Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

środa, 24 listopada 2010

Godzina wychowawcza

   Godzina wychowawcza - jak sama nazwa wskazuje - programowo ma służyć wychowywaniu wychowanków przez wychowawcę :) Jest to taka obowiązkowa godzina w tygodniu ujęta w planie lekcji, którą w założeniach należy poswięcić na kształtowanie prospołecznych postaw u dzieci i młodzieży. Każdy wychowawca na początku roku szkolnego ma obowiązek zgłosić dyrekcji tzw. plan pracy wychowawczej, zawierający rozpisany na godziny spis tematów, jakie się będzie na tych zajęciach przez oba semestry poruszało. W praktyce różnie z tym bywa, jak pewnie wszyscy pamiętamy z własnej kariery szkolnej - nierzadko godzina wychowawcza okazywała się po prostu czasem na to, by można było usprawiedliwić nieobecności, względnie by "druga mamusia" opierniczyła klasę z góry na dół za kiepskie oceny. Choć to i tak pół biedy. Prawdziwą karykaturę godzin wychowawczych to ja miałam przez 4 lata liceum. Nasza wychowawczyni to było wredne, zgorzkniałe kobiecisko, które wyraźnie nienawidziło tego, co robi - i nie przepuszczało żadnej okazji, by dać nam to odczuć. Pamiętam godzinę wychowawczą poświęconą prawom człowieka [widocznie dyrekcja kazała jej coś takiego przeprowadzić]. "Szczena" [przezwisko nadane jej z racji wystającej brody, czyniącej nauczycielkę podobną do Baby Jagi] odczytała beznamiętnym głosem stosowny dokument ONZ, a potem zaczęła go po swojemu komentować...:
   - "Każdy człowiek ma prawo do poszanowania jego godności osobistej..." - no co się tak patrzycie? Nie rozumiecie po polsku? Za trudny język dla was? Z jakiej wyście szkoły przyszli, ze specjalnej? "Nikt nie może być poniżany..." - co to za śmiech? Co, może ktoś was poniża? No, słucham?!

   No, ale Szczena Szczeną, a ja wracam do teraźniejszości. Sama jestem wychowawcą i raz w tygodniu staram się spożytkować tę godzinę w sposób sensowny. Notabene uważam, że samo założenie "godziny wychowawczej" jest poronione i nie służy absolutnie niczemu. Primo - nie da się nikogo uspołecznić przez 45 minut wciśnięte między matematykę a geografię, a secundo - wychowawca i tak musi reagować w zależności od tego, jak przedstawia się sytuacja, więc jakikolwiek sztuczny plan pt. "Uwaga, teraz was będę wychowywać", jest po prostu śmieszny. Tym niemniej takie zajęcia prowadzę jak umiem najlepiej dbając o to, by temat był dostosowany do potrzeb uczniów. Zwłaszcza w Zoo...
   Tjaa... Skoro problem ze skupieniem uwagi i zajęciem się pracą moi podopieczni mają na normalnych zajęciach, to na "luźnej lekcji" zaczyna się prawdziwy dramat. Nie mam tu narzędzi w postaci ocen, by zmusić ich do wykonywania zadań [sami z siebie niestety rzadko coś robią] czy jakiejkolwiek innej aktywności, kombinuję więc jak koń pod górę, by "im się chciało". Przypominam bowiem, że najgorzej się dzieje, kiedy Małpiątka w Zoo są bez zajęcia - bo wtedy z nudów zaczynają roznosić salę albo robić sobie krzywdę. Ale wymyśl tu człowieku taki temat lekcji, by one łaskawie się w niego zaangażowały...
   Przede wszystkim więc - godzinę wychowawczą przeprowadzam zawsze w czwartki, na ostatniej dla nich w tym dniu lekcji. Robię tak z pełną premedytacją, bo wiem, że zostaną na niej nieliczni, tzn. uczniowie grzeczniejsi albo ci, którzy naprawdę muszą [bo np. Dom Dziecka czy kurator drobiazgowo kontroluje, czy delikwent uczęszcza na wszystkie lekcje]. Zostaje ich więc garstka - średnio ok. 6-8 osób [na 23 zapisane do klasy], a reszta zwyczajnie zwiewa i ja tam za nimi wcale nie tęsknię. Nad taką gromadką łatwiej jest zapanować, ale też kameralne grono sprzyja szczerym rozmowom. Istnieje więc szansa, że zajęcia uda się przeprowadzić, choć i z tym różnie bywa.
   Wszystko zależy od tego, czy im się zechce pracować, czy też nie. Jeśli nie - to nie ma takiej siły i tak atrakcyjnego tematu, który by ich do tego skłonił. Zrobiłam raz lekcję o szkodliwości palenia papierosów [a tak z połowa dzieciaków w tej klasie to nalogowi palacze] - przyniosłam rysunki organizmu człowieka, obok był opis tego, co się dzieje "w środku" na skutek palenia. Rozdałam im kredki i kazałam pomalować te miejsca, na które szkodzi nikotyna. Bardzo im się to spodobało - nic to, że kredki wróciły do mnie w stanie agonalnym, ważne, że mieli radochę i zajęcie przez całe 45 minut. Ale co z tego? Gdy potem chciałam wykorzystać ten sam patent na lekcji o szkodliwości alkoholu, to odmówili współpracy: "Co to k***, przedszkole? Nic nie będziemy malować...". Skąd taka zmiana? Proste, trafiłam na zły dzień. Małpiątka są humorzaste i nieprzewidywalne. Tak samo było, kiedy chciałam wykorzystać formułę psychotestu. Na zajęciach poświęconych stylom uczenia się z zapałem zaznaczali sobie odpowiedzi na czytane pytania, by się dowiedzieć, czy są słuchowcami, wzrokowcami czy kinestetykami. Ale kiedy była lekcja o uzależnieniach, z góry stwierdzili, że mają to w d*** i nie będą rozwiązywać żadnego poj*** testu , bo im się nie chce...
   Jutro chcę zrobić lekcję o problemie HIV/AIDS [w końcu 1 grudnia za pasem]. Wymyśliłam dla nich quiz z wiedzy na temat tej choroby - 10 pytań, trzeba zaznaczyć poprawne odpowiedzi. Rozdam, porozwiązują, potem omówimy. Jako marchewkę kupiłam czekoladę, którą dostanie osoba z największą ilością poprawnych odpowiedzi [dla reszty będzie po cukierku, żeby nikt mi nie robił dymów]. Powinno zadziałać, choć cholera ich tam wie. Równie dobrze mogą orzec, że nie lubią czekolady, albo że mogę ją sobie wsadzić tam, gdzie słoneczko nie dochodzi :)
   Trzymajcie kciuki...
  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz