Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 19 listopada 2010

Rozmyślania nad talerzem ruskich

   Bary mleczne to miejsca, gdzie wszystko zdarzyć się może - kto był, ten rozumie, kto nie był, niech żałuje :) Sieć tego typu lokali jako spadek po PRL-u istnieje chyba w każdym większym polskim miasteczku i mam nadzieję, że to się nie zmieni za mojej kadencji na tym łez padole. Gdzie jeszcze można zjeść porządny, sycący obiad, nie zostawiając przy tym w kasie kilkudziesięciu złotych? No gdzie - w McDonaldzie? Nie rozśmieszajcie mnie, bo mam zajady...
   Do mleczniaków zaczęłam chodzić zaraz na początku pierwszego roku studiów z konieczności - po prostu na obiady gdzie indziej nie było mnie stać (zanim nie dostałam stypednium naukowego), czasu na gotowanie samemu brakowało,a ileż można żywić się mrożonymi pierogami Made in Tesco... Oczywiście bar barowi nierówny, jedne są czyste i porządne, ale są i takie,  że człowiek po przestąpieniu progu owego przybytku od razu odwraca się na pięcie, bo mu jakoś dziwnie ochota na jedzenie przeszła. Generalnie jednak wizyty w mleczniakach polecam od czasu do czasu każdemu i to nie tylko dlatego, że zjecie tam tanio prawdziwy, polski obiad. Miejsca tego typu posiadają wyjątkowy walor - nazwijmy to - edukacyjny. Zapewniam, że klientela barów mlecznych to przekrój przez rozmaite warstwy społeczne. Jasne, że można tu spotkać zapijaczonego jegomościa, który ledwo trafia łyżką do otworu gębowego, ale w mojej "karierze bywalca mleczniaków" natykałam się często na profesora od literatury współczesnej, z którym miałam wykłady, a który wpadał tam regularnie na niedzielnego schaboszczaka. Zapewniam, zaglądając do barów mlecznych można się wiele o społeczeństwie polskim dowiedzieć...
   Znajomość z tego typu przybytkami wypadło mi odświeżyć odkąd zaczęłam pracować w Zoo. Powody są zasadniczo dwa (poza oczywistym - jako nauczyciela nie stać mnie na codzienne jedzenie w lepszej knajpie...): primo - brak czasu na gotowanie obiadów w domu, secundo - po drodze ze szkoły mam akurat naprawdę fajny bar mleczny. Zaglądam tam więc jakieś 2 razy w tygodniu, żeby moje trzewia mogły odetchnąć od nieśmiertelnych kanapek, które zwykle i tak zjadam dopiero po lekcjach. Nie inaczej stało się dzisiaj - i tym razem dane mi było właśnie połączenie przeżyć natury kulinarnej z doznaniami socjologiczno-poznawczymi. Przed państwem: scenka rodzajowa, miejsce akcji - bar mleczny w dużym, polskim mieście.
   Stoję sobie grzecznie w dość długiej kolejce rozmyślając, na co mam ochotę, gdy do przybytku wkraczają dwie dość młode Cyganki z tobołami i trójką dzieci, dwóch chłopców w wieku wczesnoszkolnym plus niemowlę przy piersi płci nieokreślonej. Na wstępie zaznaczam, jestem ostatnią osobą, którą można posądzić o uprzedzenia na tle rasowym (kto mnie zna, ten wie), ale niestety, pojawienie się rodziny cygańskiej w barze mlecznym w 9 przypadkach na 10 nie kończy się niczym przyjemnym (o ile nie owocuje wręcz zadymą). Nie inaczej było i dziś. Panie zaczęły od dość nachalnego żebrania, awanturując się i szarpiąc kolejkowiczów za rękawy, a dzieci wtórowały im płaczem (najmłodsze) oraz przymilaniem się na wszelkie możliwe sposoby (te starsze). Po uzbieraniu jakiegoś drobiazgu przystąpiły do zakupów, oczywiście poza kolejką, płacąc jednogroszówkami, wykłócając się i próbując oszukiwać Bogu ducha winną kasjerkę. Zapewniam, nawet aniołowi puściłyby nerwy. Ludzie wracają z pracy i chcą spokojnie zjeść obiad, a tu tego typu obrazek...
   Od jednej myśli nie mogłam się opędzić, siedząc nad talerzem i obserwując tę cygańską rodzinkę kątem oka. Patrzyłam mianowicie na dwóch starszych chłopców i zastanawiałam się, DLACZEGO ONI KURNA NIE SĄ W SZKOLE?!
   Nie zagłębiając się w tym momencie w moralną ocenę dorosłych, zdrowych osób, które zamiast pracować, spędzają cały dzień na żebraniu, to scyzoryk w kieszeni otwiera mi się ilekroć widzę, jak zatrudniają do tego również swoje dzieci. A to dlatego, że w ten sposób UCZĄ JE, że wyciąganie ręki i jęczenie "daj pani, daj" to jedyny sposób na życie. Takie dziecko nigdy nie pójdzie do normalnej pracy, bo skoro tatuś i mamusia nie splamili sobie nią rączek, to i ono przecież nie będzie.
   Mało tego. O co zakład, że takie Cyganiątko za kilka lat wyląduje w Zoo? Bo dla mnie to tak jasne jak fakt, że dziś na szczęście jest piątek, a to oznacza dwa dni spokoju psychicznego, z dala od moich kochanych Małpiątek...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz