O podobnej kwestii - czyli zainteresowania całego świata i okolic faktem, że jesteś świeżoupieczoną mamą - traktował już ten wcześniejszy post. Wtedy było o doradzaniu, dziś raczej o komentowaniu i wszędobylskich pytaniach, czasami również tych badzo intymnych. Tak, jak by sam fakt zostania matką obligował nagle całe społeczeństwo do sprawowania kontroli i obserwowania, jak też sobie dalesz radę.
Wiem - również z rozmów z innymi matkami - że takie podejście może niesamowicie wkurzać. Kobieta ma poczucie, że to całe zainteresowanie i pytania na każdym kroku są próbą nadzorowania jej i braku wiary w to, że faktycznie jest w stanie poradzić sobie jako matka. Wtedy rzeczywiście na usta aż cisną się takie odpowiedzi, jak z powyższej ściągi :) Choć zależy to pewnie od kilku kwestii - od tego, w jakiej kondycji psychicznej jest akuat młoda mama [a z tym bywa baaardzo różnie...], kto komentuje i w jakiej fomie, wreszcie - który raz tego samego dnia słyszy pytanie o odpowiednią grubość kaftanika czy dogodne pozycje do karmienia. Bo jeśli rzeczywiście jest tak, że gdzie się nie ruszy, to jest dosłownie bombardowana gradem różnego rodzaju "pytań sprawdzających", to nawet święta straci ciepliwość i w końcu odryknie coś niecenzuralnego.
Jak ja do tego podchodzę? Mam wrażenie, że raczej spokojnie, choć o to pewnie należałoby zapytać ludzi z mojego otoczenia :) Myślę, że jest to kwestia podejścia do tych wszystkich rad i komentujących osób. Ogólnie zakładam, że jeśli ktoś pyta o Myszę czy o mój - jako matki - stan fizyczny czy psychiczny, to robi to bez ukrytych podtekstów, tylko ze zwykłej, ludzkiej życzliwości. Nie doszukuję się intencji w stylu: "to ja ci teraz pokażę, że nic nie wiesz i Twoim kosztem podbuduję swoje ego" [nota bene, takie intencje zdaje się przypisywała doradzaczom Królowa Matka w komentowanym przeze mnie w połowie sierpinia poście]. Może zresztą wynika to z faktu, że faktycznie jestem nowicjuszką i często autentycznie te "złote rady" mi się przydają? No ale też umówmy się - Mysza kończy niedługo 2 miesiące [już!] i ja zdecydowanie nie jestem już aż tak bezradna, jak w momencie jej narodzin. Temat noworodka został ogarnięty, dziecka nie uszkodziłam, nie zagłodziłam i mówiąc wprost coraz lepiej się z nim dogaduję. Ale mimo to nie traktuję komentarzy i pytań ludzi dookoła jako zamach na moją wolność i podważanie kompetencji świeżozdobytych umiejętności.
Oczywiście - na pewno zależy to tego, kto się wypowiada, ale to chyba normalne. Wiadomo, że raczej spokojnie zareaguję na nawet najbardziej intymne czy drobiazgowe pytania Seniorki, ponieważ jest moją mamą, z którą w dodatku jestem bardzo emocjonalnie związana. Tymczasem te same pytania w wykonaniu dalszych członków mojej rodziny czy nie daj Boh osoby postronnej mogłyby mnie zirytować :) Ale generalnie jakoś do tej pory nie przerabiałam sytuacji, by jakaś nieuprawniona według mnie osoba nadepnęła mi na odcisk nadmiernym zainteresowaniem tematem mojego macierzyństwa. Może to oznaczać, że albo wszyscy wokół mnie są wyjątkowo taktowni, albo że nie są - ale to po mnie spływa i po prostu tego nie rozpamiętuję.
Myślę, że to ostatnie jest kluczem, czyli podejście kobiety. Wychodzę z założenia, że ludzie mogą sobie komentować czy doradzać, a ja słucham [albo i nie... :)], a do rad się stosuję, jak mi się spodobają. Nie widzę w tym nic dziwnego, że pojawienie się dziecka w najbliższym otoczeniu wywołuje zainteresowanie, ale także budzi w ludziach własne wspomnienia, o któych nagle potrzebują opowiedzieć. I jestem przekonana, że poza jakimiś wyjątkowo wrednymi przypadkami, to "doradzacze" naprawdę mają życzliwe zamiary i wcale nie chcą młodej matki zdołować, tylko jej ułatwić, podzielić się swoimi doświadczeniami. A że ktoś nie umie tego w dyplomatyczny sposób wyrazić...? No cóż, ja za to bym nie zagryzła :) Korona mi z głowy nie spadnie od tego, że ktoś sobie pogada, bo ostatecznie to i tak ja zostanę z Myszą i zrobię po swojemu.
Ergo - a komentujcie sobie, skoro lubicie... Raczej Was za to nie ubiję, choć tego oczywiście nigdy nie można w przypadku Smoka być pewnym :)

Rozumiem, ze takie cos moze wkurzac, jesli jest zbyt natarczywe, ale z drugiej strony jest to tez forma ''opieki spolecznej'' w doslownym znaczeniu. Tu pogadamy, tu rzucimy okiem na dziecko, czy mu sie krzywda nie dzieje. Ja pamietam moje dziecinstwo, na peryferiach miasta, gdzie wszyscy sasiedzi mieli na nas baczenie. Niewazny byl stopien zazylosci z rodziicami, jak sie utytlalem w kaluzy, to sasiadka mnie wykapala i moja mac mogla mnie rozpoznac :) (nie cierpialem tej sasiadki, mialem moze 4-5 lat?). Zainteresowanie o ktorym piszesz moze byc dobre. Wyobraz sobie, ze sama zagladasz do innego wozka i widzisz malucha posiniaczonego... Nie zdziwiloby cie to?
OdpowiedzUsuńMiałam na myśli w tym poście coś troszkę innego - raczej to, społeczeństwo czuje się upoważnione, by komentować niemal każdy szczegół z życia świeżoupieczonej matki i dawać jej rady odnośnie wszystkiego, nawet spraw bardzo intymnych. Bo to, o czym Ty piszesz, to zgadzam się, bardzo fajna sprawa. Też uważam że w LOKALNYM otoczeniu "wszystkie dzieci nasze są" i wcale bym się nie zezłościła na sąsiadkę, która by np. opieprzyła Myszę, gdyby ta na podwórku coś niszczyła, brzydko mówiła etc.
UsuńBardzo mi się Twoje spokojne podejście podoba :)
OdpowiedzUsuńJa, pamiętam, chłonęłam porady z otoczenia, życzliwie. Ale do pewnej granicy. Mianowicie nie podobało mi się, jak obca pani w autobusie zaczęła mnie wypytywać, czy karmię piersią.I jak inna obca pani, w sklepie, zaczęła grzebać w wózku mego dziecka, żeby sprawdzić, czy aby ja na pewno zapięłam szeleczki. To takie dwa przypadki, kiedy moja strefa bezpieczeństwa została poważnie naruszona. I tego, moim zdaniem, robić nie wolno.
Ale jeśli to samo zrobiłaby mama, teściowa czy koleżanka, pewnie bym się nie przejęła zbytnio.
Taką niezdrową ingerencję właśnie miałam na myśli - nagle, gdy zostajesz matką, to wszyscy dookoła czują się zobowiązni, by Cię "nadzorować". Nawet, jeśli kierują nimi dobre intencje, to jednak lekka przesada wypytywać obcą kobietę o tak intymną sprawę, jak karmienie piersią.
Usuń