwę w zabawie, to miauczy i "szuka rybki", domagając się, byśmy znów włączyli laserek. Nie przesadzam - polowaniem na świetlną rybkę zajęta była dziś całe popołudnie i wieczór, z małymi przerwami na wtrąbienie kilku kawałków łopatki wieprzowej dla uzupełnienia źródeł energii. Nawiasem mówiąc, jak tak dalej pójdzie, to od tego latania może wreszcie uda jej się schudnąć...
    Zamieszczam poniżej krótki filmik w ramach ilustracji. Zaznaczam, że Jej Wysokość jest na nim już bardzo zmęczona, więc jej aktywność to mniej więcej 1/3 tego, co prezentowała zaraz po moim powrocie z pracy i rozpakowaniu prezentu. A i tak jest na co popatrzeć... :)


piątek, 25 października 2013

Patrzcie i podziwiajcie

    Jej Wysokość kończy niedługo cztery lata. Urodziny obchodzi 1 listopada - choć jest to data umowna, wpisana do jej książeczki zdrowia, którą otrzymałam przy podpisywaniu "umowy adopcyjnej". Jak to bywa ze znajdkami, nie wiadomo dokładnie, kiedy kociątko pojawiło się na świecie.
    W miarę upływu czasu robi się coraz bardziej dostojna, co - nie ukrywam - przyjmuję z ulgą. I na pewno nie można odmówić jej uroku osobistego. Zdecydowanie zasłużyła na zaszczytne miano Miss Futra [copyright by Robal :)].
     Żeby nie być gołosłowną - najnowsza porcja zdjęć:







poniedziałek, 15 lipca 2013

Wakacyjny foto-post

    Dziś mało gadania, a za to dużo oglądania. Efekt weekendu w posiadłości Seniorki - bo niestety takie wypady to pewnie jedyne "wakacje", na jakie Smok może liczyć w tym roku. Co prawda trochę padało [a nawet trochę bardzo...], ale deszcz to nie jest to, co może mi zepsuć humor. Co innego upał. A zatem w ogrodzie Seniorki...

 Tradycyjnie najbardziej podobają mi się lilie.

Oczywiście najwięcej jest róż [tu ich skromna przedstawicielka].

Oprócz tego natknąć się można na Kwiaciastych Kosmitów...

...albo na prawdziwe wodne dzieła sztuki.

    A co w tej sprawie ma do powiedzenia Jej Wysokość?

Ano zobaczmy, co się pozmieniało w ogrodzie od mojego ostatniego pobytu...

Tutaj chyba wszystko po staremu, ale zobaczmy dalej.

Całkiem dobra ta deszczówka, zwłaszcza, że pływają w niej kijanki.

Polowanie na szpaki czas zacząć.

Jak by co - to mnie tu nie ma, ok?

Baczne oko na wszystko - to podstawa.


czwartek, 4 lipca 2013

Nowy drapak

    Ostatnio był dzień pod tytułem: "Bardzo kochamy naszego koteczka" - a objawiło się to tym, że musieliśmy dokonać dwóch niezbędnych zakupów. Po pierwsze wymiana siatki w oknie, bo poprzednia miała już jakieś trzy lata i była porwana w dwóch miejscach, a przecież za nic byśmy nie chcieli, żeby Jej Wysokość wypadła w pogodni za jakąś nieostrożną muchą.
    Drugi zakup to tytułowy nowy drapak. Pumisko jest na szczęście zwierzątkiem chętnie korzystającym z takich udogodnień, co i dobrze, bo przynajmniej nie cierpią nasze meble. Poprzedni drapak był już w stanie agonalnym i naprawdę widać po nim, że spełnił swoją rolę do granic możliwości. Znaleźliśmy więc z Hipkiem firmę na Allegro, która wykonuje różne domki dla kotów na zamówienie, wybraliśmy kolory - no i jest. Na razie Jej Wysokość jeszcze się z nim oswaja, w czym pomaga skropienie ustrojstwa kilkoma kroplami waleriany :)






wtorek, 4 czerwca 2013

Wszystkie stworzenia małe i duże

    W oczekiwaniu na kolejne doniesienia z Zoo [a pewnie będzie niedługo o czym napisać - lekcje o "Władcy much", a przed nami klasyfikacja końcowa] mam dziś dla Was dużo materiału ilustracyjnego. A temat będzie bardzo wdzięczny, czyli znajome zwierzątka. I nie mam w tym momencie na myśli Smoka i Hipopotama. Nie dlatego, by nie były to urocze stworzenia [hie, hie, hie...], ale dlatego, że strzegą one swojej prywatności. Mamy natomiast szereg zaprzyjaźnionych czworonogów, które ostatnio wdzięcznie pozują do zdjęć. Po prawdzie to i nie mają innego wyjścia, odkąd Błotny Ssak stał się posiadaczem nowego aparatu... Zaprezentuję Wam więc trzy pieski i jednego kotka. Kto nie lubi zwierząt, może spokojnie odpuścić sobie ten post. Reszcie Czytelników gwarantuję kilka chwil wzruszeń oraz ochów i achów.


PUMA

    Jej Wysokości nikomu, kto śledzi mojego bloga w miarę regularnie, reklamować nie trzeba. Wredne, ale urocze i słodkie. Szczególnie kiedy śpi i jeść nie woła. No właśnie... :)



    Wypoczywać, jak wiadomo, można w różnych miejscach. Kaloryfer nadaje się idealnie:


    A - cytując klasykę dziecięcą - jak się zbudzi, to nas zje...



SHIRA

    Tę uroczą, psią panienkę, mieliście już okazję poznać wcześniej. Kochana, łagodna sunia, która mogła by godzinami leżeć "kołami do góry", domagając się głaskania po brzuszku. Teoretycznie jej zadaniem jest pilnowanie posesji i straszenie wyglądem. To ostatnie jej się znakomicie udaje [jest znana w okolicy jako Niebieskooki Pies-Morderca :)], ale co do tego pierwszego... No cóż, obcego by za furtkę nie wpuściła, ale żeby aż tak strasznie przejmowała się pilnowaniem i szczekaniem...?





    Czy te oczy mogą kłamać...?



BAMBOSZ

    Towarzysz Shiry, czyli drugi pies należący do mojego Taty. Jest już starszym panem, liczy sobie bowiem jakieś 8 lat - widać to po jego czarnych kudełkach, które zaczynają mocno siwieć. Pocziwy, dobry i niesamowicie inteligentny kundelek. Bezbłędnie wyczuwa, kto jest "najsłabszy w stadzie" [np. dziecko, osoba starsza czy chora] i nim właśnie się opiekuje. Swojego czasu robił za psa-przewodnika mojemu praktycznie niewidomemu dziadkowi, nie odstępując go na krok i prowadząc go do łazienki.



RUDA

    Czas na psa-przybłędę Seniorki. Świeży "nabytek", bo jest u nich ledwie kilka tygodni. Długo błąkała się po wsi, przeganiana przez sąsiadów, aż wreszcie poradzono jej, by poszła do "tamtych państwa z miasta, bo oni jeszcze nie mają pieska". Jest łagodna, miła i stara się wszystkim przypodobać, jak tylko może, tak bardzo zależy jej, by zostać na stałe... Widać, że musiała być "czyjaś" - prawdopodobnie wyrzucono ją z samochodu.Weterynarz orzekł, że ma około roku.