To, że święta nie mają dla mnie wymiaru religijnego, nie oznacza przecież, że nie mogę Wam życzyć - zdrowych, rodzinnych, leniwych, obfitych w prezenty i pyszne żarcie w ilościach nie do przejedzenia. A ponieważ nie chcę, żeby na blog ateistki wkradł się tu wigilijny patos, to mam dla Was coś na wesoło :)
... czyli wszystko, co Dragonce, nauczycielce chwilowo w stanie spoczynku, przyjdzie do głowy na urlopie macierzyńskim.
Prawa autorskie
Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Społeczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Społeczne. Pokaż wszystkie posty
środa, 23 grudnia 2015
czwartek, 10 grudnia 2015
Coraz bliżej święta...
Natchnięta przez moją Bratową rzucę w Was garścią świątecznych memów. A kiedy je sobie obejrzycie, to możecie idealnie wprawić się w nastrój za pomocą nieśmiertelnego przeboju... Nie wiem jak Wy, ale ja pierwszy raz usłyszałam go w tym roku w radiu już 2 listopada :)
I wszyscy razem: "Last krismas aj gejw ju maj haaart..." :)
I wszyscy razem: "Last krismas aj gejw ju maj haaart..." :)
środa, 18 listopada 2015
Sztuka robienia makijażu
Dziś coś bardzo lekkiego. Mam dla Was filmik o grupce facetów usiłujących bez niczyjej pomocy zrobić sobie wieczorowy makijaż - można się spodziewać, z jakim skutkiem... Mnie cała akcja bawi szczególnie, gdyż jestem na 100% pewna, że w analogicznej sytuacji poradziłabym sobie niewiele lepiej, niż oni. Z zasady się nie maluję, bo nie lubię - a skoro tego nie robię, to i nie potrafię :) Pełny makijaż miałam dosłownie na twarzy kilka razy w życiu i za każdym razem musiałam wołać kogoś, by mi pomógł. Z okazji ślubu na przykład pacykowała mnie Seniorka. Sama potrafię co najwyżej nałożyć tusz na rzęsy i pomalować usta - ale na tym koniec. Serio serio. Ma to przynajmniej tę zaletę, że nikt nigdy nie jest zaskoczony moim wyglądem, niezależnie od pory dnia. Hipek nie dostaje zawału, kiedy ogląda mnie rano... :)
Jedna uwaga - ostrzegam, panowie podczas tego malowania trochę bluzgają...
Jedna uwaga - ostrzegam, panowie podczas tego malowania trochę bluzgają...
poniedziałek, 16 listopada 2015
Przemyślenia ateisty po zamachach w Paryżu
13 listopada grupa muzułmańskich fanatyków religijnych dokonała serii zamachów w centrum Paryża. W wyniku tego zginęło kilkaset przypadkowych osób [jeszcze nie wiadomo dokładnie, ile - wielu ludzi walczy wciąż o życie w szpitalach], których jedynym "przestępstwem" było znalezienie się w niewłaściwym miejscu i czasie. Europa jest w szoku i w żałobie, rządy państw zastanawiają się, co z tym wszystkim zrobić - a zwykli ludzie chodzą oddawać krew dla rannych, składają kwiaty przed ambasadami Francji oraz zmieniają zdjęcia profilowe na FB na takie z flagą czerwono-biało-niebieską w tle.
Długo zastanawiałam się, czy opublikować jakikolwiek post komentujący to wydarzenie. Mierzi mnie bicie piany na ludzkiej tragedii i dyskusje pod hasłem: "Kto jest temu winien?" [w sensie - uchodźcy? lewacy? polityka "multi-kulti"? Angela Merkel? etc...], od których obecnie huczy Internet. Nie znaczy to jednak, że nie myślę o tym, co się stało w Paryżu. Przecież to byli zwyczajni ludzie, mieszkający w - zdało by się - cywilizowanym świecie, niedotkniętym wojną, uczący się, pracujący, płacący podatki i mający w związku z tym prawo spodziewać się, że jutro też wstanie zwykły dzień. Otóż okazuje się, że dla nich już nie wstanie, bo jakiś sku*** postanowił chwycić za kałacha lub obwiązać się bombą. Ot tak po prostu.
Paryż nie jest na drugim końcu świata, a poza tym dla terrorystów odległości nie mają znaczenia. Kto mi zagwarantuje, że następnym razem któryś świr nie spojrzy na mapę i nie powie: "Hmm... Polska... A czemu by nie tutaj...?".
Idę pod koniec listopada z Havrankiem na koncert muzyki barokowej. Generalnie pewnie nie mam się czego obawiać - ale nie można mieć 100% pewności, bo kto przewidzi, co się uwidzi islamiście jednemu z drugim? W jednym momencie słucham muzyki - a w drugim są strzały i wybuchy... I tak Mysza w kilka chwil nie ma już mamy, a Hipek żony. A ja nigdy nie słyszę, jak moja córa mówi do mnie: "Kocham cię" ani nie widzę, jak ląduje na pupie po zrobionym pierwszym kroku.
I poryczałam się, pisząc te słowa.
Jedno jeszcze muszę napisać - w końcu to mój blog, który ma odzwierciedlać przede wszystkim moje przemyślenia i punkt widzenia. A od jednej myśli nie mogę się odgonić, odkąd usłyszałam o zamachach w Paryżu.
Wysilam swoją całą pamieć, przegrzebuję zakamarki mózgu, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć ani jednej nazwy organizacji czy ruchu ateistycznego, który w imię swojej ideologii - czyli, że nie istnieją żadni bogowie - mordował ludzi tylko dlatego, że nie podzielają ich poglądów. Piszę całkiem poważnie. Słyszeliście o jakimś oszalałym ateiście, który zabijałby przypadkowych chrześcijan, muzułmanów, buddystów czy kogokolwiek innego właśnie za to, że ośmielił się w coś wierzyć? Albo jeszcze lepiej - o jakimś niewierzącym fanatyku, który obwiązałby się materiałami wybuchowymi i wysadził w powietrze w miejscu pełnym ludzi? Który w imię hasła "Boga nie ma!" byłby gotów umrzeć i jednocześnie zabić kilkadziesiąt przypadkowych osób?
No bo ja jakoś nie potrafię przypomnieć sobie nikogo takiego. Za to ludzi, którzy wycierali sobie usta religią przy mordowaniu innych - całą masę. I to nie pojedynczych świrów - całe organizacje były do tego powoływane, całe narody, całe państwa szczyciły się tym, ilu to "niewiernych" posłały w piach, na stos, pod topór czy co tam jeszcze. Przez stulecia prym w tym wiedli chrześcijanie [różnych odłamów], a teraz mamy islamistów. Z punktu widzenia ofiar - to i tak wszystko jedno, prawda?
To co jest nie tak z tą religią, co? I czemu wobec tego to ateistów wiecznie oskarża się o brak moralności, nihilizm, szarganie wartości, znieczulicę, niewrażliwość, egoizm oraz wszelkie plagi świata? Aha - w naszym kraju jeszcze do tego zestawu dorzuca się zwyczajowo "brak patriotyzmu". Bo przecież jak Polak, to katolik...
Zaznaczam, że nie chciałam urazić żadnego z moich wierzących Czytelników [a wiem, że są tu tacy]. Ale tak, jak napisałam - to mój blog i w związku z tym moje przemyślenia. I powyższa refleksja serio nie daje mi spokoju.
