Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 5 listopada 2010

Smocze wywiadówki

   Tym razem będzie o wywiadówkach.
   Możecie mi wierzyć - zebrania z rodzicami są dla belfra dość stresujące. No dobrze, nie wykluczam, że po kilkunastu latach pracy pewnie wpadnę w rutynę i będę podchodziła do wywiadówki tak mechanicznie, jak do mycia zębów. Póki co jednak każdorazowo wracam do domu wypluta i przemielona. Nie inaczej było i wczoraj, choć z zupełnie innych powodów, niż to drzewniej bywało.
   A jak bywało? Doskonale pamiętam "moją pierwszą wywiadówkę". Mialam 24 lata, był to 3 dzień mojej pracy na stanowisku nauczyciela. Mówiąc dosadnie - świadomość, że mam stanąć przed 30-osobową grupą ludzi w wieku moich rodziców (lub niewiele młodszych), prawić o składkach na komitet, o prawach i obowiązkach ucznia i generalnie mądrzyć się, jak bym była alfą i omegą, sprawiała, że chciałam mieć na sobie zgrabne i modne pieluchomajtki... Nie było jednak tak tragicznie, a jak się okazało później, prowadzenie zebrań szło mi dość dobrze. Ogólnie mówiąc miałam dość trudną klasę (oczywiście, jak na realia normalnej szkoły...) i zdecydowanie lepiej dogadywałam się z rodzicami moich wychowanków, niż z nimi samymi. Poza tym szybko przekonałam się, że na wywiadówki i tak nigdy nie przychodzą mamusie i tatusiowie tych delikwentów, z którymi są największe problemy. Tych rodziców trzeba długo i mozolnie ścigać telefonami, zanim raczą przyjść. Ale może to i lepiej, bo bardzo często "trudne dziecko" oznacza też "trudnego rodzica", a więc takiego, który z góry wie wszystko najlepiej i zakłada, że szkoła chce zrobić ukochanemu dzieciątku krzywdę, a w ogóle to program jest przeładowany, a nauczyciel nie jest odpowiedzialny tylko za trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz... Z takim rodzicem lepiej rozmawiać na osobności :)
   Ale i od tej reguły bywają wyjątki, o czym przekonałam się wczoraj. Zawitała do mnie siostra i jednocześnie prawna opiekunka dziewczęcia - nawzijmy ją dla wygody Agnieszką (imię jak zwykle zmienione) - które uczę polskiego (nie jestem jej wychowawczynią). Chciała wyjaśnić kwestię zarobienia przez rzeczoną pannicę trzech jedynek na czysto. Przyszły obie, chętnie więc zgodziłam się na rozmowę - myślałam naiwnie, że faktycznie będzie dobra okazja, by Agnieszka, czując się bezpiecznie w towarzystwie swojej siostry, spokojnie ustaliła ze mną warunki poprawy tych ocen. Dziewczę niestety inteligencją nie grzeszy, na lekcjach pojawia się sporadycznie, a jeśli się łaskawie zjawi, to i tak rozmawia z koleżanką z ławki, całkowicie ignorując moje polecenia. W dodatku nie panuje nad sobą (co jak już wspomniałam - w Zoo jest na porządku dziennym) i odnosi się do mnie po chamsku. No ale myślę sobie - dogadamy się na spokojnie i będzie ok.
   Tjaaa... Już po kilku minutach stało się dla mnie jasne, po co tak naprawdę zawitała do mnie siostra Agnieszki - oraz niestety, gdzie moja uczennica nauczyła się w tak arogancki i pogardliwy sposób odnosić do ludzi. Zaczęło się od mojego ukochanego sugerowania, że to ze mną jest coś nie tak "bo jak to się dzieje, że Agnieszka na innych przedmiotach dostaje dobre oceny, tylko u pani jedynki? I jak to jest, że tylko z panią się nie może dogadać?" Odparłam spokojnie, że nie wiem, bo nie towarzyszę Agnieszce na innych przedmiotach i odpowiadam tylko za to, co się dzieje u mnie - a drugą część pytania można równie dobrze odwrócić i sformułować: jak to się dzieje, że z każdym innym uczniem w końcu się jakoś dogaduję, a z Agnieszką nie...? Dalej już było z górki - siostra zaczęła swoją tyradę, już nawet nie sugerując, a wprost zarzucając, że te oceny są niesprawiedliwe, bo się uwzięłam, że nie dałam dziecku szansy, zadawałam wredne pytania i tym podobne. Próbowałam się ze dwa razy jeszcze odezwać, ale mi przerwano, więc odpuściłam. Kiedy się zapowietrzyła, powiedziałam tylko, że nie będę rozmawiała na tym poziomie, bo nie ma to sensu, skoro ta pani i tak lepiej wie, jak było. Oświadczyłam też, że spotaknie możemy kontynuować, ale tylko w obecności pani wicedyrektor lub pedagoga szkolnego, po czym wskazałam mojej rozmówczyni drzwi. Na to usłyszałam, że jeśli w dzienniku pojawi się jeszcze jedna jedynka, to one "mnie załatwią", podadzą do sądu, blablablabla...
   Cóż, uroki bycia nauczycielem... Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja się jeszcze takimi wariatkami przejmuję i pozwalam, by niszczyło mi to spokój na długo. I tu wcale nie chodzi o strach przed "załatwieniem" - w kwestii oceniania naprawdę nie mam sobie nic do zarzucenia, dziewczę nic nie umiało i stąd te gały. Czemu więc mną telepie? Chyba za porządna do tej roboty jestem :)
   Nawiasem mówiąc - Agnieszka oczywiście na polski dziś nie przyszła. No i dobrze, czas działa na jej niekorzyść. Niech nie chodzi dalej, to będzie nieklasyfikowana...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz