Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

czwartek, 10 września 2015

Co z Pumiskiem?

    "Jesteś w ciąży? To co teraz zrobisz z kotem?"
    "No jak to? Kot w mieszkaniu? Przecież dostaniesz toksoplazmozy i urodzisz chore dziecko!"
    "Kot jej we śnie przegryzie tętnicę!"
    I tak dalej, i tak dalej...

    Zacznę od rodzinnej anegdoty, opowiadanej z lubością przez moją nieżyjącą już babcię. Otóż kiedy urodził się mój Tata, to w domu była stara, wielka kocica [zdaje się nota bene, że też czarna]. Miała w zwyczaju kłaść się w nogach niemowlęcia - i go pilnować. Ale to dosłownie. Do tego stopnia, że wyjąć dziecko z łóżeczka mogła tylko matka, czyli moja babcia. Jeśli sięgał po malca ktokolwiek inny - łącznie z ojcem dziecka [czyli moim dziadkiem] - to zaczynało się fuczenie, ostrzegawcze mruczenie i syczenie. Ewidentnie kotka poczuwała się do obowiązku bronienia nowego członka stada :)
    Skłamałabym twierdząc, że kompletnie nie miałam obaw w kwestii tego, jak zachowa się Puma po narodzinach Myszy. Jej Wysokość jest specyficzna i zdecydowanie nie jest miłym, przytulskim kiciakiem, z którym można robić wszystko, a on i tak nie piśnie. Obawiałam się, że zrobi się zazdrosna i w związku z tym agresywna. Serce by mi pękło, gdybym musiała pozbyć się Pumy, bo w końcu wychowałam ją od malutkiego, kilkutygodniowego kociaka. Ale gdyby zagrażała Myszy, to nie byłoby wyjścia. 
    Jeśli natomiast chodzi o toskoplazmozę, to tutaj uspokajała mnie nawet moja pani ginekolog. Oczywiście zrobiłam odpowiednie badania w ciąży [i to dwukrotnie], ale ponieważ Puma jest kotem domowym, niewychodzącym, to ryzyko, że jest nosicielką, było minimalne. O wiele większym zagrożeniem dla kobiety w ciąży jest np. robienie kotletów czy przesadzanie kwiatów - bo bardziej prawdopodobne, że złapie toksoplazmozę przez kontakt z surowym mięsem czy ziemią, niż z domowym, wypielęgnowanym zwierzakiem.

    Poczytaliśmy oczywiście z Hipkiem, jak przygotować kota na przybycie noworodka. Po pierwsze trzeba oswoić z zapachem - w tym celu Hipek ze szpitala przyniósł zasikaną pieluchę Myszy... Radzą też, by absolutnie nie izolować kota od dziecka, nie wprowadzać nerwowej czy tajemniczej atmosfery, pozwolić mu obwąchać, popatrzeć, przywitać się. Niech zobaczy, że niemowlę nie stanowi zagrożenia, jest czymś normalnym, zwykłym i że - z kociego punktu widzenia - nie ma się czym ekscytować. 
    Czy się denerwowałam przed pierwszym spotkaniem Myszy z Pumą? Oczywiście, że tak, jak cholera :) W końcu to tylko kot - co będzie, jeśli jednak nagle machnie łapą, podrapie, ugryzie, zaatakuje...? Na szczęście nic takiego się nie stało. Wskoczyła do łóżeczka, obwąchała i poszła. I w zasadzie do dnia dzisiejszego specjalnie się Myszą nie emocjonuje. Kilka razy polizała ją po włosach, co jest akurat dobrym sygnałem, bo w końcu kotki wylizują swoje młode :) Czasem śpi w nogach łóżeczka, ale generalnie odnoszę wrażenie, że lekko się małej boi. Zwłaszcza, kiedy zaczyna dawać koncert, a płuca ma silne, jak to niemowlę. Wtedy Jej Wysokość z gracją oddala się w bezpieczny, oddalony od źródła hałasu kąt mieszkania.
    Zobaczymy, jak sytuacja rozwinie się, kiedy Mysza będzie starsza. Ją naturalnie też trzeba będzie wyedukować, że kotka nie ciągnie się za ogon, tylko delikatnie głaszcze. Mam nadzieję, że się dogadają. Generalnie uważam, że dzieciom dobrze robi wychowywanie się ze zwierzętami, bo od początku uczą się w ten sposób odpowiedzialności i empatii wobec nich. No i zmniejsza to ryzyko alergii na sierść.
    Na koniec mam dwa obrazki. Pierwszy - dokumetujący codzienne kontakty Myszy i Pumy [zdjęcie pochodzi mniej więcej z tego okresu, co poprzednie fotografie - czyli Hipciolinka jest tu zupełnie malutka i z tego bodziaka już daaawno wyrosła :)]. A drugi - trochę nie na temat, ale wygrzebałam w czeluściach Internetu i bardzo mi się spodobał :)



Ostrożnie! Zły pies, a kot jeszcze większy świr...

6 komentarzy:

  1. Znaczy na swoj sposob kotka z Mysza sie dogaduje :) I oby zadna z nich nie przyniosla Ci drugiej w zebach, jako trofeum :) Tfu, tfu, na Szweda urok! Z moich obserwacji (ogolnych) wynika, ze zwierzeta bardzo latwo ''adoptuja'' ludzkie mlode jako swoje (patrz chociazby Twoja anegdota). Forsa miala tak samo. Wlacznie z tym, ze kilkuletni brzdac wszedl nam do mieszkania (z podworka) w czasie jej ''kolacji'' i zaczal grzebac palcem w misce. Ta nawet nie mruknela, ale tez byla tak wychowana. Pamietam, ze jako szczeniak dwukrotnie (prawdopodobnie instynktownie) warknela na mnie, kiedy chcialem jej wziac miske. Dostala w ucho, ja bralem miske i dodawalem jej jedzenie, po czym glaskalem. Za trzecim razem i przez nastepne kilka dni juz nie warczala. Jak zawsze twierdze, ze nie ma glupich psow, ze sa tylko glupi wlasciciele. Co do kotow to sie nie wypowiadam, ale Internety sa pelne pozytywnych przykladow. Pozdrawiam cieplo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z żarciem dla Pumy będzie lekki problem, jak Mysza zacznie raczkować. Puma ma suchą karmę cały czas w misce, bo koty się nie najadają na zapas, więc je, kiedy chce. To się będzie musiało skończyć, bo przecież małe dziecko wszystko pcha do buzi - a nie bardzo chcę, by się żywiła karmą dla kotów...
    Wiesz, Puma nie ma oporów, by mnie ugryźć czy drapnąć - oczywiście jej oddaję. Ona mnie traktuje jak równorzędną kocicę w stadzie, a koty w stadzie się piorą... Tylko Hipek jest dla niej świętością.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zacznij podawac karme Pumie na ''wysokosci''. Jakis parapet albo cos. Przyzwyczai sie, a mala nie bedzie jej przeszkadzac.

      Usuń
    2. Ooo, dobra myśl. Dzięki :)

      Usuń
  3. Ufff, udało się...zalogować i wejść ;)
    Świetnie, że udaje się pokojowe współistnienie, sama nie mam doświadczeń na tym polu.
    cytrynka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak nby były problemy z logowaniem to pisz do mnie maila, będziemy kombinować.

      Usuń