Długo zastanawiałam się, czy opublikować jakikolwiek post komentujący to wydarzenie. Mierzi mnie bicie piany na ludzkiej tragedii i dyskusje pod hasłem: "Kto jest temu winien?" [w sensie - uchodźcy? lewacy? polityka "multi-kulti"? Angela Merkel? etc...], od których obecnie huczy Internet. Nie znaczy to jednak, że nie myślę o tym, co się stało w Paryżu. Przecież to byli zwyczajni ludzie, mieszkający w - zdało by się - cywilizowanym świecie, niedotkniętym wojną, uczący się, pracujący, płacący podatki i mający w związku z tym prawo spodziewać się, że jutro też wstanie zwykły dzień. Otóż okazuje się, że dla nich już nie wstanie, bo jakiś sku*** postanowił chwycić za kałacha lub obwiązać się bombą. Ot tak po prostu.
Paryż nie jest na drugim końcu świata, a poza tym dla terrorystów odległości nie mają znaczenia. Kto mi zagwarantuje, że następnym razem któryś świr nie spojrzy na mapę i nie powie: "Hmm... Polska... A czemu by nie tutaj...?".
Idę pod koniec listopada z Havrankiem na koncert muzyki barokowej. Generalnie pewnie nie mam się czego obawiać - ale nie można mieć 100% pewności, bo kto przewidzi, co się uwidzi islamiście jednemu z drugim? W jednym momencie słucham muzyki - a w drugim są strzały i wybuchy... I tak Mysza w kilka chwil nie ma już mamy, a Hipek żony. A ja nigdy nie słyszę, jak moja córa mówi do mnie: "Kocham cię" ani nie widzę, jak ląduje na pupie po zrobionym pierwszym kroku.
I poryczałam się, pisząc te słowa.
Jedno jeszcze muszę napisać - w końcu to mój blog, który ma odzwierciedlać przede wszystkim moje przemyślenia i punkt widzenia. A od jednej myśli nie mogę się odgonić, odkąd usłyszałam o zamachach w Paryżu.
Wysilam swoją całą pamieć, przegrzebuję zakamarki mózgu, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć ani jednej nazwy organizacji czy ruchu ateistycznego, który w imię swojej ideologii - czyli, że nie istnieją żadni bogowie - mordował ludzi tylko dlatego, że nie podzielają ich poglądów. Piszę całkiem poważnie. Słyszeliście o jakimś oszalałym ateiście, który zabijałby przypadkowych chrześcijan, muzułmanów, buddystów czy kogokolwiek innego właśnie za to, że ośmielił się w coś wierzyć? Albo jeszcze lepiej - o jakimś niewierzącym fanatyku, który obwiązałby się materiałami wybuchowymi i wysadził w powietrze w miejscu pełnym ludzi? Który w imię hasła "Boga nie ma!" byłby gotów umrzeć i jednocześnie zabić kilkadziesiąt przypadkowych osób?
No bo ja jakoś nie potrafię przypomnieć sobie nikogo takiego. Za to ludzi, którzy wycierali sobie usta religią przy mordowaniu innych - całą masę. I to nie pojedynczych świrów - całe organizacje były do tego powoływane, całe narody, całe państwa szczyciły się tym, ilu to "niewiernych" posłały w piach, na stos, pod topór czy co tam jeszcze. Przez stulecia prym w tym wiedli chrześcijanie [różnych odłamów], a teraz mamy islamistów. Z punktu widzenia ofiar - to i tak wszystko jedno, prawda?
To co jest nie tak z tą religią, co? I czemu wobec tego to ateistów wiecznie oskarża się o brak moralności, nihilizm, szarganie wartości, znieczulicę, niewrażliwość, egoizm oraz wszelkie plagi świata? Aha - w naszym kraju jeszcze do tego zestawu dorzuca się zwyczajowo "brak patriotyzmu". Bo przecież jak Polak, to katolik...
Zaznaczam, że nie chciałam urazić żadnego z moich wierzących Czytelników [a wiem, że są tu tacy]. Ale tak, jak napisałam - to mój blog i w związku z tym moje przemyślenia. I powyższa refleksja serio nie daje mi spokoju.
czwartek, 12 listopada 2015
Renesans disco-polo
Mówią, że z piosenkami disco polo jest tak, że niby nikt nie słucha, ale każdy zna. Hmm, jeśli tak, to czuję się usprawiedliwiona z racji przekleństwa w postaci ponadprzeciętnie rozwiniętej pamięci słuchowej. W kwestii Dragonki to od dziecka "ten typ tak ma", że błyskawicznie uczy się wszystkiego, czego może posłuchać - a zwłaszcza tekstów wszelkiego rodzaju piosenek, bo to jeszcze zwykle jest do rymu i do rytmu. Ale nie tylko. Z jakiego powodu bowiem po dziś dzień pamiętam godzinne nagrania z płyt winylowych, którymi za pacholęcia raczyli mnie rodzice? Te wszystkie "Pchły Szachrajki" czy "Lisy Witalisy", które teraz z lubością recytuję Myszy? Są w mojej głowie wdrukowane na stałe i sądzę, że do końca życia się ich nie pozbędę. Po prostu słyszę w dowolnym momencie głosy aktorów.
Ale mniejsza z tym, bo jak zwykle zaczyna mi się tu robić "Beniowski" [czyli poemat dygresyjny]. Dzisiejszy wpis będzie traktował o najbardziej powalających cytatach z tekstów disco polo. Myślę, że nie będzie odkryciem Ameryki, kiedy napiszę, że jako filolog polski mam do tego rodzaju "twórczości" jednoznacznie negatywny stosunek. Mówiąc wprost, słuchanie większości piosenek disco polo wywołuje u mnie ból niemalże fizyczny - chyba, że zdarzy się jakaś tak jajcarska, że aż zabawna, a wtedy udaje mi się ją potraktować z przymrużeniem oka. Ale to rzadkość.
Gatunek disco polo po długiej przerwie od boomu lat '90 wraca ostatnio do łask, przez co na tego typu piosenki można się niechcący natknąć w bardziej komercyjnych stacjach radiowych. A ponieważ przekleństwo pamięci słuchowej polega na tym, że nie można jej wyłączyć, to biednej Dragonce wystarczy dwu-trzykrotne obcowanie z danym szlagierem, by cytaty z niego wgryzły jej się w pamięć niczym korniki w drewno. A teksty co niektórzy autorzy słów mają takie, że nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać... :)
Jeśli znacie jakieś powalające - z różnych powodów - cytaty z piosenek disco-polo, to uniżenie proszę o pozostawienie ich w komentarzach. A tymczasem zobaczcie, co ja mam dla Was. Zacznę od perełki, na którą natknęłąm się jakiś czas temu w radiu - i która położyła mnie swoją kreatywnością na łopatki. To właśnie ten tekst był bezpośrednią inspiracją do tematu dzisiejszego posta :)
Ale mniejsza z tym, bo jak zwykle zaczyna mi się tu robić "Beniowski" [czyli poemat dygresyjny]. Dzisiejszy wpis będzie traktował o najbardziej powalających cytatach z tekstów disco polo. Myślę, że nie będzie odkryciem Ameryki, kiedy napiszę, że jako filolog polski mam do tego rodzaju "twórczości" jednoznacznie negatywny stosunek. Mówiąc wprost, słuchanie większości piosenek disco polo wywołuje u mnie ból niemalże fizyczny - chyba, że zdarzy się jakaś tak jajcarska, że aż zabawna, a wtedy udaje mi się ją potraktować z przymrużeniem oka. Ale to rzadkość.
Gatunek disco polo po długiej przerwie od boomu lat '90 wraca ostatnio do łask, przez co na tego typu piosenki można się niechcący natknąć w bardziej komercyjnych stacjach radiowych. A ponieważ przekleństwo pamięci słuchowej polega na tym, że nie można jej wyłączyć, to biednej Dragonce wystarczy dwu-trzykrotne obcowanie z danym szlagierem, by cytaty z niego wgryzły jej się w pamięć niczym korniki w drewno. A teksty co niektórzy autorzy słów mają takie, że nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać... :)
Jeśli znacie jakieś powalające - z różnych powodów - cytaty z piosenek disco-polo, to uniżenie proszę o pozostawienie ich w komentarzach. A tymczasem zobaczcie, co ja mam dla Was. Zacznę od perełki, na którą natknęłąm się jakiś czas temu w radiu - i która położyła mnie swoją kreatywnością na łopatki. To właśnie ten tekst był bezpośrednią inspiracją do tematu dzisiejszego posta :)
Ona czuje we mnie PINIĄDZ
Wystroiła się jak BIJONDZ
Patrzy na mnie drynka* pijąc
Bo wyczuła we mnie piniądz...
[Łobuzy - "Ona czuje we mnie piniądz"]
* - tak, on wyraźnie w ten sposób wymawia to słowo...
A teraz cytaty z najbardziej ohydnego tekstu disco-polo, jaki usłyszałam kiedykolwiek. Ta piosenka była niestety swojego czasu hitem w jednej z klas, w której uczyłam i uczniowie z lubością słuchali jej na przerwach - a niektórzy oczywiście również podczas zajęć i to mimo moich stanowczych interwencji.
Ty jesteś ruda, na pewno ruda,
Szalona ruda, dobrze to wiem.
Ty jesteś ruda, na pewno ruda,
Szalona ruda, czy na dole też? (...)
Bom digi digi digi bom digi buba,
Na Wojska Polskiego mieszka ruda!
Nie bądź, paskuda!
Nie bądź maruda!
Nie bądź maruda!
Rozłóż swoje uda!
Już polana ruda wóda,
Żołądkowa robi cuda!
Dziś na pewno mi się uda sprawdzić, czy na dole ruda.
[Dj Disco & Mc Polo - "Szalona ruda"]
Kolejny tekst miał szansę zaistnieć przed szerszą, niekoniecznie disco-polową publicznością, za sprawą emitowanego na Polsacie programu "Twoja twarz brzmi znajomo" - którego, przyznam się bez bicia, jestem fanką :) Otóż nieszczęsna Zofia Zborowska [tak, tak - córka "starego Zborowskiego" :)] wylosowała ów utwór do podrobienia. Jak sobie z tym poradziła, to możecie zobaczyć klikając w poniższy link. A tymczasem - pojedźmy z tekstem refrenu...
Zofia Zborowska - Cztery Osiemnastki
Cztery osiemnastki tylko w moim samochodzie,
To jest teraz trendy, to jest teraz w modzie.
Cztery osiemnastki tylko w mojej furze,
Lubią być na dole, kiedy ja na górze!
[Tomasz Niecik - "Cztery osiemnastki"].
Są takie teksty, po lekturze których nasuwa mi się tylko jeden komentarz - nie wiem, czego się autor naćpał, ale lepiej niech bierze połowę lub zmieni dilera...
Gdy cię pierwszy raz ujrzałem
Wielkim, tirem zajechałaś.
Ja się w tobie zakochałem,
Lecz ty na mnie, lecz ty na mnie
Nie spojrzałaś.
Plastikowa biedronko,
Ty moja kochana,
Zostań moją żonką,
Błagam cię, proszę cię,
Na kolanach.
Do biedronki przyszedł żuk,
W okieneczko stuku-pik.
A biedronka cicho chrząka:
Spadaj żuczku, spadaj żuczku,
Ja mam bąka.
[Veegas - "Plastikowa biedronka"].
Na koniec nie mogłabym nie przywołać klasyki disco-polo z lat '90 - sztandarowego utworu powalającego "głębokością" swojego tekstu. Z tym może się równać chyba tylko "Mydełko Fa" [które, nawiasem mówiąc, jest parodią gatunku, wziętą przez fanów zupełnie na serio...].
Gdy cię tylko zobaczyłem, głowę nagle straciłem.
Zgrabne nogi, mini w kratkę, fajną mam sąsiadkę.
Wreszcie raz się odważyłem i do chatki zaprosiłem.
Patrzę na nią, same wdzięki, potem hola do łazienki.
{I WSZYSCY RAZEM :) - przecież znacie refren...}
Bara-bara-bara, riki-tiki-tak,
Jeśli masz ochotę, daj mi jakiś znak!
[Milano - "Bara-bara"]
Kolejny tekst miał szansę zaistnieć przed szerszą, niekoniecznie disco-polową publicznością, za sprawą emitowanego na Polsacie programu "Twoja twarz brzmi znajomo" - którego, przyznam się bez bicia, jestem fanką :) Otóż nieszczęsna Zofia Zborowska [tak, tak - córka "starego Zborowskiego" :)] wylosowała ów utwór do podrobienia. Jak sobie z tym poradziła, to możecie zobaczyć klikając w poniższy link. A tymczasem - pojedźmy z tekstem refrenu...
Zofia Zborowska - Cztery Osiemnastki
Cztery osiemnastki tylko w moim samochodzie,
To jest teraz trendy, to jest teraz w modzie.
Cztery osiemnastki tylko w mojej furze,
Lubią być na dole, kiedy ja na górze!
[Tomasz Niecik - "Cztery osiemnastki"].
Są takie teksty, po lekturze których nasuwa mi się tylko jeden komentarz - nie wiem, czego się autor naćpał, ale lepiej niech bierze połowę lub zmieni dilera...
Gdy cię pierwszy raz ujrzałem
Wielkim, tirem zajechałaś.
Ja się w tobie zakochałem,
Lecz ty na mnie, lecz ty na mnie
Nie spojrzałaś.
Plastikowa biedronko,
Ty moja kochana,
Zostań moją żonką,
Błagam cię, proszę cię,
Na kolanach.
Do biedronki przyszedł żuk,
W okieneczko stuku-pik.
A biedronka cicho chrząka:
Spadaj żuczku, spadaj żuczku,
Ja mam bąka.
[Veegas - "Plastikowa biedronka"].
Na koniec nie mogłabym nie przywołać klasyki disco-polo z lat '90 - sztandarowego utworu powalającego "głębokością" swojego tekstu. Z tym może się równać chyba tylko "Mydełko Fa" [które, nawiasem mówiąc, jest parodią gatunku, wziętą przez fanów zupełnie na serio...].
Gdy cię tylko zobaczyłem, głowę nagle straciłem.
Zgrabne nogi, mini w kratkę, fajną mam sąsiadkę.
Wreszcie raz się odważyłem i do chatki zaprosiłem.
Patrzę na nią, same wdzięki, potem hola do łazienki.
{I WSZYSCY RAZEM :) - przecież znacie refren...}
Bara-bara-bara, riki-tiki-tak,
Jeśli masz ochotę, daj mi jakiś znak!
[Milano - "Bara-bara"]
wtorek, 22 września 2015
Matka na cenzurowanym
Post rozpocznę od obrazka, na który natrafiłam w sieci:
O podobnej kwestii - czyli zainteresowania całego świata i okolic faktem, że jesteś świeżoupieczoną mamą - traktował już ten wcześniejszy post. Wtedy było o doradzaniu, dziś raczej o komentowaniu i wszędobylskich pytaniach, czasami również tych badzo intymnych. Tak, jak by sam fakt zostania matką obligował nagle całe społeczeństwo do sprawowania kontroli i obserwowania, jak też sobie dalesz radę.
Wiem - również z rozmów z innymi matkami - że takie podejście może niesamowicie wkurzać. Kobieta ma poczucie, że to całe zainteresowanie i pytania na każdym kroku są próbą nadzorowania jej i braku wiary w to, że faktycznie jest w stanie poradzić sobie jako matka. Wtedy rzeczywiście na usta aż cisną się takie odpowiedzi, jak z powyższej ściągi :) Choć zależy to pewnie od kilku kwestii - od tego, w jakiej kondycji psychicznej jest akuat młoda mama [a z tym bywa baaardzo różnie...], kto komentuje i w jakiej fomie, wreszcie - który raz tego samego dnia słyszy pytanie o odpowiednią grubość kaftanika czy dogodne pozycje do karmienia. Bo jeśli rzeczywiście jest tak, że gdzie się nie ruszy, to jest dosłownie bombardowana gradem różnego rodzaju "pytań sprawdzających", to nawet święta straci ciepliwość i w końcu odryknie coś niecenzuralnego.
Jak ja do tego podchodzę? Mam wrażenie, że raczej spokojnie, choć o to pewnie należałoby zapytać ludzi z mojego otoczenia :) Myślę, że jest to kwestia podejścia do tych wszystkich rad i komentujących osób. Ogólnie zakładam, że jeśli ktoś pyta o Myszę czy o mój - jako matki - stan fizyczny czy psychiczny, to robi to bez ukrytych podtekstów, tylko ze zwykłej, ludzkiej życzliwości. Nie doszukuję się intencji w stylu: "to ja ci teraz pokażę, że nic nie wiesz i Twoim kosztem podbuduję swoje ego" [nota bene, takie intencje zdaje się przypisywała doradzaczom Królowa Matka w komentowanym przeze mnie w połowie sierpinia poście]. Może zresztą wynika to z faktu, że faktycznie jestem nowicjuszką i często autentycznie te "złote rady" mi się przydają? No ale też umówmy się - Mysza kończy niedługo 2 miesiące [już!] i ja zdecydowanie nie jestem już aż tak bezradna, jak w momencie jej narodzin. Temat noworodka został ogarnięty, dziecka nie uszkodziłam, nie zagłodziłam i mówiąc wprost coraz lepiej się z nim dogaduję. Ale mimo to nie traktuję komentarzy i pytań ludzi dookoła jako zamach na moją wolność i podważanie kompetencji świeżozdobytych umiejętności.
Oczywiście - na pewno zależy to tego, kto się wypowiada, ale to chyba normalne. Wiadomo, że raczej spokojnie zareaguję na nawet najbardziej intymne czy drobiazgowe pytania Seniorki, ponieważ jest moją mamą, z którą w dodatku jestem bardzo emocjonalnie związana. Tymczasem te same pytania w wykonaniu dalszych członków mojej rodziny czy nie daj Boh osoby postronnej mogłyby mnie zirytować :) Ale generalnie jakoś do tej pory nie przerabiałam sytuacji, by jakaś nieuprawniona według mnie osoba nadepnęła mi na odcisk nadmiernym zainteresowaniem tematem mojego macierzyństwa. Może to oznaczać, że albo wszyscy wokół mnie są wyjątkowo taktowni, albo że nie są - ale to po mnie spływa i po prostu tego nie rozpamiętuję.
Myślę, że to ostatnie jest kluczem, czyli podejście kobiety. Wychodzę z założenia, że ludzie mogą sobie komentować czy doradzać, a ja słucham [albo i nie... :)], a do rad się stosuję, jak mi się spodobają. Nie widzę w tym nic dziwnego, że pojawienie się dziecka w najbliższym otoczeniu wywołuje zainteresowanie, ale także budzi w ludziach własne wspomnienia, o któych nagle potrzebują opowiedzieć. I jestem przekonana, że poza jakimiś wyjątkowo wrednymi przypadkami, to "doradzacze" naprawdę mają życzliwe zamiary i wcale nie chcą młodej matki zdołować, tylko jej ułatwić, podzielić się swoimi doświadczeniami. A że ktoś nie umie tego w dyplomatyczny sposób wyrazić...? No cóż, ja za to bym nie zagryzła :) Korona mi z głowy nie spadnie od tego, że ktoś sobie pogada, bo ostatecznie to i tak ja zostanę z Myszą i zrobię po swojemu.
Ergo - a komentujcie sobie, skoro lubicie... Raczej Was za to nie ubiję, choć tego oczywiście nigdy nie można w przypadku Smoka być pewnym :)
czwartek, 17 września 2015
Szczepienia
Dziś wywlekam temat w pewnych kręgach kontrowersyjny, a dla mnie jak najbardziej na czasie - szczepienia ochronne dla dzieci.
Na wstępie westchnąć mogę jedynie, że zazdroszczę w tej materii i moim rodzicom, i dziadkom, bo problemu nie mieli. Wiadomo było wszem i wobec - są obowiązkowe szczepienia w określonym wieku, koniec i kropka, idzie się z dzieckiem do przychodni i już. Albo całą sprawę załatwia szkoła w trakcie zajęć lekcyjnych. Sama pamiętam to nerwowe czekanie w kolejce do pielęgniarki - chyba w drugiej klasie podstawówki - w przypadku gruźlicy, bo najpierw próba tuberkulinowa, która miała zawyrokować, czy cię trzeba szczepić, czy nie. A tej szczepionki bał się każdy, ponieważ bolała i ślad po niej babrał się tygodniami. A potem i tak ostatecznym argumentem podczas każdej kontaktowej zabawy - czy to w berka, czy w piłkę - był pełen wyrzutu zwrot: "Eeej, tylko nie bijemy w szczepionkę!". Tjaa... Nota bene wtedy jeszcze nie wiedziałam [no bo skąd?], że jeśli chodzi o gruźlicę, to jestem mutantem z naturalną odpornością [o tym, skąd to wiem, traktuje jeden z najstarszych postów na tym blogu]. I zawsze pielęgniarki się dziwiły, że próba tuberkulinowa wychodzi u mnie tak, jak by jej w ogóle nie robiły - tzn. śladu zero i mój organizm twierdzi, że nigdy na oczy nie widział ani szczepionki, ani prątka gruźlicy. Ale mniejsza z tym.
Teraz owszem, w dalszym ciągu przewiduje się cykl obowiązkowych szczepień ochronnych, a do tego jest cała masa dodatkowych szczepionek na rozmaite choroby, które można sobie wykupić i zaaplikować, jeśli ktoś ma taką wolę. Żeby było jeszcze zabawniej, to i te obowiązkowe też są w trzech wersjach - tzn. jedna jest refundowana, a dwie pozostałe ekstra płatne. A rodzic ma sam zdecydować, którą każe podać dziecku. Nie ważne, że nie jest lekarzem i nie zna się na medycynie, nie ważne, jakie ma wykształcenie i czy chociażby potrafi czytać ze zrozumieniem dostępne w tym temacie materiały. Ma zdecydować i tyle, a weźmy pod uwagę, że nie chodzi tu o decyzję w sprawie błahej, tylko dotyczącej zdrowia dziecka.
Co tu dużo mówić, burdel w temacie szczepień jest ogromny. Uważam się za osobę inteligentną [co kiedyś zostało nawet zmierzone testem Wechslera, a co :)] - a i tak po przestudiowaniu tematu jestem w tej materii głupsza, niż byłam. Zgodnie z zasadą złotego środka [ponieważ uważam, że od czasów Arystotelesa nie wymyślono niczego lepszego :)] odrzucam poglądy skrajne, od których buzuje Internet.
Z jednej strony są portale - nie będę podawać linków, by nie robić im reklamy - które odsądzają szczepionki od czci i wiary, oskarżając je o powodowanie śmierci łóżeczkowej, cieżkiego kalectwa, autyzmu lub w najlepszym przypadku "tylko" o obniżenie naturalnej odporności dziecka. Straszy się tu rodziców wszelkimi plagami egipskimi w tym temacie oraz instruuje, jak walczyć o prawo do nieszczepienia dziecka w sądzie.
Z drugiej strony - są witryny sponsorowane przez firmy farmaceutyczne, którym rzecz jasna zależy, by sprzedać jak największą ilość każdej wyprodukowanej szczepionki. Tam z kolei straszy się rodziców konsekwencjami nieszczepienia. Czytając to odnosi się wrażenie, że codzienne wyjście z dzieckiem na spacer jest śmiertelnie groźne, bo wystarczy ułamek sekundy, aby zostało ono wprost zbombardowane przez wszelkiego rodzaju rotawirusy, pneumo- i meningokoki, setki odmian wirusów grypy, nie wspominając o "poczciwej" odrze, śwince czy różyczce. Ergo jeśli rodzic nie chce skazać swojego dziecka na niechybną śmierć - albo chociaż na ciężką chorobę z powikłaniami - przy pierwszej wizycie w pobliskim parku, powinien od pierwszych miesięcy życia aplikować mu wszelkie dostępne na rynku szczepienia. Oczywiście - płacąc za nie z własnej kieszeni...
Co ja na to wszystko? Generalnie popieram samą ideę szczepień. Jak by nie patrzeć, przed ich wynalezieniem śmiertelność dzieci była ogromna, a cmentarze są pełne malutkich grobów z początków XX wieku - ofiar gruźlicy czy odry. Wiele groźnych chorób udało się w ten sposób wyeliminować i żaden rodzic nie musi drżeć ze strachu przed polio czy czarną ospą, a dzieciaki mogą spokojnie babrać się w ziemi bez obawy o tężec. Całe pokolenia, łącznie z moim, były szczepione i jakoś masowo nie dostaliśmy autyzmu, nie zostaliśmy wszyscy kalekami. Zresztą, w tych kwestiach nie ma wiarygodnych dowodów w postaci badań na to, że szczepionki rzeczywiście zwiększają ryzyko tych chorób. Powikłania na pewno się zdarzają, ale tak jest w przypadku KAŻDEJ ingerencji medycznej w organizm człowieka. Jeśli ktoś ma pecha i odpowiednie uczulenie, to przyjęcie głupiej dawki paracetamolu też może go zabić, ale to jeszcze nie powód, by na wszelki wypadek nikt inny nie miał go stosować.
Z drugiej strony też nie należy panikować i szczepić na wszystko, jak popadnie. Np. nie widzę sensu uodporniania się na grypę, a to z tego względu, że i tak co roku pojawiają się nowe mutacje jej wirusa, więc jest bardzo prawdopodobne, że i tak nie wstrzelimy się w tą, co akurat zaatakowała. Tu ewentualnie można rozważyć, jeśli mamy do czynienia z kimś, kto ma wyjątkowo niską odporność i rzeczywiście jego organizm może sobie z grypą nie dać rady - ale przeciętny człowiek i tak ją zwalczy, jeśli o siebie zadba i zapakuje się na 3 dni do łóżka. No właśnie - wszystko zależy od konkretnego przypadku. Dajmy na to nie zamierzam szczepić Myszy przeciw rotawirusom [a to musiałabym zrobić już niedługo, bo deadline to 12 tydzień życia dziecka] - po co, skoro nie wyślę jej do żłobka i będzie przez 2 lata siedziała praktycznie w domu? Według wszelkiego prawdopodobieństwa nie będzie miała gdzie tego złapać.
Jestem za tym, by jak najbardziej uodparniać na "tradycyjne" choroby, przeciw którym szczepi się od pokoleń. Skoro działa, to po co to zmieniać? Natomiast jeśli chodzi o szczepienia dodatkowe, to sprawa jest indywidualna. Zobaczymy, jaką Mysza będzie miała odporność, jak często będzie się przeziębiać, jaki tryb życia prowadzić. Jeśli uznam, że jest w grupie podwyższonego ryzyka złapania jakiegoś paskudztwa, to ją przeciw niemu zaszczepię. Np. niewykluczone, że kiedy będzie starsza, to będę ją chciała uodpornić na żółtaczkę [to można złapać praktycznie wszędzie, gdzie są skupiska ludzkie] czy kleszczowe zapalenie mózgu [żebym nie drżała po każdej wycieczce do lasu]. Ale to się zobaczy.
A podsumowując to uważam, że w tej kwestii nie powinno być jednak tak, że ostatnie zdanie należy do rodziców. Kiedy idziesz do lekarza, to on nie pyta cię, jaki lek zapisać - ufasz, że to on jest od tego by wiedzieć, która piguła jest na co. Możesz odmówić leczenia na własne ryzyko, ale generalnie jeśli szukasz pomocy medycznej, to postępujesz zgodnie z zalecenami. I tak też w kwestii szczepionek. Jestem magistrem polonistyki, a nie medycyny, nie będę więc w tej kwestii polemizowała z lekarzami. Komuś trzeba wierzyć.
Na wstępie westchnąć mogę jedynie, że zazdroszczę w tej materii i moim rodzicom, i dziadkom, bo problemu nie mieli. Wiadomo było wszem i wobec - są obowiązkowe szczepienia w określonym wieku, koniec i kropka, idzie się z dzieckiem do przychodni i już. Albo całą sprawę załatwia szkoła w trakcie zajęć lekcyjnych. Sama pamiętam to nerwowe czekanie w kolejce do pielęgniarki - chyba w drugiej klasie podstawówki - w przypadku gruźlicy, bo najpierw próba tuberkulinowa, która miała zawyrokować, czy cię trzeba szczepić, czy nie. A tej szczepionki bał się każdy, ponieważ bolała i ślad po niej babrał się tygodniami. A potem i tak ostatecznym argumentem podczas każdej kontaktowej zabawy - czy to w berka, czy w piłkę - był pełen wyrzutu zwrot: "Eeej, tylko nie bijemy w szczepionkę!". Tjaa... Nota bene wtedy jeszcze nie wiedziałam [no bo skąd?], że jeśli chodzi o gruźlicę, to jestem mutantem z naturalną odpornością [o tym, skąd to wiem, traktuje jeden z najstarszych postów na tym blogu]. I zawsze pielęgniarki się dziwiły, że próba tuberkulinowa wychodzi u mnie tak, jak by jej w ogóle nie robiły - tzn. śladu zero i mój organizm twierdzi, że nigdy na oczy nie widział ani szczepionki, ani prątka gruźlicy. Ale mniejsza z tym.
Teraz owszem, w dalszym ciągu przewiduje się cykl obowiązkowych szczepień ochronnych, a do tego jest cała masa dodatkowych szczepionek na rozmaite choroby, które można sobie wykupić i zaaplikować, jeśli ktoś ma taką wolę. Żeby było jeszcze zabawniej, to i te obowiązkowe też są w trzech wersjach - tzn. jedna jest refundowana, a dwie pozostałe ekstra płatne. A rodzic ma sam zdecydować, którą każe podać dziecku. Nie ważne, że nie jest lekarzem i nie zna się na medycynie, nie ważne, jakie ma wykształcenie i czy chociażby potrafi czytać ze zrozumieniem dostępne w tym temacie materiały. Ma zdecydować i tyle, a weźmy pod uwagę, że nie chodzi tu o decyzję w sprawie błahej, tylko dotyczącej zdrowia dziecka.
Co tu dużo mówić, burdel w temacie szczepień jest ogromny. Uważam się za osobę inteligentną [co kiedyś zostało nawet zmierzone testem Wechslera, a co :)] - a i tak po przestudiowaniu tematu jestem w tej materii głupsza, niż byłam. Zgodnie z zasadą złotego środka [ponieważ uważam, że od czasów Arystotelesa nie wymyślono niczego lepszego :)] odrzucam poglądy skrajne, od których buzuje Internet.
Z jednej strony są portale - nie będę podawać linków, by nie robić im reklamy - które odsądzają szczepionki od czci i wiary, oskarżając je o powodowanie śmierci łóżeczkowej, cieżkiego kalectwa, autyzmu lub w najlepszym przypadku "tylko" o obniżenie naturalnej odporności dziecka. Straszy się tu rodziców wszelkimi plagami egipskimi w tym temacie oraz instruuje, jak walczyć o prawo do nieszczepienia dziecka w sądzie.
Z drugiej strony - są witryny sponsorowane przez firmy farmaceutyczne, którym rzecz jasna zależy, by sprzedać jak największą ilość każdej wyprodukowanej szczepionki. Tam z kolei straszy się rodziców konsekwencjami nieszczepienia. Czytając to odnosi się wrażenie, że codzienne wyjście z dzieckiem na spacer jest śmiertelnie groźne, bo wystarczy ułamek sekundy, aby zostało ono wprost zbombardowane przez wszelkiego rodzaju rotawirusy, pneumo- i meningokoki, setki odmian wirusów grypy, nie wspominając o "poczciwej" odrze, śwince czy różyczce. Ergo jeśli rodzic nie chce skazać swojego dziecka na niechybną śmierć - albo chociaż na ciężką chorobę z powikłaniami - przy pierwszej wizycie w pobliskim parku, powinien od pierwszych miesięcy życia aplikować mu wszelkie dostępne na rynku szczepienia. Oczywiście - płacąc za nie z własnej kieszeni...
Co ja na to wszystko? Generalnie popieram samą ideę szczepień. Jak by nie patrzeć, przed ich wynalezieniem śmiertelność dzieci była ogromna, a cmentarze są pełne malutkich grobów z początków XX wieku - ofiar gruźlicy czy odry. Wiele groźnych chorób udało się w ten sposób wyeliminować i żaden rodzic nie musi drżeć ze strachu przed polio czy czarną ospą, a dzieciaki mogą spokojnie babrać się w ziemi bez obawy o tężec. Całe pokolenia, łącznie z moim, były szczepione i jakoś masowo nie dostaliśmy autyzmu, nie zostaliśmy wszyscy kalekami. Zresztą, w tych kwestiach nie ma wiarygodnych dowodów w postaci badań na to, że szczepionki rzeczywiście zwiększają ryzyko tych chorób. Powikłania na pewno się zdarzają, ale tak jest w przypadku KAŻDEJ ingerencji medycznej w organizm człowieka. Jeśli ktoś ma pecha i odpowiednie uczulenie, to przyjęcie głupiej dawki paracetamolu też może go zabić, ale to jeszcze nie powód, by na wszelki wypadek nikt inny nie miał go stosować.
Z drugiej strony też nie należy panikować i szczepić na wszystko, jak popadnie. Np. nie widzę sensu uodporniania się na grypę, a to z tego względu, że i tak co roku pojawiają się nowe mutacje jej wirusa, więc jest bardzo prawdopodobne, że i tak nie wstrzelimy się w tą, co akurat zaatakowała. Tu ewentualnie można rozważyć, jeśli mamy do czynienia z kimś, kto ma wyjątkowo niską odporność i rzeczywiście jego organizm może sobie z grypą nie dać rady - ale przeciętny człowiek i tak ją zwalczy, jeśli o siebie zadba i zapakuje się na 3 dni do łóżka. No właśnie - wszystko zależy od konkretnego przypadku. Dajmy na to nie zamierzam szczepić Myszy przeciw rotawirusom [a to musiałabym zrobić już niedługo, bo deadline to 12 tydzień życia dziecka] - po co, skoro nie wyślę jej do żłobka i będzie przez 2 lata siedziała praktycznie w domu? Według wszelkiego prawdopodobieństwa nie będzie miała gdzie tego złapać.
Jestem za tym, by jak najbardziej uodparniać na "tradycyjne" choroby, przeciw którym szczepi się od pokoleń. Skoro działa, to po co to zmieniać? Natomiast jeśli chodzi o szczepienia dodatkowe, to sprawa jest indywidualna. Zobaczymy, jaką Mysza będzie miała odporność, jak często będzie się przeziębiać, jaki tryb życia prowadzić. Jeśli uznam, że jest w grupie podwyższonego ryzyka złapania jakiegoś paskudztwa, to ją przeciw niemu zaszczepię. Np. niewykluczone, że kiedy będzie starsza, to będę ją chciała uodpornić na żółtaczkę [to można złapać praktycznie wszędzie, gdzie są skupiska ludzkie] czy kleszczowe zapalenie mózgu [żebym nie drżała po każdej wycieczce do lasu]. Ale to się zobaczy.
A podsumowując to uważam, że w tej kwestii nie powinno być jednak tak, że ostatnie zdanie należy do rodziców. Kiedy idziesz do lekarza, to on nie pyta cię, jaki lek zapisać - ufasz, że to on jest od tego by wiedzieć, która piguła jest na co. Możesz odmówić leczenia na własne ryzyko, ale generalnie jeśli szukasz pomocy medycznej, to postępujesz zgodnie z zalecenami. I tak też w kwestii szczepionek. Jestem magistrem polonistyki, a nie medycyny, nie będę więc w tej kwestii polemizowała z lekarzami. Komuś trzeba wierzyć.
piątek, 21 sierpnia 2015
O "instynkcie macierzyńskim"
Do napisania dzisiejszego posta zainspirował mnie wpis Królowej Matki [tej od Bandy Czworga]. Zaglądam na jej bloga dość regularnie, bo ma styl pisania, który dobrze mi się czyta: kpiąco-ironiczno-dowcipny, a przy tym jej przemyślenia są inteligentne, oryginalne i na ogół ciekawe [inna sprawa, że jako matka czterech chłopaków to Królowa ma o czym pisać, oj ma... :)]. Rzecz jasna zdarza mi się kompletnie z nią nie zgadzać - raz nawet się lekko ścięłyśmy w komentarzach pod jednym z postów - ale przecież nie o to chodzi, by czytać tylko przemyślenia ludzi o poglądach identycznych, jak moje. No i właśnie całkiem niedawno Królowa Matka opublikowała wpis o sporo mówiącym tytule Anty-doradczo. Zachęcam oczywiście do przeczytania, natomiast w telegraficznym skrócie naświetlę, jaki jest jego główny temat, ponieważ moja polemika ze stanowiskiem autorki jest punktem wyjścia dzisiejszego wpisu.
Otóż upraszczając Królowa Matka jest zdania, że w kwestii opieki nad dzieckiem oraz jego wychowania kobieta najlepiej zrobi, jeśli zda się na swój własny instynkt. Przywołuje tutaj radę położnej z Oddziału Neonatologicznego, która w ten sposób odparła świeżoupieczonym matkom na pytania o pielęgnację noworodka: "Niech panie robią, co czują. Matka nigdy nie zrobi swojemu dziecku krzywdy. Jeśli nie chce, oczywiście." Dalej autorka dowodzi na przykładzie swojej własnej rodziny, że wszelkie doradzanie w tej materii jest o kant d*** rozbić, bo i tak każde dziecko jest inne, więc fakt, że coś zadziałało - albo i nie :) - to czysta loteria, a nie prawidłowość. Dostaje się więc tutaj ostro wszelkim "doradzaczom", spieszącym pouczać młode mamy, jak mają zadbać o swoje dzieci. A wszystko to w zwyczajowym dla Królowej Matki ironiczno-kpiącym stylu.
Czytając wspomniany wpis Dragonka przypomniała sobie, jak wstała ze szpitalnego łóżka 2 sierpnia, czyli niespełna pół doby po przyjściu na świat Myszy. Jak podniosła się chwiejnych nogach po znieczuleniu w rdzeń kręgowy, z rwącą od bólu raną na podbrzuszu i z mięśniami kręgosłupa dającymi czadu tak, jak by ktoś w nie przyładował z całej mocy z glana na koncercie metalowym. Z jakim trudem przesuwała stopy trzymając się parapetu, a potem ścian, by zrobić jeszcze jeden krok, a potem następny i następny... Robiła to wszystko w głowie mając jedną myśl: MUSZĘ jak najszybciej dojść do siebie, żeby NAUCZYĆ SIĘ, jak mam się zająć Myszą. No właśnie... Trzeba Ci bowiem wiedzieć, Drogi Czytelniku, że do momentu urodzenia się małej moje doświadczenie w kontaktach z niemowlętami było dokładnie zerowe. No tak się jakoś złożyło i już. Małe dziecko do tej pory miałam na rękach dosłownie dwa razy - raz, kiedy trzymałam do chrztu [jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało w moim kontekście, ale to osobna historia :)] mojego starszego bratanka, a dwa, kiedy z tymże samym dzieckiem pozowałam do rodzinnej fotografii. W obu przypadkach niemowlę po prostu włożono mi na ręce, bacznie sprawdzając, czy nie mam go aby przypadkiem jak upuścić, a potem zaraz zabrano. Tyle, koniec, finito. Aż tu nagle sama zostałam matką, od której oczekuje się, że będzie wiedziała, jak ma dziecku zmienić pieluchę, jak nakarmić, jak ponosić do beknięcia, jak uspokoić, gdy płacze, jak położyć na brzuszku [dobre na stawy biodrowe!], jak przebrać, jak wykąpać... A skąd niby matka ma to wszystko wiedzieć i umieć zrobić? No jak to skąd, przecież istnieje coś takiego, jak magiczny instynkt macierzyński. Innymi słowy, kobieta po urodzeniu dziecka tych umiejętności nabiera w jakiś przedziwny czarodziejski sposób i już.
No cóż... Może i są takie kobiety - nie wiem, nie jestem przecież każdą istotą żeńską na świecie. W moim przypadku to się nic a nic nie sprawdziło. Żadna tajemna matczyna mądrość na mnie nie spłynęła, więc stałam bezradna koło "mydelniczki" Myszy zachodząc w głowę, jak jej dotknąć, by jej nie uszkodzić. I wcale nie pocieszyłaby mnie rada tamtej położnej, że powinnam robić, co czuję, bo jako matka nie zrobię małej krzywdy. A guzik prawda. Pielęgnacja niemowlęcia to CZYNNOŚCI MANUALNE jak każde inne, a zatem nie są darem nie wiadomo skąd, tylko muszą być jakoś przekazane, zademonstrowane. W przeciwnym razie będą wykonane źle i będzie to miało swoje konsekwencje.
Jeśli nie podtrzymam noworodkowi bezwładnej głowy, to ryzykuję uszkodzeniem szyi.
Jeśli nie chwycę pewnie drugą ręką za zadek, to mogę dziecko upuścić.
Jeśli przy przewijaniu źle podniosę tyłek i będę łączyła nogi, to uszkodzę stawy biodrowe.
Jeśli ktoś nie pokaże mi, jak prawidłowo wyczyścić zadek, nasmarować kremem i założyć pampersa, to dziecko będzie miało odparzoną, czerwoną pupę i będzie płakało.
Jeśli nie zobaczę, jak szybko i sprawnie ubrać bezwładne niemowlę [pamiętając o nieszczęsnej głowie!], to zmiana głupiego bodziaka zajmie z 15 minut i skończy się rykiem dziecka na cały oddział, a także moją frustracją.
Jeśli ktoś nie doradzi mi, jak odpowiednio ubrać dziecko, to je albo przegrzeję, albo wychłodzę.
Jeśli nie dowiem się, w jaki sposób przemywać solą fizjologiczną zaropiałe oczko, to ryzykuję, że infekcja przeniesie się i na drugie zdrowe.
I tak dalej, i tak dalej...
Tzw. instynkt nie ma tu nic do rzeczy. Jeśli jestem w jakimś temacie kompletnie zielona, to oczekiwanie, że nagle mnie cudownie olśni, jest nieporozumieniem. KAŻDA czynność wykonywana przy Myszy i KAŻDA jej reakcja była dla mnie nowością. Pamiętam, jak drugiego czy trzeciego dnia w szpitalu przywieźli mi ją po podaniu antybiotyku leżącą na brzuszku. A mnie ręce opadły z bezradności... bo do tej pory nauczyłam się ją podnosić TYLKO z pozycji leżącej na plecach! Jak mam zatem ułożyć ręce? Za co trzymać? Jak przewrócić? Skończyło się oczywiście zawołaniem położnej, która na całe szczęście nie kazała zdać się na to, co czuję, tylko sprawnie POKAZAŁA mi, co i jak. I przez pierwsze dni życia mojej córki tak było za każdym razem, kiedy chciałam coś przy niej zrobić, bo każdą czynność wykonywałam po raz pierwszy w życiu. Na szczęście położne w ogromnej większości [poza jednym, jedynym wyjątkiem przez 8 dni] były cierpliwe, spokojne, rzeczowe i wcale nie dawały odczuć młodej, ekstremalnie niedoświadczonej matce, że przecież to wszystko łatwizna, więc skąd ta panika, nie przychodź babo z byle pierdołą, tylko sobie radź, jak czujesz. Tłumaczyły, pokazywały, nie okazywały irytacji - a ja dzięki temu wiedziałam, że jesteśmy bezpieczne i pod dobrą opieką. A łatwo i tak mi nie było, bo pierwsze dni po porodzie to taka huśtawka nastrojów spowodowana hormonami, że nie da się tego opisać. Kto nie przeżył, ten nie zrozumie. Człowiek płacze o byle co i sam ze sobą nie może wytrzymać. Gdyby mi do tego zafundowano jeszcze podejście "a radź sobie sama", to chyba wyskoczyłabym oknem z oddziału.
Myślę, że na podejście pod tytułem "rób, co czujesz" rzeczywiście może sobie pozwolić doświadczona matka czworga dzieci, ale na pewno nie kobieta, która urodziła po raz pierwszy, a niemowlęta do tej pory oglądała głównie na ekranie telewizora. Ogromnie się cieszę, że w szpitalu miałam się do kogo zwrócić po pomoc, a oprócz tego w ciągu dnia była ze mną Seniorka, która co prawda zarzekała się, że przez 30 lat zdążyła wszystko zapomnieć, jeśli chodzi o obsługę noworodka, ale oczywiście tak nie było :) To wspaniale, kiedy można skorzystać z czyjegoś doświadczenia, a nie dochodzić do wszystkiego samemu ryzykując, że popełni się błąd. Nie mam zamiaru eksperymentować na własnym dziecku, które jest słabe, bezbronne i w 100% zależne ode mnie.
I powiem więcej: w przyszłości też będę chętnie zasięgała rad bardziej doświadczonych ode mnie osób. Jest moja mama, moja bratowa, inne mamy z bliższej i dalszej rodziny, są położne, są wreszcie różne poradniki, książki. Nie znaczy to, że z każdej rady muszę niewolniczo skorzystać, ale zawsze mogę ją wziąć pod uwagę, przemyśleć, zmodyfikować. Jasne, że dzieci są różne i to, co zadziałało u jednego, może się okazać nieskuteczne przy innym. Tyle to ja wiem chociażby po pracy w Zoo :) To jednak nie powód, by całkowicie odrzucać doświadczenie osób, które "już to przerabiały". Gdyby człowiek nie uczył się na cudzych błędach i nie przekazywał innym swojej wiedzy, to świat w ogóle nie ruszyłby z miejsca.
Nie mam instynktu macierzyńskiego. Mam za to uczucia i jestem niegłupia. To musi wystarczyć :)
Otóż upraszczając Królowa Matka jest zdania, że w kwestii opieki nad dzieckiem oraz jego wychowania kobieta najlepiej zrobi, jeśli zda się na swój własny instynkt. Przywołuje tutaj radę położnej z Oddziału Neonatologicznego, która w ten sposób odparła świeżoupieczonym matkom na pytania o pielęgnację noworodka: "Niech panie robią, co czują. Matka nigdy nie zrobi swojemu dziecku krzywdy. Jeśli nie chce, oczywiście." Dalej autorka dowodzi na przykładzie swojej własnej rodziny, że wszelkie doradzanie w tej materii jest o kant d*** rozbić, bo i tak każde dziecko jest inne, więc fakt, że coś zadziałało - albo i nie :) - to czysta loteria, a nie prawidłowość. Dostaje się więc tutaj ostro wszelkim "doradzaczom", spieszącym pouczać młode mamy, jak mają zadbać o swoje dzieci. A wszystko to w zwyczajowym dla Królowej Matki ironiczno-kpiącym stylu.
