Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 31 grudnia 2010

Noworoczny Koncert Życzeń

   Noworoczny Koncert Życzeń - czyli alfabetyczny spis tego, czego Dragonka życzy Dragonce z Nowym Rokiem, Nowym Godom vel Nju Jerem. Na poważnie lub nie, z komentarzem lub bez. Bezy-bezy-bezy bez-bez-bez... :)

A - ktywności większej, niż w 2010 roku. Fizycznej. Oj,
    przyda się...
B - eztroskiego wstawania co rano
C - haryzmy, aby mi wszyscy z ręki jedli, a nie tylko Jej Wysokość
D - alekowzroczności. Bo jak na razie mam -3. A co, niech się wyrówna
E - ndorfin krążących w moim krwioobiegu ze stężeniem tak gęstym, że dałoby się kroić nożem
F - antazji, rzecz jasna ułańskiej
G - adany jak cholera. W moim fachu bardzo się przydaje...
H - umoru. Żeby mnie nie opuścił. Aż do śmierci :)
I - ntuicji. Niezawodnej. Na czymś trzeba polegać, no nie?
J - edwabistej skóry - na rękach. Nie macie pojęcia, jak kreda niszczy dłonie
K - olorowych snów. A co. Lepsze to, niż kolorowe jarmarki :)
L - eniwego picia porannej i popołudniowej kawy
Ł - atwości w ubieraniu myśli w słowa. Z pożytkiem dla czytelników tego bloga
M - miłości. Dobrej. Dającej spełnienie i nadającej życiu sens
N - ormalnej pracy w normalnej szkole
O - ptymizmu do patrzenia w przyszłość
P - przyjaciół. Takich, bym czuła ich obecność nawet, gdy fizycznie ich przy mnie nie ma
R - adosnego miauczenia, kiedy wracam zmęczona do domu
S - zczęścia. We wszystkim, co sobie postanowię
T - rafnych decyzji. TrAfnych, nie trEfnych :)
U - poru nie mniejszego, niż dotychczas. W końcu to moja główna cecha charakteru, bez której nie byłabym sobą
W - yrozumiałości dla siebie samej
Z - arobków w wysokości średniej krajowej. Naprawdę, o nic więcej nie proszę w tym temacie :)

   Wy też mi pożyczcie. Ale nie obiecuję, że oddam :)


sobota, 25 grudnia 2010

Święta jakieś mamy, czy coś...?

   Puk puk? Żyjecie?
    Ja mam się całkiem nieźle zważywszy na okoliczności. Ten stół pełen żarcia jest taki duży, a ja mam tylko jeden żołądek :) Poważnie, w tym roku zaistniał pewien problem - wszystko się udało, jest przepyszne i w dużych ilościach. I weź tu się człowieku nie przejedz... Cóż, zarówno ja, jak i Smoczyca Seniorka bardzo dobrze gotujemy, nie da się ukryć.
    Święta spędzam leniwie wiedząc, że nuda w codziennym życiu jest towarem deficytowym. Staram się przede wszystkim jak najmniej myśleć o Zoo, co też pewnie tłumaczy brak postów. Przyznacie, że ostatnie tygodnie przed wolnym dały mi w szkole nieźle popalić, nie dziwcie się więc, że staram się od tego tematu odpocząć psychicznie.
    Jej Wysokość Was pozdrawia. Dzielnie angażowała się w przygotowania świąteczne. Osobiście skontrolowała jakość piany z białek z cukrem (na ciasteczka Kamili, polonistki z postu o Dniu Nauczyciela - no rewelacyjne wyszły, jak babcię kocham...) poprzez wsadzenie łba do michy. Oczywiście przetarłam jej pysk wodą, ale i tak do końca wieczoru chodziła z fachowym irokezem wyglądając jak rasowy panczur, który się urwał z Jarocina. Jak skomentował to mój brat w smsie - uwaga, będzie niecenzuralnie - pewnie do tego pierdoli system... :)
   Aha, jeszcze jedno. Jeśli znaleźliście pod choinką paczuszkę wyjątkowo topornie i nieestetycznie opakowaną - to istnieje duże prawdopodobieństwo, że jest ode mnie... Powinnam dostać nagrodę w konkursie na najbardziej nieprofesjonalnie zapakowany świąteczny prezent.
   Idę trawić. Macham do Was skrzydłem - dopóki jeszcze mam siłę.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Miau?

   Powiecie, że mam nierówno pod sufitem - i przez grzeczność nie zaprzeczę :) Nie mogę się powstrzymać, muszę się z Wami podzielić zdjęciem, które właśnie zrobiłam Jej Wysokości. No co ja poradzę na to, że koty wywołują u mnie tak intensywne pokłady czułości, że wystarczyłoby dla całego przedszkola?
   Zdjęcie z serii: jak by tu przetrwać zimę? No jak to jak...


   Miauuuu... :)  

niedziela, 19 grudnia 2010

Kawka z uszkodzonym skrzydłem

   Udało mi się w końcu złożyć zgłoszenie. Swoją drogą, to co najmniej niepokojące, jak w praktyce wygląda kontakt z policją. Pierwszy raz poszłam w piątek po lekcjach, dziś jest niedziela - zatem 3 dni nie mogłam utrafić na moment, kiedy na komisariacie znajdzie się funkcjonariusz, który będzie miał czas mnie przesłuchać. Oczywiście, zgadzam się, że w porównaniu z tym, z czym na co dzień stykają się niebiescy, moja sprawa to "pan Pikuś". Ale wyobraźcie sobie, że chcecie zgłosić pobicie, gwałt, czy rozbój - a tu okazuje się, że policjant jest na interewencji, nie wiadomo, kiedy wróci, a ten, który jest, nie może zostawić posterunku, żeby się zająć waszą sprawą... Rozumiem konieczność wyjazdu w teren, ale w takim razie na miejcu powinien zostać funkcjonariusz, który przejmie obowiązki na czas nieobecności kolegi. No ale witamy w Polsce...

   Ale nie o tym ma być post. Policjant spisał protokół, a jakże - a przy okazji miałam okazję poznać jego punkt widzenia w kwestii różnych przykrych zachowań młodzieży. W skrócie można by to sprowadzić do stwierdzenia, że jednostki odmienne od reszty społeczeństwa zawsze były i będą gnębione i nie bardzo wiadomo, czyja to wina, bo tak po prostu jest i tyle, tacy są ludzie. "Dorośli są okrutni, to co się dziwić dzieciom" - stwierdził, a na moją uwagę, że owszem, bo przecież uczą się właśnie od dorosłych, tylko podniósł brwi ze zdziwienia. Użył dość interesującej metafory: oto mamy młodą kawkę, która uszkodziła sobie skrzydło i wypadła z gniazda. Znalazł ją człowiek, wyleczył, odkarmił, a potem wypuścił na wolność. Co się stanie z tym ptakiem, kiedy wróci do swoich? Ano inne kawki wyczują, że "coś z nią nie tak", nie będą chciały jej zaakceptować. Wyrzucą ją z gniazda, albo nawet zadziobią. Mój komentarz, że człowiek to jednak nie kawka, ponieważ posiada pewną wrażliwość i umie w sposób bardziej świadomy kierować swoim postępowaniem, chyba go nie przekonał. Opowiedział potem, że miał w podstawówce kolegę, typ "mózgowca" - w piątej klasie przerabiał z matematyki materiał klasy ósmej. Niestety,  był przy tym "dupowaty", więc robili mu z innymi chłopcami z klasy "kawały". Nie wdawał się w szczegóły, ale "kawały" musiały być konkretnego kalibru, bo sprawa skończyła się sądem rodzinnym, a tamten został w końcu zabrany przez ojca i przeniesiony do innej szkoły. Policjant wtraził też zdziwienie, bo ten "mózgowiec" ostatecznie skończył jakieś kiepskie liceum, nie poszedł na studia, a teraz pracuje w hipermarkecie... Dodał też - choć wcale nie prosiłam go o ocenę całej sytuacji - że nie czuje się specjalnie winny, bo taka jest kolej rzeczy, chłopak był inny, to obrywał. Jeśli ktoś był winny, to jego ojciec (jak rozumiem dlatego, że wychował "dupowatego" syna), ewentualnie sam mózgowiec, bo sobie pozwalał na takie traktowanie. Stwierdził też, że gdyby jego dziecku coś takiego robili, to znalałby delikwenta, wpakował do bagażnika, wywiózł do lasu i go porządnie postraszył, żeby mu się odechciało. I już, trudno, takie życie, nic się na to nie poradzi.
   Milczałam podczas jego opowieści, a kiedy wyraźnie widać było, że oczekuje na mój komentarz, powiedziałam tylko, że mam kompletnie inny punkt widzenia i że nie chcę się nad tym rozwodzić. Smutno mi tylko, tak całkiem obiektywnie, kiedy pomyślę o młodym, zdolnym chłopaku, który zamiast skończyć studia, pracuje na kasie w sklepie, bo coś go po drodze złamało...
   Przeraził mnie ten brak autorefleksji. Ten mężczyzna - pomimo tego, że upłynęło wiele lat, zdążył dorosnąć, dojrzeć - nie widzi absolutnie związku między przemocą, której był sprawcą, a spieprzonym życiem jego kolegi. A jeśli już, to czyja to wina? Nikogo. Albo życia. Albo samego chłopaka. No bo mógł się postawić, nie?
   Po kilku latach pracy w jednostkach oświatowych wiem jedno - nie ma czegoś takiego, jak "typowa ofiara". Przy odrobinie pecha, w niesprzyjających okolicznościach lub determinacji sprawców - KAŻDY może zostać zastraszony, zgnojony. Bez wyjątku. Tylko, że o wiele łatwiej jest obarczyć za taki stan samą ofiarę - bo często okazuje się, że sami mamy "coś za uszami", też komuś kiedyś "robiliśmy kawały", więc jak teraz mielibyśmy przyznać, że to było złe...? Wkurzają mnie komentarze typu "tak już jest, nic się na to nie poradzi". Gówno prawda. Jak się nie spróbuje, to się nie poradzi, jasne. Dlatego prawo powinno tak działać, by jednak można było coś zrobić.
   Tak wiem, jestem pewnie zbyt wielką idealistką. Ale kurde, sama przez cały okres dorastania miałam status dziwadła. Na szczęście dzięki atmosferze w domu wiedziałam, że mam prawo czytać sobie na przerwach Shakespeare'a, a nie gadać o kosmetykach i ciuchach, więc jak ktoś się z tego powodu ze mnie nabijał, to wzruszałam ramionami. Byłam wręcz wydawałoby się podręcznikowym kandydatem na ofiarę - ale się nią nie stałam. BO MIAŁAM OPARCIE W DOROSŁYCH. Z kolei - nigdy nie sprawiało mi radości gnębienie innych osób, odmiennych ode mnie, słabszych. Nie potrzebowałam sobie w ten sposob podbudowywać ego. Dlaczego - skoro moja samoocena leżała i kwiczała? Ano dlatego, że DOROŚLI NAUCZYLI MNIE, że tak się nie robi.
   Można? Można. "Się nie da" to bardzo wygodna wymówka. Da się, da. Tylko trzeba zacząć.

piątek, 17 grudnia 2010

Ciąg dalszy nastąpił

   No to mamy ciąg dalszy akcji z Anią. Podchodzę dziś do niej na korytarzu i mówię, że pani wicedyrektor prosi ją na rozmowę. Ona na to odparła tonem tak pogardliwym, jak się tylko dało, że pójdzie później. Ponowiłam polecenie, a kiedy znów stwierdziła, że nie idzie, oświadczyłam, że idę przekazać wiceszefowej odmowę Ani. W tym momencie nastąpiła powtórka z rozrywki, ale tak już na całego. Cytuję: "Chuj ci w dupę szmato, spierdalaj, jesteś pojebana jakaś". I dalej wiązanka w podobnym klimacie.
   Po naradzie z wiceszefową zgłaszam jednak sprawę na policję - obraza funkcjonariusza publicznego podczas pełnienia obowiązków. Wiem, że będę miała z tego więcej kłopotów, niż korzyści - chodzenie po sądzach, rozprawy, a ostatecznie nic jej wielkiego nie zrobią, bo to jej pierwsza sprawa. Ale puścić tego nie mogę, bo jeśli dziewczyna nie dostanie sygnału, że przegięła, to następnym razem dojdzie do rękoczynów. Poza tym mam nadzieję, że w wyniku tej sprawy Anię skierują na ponowne badania psychiatryczne, nawet, jeśli matka nie wyrazi zgody.
   Notabene - już mam pierwszą kłodę. Pojechałam na wlaściwy komisariat zaraz po lekcjach i usłyszałam... że mam przyjechać kiedy indziej, bo akurat nie ma w jednostce nikogo, kto mógłby przyjąć zgłoszenie. Dodam, że ode mnie z domu to godzina dojazdu w jedną stronę... Fajnie, co? No ale nic, pojadę znów jutro. Tylko wcześniej zadzwonię, czy aby na pewno nie przeszkadzam...
   Zmęczona jestem. Mam dyplom renomowanej uczelni wyższej z wyróżnieniem - i co...? A przy tym ja NAPRAWDĘ lubię swoją pracę. Czy raczej lubiłam. Do czasu, aż wylądowałam w Zoo.

czwartek, 16 grudnia 2010

Furia na klasówce

   Ani - bohaterce postu pt. "Małpka nr 2 - Psychopatka" - znów odwaliło... Zaznaczam, normalnie to ona nie zachowuje się nigdy. Co interesujące, zaobserwowałam, że nawet chłopcy z jej klasy, tacy, co to mam z nimi najwięcej problemów wychowawczych - ją zostawiają w spokoju. Po prostu widać, słychać i czuć, że dziewczyna jest kompletnie nieobliczalna i nie jest to tylko zdanie nauczycieli, dorosłych, dojrzałych osób. Skoro nawet inne zaburzone małpki pilnują się, żeby przypadkiem Ani nie rozdrażnić, to znaczy, że jej zchowanie to nie przelewki.
   Była klasówka. Dziewczę probowało ściągać na wszelkie możliwe sposoby, łącznie z tym, że skonfiskowałam jej zeszyt, który chowała pod ławką. Dostała dwa ostrzeżenia, za trzecim razem oświadczyłam, że obniżę jej ocenę za sciąganie. No i się zaczęło... Stan Ani można w zasadzie określić jednym słowem - FURIA. Przestała kompletnie nad sobą panować. Pewnie jesteście spragnieni konkretów? A proszę...
   - podarła sprawdzian
   - zaczęła się wydzierać, obrażać mnie i wulgarnie komentować całą sytuację: "Jesteś popierdolona!", "Możesz sobie tą kartką podetrzeć dupę!", "Sram na to!"
   - kiedy to nie poskutkowało (bo zachowałam spokój), przeszła do prowokowania mnie na wszystkie możliwe sposoby, robiąc uwagi, które w jej pojęciu mogły okazać się jak najbardziej przykre. Dowiedziałam się np. że jestem koszmarnie brzydka oraz że mam obwisłe cycki.
   - ponieważ dalej nie udało jej się spowodować mojego wybuchu, Ania zaczęła obrażać mnie obscenicznymi gestami, a także ostentacyjnie pluć na podłogę
  
    i tak dalej, i tak dalej... Po kilku minutach stało się dla mnie jasne, że Ania kompletnie nie panuje nad sobą, dlatego też starałam się reagować najoszczędniej, jak umiałam, świadoma, że każde moje słowo jeszcze bardziej ją nakręci. Choć, jak widać, brak reakcji też okazał się prowokujący. Moim celem było przede wszystkim spowodować, by skończyło się "tylko" na krzykach, wyzwiskach i prowokacjach. Widziałam, że ją nosi i w każdej chwili może wstać i zareagować agresją już nie tylko słowną. Nosiło ją bardzo wyraźnie.
   Nie tylko ja zresztą patrzyłam na nią okrągłymi ze zdziwienia oczami. Inne dzieciaki siedziały spokojnie nad kartkami, starając się ignorować jej zachowanie. Żadnego śmiechu, uwag, nic. Nawet dla nich było jasne, że oto mamy do czynienia z kompletnym świrem.
   Po lekcji poszłam do pedagog szkolnej, potem zadzwoniłam do kuratorki Ani, powiadomiłam wicedyrekcję, napisałam notatkę służbową. I co? I niestety pewnie nic... Kuratorka zasugerowała, żebym zgłosiła sprawę na policję, ale wiceszefowa mi odradziła, bo to w tym przypadku nic nie da - za mały kaliber, nic jej nie zrobią. Mam ją jutro przysłać na rozmowę do dyrekcji, która ją postraszy, czym tylko będzie mogła, ale wątpię, czy to coś da, bo Ania przerabiała już takie rozmowy. Zresztą, to poskutkowałoby może u normalnego, czyli zdrowego psychicznie dziecka. A Ania normalna nie jest.
   Dziewczynka miała kiedyś robione badania psychiatryczne, ale podobno wyszły wtedy względnie dobrze. Na powtórkę nie chce zgodzić się matka, która - przypominam - generalnie dzieckiem się nie interesuje. Dopóki Ania nie jest pełnoletnia, nic jej nie możemy zrobić. Oczywiście, dopóki nie przegnie tak, że sprawa zrobi się naprawdę niebezpieczna.
   Wiecie co? Na dzisiejszej lekcji wiedziałam, że nie jestem bezpieczna. Ani ja, ani koledzy i koleżanki Ani, ani ona sama. Mam nadzieję, że jeśli będzie miało dojść do nieszczęcia, to zdążę telefonicznie wezwać pomoc - albo że będę w stanie ją obezwładnić. Jestem w końcu większa i postawniejsza... Ta dziewczyna to chodząca bomba z opóźnionym zapłonem. Obłęd w oczach, kompletny brak hamulców.
   Może czas zapisać się na jakiś kursik samoobrony?

wtorek, 14 grudnia 2010

Ad vocem

   Pozostanę jeszcze w temacie kotów. Po lekturze poprzedniego postu Moja Psiapsiółka podesłał mi dwie rzeczy, które idealnie "wmiaukują" się w poruszony poprzednio problem kotowatości...
   Po pierwsze - znana, ale zapomniana przeze mnie piosenka Bułata Okudżawy o czarnym kocie. Wklejam link, a poniżej - dla nieznających rosyjskiego - tłumaczenie. Facet ujął sedno sprawy chyba jeszcze lepiej, niż Bursa :)

  

Bułat Okudżawa

Na podwórku, tuż za bramą,
czarnej sieni czarny wlot.
W sieni dzień i noc tak samo
rezyduje Czarny Kot.

Uśmiechając się pod wąsem
czai się w ciemnościach, łotr.
Drą się koty wniebogłosy,
ale milczy Czarny Kot.

Myszy dawno już nie łowi,
stroszy wąs i śmieje się –
łapie wszystkich nas za słowo
i kiełbasę naszą żre.

Ani żąda, ani prosi,
kryje w ślepiach żółty blask.
Każdy sam mu coś wynosi
jeszcze mu się kłania w pas.

Nie zamiauczy ani razu,
ale z sieni - ani rusz;
o framugę ostrzy pazur,
jakbyś miał na gardle nóż!

Stąd też wszyscy przygnębieni,
wszystko w domu - byle jak...
Światło by założyć w sieni...
Ale jakoś chętnych brak!
  
   A na deser: świąteczny kot Simon'a. Kto widział kota i choinkę w akcji, ten rozumie... [kiedy "rozkminię", jak wstawić w tym miejscu filmik, to to zrobię - na razie musicie zadowolić się linkiem...]

niedziela, 12 grudnia 2010

Z kociego jestem rodu

Dlaczego fajnie jest być moim kotem?

1. Jej Wysokość ma tyle uroku osobistego, że wszystko jej się wybacza. Trzeba przyznać - prezentuje się naprawdę okazale, nawet weterynarz każdorazowo nie może się jej nachwalić. Ma piękne, czarne, lśniące futro [no ba, w końcu raz w tygodniu wpiernicza żółtko - i to z takim zaangażowaniem, że kiedyś wygryzie dziurę w porcelanowej miseczce], jest smukła i zgrabna. Kiedy przycupnie z godnością na szafce, to wygląda jak posążek boginii Bastet. Poważnie, patrząc na Pumę człowiek przestaje się dziwić, że w starożytnym Egipcie kotom oddawano cześć boską.
   Obok dostojeństwa - potrafi też sprawiać napradę "słitaśne" wrażenie. Wystarczy, że uśnie i słodko popiskuje przez sen. Rozczulający widok, słowo daję. Nie jestem też w stanie się na nią długo gniewać, kiedy przychodzi i wtula się w moją szyję, lub mości się na kolanach. Wygląda wtedy tak niewinnie i bezbronnie, że człowiekowi nie pozostaje nic innego, jak zacząć miziać ją za uchem.

2. Jej Wysokość nie musi wychodzić co rano do pracy. Ma głęboko pod ogonem, jaka jest pogoda. Nie pada jej na łeb śnieg ani deszcz [choć deszcz akurat ona lubi], ani nie oślepia lipcowe słońce. Nie musi się tłuc autobusem ani tramwajem 2 godziny dziennie. Ktoś inny zarabia "na Whiskas dla koteczka"...
   Jak więc wygląda dzień Pumy? Wstaje rano razem ze mną, dostaje michę. Usiłuje mnie na wszystkie możliwe sposoby przekonać, bym jednak nie lazła do pracy - ładuje mi się na kolana, kiedy piję poranną kawę, ociera mi się o nogi, towarzyszy mi podczas prysznica i układania włosów. Kiedy jednak wychodzę, to albo siedzi spokojnie i patrzy na mnie z wyrzutem, albo robi Rejtana w drzwiach. Podczas mojej nieobecności pewnie śpi - w każdym razie prawie nigdy nic nie niszczy [prawie - bo jednak ostatnio rozbiła doniczkę stojącą na szafie]. Kiedy wracam, to oczywiście mnie wita, opowiada, co się działo - no i dostaje michę. Potem bryka, czasem mnie zdenerwuje, podrapie, pogryzie, domaga się uwagi. Trzeba kota starmosić, zmęczyć, sponiewierać :) Wieczorem znów robi się milusińska, a w nocy wtula się we mnie i tak przesypiamy do rana.
   Podsumowując harmonogram - śpi, żre, bawi się i jest glaskana. Żyć nie umierać.

3. Ludzie, z którymi się styka, chcą tylko jej dobra - albo w najgorszym wypadku zachowują wobec niej neutralno-życzliwy stosunek [np. Havranek]. Sama może być wredna i nie panować nad sobą, ale ostatecznie ujdzie jej to na sucho, bo "w końcu to tylko kiciuś...".

   Myślę, że adekwatnym podsumowaniem będzie zacytowanie kilku strof wiersza mojego ulubionego poety, Andrzeja Bursy. Ilekroć przypominam sobie ten utwór, tylekroć odnoszę nieodparte wrażenie, że powstał specjalnie z myślą o Jej Wysokości...

ANDRZEJ BURSA
"Z kociego jestem rodu"

Jak widzi tutaj każdy z wasZ kociego jestem rodu
Wygladam oto tak en face
(En face to znaczy z przodu)


Ot tak wyglądam zaś z profilu
(Z profilu znaczy z boku)
I staram się być w każdej chwili
Godnym rodziny kotów (...)


Mój wujek lew (i ciocia lwica)
Z królewskiej rodziny starej
Pracują w upalnej Afryce
W departamencie Sahary (...)


Tak jak w Afryce wujek lew
Dla wszystkich jest postrachem
Pogromcą Azji tygrys jest
(To także mój wujaszek) (...)


Gdyby tak bardzo długo iść
Doszłoby się do puszczy
Gdzie mieszka dziki brat mój ryś
(Miotełki ma na uszach)


Brat ryś po drzewach skacze w lot
W koronach ich się czai
Ot tak wygląda rysi skok -
Czasem się nie udaje...(...)


Jak groźny ród mój widzicie więc
Zaczynać z nami nie radzę
A teraz cicho bo ja śpię
Proszę mi nie przeszkadzać...



  

wtorek, 7 grudnia 2010

A co tam panie u Smoka słychać?

   Dziś wpis bez sprecyzowanego tematu, pod hasłem: "Aktualności" - czyli garść doniesień ze smoczego świata o charakterze mniej lub bardziej poważnym.

1) Informuję wszystkich zainteresowanych, że w weekend powrócił Havranek. Odpasiony [już nie ma niedowagi 15kg, tylko jakieś 10 :) ], niekaszlący, ale w dalszym ciągu osłabiony. Powoli wraca do normalnego życia, ale po 2,5 miesiącach przymusowej izolacji spragniony jest przede wszystkim kontaktów towarzyskich. Poszedł nawet pokazać się w pracy [choć ma jeszcze zwolnienie lekarskie], gdzie witano go zapewne jak zmartwychwstałego...

2) Jak już wspominałam, oprócz Havranka wróciła też Jej Wysokość Puma. Na razie jest dość grzeczna [Moja Psiapsiółka się z nią nie patyczkuje], ale dziś dała mi popalić. Musiałam zabrać ją do weterynarza na zastrzyk, co skończyło się reanimacją właścicielki, a nie zwierzaka. Jak mnie skubana dziabnęła w palec [ktoś musiał ją przytrzymać...], to zalałam krwią pół leżanki. Teraz mam fachowy lekarski opatrunek usztywniający i nie mam pojęcia, jak jutro będę pisała kredą na tablicy. Nawiasem mówiąc, w piątek znów musimy iść na dość przykry zabieg. Biorę skórzane rękawice, nie ma głupich :)

3) Niepokojących się o stan moich kopytek [hmm... po namyśle - czy Smoki mają kopytka...?] informuję, że dziś nabyłam wreszcie buty [tu ukłony w stronę Dragonelli Seniorki]. Koniec z przemokniętymi stopami. Okazuje się zresztą, że kupienie butów nie jest wcale prostym zadaniem niezależnie od tego, ile centrów handlowych się zwiedzi [a jestem osobą reagującą alergicznie na galerie innego rodzaju, niż prezentujące dzieła sztuki]. Skórzane damskie buty ziomwe są wyłącznie ładne, nie bywają natomiast ani ciepłe, ani praktyczne [no, chyba że kogoś stać na kupienie naprawdę drogich butów, których ceny zaczynają się od 500 złotych...]. Skończyło się na bardziej eleganckiej wersji walonek, które przynajmniej nie powinny przemoknąć. Nawiasem mówiąc - po raz kolejny dostałam dowód, że jestem jakimś mutantem, którego nie ima się żadne paskudztwo. TYDZIEŃ wracałam do domu z mokrymi nogami o temperaturze deseru lodowego - i nie dostałam nawet kataru. Kurde, co jest? Ani gruźlica, ani przeziębienie... Wiem, że złego diabli nie biorą, ale żeby aż tak? :)

4) Czarne chmury zbierają się wreszcie nad drugą gimnazjalną [to ci od "Niemców" oraz lekcji o archetypie domu]. Jest to niewielka klasa, ale naładowana świrami wyjątkowo, nawet jak na realia Zoo. W dodatku czują się bezkarni z powodu wychowawczyni, która primo traktuje ich zbyt pobłażliwie, a secudno - jest obecna w szkole tylko dwa dni w tygodniu. Sama w październiku przerabiałam u nich kilka lekcji-koszmarków, zakończonych wezwaniem przez telefon Wice-Szefowej na interwencję. Co konkretnie leży w ich repertuarze? Była lekcja, kiedy nie mogłam się odwrócić, żeby coś napisać na tablicy, bo lądowała mi na plecach kreda / kulka papieru / kanapka. Była taka, że nie mogłam się odezwać, bo zaczynali gwizdać / klaskać / kwiczeć / szczekać. Raz zamknęli mnie w sali, a sami - kiedy zadzwonił dzwonek - wyszli oknem [od tego czasu nigdy nie zostawiam klucza do sali na biurku, tylko chowam do kieszeni]. No i ukoronowanie - okradli mnie [potem te rzeczy się znalazły, ale sprawa jest dla mnie na tyle nieprzyjemna, że nawet nie chcę jej opisywać]. Teraz mam względny spokój, bo udało mi się dogadać z kilkoma osobami, które mają pozycję liderów i kiedy robi się "za duża wieś", to sami się uciszają słowami w stylu: "Morda gnoju, zamknij pysk! Jest polski!"
No dobrze, zeszli ze mnie, to uwzięli się na historyczkę... Pamiętacie, jak tydzień temtu zalali jej salę? No to wczoraj urządzili regularny bunt na lekcji, z wyciem, klaskaniem, tupaniem, wyzwiskami - klimat jak w więzieniu. Historyczka się popłakała [w pokoju nauczycielskim, wcale się jej nie dziwię...], wychowawczyni się popłakała, a Wice-Dyra się wściekła - i dobrze. Dwóch prowodyrów prawdopodobnie zostanie rozparcelowanych karnie po równoległych klasach, ale niewykluczone też, że nastąpi zmiana wychowawcy. To już nie jest aksamitne rozwiązanie, takich rzeczy w szkole się raczej unika, ale chyba nie będzie innego wyjścia, bo w tej klasie jest coraz gorzej.

   Oby do świąt. A potem do ferii. Zapytam jutro Księdza, ile dni zostało :)

niedziela, 5 grudnia 2010

Ksiądz Dobrodziej

   Klimat każdego miejsca, każdej instytucji tworzą wszyscy ludzie, którzy tam dłużej przebywają. Teza ta wydaje mi się tak oczywista, że nie widzę potrzeby jej udowadniania. Banałem też będzie stwierdzenie, że szkoła to nie tylko uczniowie. W przypadku Zoo - choć najczęściej obserwuję, że to, co jest oczywiste gdzie indziej, ni cholery nie chce sprawdzić się wśród Małpiątek - akurat śmiało można powiedzieć, że nauczyciele wyraźnie wyznaczają atmosferę tego miejsca. I chcę w tym miejscu podkreślić: w zdecydowanej większości w Zoo pracują naprawdę świetni ludzie, od sprzątaczek po Główną Szefową. Na tyle świetni, że zwyczajnie szkoda ich do Zoo. Jestem przekonana, że gdyby mieli możliwość pracować nawet nie z wybitną, ale ze zwyczajną młodzieżą, to ta szkoła byłaby najlepszą w mieście. A tak... cóż, ich zasługą jest fakt, że placówka w ogóle jeszcze stoi :)
   Podobnie jak w przypadku Małpiątek, tak i część belfrów zasługuje na osobne posty - i też będę je moim czytelnikom serwować sukcesywnie. Na pierwszy ogień pójdzie Ksiądz. A co, w końcu mamy niedzielę :)
   Jak zdążyliście się już przekonać, uczenie czegokolwiek w Zoo jest wyzwaniem, przeżyciem ekstremalnym i mission impossible. Zwykli przedmiotowcy mają jednak jakieś "asy w rękawie" w zależności od tego, czego uczą. Polonista i matematyk - mogą od biedy powołać się na egzaminy i choć na moment zmotywować dzieciarnię do posłuchu. Geograf, chemik czy fizyk - mają zwykle w każdej klasie po godzince w tygodniu, z czego wynikają dwa zasadnicze plusy. Primo: łatwiej o rozbudzenie ciekawości u Małpiątek, bo skoro coś [czyli i fizyka, i fizyk] pojawia się tak rzadko, to można próbować skupić się choć na kilkanaście minut. Secundo: nie występuje zjawisko "zmęczenia materiału", czyli coś, z czym ja - jako polonista - borykam się non stop. Już wyjaśniam, o co chodzi. Jeśli mam z jakąś klasą powiedzmy 5 godzin w tygodniu, to często na tej ostatniej już nawzajem nie możemy na siebie patrzeć, problemy są wciąż aktualne i dopóki nie nadejdzie weekend, to nie możemy do nich nabrać dystansu. A przy jednej godzince? Choć by nie wiem co się działo na lekcji, choć by się wyszło z trzęsącymi się rękami i wybuchnęło płaczem w pokoju nauczycielskim, to NASTĘPNA FIZYKA DOPIERO ZA TYDZIEŃ. A przez 7 dni sprawa przyschnie, a emocje się ulotnią.
   W przypadku religii ani primo, ani secundo nie działają. Jest to przedmiot "nie grożący żadnymi konsekwencjami" w wymiarze 2 godzin tygodniowo. Nie czas tu i miejsce na dyskusję, czy religia powinna być w szkołach, czy nie - na ten moment jest i tego się trzymamy. Obiektywnie patrząc, uczenie katechezy nastolatków generalnie nie jest zadaniem łatwym [doskonale pamiętam, jakie numery odstawiali koledzy z mojej klasy w LO Bogu ducha winnej siostrzyczce, która nawiasem mówiąc była naprawdę złotą kobietą] - z Zoo natomiast stopień trudności należałoby przemnożyć kilka do kilkunastu razy, w zależności od tego, ile Małpiątek stawi się na lekcję.
   Jak w warunkach ogólnego chamstwa i olewactwa uczyć o Bogu - nie mam pojęcia i nawet nie umiem sobie tego wyobrazić. Bardzo natomiast lubię Księdza pracującego w Zoo i tak zwyczajnie, po ludzku mu współczuję, bo zasłużył na to, by pracować z młodzieżą, która umiałaby go docenić. Nie będę tu jednak wyśpiewywać peanów na jego cześć, tylko postaram się przybliżyć jego sylwetkę.
   Ksiądz to człowiek w średnim wieku, czyli trochę starszy ode mnie, a w Zoo pracuje już trzeci rok. Jest niesamowicie cierpliwy i spokojny, nigdy nie widziałam go zdenerwowanego czy załamanego, mimo że jak najbardziej miałby do takich reakcji prawo. Zawsze porozmawia, zażartuje - a poczucie humoru ma inteligentno-ironiczne, czyli takie, jakie lubię najbardziej. Pełni też funkcję żywego kalendarza: codziennie odlicza dni i tygodnie do końca roku szkolnego, a także do każdego "wolnego", jakie się zbliża. Kiedy mijam go rano korytarzem z niewesołą miną, mogę być pewna komentarza w rodzaju "Niech się pani uśmiechnie, jeszcze tylko XX dni do wekendu/świąt/ferii/wakacji" [niepotrzebne skreślić]. Ksiądz jest w tej niewdzięcznej sytuacji, że uczy WSZYSTKICH, ponieważ Zoo - jako mała placówka - zatrudnia tylko jednego duchownego. "Przerabia" więc każdego świra czy kryminalistę, który do nas trafi. Opowiada, że co rano siedząc na plebanii, która jest po drugiej stronie niewielkiej uliczki, pijąc kawę z proboszczem i obserwując, kto idzie do szkoły, czyni uwagi typu:
- No nieee, idzie Iksiński z 1a z Kowalskim... Oj ciężko będzie, ciężko... Choć nie, religię mam z nimi dopiero na 5 godzinie, może się zmęczą i sobie pójdą do tego czasu...?
   Religia na planie godzin - jeśli tylko jest taka możliwość -umieszczana jest jako ostatnia, więc zachodzi duże prawdopodobieństwo, że dotrwają do niej jednostki grzeczniejsze lub z jakiegoś powodu bardziej zmotywowane, niż reszta Małpiątek [patrz post o godzinie wychowawczej...]. Zdarzają się wówczas zabawne sytuacje. Ksiądz opowiadał, że w jednej z klas zawodowych prawie zawsze zostaje tylko jeden uczeń, który najczęściej... zasypia w środku zajęć. Dobrodziej go nie budzi, niech się owieczka spokojnie wyśpi. W domu pewnie nie ma na to warunków... 
   Nawiasem mówiąc - kto ZAWSZE chodzi na religię, prowadzi elegancko zeszyt i pracuje na zajęciach, mimo iż Ksiądz sam proponował tej osobie zwolnienie z przedmiotu? No jak to kto, Misza rzecz jasna - który jest prawosławny.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Atak zimy

   Aktualności - szybciutki post o tym, jak to znowu "zima zaskoczyła drogowców", ale nie tylko ich. Mały bilans strat po pierwszym poważniejszym ataku śniegu. Mam wrażenie, że dziś o niczym innym ludzie nie rozmawiają, więc nie będę inna. Czy zawsze muszę się wyróżniać? :)
   A zatem:
1) Puma, która właśnie powróciła z listopadowego "wygnania" u Mojej Psiapsiółki, mało nie spadła z parapetu ze zdziwienia, kiedy po odsłonięciu rolet w pokoju zapanowała dziwna jasność... Widocznie biedactwo zapomniało przez rok, jak wygląda śnieg. A zwłaszcza TAKA jego ilość.
2) Jako osoba przewidująca i obowiązkowa, wyjechałam do pracy wcześniej niż zwykle. Droga do Zoo zajmuje mi średnio godzinę w jedną stronę, a dziś słusznie spodziewałam się kłopotów wydłużających jeszcze ten czas. I rzeczywiście - awaria spowodowana jakimś spięciem elektrycznym posłała wszystkie tramwaje w cholerę, czyli nie na tę pętlę, co zwykle. Zmusiło to Dragonkę do polowania na lokalne autobusy i tłuczenia się osiedlowymi uliczkami, które na szczęście cudem jakimś były przejezdne.
3) Zoo generalnie ma kłopoty z ogrzewaniem, ale dziś, po całym weekendzie niegrzania, pobito już chyba wszystkie rekordy. Nim uruchomiona przeze mnie niezwłocznie w pokoju nauczycielskim farelka spełniła swoje zadanie, to nawet nie usiłowałam zdjąć kurtki. Zapewniam, specjalnej różnicy temperatur między tym, co na dworze, a tym, co w budynku, nie zaobserwowałam :)
4) Frekwencja o 8 rano w szkole: 2 uczniów, 4 nauczycieli... Tak tak, na CAŁĄ SZKOŁĘ...
5) Małpiątka z drugiej gimnazjum w ramach "żarciku" zostawiły podczas dużej przerwy otwarte okno w ich sali. Rezultatem była regularna powódź - na szczęście nie u mnie, ale cała lekcja historii minęła im na ścieraniu z podłogi wody [warstwa miała grubość kilku centymenrów]. Nauczycielka wściekła, ubaw po pachy... Na polskim zostało "tylko" ustawianie ławek i krzesełek.
6) Wracając do domu odkryłam, że moje butki zimowe przemakają, wypadałoby zatem kupić nowe, skoro to dopiero początek zimy. Tjaa... chyba za biedronki, tym bardziej, że święta idą. Wróciłam do domu przemarznięta i ze stopami o temperaturze sopli lodu. Teraz czekam, czy się w związku z tym przeziębię, ale znając mojego pecha, to pewnie nie. Czemu pecha? Nawet sobie nie wyobrażacie, jak chętnie poszłabym na jakieś zasłużone L4 :)

   Trzymajcie się ciepło, Robaczki. I żeby nie było - ja tak w ogóle lubię zimę.

niedziela, 28 listopada 2010

Wyciągamy karteczki...

   Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego, niż zrobienie klasie sprawdzianu. Ot, najpierw wykładasz materiał, potem zapowiadasz klasówkę z tygodniowym wyprzedzeniem [żeby było zgodnie ze szkolnym prawem], szykujesz dwie grupy, rozdajesz kartki, pilnujesz, by nie ściągali, zbierasz, oceniasz według ustalonej punktacji...
   Tjaaa... Kto systematycznie czyta mój blog, ten zdążył się już przekonać, że to, co działa w zwyklej szkole, prawie nigdy nie zdaje egzaminu w Zoo :) Nie inaczej dzieje się w przypadku klasówek. Podstawowym problemem jest fakt, że choćby nie wiem co się działo, to oni i tak nic nie będą umieli. Nie ważne, ile razy powtórzę coś na lekcji i jak łopatologiczną notatkę zapiszę na tablicy. Nie ważne, że zrobię lekcję powtórzeniową na której wprost im powiem, CO BĘDZIE na sprawdzianie. I tak, kiedy rozdam testy, oni zrobią oczy wielkie jak wieża w Kopenhadze.
   Wszystkich mądralińskich myślących w tym momencie: "dupa z Ciebie a nie nauczyciel, skoro nie umiesz ich nauczyć" - odsyłam do szkoły typu Zoo. Nieprawdą jest, że dobry nauczyciel jest w stanie nauczyć każdego. Myśleć tak mogą tylko osoby, które nigdy w szkole nie pracowały. Uczenie jest procesem, w którym muszą uczestniczyć aktywnie obie strony, inaczej nic z tego nie wyjdzie. I o ile zdarza się, że dobry, ambitny uczeń opanuje wiedzę nawet mimo braku udziału ze strony nauczyciela [bo weźmie dobrą książkę, zawścieknie się i w końcu "załapie"] - to uwierzcie, nawet najlepszy belfer nic nie wskóra, jeśli dzieciątko nie wykaże odrobiny woli przyswojenia materiału. Tak się niestety dzieje w Zoo. Małpiątka przede wszystkim nie mają ani ochoty, ani nawyku uczenia się. Jedyną szansą, by cokolwiek "zaskoczyło", jest skłonić je jakoś do uważania na zajęciach: w takim przypadku to dzieciątko, które ma mniej przepalony marihuaną mózg od innych, jest do tego akurat wyspane i nie na kacu, a przy tym nie jest na pograniczu normy intelektualnej - ma szansę coś zapamiętać. Bo na to, że przeczyta lekturę czy przejrzy przed sprawdzianem notatki w domu [jeśli prowadzi zeszyt], naprawdę nie ma co liczyć. Przypomina mi się w tym momencie komentarz jednej, przesympatycznej nauczycielki uczącej w Zoo matematyki i fizyki, kobiety już nie najmłodszej i ze sporym doświadczeniem dydaktycznym: "Gdyby nie to, że wcześniej pracowałam w innej szkole, to bym myślała, że jestem beznadziejna i nie umiem uczyć...".
   Wracając do meritum - sprawdziany robić trzeba, w końcu Zoo ma pretensje do bycia "normalną szkołą", wystawiamy oceny, dajemu świadectwa. Jak tu jednak ułożyć klasówkę w taki sposób, by były jakiekolwiek oceny pozytywne? Nie można wstawić pał od góry do dołu - w takim wypadku bowiem to belfer ma przechlapane, a nie jego podopieczni. Jak sprawdzić wiedzę, której zwyczajnie nie ma?
   Można ułożyć sprawdzian testujący umiejętności praktyczne i mieć nadzieję, że znajdzie się ktoś na tyle inteligentny, że sobie z tym poradzi. W przypadku mojego przedmiotu wygląda to tak, że daję im jakiś tekst, a do niego pytania. Może to być np. analiza wiersza, zrobienie planu wydarzeń, streszczenie własnymi słowami tego, co jest napisane. Gorzej, jeśli muszę zrobić sprawdzian z treści lektury, bo w tym przypadku nie ma siły - muszę wyegzekwować wiedzę. Jedynym ratunkiem jest więc przygotowanie tak prostego testu, by ktokolwiek cokolwiek napisał. A jak nie napisał, to mógł chociaż strzelić i czasem trafić.
   Układam więc te klasówki na tak żenująco niskim poziomie, że sama się zaśmiewam. W dzisiejszym poście garść cytatów z takich własnie sprawdzianów. Nim zaczniecie czytać chcę zaznaczyć, że i tak z obu tych klasówek nie było ani jednej piątki, jakieś sporadyczne czwórki, kilka trójek i dwójek, a w większości pały...

SPARWDZIAN Z TREŚCI "BALLADYNY" DLA 3 KLASY GIMNAZJUM
(lekturę omawialiśmy przez 1,5 tygodnia, kilka scen czytanych było na lekcji z podziałem na role, do tego na powtórzeniu pojawiły się wszystkie pytania, jakie potem wystąpiły w teście)

W jaki sposób umarła Wdowa?
a) na torturach                  b) od pioruna
c) z głodu                       d) powiesiła się

Co zostało Balladynie po zabiciu siostry?
a) wyrzuty sumienia              b) koszmarne sny
c) ślad na ręce                  d) ślad na czole

Co zrobiła Goplana pod koniec sztuki?
a) opuściła królestwo       b) wyszła za Grabca
c) została królową          d) ukarała Balladynę

Jak umarła Balladyna?
a) powiesiła się             b) od pioruna
c) ścięto jej głowę          d) zabił ją Kostryn

SPRAWDZIAN Z TREŚCI "PANA TADEUSZA" DLA 1 KLASY ZAWODÓWKI

Polecenie: Zdecyduj, czy to zdanie to prawda (P), czy fałsz (F).

1. W "Inwokacji" autor porównał Litwę do zdrowia.
2. Stlonik miał dwoje dzieci - córkę Ewę i syna Tadeusza.
3. Jacek Soplica zastrzelił Stolnika.
4. Tadeusz ożenił się z Ewą Horeszkówną.
5. Telimena była młodą i niewinną panienką.
6. Gerwazy przysiągł, że zabije Jacka Soplicę.
7. Tłem historycznym utworu jest wyprawa Napoleona na Moskwę.
8. Dom Sędziego był ostoją patriotyzmu.
9. Polowanie kończy gra Wojskiego na skrzypcach.
10. Telimena wychowała pana Tadeusza.

   Jeśli ktoś ma pomysł, jak ułożyć JESZCZE PROSTSZY sprawdzian, to bardzo proszę o kontakt :) :) :)

środa, 24 listopada 2010

Godzina wychowawcza

   Godzina wychowawcza - jak sama nazwa wskazuje - programowo ma służyć wychowywaniu wychowanków przez wychowawcę :) Jest to taka obowiązkowa godzina w tygodniu ujęta w planie lekcji, którą w założeniach należy poswięcić na kształtowanie prospołecznych postaw u dzieci i młodzieży. Każdy wychowawca na początku roku szkolnego ma obowiązek zgłosić dyrekcji tzw. plan pracy wychowawczej, zawierający rozpisany na godziny spis tematów, jakie się będzie na tych zajęciach przez oba semestry poruszało. W praktyce różnie z tym bywa, jak pewnie wszyscy pamiętamy z własnej kariery szkolnej - nierzadko godzina wychowawcza okazywała się po prostu czasem na to, by można było usprawiedliwić nieobecności, względnie by "druga mamusia" opierniczyła klasę z góry na dół za kiepskie oceny. Choć to i tak pół biedy. Prawdziwą karykaturę godzin wychowawczych to ja miałam przez 4 lata liceum. Nasza wychowawczyni to było wredne, zgorzkniałe kobiecisko, które wyraźnie nienawidziło tego, co robi - i nie przepuszczało żadnej okazji, by dać nam to odczuć. Pamiętam godzinę wychowawczą poświęconą prawom człowieka [widocznie dyrekcja kazała jej coś takiego przeprowadzić]. "Szczena" [przezwisko nadane jej z racji wystającej brody, czyniącej nauczycielkę podobną do Baby Jagi] odczytała beznamiętnym głosem stosowny dokument ONZ, a potem zaczęła go po swojemu komentować...:
   - "Każdy człowiek ma prawo do poszanowania jego godności osobistej..." - no co się tak patrzycie? Nie rozumiecie po polsku? Za trudny język dla was? Z jakiej wyście szkoły przyszli, ze specjalnej? "Nikt nie może być poniżany..." - co to za śmiech? Co, może ktoś was poniża? No, słucham?!

   No, ale Szczena Szczeną, a ja wracam do teraźniejszości. Sama jestem wychowawcą i raz w tygodniu staram się spożytkować tę godzinę w sposób sensowny. Notabene uważam, że samo założenie "godziny wychowawczej" jest poronione i nie służy absolutnie niczemu. Primo - nie da się nikogo uspołecznić przez 45 minut wciśnięte między matematykę a geografię, a secundo - wychowawca i tak musi reagować w zależności od tego, jak przedstawia się sytuacja, więc jakikolwiek sztuczny plan pt. "Uwaga, teraz was będę wychowywać", jest po prostu śmieszny. Tym niemniej takie zajęcia prowadzę jak umiem najlepiej dbając o to, by temat był dostosowany do potrzeb uczniów. Zwłaszcza w Zoo...
   Tjaa... Skoro problem ze skupieniem uwagi i zajęciem się pracą moi podopieczni mają na normalnych zajęciach, to na "luźnej lekcji" zaczyna się prawdziwy dramat. Nie mam tu narzędzi w postaci ocen, by zmusić ich do wykonywania zadań [sami z siebie niestety rzadko coś robią] czy jakiejkolwiek innej aktywności, kombinuję więc jak koń pod górę, by "im się chciało". Przypominam bowiem, że najgorzej się dzieje, kiedy Małpiątka w Zoo są bez zajęcia - bo wtedy z nudów zaczynają roznosić salę albo robić sobie krzywdę. Ale wymyśl tu człowieku taki temat lekcji, by one łaskawie się w niego zaangażowały...
   Przede wszystkim więc - godzinę wychowawczą przeprowadzam zawsze w czwartki, na ostatniej dla nich w tym dniu lekcji. Robię tak z pełną premedytacją, bo wiem, że zostaną na niej nieliczni, tzn. uczniowie grzeczniejsi albo ci, którzy naprawdę muszą [bo np. Dom Dziecka czy kurator drobiazgowo kontroluje, czy delikwent uczęszcza na wszystkie lekcje]. Zostaje ich więc garstka - średnio ok. 6-8 osób [na 23 zapisane do klasy], a reszta zwyczajnie zwiewa i ja tam za nimi wcale nie tęsknię. Nad taką gromadką łatwiej jest zapanować, ale też kameralne grono sprzyja szczerym rozmowom. Istnieje więc szansa, że zajęcia uda się przeprowadzić, choć i z tym różnie bywa.
   Wszystko zależy od tego, czy im się zechce pracować, czy też nie. Jeśli nie - to nie ma takiej siły i tak atrakcyjnego tematu, który by ich do tego skłonił. Zrobiłam raz lekcję o szkodliwości palenia papierosów [a tak z połowa dzieciaków w tej klasie to nalogowi palacze] - przyniosłam rysunki organizmu człowieka, obok był opis tego, co się dzieje "w środku" na skutek palenia. Rozdałam im kredki i kazałam pomalować te miejsca, na które szkodzi nikotyna. Bardzo im się to spodobało - nic to, że kredki wróciły do mnie w stanie agonalnym, ważne, że mieli radochę i zajęcie przez całe 45 minut. Ale co z tego? Gdy potem chciałam wykorzystać ten sam patent na lekcji o szkodliwości alkoholu, to odmówili współpracy: "Co to k***, przedszkole? Nic nie będziemy malować...". Skąd taka zmiana? Proste, trafiłam na zły dzień. Małpiątka są humorzaste i nieprzewidywalne. Tak samo było, kiedy chciałam wykorzystać formułę psychotestu. Na zajęciach poświęconych stylom uczenia się z zapałem zaznaczali sobie odpowiedzi na czytane pytania, by się dowiedzieć, czy są słuchowcami, wzrokowcami czy kinestetykami. Ale kiedy była lekcja o uzależnieniach, z góry stwierdzili, że mają to w d*** i nie będą rozwiązywać żadnego poj*** testu , bo im się nie chce...
   Jutro chcę zrobić lekcję o problemie HIV/AIDS [w końcu 1 grudnia za pasem]. Wymyśliłam dla nich quiz z wiedzy na temat tej choroby - 10 pytań, trzeba zaznaczyć poprawne odpowiedzi. Rozdam, porozwiązują, potem omówimy. Jako marchewkę kupiłam czekoladę, którą dostanie osoba z największą ilością poprawnych odpowiedzi [dla reszty będzie po cukierku, żeby nikt mi nie robił dymów]. Powinno zadziałać, choć cholera ich tam wie. Równie dobrze mogą orzec, że nie lubią czekolady, albo że mogę ją sobie wsadzić tam, gdzie słoneczko nie dochodzi :)
   Trzymajcie kciuki...
  

piątek, 19 listopada 2010

Rozmyślania nad talerzem ruskich

   Bary mleczne to miejsca, gdzie wszystko zdarzyć się może - kto był, ten rozumie, kto nie był, niech żałuje :) Sieć tego typu lokali jako spadek po PRL-u istnieje chyba w każdym większym polskim miasteczku i mam nadzieję, że to się nie zmieni za mojej kadencji na tym łez padole. Gdzie jeszcze można zjeść porządny, sycący obiad, nie zostawiając przy tym w kasie kilkudziesięciu złotych? No gdzie - w McDonaldzie? Nie rozśmieszajcie mnie, bo mam zajady...
   Do mleczniaków zaczęłam chodzić zaraz na początku pierwszego roku studiów z konieczności - po prostu na obiady gdzie indziej nie było mnie stać (zanim nie dostałam stypednium naukowego), czasu na gotowanie samemu brakowało,a ileż można żywić się mrożonymi pierogami Made in Tesco... Oczywiście bar barowi nierówny, jedne są czyste i porządne, ale są i takie,  że człowiek po przestąpieniu progu owego przybytku od razu odwraca się na pięcie, bo mu jakoś dziwnie ochota na jedzenie przeszła. Generalnie jednak wizyty w mleczniakach polecam od czasu do czasu każdemu i to nie tylko dlatego, że zjecie tam tanio prawdziwy, polski obiad. Miejsca tego typu posiadają wyjątkowy walor - nazwijmy to - edukacyjny. Zapewniam, że klientela barów mlecznych to przekrój przez rozmaite warstwy społeczne. Jasne, że można tu spotkać zapijaczonego jegomościa, który ledwo trafia łyżką do otworu gębowego, ale w mojej "karierze bywalca mleczniaków" natykałam się często na profesora od literatury współczesnej, z którym miałam wykłady, a który wpadał tam regularnie na niedzielnego schaboszczaka. Zapewniam, zaglądając do barów mlecznych można się wiele o społeczeństwie polskim dowiedzieć...
   Znajomość z tego typu przybytkami wypadło mi odświeżyć odkąd zaczęłam pracować w Zoo. Powody są zasadniczo dwa (poza oczywistym - jako nauczyciela nie stać mnie na codzienne jedzenie w lepszej knajpie...): primo - brak czasu na gotowanie obiadów w domu, secundo - po drodze ze szkoły mam akurat naprawdę fajny bar mleczny. Zaglądam tam więc jakieś 2 razy w tygodniu, żeby moje trzewia mogły odetchnąć od nieśmiertelnych kanapek, które zwykle i tak zjadam dopiero po lekcjach. Nie inaczej stało się dzisiaj - i tym razem dane mi było właśnie połączenie przeżyć natury kulinarnej z doznaniami socjologiczno-poznawczymi. Przed państwem: scenka rodzajowa, miejsce akcji - bar mleczny w dużym, polskim mieście.
   Stoję sobie grzecznie w dość długiej kolejce rozmyślając, na co mam ochotę, gdy do przybytku wkraczają dwie dość młode Cyganki z tobołami i trójką dzieci, dwóch chłopców w wieku wczesnoszkolnym plus niemowlę przy piersi płci nieokreślonej. Na wstępie zaznaczam, jestem ostatnią osobą, którą można posądzić o uprzedzenia na tle rasowym (kto mnie zna, ten wie), ale niestety, pojawienie się rodziny cygańskiej w barze mlecznym w 9 przypadkach na 10 nie kończy się niczym przyjemnym (o ile nie owocuje wręcz zadymą). Nie inaczej było i dziś. Panie zaczęły od dość nachalnego żebrania, awanturując się i szarpiąc kolejkowiczów za rękawy, a dzieci wtórowały im płaczem (najmłodsze) oraz przymilaniem się na wszelkie możliwe sposoby (te starsze). Po uzbieraniu jakiegoś drobiazgu przystąpiły do zakupów, oczywiście poza kolejką, płacąc jednogroszówkami, wykłócając się i próbując oszukiwać Bogu ducha winną kasjerkę. Zapewniam, nawet aniołowi puściłyby nerwy. Ludzie wracają z pracy i chcą spokojnie zjeść obiad, a tu tego typu obrazek...
   Od jednej myśli nie mogłam się opędzić, siedząc nad talerzem i obserwując tę cygańską rodzinkę kątem oka. Patrzyłam mianowicie na dwóch starszych chłopców i zastanawiałam się, DLACZEGO ONI KURNA NIE SĄ W SZKOLE?!
   Nie zagłębiając się w tym momencie w moralną ocenę dorosłych, zdrowych osób, które zamiast pracować, spędzają cały dzień na żebraniu, to scyzoryk w kieszeni otwiera mi się ilekroć widzę, jak zatrudniają do tego również swoje dzieci. A to dlatego, że w ten sposób UCZĄ JE, że wyciąganie ręki i jęczenie "daj pani, daj" to jedyny sposób na życie. Takie dziecko nigdy nie pójdzie do normalnej pracy, bo skoro tatuś i mamusia nie splamili sobie nią rączek, to i ono przecież nie będzie.
   Mało tego. O co zakład, że takie Cyganiątko za kilka lat wyląduje w Zoo? Bo dla mnie to tak jasne jak fakt, że dziś na szczęście jest piątek, a to oznacza dwa dni spokoju psychicznego, z dala od moich kochanych Małpiątek...

czwartek, 18 listopada 2010

Ludzki odruch

   Dziś krótki wpis, którym sama sobie chcę poprawić nastrój (a co tu ukrywać, ostatnio psychicznie nie mam się najlepiej). Pracę, jak wiadomo, obiektywnie mam wyczerpującą nerwowo i raczej wprawiającą w stan permanentnego doła, niż przynoszącą satysfakcję. Ale nawet w Zoo zdarzają się od czasu do czasu takie momenty, od których Dragonce robi się cieplej - choć na moment.

   Kinga nie należy do najbardziej lotnych osób, w dodaktu choruje na chronicznego lenia i ciężko ją zapędzić do jakiejś aktywności związanej z tematem lekcji. Jest też dość infantylna i bywa, że nie mam pojęcia, jak z nią rozmawiać, kiedy zaczyna zachowywać się jak mała dziewczynka (łącznie z naśladowaniem głosu dziecka i seplenieniem) albo domagać się, by ją tak traktowano. Wyobraźcie sobie atrakcyjną, 16-letnią blondynkę, która kładzie się na ławce i prosi, by jej zaśpiewać kołysankę - albo podchodzi i zaczyna zaplatać nauczycielce warkoczyki "bo będzie pani słooodko wyglądała"... Nigdy jednak nie była w stosunku do mnie chamska, złośliwa czy wulgarna, tzn. jej "numery" nie były obliczone na to, by mi zrobić przykrość, nie były atakiem.
   No cóż, do wczoraj... Miałam z Kingą dwie lekcje i od początku wyraźnie widać było, że "coś ją ugryzło". Przez pierwsze 15 minut próbowałam ją skłonić, by zajęła się tematem, ale wyraźnie dała do zrozumienia, że ani myśli robić cokolwiek (położyła się na ławce okraszając komentarz kilkoma bluzgami), więc dałam jej spokój informując, że jeśli nie zmieni zdania, to skończy się to jedynką. Nie specjalnie ją to obeszło - siedziała nic nie robiąc przez całą pierwszą godzinę i pół drugiej, a ja konsekwentnie wstawiłam jej tę gałę. I tak by się pewnie zajęcia zakończyły, ale pod koniec chyba się Kinga znudziła, więc zaczęła przeszkadzać koleżance z sąsiedniej ławki rysując jej po zeszycie, zabierając telefon, szturchając itp. Panienki zaczęły się kłócić, Kinga głośno bluzgać, a ja po kilku upomnieniach zagroziłam, że wlepię jej uwagę. Na co usłyszałam: "No i se wstawiaj, ch*** z tym, pier*** mi to" - i kilka jeszcze innych tego typu uroczych komentarzy. Spojrzałam więc na nią smutno, a cały przebieg lekcji opisałam drobiazgowo w ich klasowym zeszycie, który pokazałam wychowawczyni.
   O zajściu zdążyłam zapomnieć (uwierzcie, takie wybuchy Małpiątek w Zoo są na porządku dziennym...) - aż tu mi dziś na lekcję z moją klasą zaraz po dzwonku przychodzi Kinga. I swoim starym infantylnym głosem oświadcza, że chce mnie przeprosić: "bo byłam wczoraj podkur*** na maksa, a jeszcze mnie Natalia wkur***, a pani się niepotrzebnie wcięła... No nie chciałam no... Damy se buzi?". Mojej klasie lekko szczęka opadła (no i dobrze, niech widzą, że za złe zachowanie trzeba przeprosić), ale mnie udało się zachować kamienną twarz i odpowiedzieć, że w porządku, przeprosiny przyjmuję i mam nadzieję, że Kinga będzie w przyszłości bardziej panować nad swoimi emocjami. Dodałam, że uwagi nie skreślę (byłoby to szalenie niepedagogiczne), ale zrobię adnotację, że uczennica przyszła następnego dnia i przeprosiła. To chyba Kingę uspokoiło, bo swoim starym zwyczajem rozczochrała mi włosy i poleciała.
   Nio. Nic tak nie poprawia humoru, jak ludzkie odruchy u Małpiątek.

wtorek, 16 listopada 2010

Poznaj belfra swego...

   W nowej szkole pracuję od września tego roku, więc siłą rzeczy  stanowię dla uczniów tejże placówki zagadkę przyrodniczą. Nie ma w tym niczego dziwnego - dobry wywyiad to podstawa, a żeby wroga zniszczyć, trzeba go najpierw rozpracować :) Każdy ma jakieś słabe punkty i ich odkrycie jest kwestią szalenie ważną, bo można wtedy przystąpić do ataku, wykonać niespodziewany Blitzkrieg, powalić przeciwnika i przystąpić do odliczania, kiedy już leży na łopatkach...
   No dobrze, żarty żartami, ale informacje o życiu osobistym człowieka, z którym ma się do czynienia, okazują się bezcenne - pod warunkiem, że umie się z nich skorzystać. W Zoo akurat "wywiad ma się dobrze": każdy uczeń ma założoną teczkę gromadzoną przez Panią Pedagog, do której  - oprócz niej i dyrekcji - wgląd mają osoby sprawujące bezpośrednią pieczę nad Małpiątkiem, czyli wychowawca i nauczyciele przedmiotowi. Trzeba przyznać, że jest to kopalnia wiedzy, bo Pedagog notuje tam dosłownie wszystko, co może mieć jakiekolwiek znaczenie, od informacji na temat dotychczasowej "kariery szkolnej" delikwenta (np. trzeci rok w tej samej klasie z powodu wagarów), po niekiedy bardzo drażliwe dane dotyczące rodziny (np. ma czworo rodzeństwa, każde z innego ojca...). Ja, jako wychowawca, nie wyobrażam sobie pracy z TĄ MŁODIEŻĄ bez świadomości, jak wygląda ich życie prywatne - a czemu, to już chyba zdążyliście się przekonać.
   Uczniowie rzecz jasna również próbują zdobyć informacje o nauczycielach, ale oczywiście nie mają do dyspozycji takiego arsenału środków, jak my. Aby się czegoś dowiedzieć, zasypują nas gradem pytań, a że są to małpiątka bardzo często zwyczajnie nie rozumiejące granic dobrego smaku czy wychowania, to te pytania potrafią wprawić w osłupienie - i to nie tylko pedagoga z tak świeżym stażem w Zoo, jak autorka tego bloga. I w dzisiejszym poście po raz kolejny oddam głos moim podopiecznym, tym razem pod hasłem: "czego uczniowie chcą się ode mnie dowiedzieć". Już Sokrates zauważył, że pytania są dużo ciekawsze od odpowiedzi, zostawię więc kwestie nurtujące uczniów bez komentarza. Na niektóre raczyłam odpowiedzieć (bo były całkiem zwyczajne, neutralne), ale, jak się sami przekonacie, ciekawość małpiątek nie zna granic...
   O co więc pytano Dragonellę?
  
   - Ile ma pani lat?
   - Ile pani waży?
   - Gdzie pani mieszka?
   - Czy ma pani chłopaka?
   - Dlaczego pani jeszcze nie wyszła za mąż?
   - Czy chce mieć pani dzieci?
   - Dlaczego się pani nie maluje?
   - Dlaczego pani farbuje włosy?
   - Jakich pani perfum używa?
   - Czy zawsze pani nosi spodnie?
   - Czy ma pani cellulit?
   - Czy jest pani dziewicą?
   - Czy goli pani cipkę?
   - Czy pani wagarowała w szkole?
   - Czy pani się kiedyś upiła?
   - Czy jarała pani trawę?
   - Czy spisała panią kiedyś psiarnia?
   - Czy napije się pani ze mną wódki, jak skończę 18 lat?
   - Czego pani słucha?
   - Czy pani kiedyś przeklina?
   - Czy pani chce tu pracować?
   - Ile pani zarabia?
   - Na kogo będzie pani głosowała w wyborach?

   I tak dalej... Nie traktuję tych pytań jako ataku, nawet, jeśli ewidentnie naruszają moją prywatność. Rozumiem, że małpiątka w ten sposób próbują mnie poznać, spojrzeć na mnie z innej strony. Nie odmawiam im tej przyjemności, choć z drugiej strony nie wyobrażam sobie np. innego komentarza do do pytania: "Czy goli pani cipkę?" niż: "Daruj Andrzejku, ale to sprawa wyłącznie między mną a moim partnerem..." :)

piątek, 12 listopada 2010

Archetyp domu a lekcja w Zoo

   Zaryzykuję tezę, że nauczyciel języka polskiego przygotowujący się do lekcji ma o wiele cięższe zadanie, niż jego kolega po fachu wykładający matematykę czy fizykę. I nim mnie w tym miejscu "ścisłowcy" odsądzą od czci i wiary, postaram się ową tezę uzasadnić.
   Nadrzędnym celem lekcji zarówno polonisty, jak i matematyka, jest przekazanie określonego materiału, dostarczenie informacji, względnie wyćwiczenie jakiejś umiejętności z uczniami. Tu jednak rola "ścisłowca" się kończy, gdy tymczasem polonisty często dopiero zaczyna... Dowcip polega na tym, że ułamki, procenty czy wzory trygonometryczne są w swojej wymowie obojętne, nie budzą większych emocji [no chyba, że ktoś się ich nie nauczy, wtedy przed klasówką emocje są, a jakże...], nie wywołują skojarzeń. Literatura już natomiast jak najbardziej i wcale nie mam na myśli banalnej dyskusji pod hasłem: "Czy podobała wam się lektura, czy nie?".
   Konkrety? Wyobraźcie sobie, że każecie charakteryzować Sonię Marmieładow ("Zbrodnia i kara") albo Tomasza Judyma ("Ludzie bezdomni") dziecku alkoholika. Albo analizować Księgę Hioba komuś, kto ma w rodzinie ciężkochorą osobę. Już nie wspomnę o "ryzyku" powiązanym z opowiadaniami Tadeusza Borowskiego - II wojna śwatowa była nie tak dawno. Przykłady można mnożyć, a prawda jest taka, nauczyciel nie jest w stanie przewidzieć, z czym i komu dana historia się skojarzy. A od polonisty przecież dodatkowo wymaga się, by na swoich lekcjach kształtował określone postawy moralne, wykorzystując do tego literaturę. I on musi umiejętnie balansować między przekazywaniem konkretnej wiedzy a wskazywaniem aspektu etycznego - bo jeśli przegnie w którąkolwiek stronę, to położy lekcję...

   Nawet w zwyczajnej szkole prezentowanie literatury wymaga zdolności przewidywania reakcji uczniów, a co dopiero w Zoo... Tutaj słowo daję - NIGDY nie można być pewnym, co, w którym momencie i u kogo wywoła jaką reakcję. Żeby nie szukać daleko - omawiałam z 3 gimnazjum fragmenty "Pana Tadeusza", anegdotę Wojskiego o Doweyce i Domeyce. Czy może być coś niebezpiecznego w zabawnej historyjce o dwóch szlachcicach użerających się z powodu zbieżności nazwisk? No mnie też się wydawało, że nie... Zaczęłam więc spokojnie zajęcia od zapytania, czy zdażyła się moim podopiecznym w życiu taka sytuacja, że ich nazwisko było powodem jakiejś pomyłki lub niecodziennej sytuacji. A i owszem, zdażyło się... Brat Uli "dostał kosą", bo nazywał się tak samo, jak jakiś złodziejaszek, który zadarł z silniejszymi od siebie. A Rafałek wtrąca, że pierwsze co zrobi po skończeniu 18 lat, to zmieni sobie nawzisko na panieńskie matki, bo nie będzie się nazywał tak jak "ten sk*** mój ojciec". A ty sobie, nauczycielu, prowadź wesolutko lekcję o Doweyce i Domeyce po takich deklaracjach...

   Właśnie siedzę nad lekcją dla 2 klasy gimnazjum. Celem jest wprowadzenie pojęcia archetypu domu, a potem analiza fragmentu "Prawieku..." Olgi Tokarczuk, traktującego o budowaniu domu Misi. Podręcznik zaleca rozpoczęcie zajęć od budowania sieci skojarzeń semantycznych wokół pojęcia "dom".
   Tjaaa... Już to widzę... Jak mam pytać o skojarzenia na temat domu dziecko, które jest w bidulu? Albo takie, które ma dom, ale  boi się do niego wrócić po lekcjach? Jak mam analizować archetyp domu z grupą uczniów, dla których to pojęcie znaczy zupełnie co innego, niż dla przeciętnego człowieka? Podać definicję i cechy "ideału domu", dając jednocześnie do zrozumienia, że to jest "norma w normalnym świecie", do którego dane dziecko nie ma wstępu?
   Ot, takie dylematy polonisty robiącego konspekty zajęć...

czwartek, 11 listopada 2010

A co Ty wiesz o patriotyzmie...?

Co to dziś znaczy - "patriotyzm", "patriota"?

   Takie pytanie zadałam uczniom 2 klasy liceum [pracowałam jeszcze w poprzedniej szkole] jako "wstępniak" do lekcji dotyczącej "Hymnu do miłości ojczyzny" Ignacego Krasickiego. W planach miałam wywołanie krótkiej, maksymalnie 10-minutowej wymiany zdań [w języku metodyki nauczania nazywa się to "dyskusja sterowana" :)], wprowadzającej dzieciaki we właściwy temat lekcji. Wywołałam natomiast niechcący tak zaciekłą dyskusję, że absolutnie nie chciałam jej przerywać i w rezultacie na omówienie oświeceniowej oktawy zostało mi raptem kilkanaście minut, ale nic to :)
   Już sam fakt, że temat zaowocował dyskusją, uważam za bardzo dobry objaw, bo to znaczy, że wzbudził emocje, dotknął "czegoś tam w środku" moich uczniów. Najgorsza reakcja, jakiej się obawiałam, to wzruszenie ramion, wyraz twarzy jak podczas oglądania transmisji rozgrywek szachowych, względnie komentarze rodzaju: "Że hę...? A o co się pani sor rozchodzi...?" Zawsze - przy omawianiu utworów literackich, ale też kiedy dotyczy to innych spraw - powtarzam moim podopiecznym, że nie ma nic gorszego, niż obojętność. Książka może wam się podobać lub nie, ale najgorsze, jeśli po was spłynęła. No dobrze, jeśli spłynęła jedna, to może być wina tekstu (trafiliście na grafomana), ale jeśli sytuacja się powtarza, to radzę przestać spędzać wolny czas w galeriach handlowych tudzież przed telewizorem i/lub kompem, zanim zamienicie się do końca w bezwolne maszyny, którymi idealnie się steruje. Do życia nie można podchodzić obojętnie, bo to oznacza pozwolenie, by ktoś inny narzucał nam swoją wolę.
   Ale dość dygresji, wracam do tematu patriotyzmu. W dyskusji klasowej trafiły się głosy skrajne [był wśród uczniów akurat i młody polski nacjonalista - burczący hasła w rodzaju "Polska tylko dla Polaków" i że prawdziwy Polak to jednocześnie katolik - i kosmopolita utrzymujący, że patriotyzm to dla niego puste słowo, bo on i tak będzie mieszkał tam, gdzie mu będzie najwygodniej, a w ogóle to granice powinno się znieść i najlepiej, gdyby wszyscy mówili jednym językiem], co i dobrze, bo podgrzewały atmosferę. Udało mi się natomiast skierować rozmowę na kwestię w moim odczuciu najważniejszą - co to znaczy DZIŚ być patriotą? Patriota podczas wojny wie, co ma robić - łapie za karabin, a jeśli nie może walczyć, to zajmuje się konspirą. Ale co na robić patriota, kiedy nie ma zagrożenia z zewntątrz, mamy niepodległość i państwo, którym zarządzamy sami? Ha...?
   Myślę, że dzisiejszy dzień jest właściwą porą, by zadać sobie takie pytania. Taki zresztą był i cel lekcyjnej pogadanki - nie wywołałam jej po to, by narzucić uczniom swój punkt widzenia [choć owszem, przedstawiłam go, o co zresztą zostałam poproszona - "A czy sor jest patriotką?"]. Chciałam ich zmusić, by zaczęli się nad tym problemem zastanawiać. I udało się.

   A co to oznacza dla mnie? Przede wszystkim przywiązanie do języka i kultury narodowej. Trudno mi to wytłumaczyć komuś, kto tego nie doświadczył, ale samo brzmienie języka polskiego wywołuje we mnie ciepłe uczucia. Przypomina mi się taka ilustracja z mojego życia: wracałam z 2-tygodniowych kolonii wakacyjnych we Włoszech, miałam jakieś 13 lat. Jasne, tęskniłam za rodzicami - ale nawet nie wyobrażacie sobie, jakiego wzruszenia doświadczyłam po przekroczeniu na powrót polskiej granicy, kiedy w głupim McDonaldzie panienka PO POLSKU zwróciła się do mnie z pytaniem: "Co Ci podać?", a ja jej mogłam PO POLSKU odpowiedzieć, że: "Proszę fishburgera i ciastko z owocami". Nie żartuję, miałam ochotę ją uściskać... Zaznaczam - nie uważam jednocześnie, że inne języki są gorsze. Brzmienie niektórych mi się podoba (np. rosyjski, czeski czy hiszpański), a niektórych nie (np. niemiecki czy francuski), ale to nie ma znaczenia, język to język, środek komunikacji. Natomiast TYLKO brzmienie polskiego powoduje u mnie coś w rodzaju przypływu czułości. I to może tłumaczyć w pewnym stopniu zainteresowanie tekstami pisanymi w tym języku. Zwłaszcza "dobrymi tekstami".
   Na koniec napiszę, co odpowiedziałam uczniom na pytanie, co w takim razie ma robić dziś polski patriota. No jak to co? Rzecz jasna, starać się mówić poprawnie, dbać o niezaśmiecanie języka, znać polską historię - ale nie tylko. Powinien się uczyć, zdobywać wykształcenie, dobry zawód, by móc wykonywać potrzebną pracę. Powinien chodzić na wybory. Powinien przestrzegać prawa, a jeśli uzna, że prawo jest szkodliwe, to robić co może, by je zmieniono. Powinien wyrzucać papiery do kosza, a nie na chodnik. Powinien reagować, kiedy widzi, że komuś dzieje się krzywda. Powinien obserwować inne narody i uczyć się - od nich i na ich błędach.
   Idę teraz na spacer. Ciepłą jesień mamy tego roku, a "piękna nasza Polska cała, piękna, żyzna i wspaniała". :) Pa, robaczki :)
  

środa, 10 listopada 2010

Co u Havranka?

   W poście "Zdrowotna spychologia" opisywałam zmagania z naszą ukochaną państwową służbą zdrowia w kontekście zagrożenia gruźlicą. Poznaliście tam mojego przyjaciela i jednocześnie współlokatora: intelektualistę-suchotnika :) Jest to osoba z wszech miar nietuzinkowa i na pewno będę jeszcze wielokrotnie o nim wspominała. Na razie jednak spieszę z doniesieniami na temat jego stanu zdrowia, bo moi czytelnicy co jakiś czas wyrażają zaniepokojenie jego stanem. Dziś więc króciutki tekst pt:

"No co z tym Havrankiem?!"

   Otóż, panie i panowie, pacjent będzie żył :) Pierwsze 3 tygodnie spędził w szpitalu w izolatce, a wstęp do niego miały jedynie osoby, które przywdziały fartuchy i maski. Notabene, tak zwyczajne czynności jak prysznic, w jego przypadku zamieniały się w skomplikowaną pod względem logistycznym operację. Pacjenci i personel całego piętra byli zamykani w salach, a po Havranka przychodziła zabezpieczona fartuchem i maską pielęgniarka, która prowadziła go do łazienki. Tam nieszczęśnik dokonywał ablucji, po czym był odprowadzany do swojej izolatki. Kiedy już się w niej na powrót znalazł, następowała dezynfekcja korytarza i łazienki za pomocą specjalnej lampy niszczącej bakcyle gruźlicy. Dopiero wtedy siostra mogła wypuścić innych chorych oraz pielęgniarki, a życie oddziału wracało do normy...
   Po 3 tygodniach zapadła decyzja, że chory może kontynuować leczenie w warunkach domowych. Umożliwia to "ukształtowanie terenu", ponieważ rodzice Havranka mają domek jednopiętrowy, odizolowali więc nieszczęśnika - niczym księżniczkę na wieży - na górze, a sami przenieśli się na parter. Przebywa tam do dnia dzisiejszego, choć od niedawno dopiero zdjęto mu nakaz ścisłej izolacji i może już przyjmować gości [tzn. nie zaraża już gruźlicą]. Ma w planach opuścić domowy szpital w połowie grudnia, ale to zalezy od tego, jak szybko będzie nabierał sił.
   A osłabiony jest bardzo... Gruźlica wyżarła mu w płucu dziurę 3 na 4 cm, a do szpitala trafił z 15 kilogramami niedowagi. Leczony jest końską dawką antybiotyków [bierze 19 tabletek dziennie...] i tak będzie przez co najmniej pół roku. Ma w planach sprawienie sobie laski, by się tak nie męczyć przy chodzeniu. Z tym rekwizytem zresztą będzie niezły numer, bo Havranek nie byłby sobą, gdyby nie wynalazł czegoś pasującego do jego image'u "groźnego czarnego zakapiora" :) Ubiera się wyłącznie na czarno, a jesienią i zimą zwykł nosić czarny, skórzany płaszcz. Laska ma zatem być czymś w rodzaju cienkiej, wojskowej szpicruty... Nie jest wcale prosto coś takiego namierzyć, ale Havranek nie należy do osób, które łatwo sie poddają :)
   Tak czy inaczej, suchotnik wraca do zdrowia. I wypada mieć nadzieję, że choroba zmusi go, by zaczął regularnie jadać i się wysypiać. Nie samą pracą żyje człowiek, a co dopiero gruźlik...

sobota, 6 listopada 2010

Małpka nr 3 - Innastraniec

   Czas na kolejną Małpkę, tym razem dość nietypową.
   W Zoo dzieci normalne to anomalie przyrodnicze. Wypada zapytać, co rozumiem przez stwierdzenie "dzieci normalne". Już wyjaśniam - to takie, które mają szczęśliwe domy z kochającymi, spełniającymi swoje zadania rodzicami, nie mają kuratora na karku i nie czekają na wyrok w sprawie pobicia lub kradzieży, nie leczą się psychiatrycznie, nie posiadają przepitych vel przepalonych mózgów i nie siedziały 2-3 lata w poprzedniej klasie w innej szkole, zanim dyrekcja naszej się nad nimi ulitowała. Normalne dzieci w Zoo nie mają czego szukać, a jeśli już się pojawiają, to wypada mieć nadzieję, że "nauka" tutaj nie zrobi im krzywdy. Jak się można domyślić nikt, kto może pójść do zwyczajnej szkoły, do Zoo się nie wybierze. Mimo to czasem trafia się takie "normalne biedacwto", które musi się tu uczyć. I dziś przedstawię Wam jedno z nich.

   Misza* jest przemiłym, grzecznym i spokojnym chłopcem, w dodatku uzdolnionym plastycznie i marzącym o nauce w liceum o profilu artystycznym. Ma jednak jeden zasadniczy problem - jest obywatelem jednego z krajów byłego ZSRR, tam się wychował i skończył gimnazjum. Jego ojciec prowadzi w Polsce prywatną firmę i dopiero rok temu udało mu się tu ściągnąć żonę i dzieci. Misza rok przesiedział w domu, ale dłużej tak być nie mogło, wszak jest niepełnoletni i podlega obowiązkowi szkolnemu. Za słabo jednak mówi po polsku, by przyjęła go jakakolwiek zwyczajna szkoła (o wymarzonym liceum plastycznym nie wspominając). I tak oto trafił do Zoo... Jest w klasie zawodowej i w ramach praktyk montuje kabiny prysznicowe, zlewy i sedesy. A ja go uczę języka polskiego...
   Nie poinformowano mnie, jak się sprawy mają, ale zorientowałam się dość szybko, co "jest nie halo". Trzeba było widzieć jego minę, kiedy - zgodnie z programem nauczania - zaczęłam z nimi we wrześniu omawiać "Lament świętokrzyski", "Bogurodzicę", a potem "Treny" Kochanowskiego... Chłopiec jest na tyle cichutki, że nawet nie poskarżył się, że siedzi jak na chińskim kazaniu, tylko dzielnie przepisywał z tablicy tak, jak umiał najwierniej i wpatrywał się we mnie wielkimi ze zdziwienia oczami. Ja natomiast poleciałam do wiceszefowej, naświetliłam jej problem i jednocześnie przedstawiłam swój pomysł na jego rozwiązanie. Pomysł został przyklepany, omówiony z rodzicami chłopca i przez nich zaakceptowany.
   Tak się - szczęśliwie dla Miszy - składa, że skończyłam drugą specjalizację polonistyki: nauczanie języka polskiego jako obcego. Czym innym jest bowiem uczenie polskiego dziecka, a czym innym obcokrajowca. Wymaga to spojrzenia "z zewnątrz" na gramatykę i słownictwo i zapewniam, polonista bez odpowiedniego przygotowania nie jest w stanie tego zrobić bez szkody dla ucznia.
   Oficjalnie wszystko jest po staremu - Misza chodzi na lekcje z klasą, prowadzi zeszyt i pracuje, jak umie, nawet próbuje pisać sprawdziany. Raz w tygodniu natomiast zostaje ze mną po lekcjach i wtedy ma miejsce właściwa nauka. O spotkaniach tych wie dyrekcja, wychowawczyni i rzecz jasna rodzice chłopca. Konspiracja jest konieczna, bo inaczej koledzy nie daliby mu żyć - już i tak ma łatkę "innastrańca", a jeszcze jak by wyszło na jaw, że jest tu na specjalnych prawach...?
   Czego uczę Miszę? Zaczęliśmy od deklinacji - dopełniacz, potem biernik (dwa najczęściej używane polskie przypadki). Końcówki, zasady, zastosowanie w zdaniach... Potem słownictwo - na pierwszy ogień dotyczące człowieka, części ciała, potem cechy charakteru. Zdążyłam mu już zrobić dwie klasówki: z dopełniacza cztery plus, "podpisanie ludka" na pięć. I oby tak dalej. Nie mogę się doczekać, kiedy będziemy omawiać miejscownik - rzecz jasna przyniosę mu sztandarową piosenkę do nauki tego przypadka, czyli "W kinie, w Lublinie" Brathanków :)
   Wiecie co? Czekam na te cotygodniowe zajęcia tak niecierpliwie, że aż przebieram nogami. Przysięgam, jest to JEDYNY mój uczeń w tej szkole, któremu się "chce". I słusznie. Sama mu powiedziałam: "Misza, ty masz się tak przykładać do polskiego, żebym cię tu we wrześniu za rok nie widziała".
   I mam nadzieję, że tak będzie. Szkoda go do Zoo.

* - jak myślicie, co tradycyjnie zrobiłam z imieniem? :)

piątek, 5 listopada 2010

Smocze wywiadówki

   Tym razem będzie o wywiadówkach.
   Możecie mi wierzyć - zebrania z rodzicami są dla belfra dość stresujące. No dobrze, nie wykluczam, że po kilkunastu latach pracy pewnie wpadnę w rutynę i będę podchodziła do wywiadówki tak mechanicznie, jak do mycia zębów. Póki co jednak każdorazowo wracam do domu wypluta i przemielona. Nie inaczej było i wczoraj, choć z zupełnie innych powodów, niż to drzewniej bywało.
   A jak bywało? Doskonale pamiętam "moją pierwszą wywiadówkę". Mialam 24 lata, był to 3 dzień mojej pracy na stanowisku nauczyciela. Mówiąc dosadnie - świadomość, że mam stanąć przed 30-osobową grupą ludzi w wieku moich rodziców (lub niewiele młodszych), prawić o składkach na komitet, o prawach i obowiązkach ucznia i generalnie mądrzyć się, jak bym była alfą i omegą, sprawiała, że chciałam mieć na sobie zgrabne i modne pieluchomajtki... Nie było jednak tak tragicznie, a jak się okazało później, prowadzenie zebrań szło mi dość dobrze. Ogólnie mówiąc miałam dość trudną klasę (oczywiście, jak na realia normalnej szkoły...) i zdecydowanie lepiej dogadywałam się z rodzicami moich wychowanków, niż z nimi samymi. Poza tym szybko przekonałam się, że na wywiadówki i tak nigdy nie przychodzą mamusie i tatusiowie tych delikwentów, z którymi są największe problemy. Tych rodziców trzeba długo i mozolnie ścigać telefonami, zanim raczą przyjść. Ale może to i lepiej, bo bardzo często "trudne dziecko" oznacza też "trudnego rodzica", a więc takiego, który z góry wie wszystko najlepiej i zakłada, że szkoła chce zrobić ukochanemu dzieciątku krzywdę, a w ogóle to program jest przeładowany, a nauczyciel nie jest odpowiedzialny tylko za trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz... Z takim rodzicem lepiej rozmawiać na osobności :)
   Ale i od tej reguły bywają wyjątki, o czym przekonałam się wczoraj. Zawitała do mnie siostra i jednocześnie prawna opiekunka dziewczęcia - nawzijmy ją dla wygody Agnieszką (imię jak zwykle zmienione) - które uczę polskiego (nie jestem jej wychowawczynią). Chciała wyjaśnić kwestię zarobienia przez rzeczoną pannicę trzech jedynek na czysto. Przyszły obie, chętnie więc zgodziłam się na rozmowę - myślałam naiwnie, że faktycznie będzie dobra okazja, by Agnieszka, czując się bezpiecznie w towarzystwie swojej siostry, spokojnie ustaliła ze mną warunki poprawy tych ocen. Dziewczę niestety inteligencją nie grzeszy, na lekcjach pojawia się sporadycznie, a jeśli się łaskawie zjawi, to i tak rozmawia z koleżanką z ławki, całkowicie ignorując moje polecenia. W dodatku nie panuje nad sobą (co jak już wspomniałam - w Zoo jest na porządku dziennym) i odnosi się do mnie po chamsku. No ale myślę sobie - dogadamy się na spokojnie i będzie ok.
   Tjaaa... Już po kilku minutach stało się dla mnie jasne, po co tak naprawdę zawitała do mnie siostra Agnieszki - oraz niestety, gdzie moja uczennica nauczyła się w tak arogancki i pogardliwy sposób odnosić do ludzi. Zaczęło się od mojego ukochanego sugerowania, że to ze mną jest coś nie tak "bo jak to się dzieje, że Agnieszka na innych przedmiotach dostaje dobre oceny, tylko u pani jedynki? I jak to jest, że tylko z panią się nie może dogadać?" Odparłam spokojnie, że nie wiem, bo nie towarzyszę Agnieszce na innych przedmiotach i odpowiadam tylko za to, co się dzieje u mnie - a drugą część pytania można równie dobrze odwrócić i sformułować: jak to się dzieje, że z każdym innym uczniem w końcu się jakoś dogaduję, a z Agnieszką nie...? Dalej już było z górki - siostra zaczęła swoją tyradę, już nawet nie sugerując, a wprost zarzucając, że te oceny są niesprawiedliwe, bo się uwzięłam, że nie dałam dziecku szansy, zadawałam wredne pytania i tym podobne. Próbowałam się ze dwa razy jeszcze odezwać, ale mi przerwano, więc odpuściłam. Kiedy się zapowietrzyła, powiedziałam tylko, że nie będę rozmawiała na tym poziomie, bo nie ma to sensu, skoro ta pani i tak lepiej wie, jak było. Oświadczyłam też, że spotaknie możemy kontynuować, ale tylko w obecności pani wicedyrektor lub pedagoga szkolnego, po czym wskazałam mojej rozmówczyni drzwi. Na to usłyszałam, że jeśli w dzienniku pojawi się jeszcze jedna jedynka, to one "mnie załatwią", podadzą do sądu, blablablabla...
   Cóż, uroki bycia nauczycielem... Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja się jeszcze takimi wariatkami przejmuję i pozwalam, by niszczyło mi to spokój na długo. I tu wcale nie chodzi o strach przed "załatwieniem" - w kwestii oceniania naprawdę nie mam sobie nic do zarzucenia, dziewczę nic nie umiało i stąd te gały. Czemu więc mną telepie? Chyba za porządna do tej roboty jestem :)
   Nawiasem mówiąc - Agnieszka oczywiście na polski dziś nie przyszła. No i dobrze, czas działa na jej niekorzyść. Niech nie chodzi dalej, to będzie nieklasyfikowana...