Czytając wspomniany wpis Dragonka przypomniała sobie, jak wstała ze szpitalnego łóżka 2 sierpnia, czyli niespełna pół doby po przyjściu na świat Myszy. Jak podniosła się chwiejnych nogach po znieczuleniu w rdzeń kręgowy, z rwącą od bólu raną na podbrzuszu i z mięśniami kręgosłupa dającymi czadu tak, jak by ktoś w nie przyładował z całej mocy z glana na koncercie metalowym. Z jakim trudem przesuwała stopy trzymając się parapetu, a potem ścian, by zrobić jeszcze jeden krok, a potem następny i następny... Robiła to wszystko w głowie mając jedną myśl: MUSZĘ jak najszybciej dojść do siebie, żeby NAUCZYĆ SIĘ, jak mam się zająć Myszą. No właśnie... Trzeba Ci bowiem wiedzieć, Drogi Czytelniku, że do momentu urodzenia się małej moje doświadczenie w kontaktach z niemowlętami było dokładnie zerowe. No tak się jakoś złożyło i już. Małe dziecko do tej pory miałam na rękach dosłownie dwa razy - raz, kiedy trzymałam do chrztu [jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało w moim kontekście, ale to osobna historia :)] mojego starszego bratanka, a dwa, kiedy z tymże samym dzieckiem pozowałam do rodzinnej fotografii. W obu przypadkach niemowlę po prostu włożono mi na ręce, bacznie sprawdzając, czy nie mam go aby przypadkiem jak upuścić, a potem zaraz zabrano. Tyle, koniec, finito. Aż tu nagle sama zostałam matką, od której oczekuje się, że będzie wiedziała, jak ma dziecku zmienić pieluchę, jak nakarmić, jak ponosić do beknięcia, jak uspokoić, gdy płacze, jak położyć na brzuszku [dobre na stawy biodrowe!], jak przebrać, jak wykąpać... A skąd niby matka ma to wszystko wiedzieć i umieć zrobić? No jak to skąd, przecież istnieje coś takiego, jak magiczny instynkt macierzyński. Innymi słowy, kobieta po urodzeniu dziecka tych umiejętności nabiera w jakiś przedziwny czarodziejski sposób i już.
No cóż... Może i są takie kobiety - nie wiem, nie jestem przecież każdą istotą żeńską na świecie. W moim przypadku to się nic a nic nie sprawdziło. Żadna tajemna matczyna mądrość na mnie nie spłynęła, więc stałam bezradna koło "mydelniczki" Myszy zachodząc w głowę, jak jej dotknąć, by jej nie uszkodzić. I wcale nie pocieszyłaby mnie rada tamtej położnej, że powinnam robić, co czuję, bo jako matka nie zrobię małej krzywdy. A guzik prawda. Pielęgnacja niemowlęcia to CZYNNOŚCI MANUALNE jak każde inne, a zatem nie są darem nie wiadomo skąd, tylko muszą być jakoś przekazane, zademonstrowane. W przeciwnym razie będą wykonane źle i będzie to miało swoje konsekwencje.
Jeśli nie podtrzymam noworodkowi bezwładnej głowy, to ryzykuję uszkodzeniem szyi.
Jeśli nie chwycę pewnie drugą ręką za zadek, to mogę dziecko upuścić.
Jeśli przy przewijaniu źle podniosę tyłek i będę łączyła nogi, to uszkodzę stawy biodrowe.
Jeśli ktoś nie pokaże mi, jak prawidłowo wyczyścić zadek, nasmarować kremem i założyć pampersa, to dziecko będzie miało odparzoną, czerwoną pupę i będzie płakało.
Jeśli nie zobaczę, jak szybko i sprawnie ubrać bezwładne niemowlę [pamiętając o nieszczęsnej głowie!], to zmiana głupiego bodziaka zajmie z 15 minut i skończy się rykiem dziecka na cały oddział, a także moją frustracją.
Jeśli ktoś nie doradzi mi, jak odpowiednio ubrać dziecko, to je albo przegrzeję, albo wychłodzę.
Jeśli nie dowiem się, w jaki sposób przemywać solą fizjologiczną zaropiałe oczko, to ryzykuję, że infekcja przeniesie się i na drugie zdrowe.
I tak dalej, i tak dalej...
Tzw. instynkt nie ma tu nic do rzeczy. Jeśli jestem w jakimś temacie kompletnie zielona, to oczekiwanie, że nagle mnie cudownie olśni, jest nieporozumieniem. KAŻDA czynność wykonywana przy Myszy i KAŻDA jej reakcja była dla mnie nowością. Pamiętam, jak drugiego czy trzeciego dnia w szpitalu przywieźli mi ją po podaniu antybiotyku leżącą na brzuszku. A mnie ręce opadły z bezradności... bo do tej pory nauczyłam się ją podnosić TYLKO z pozycji leżącej na plecach! Jak mam zatem ułożyć ręce? Za co trzymać? Jak przewrócić? Skończyło się oczywiście zawołaniem położnej, która na całe szczęście nie kazała zdać się na to, co czuję, tylko sprawnie POKAZAŁA mi, co i jak. I przez pierwsze dni życia mojej córki tak było za każdym razem, kiedy chciałam coś przy niej zrobić, bo każdą czynność wykonywałam po raz pierwszy w życiu. Na szczęście położne w ogromnej większości [poza jednym, jedynym wyjątkiem przez 8 dni] były cierpliwe, spokojne, rzeczowe i wcale nie dawały odczuć młodej, ekstremalnie niedoświadczonej matce, że przecież to wszystko łatwizna, więc skąd ta panika, nie przychodź babo z byle pierdołą, tylko sobie radź, jak czujesz. Tłumaczyły, pokazywały, nie okazywały irytacji - a ja dzięki temu wiedziałam, że jesteśmy bezpieczne i pod dobrą opieką. A łatwo i tak mi nie było, bo pierwsze dni po porodzie to taka huśtawka nastrojów spowodowana hormonami, że nie da się tego opisać. Kto nie przeżył, ten nie zrozumie. Człowiek płacze o byle co i sam ze sobą nie może wytrzymać. Gdyby mi do tego zafundowano jeszcze podejście "a radź sobie sama", to chyba wyskoczyłabym oknem z oddziału.
Myślę, że na podejście pod tytułem "rób, co czujesz" rzeczywiście może sobie pozwolić doświadczona matka czworga dzieci, ale na pewno nie kobieta, która urodziła po raz pierwszy, a niemowlęta do tej pory oglądała głównie na ekranie telewizora. Ogromnie się cieszę, że w szpitalu miałam się do kogo zwrócić po pomoc, a oprócz tego w ciągu dnia była ze mną Seniorka, która co prawda zarzekała się, że przez 30 lat zdążyła wszystko zapomnieć, jeśli chodzi o obsługę noworodka, ale oczywiście tak nie było :) To wspaniale, kiedy można skorzystać z czyjegoś doświadczenia, a nie dochodzić do wszystkiego samemu ryzykując, że popełni się błąd. Nie mam zamiaru eksperymentować na własnym dziecku, które jest słabe, bezbronne i w 100% zależne ode mnie.
I powiem więcej: w przyszłości też będę chętnie zasięgała rad bardziej doświadczonych ode mnie osób. Jest moja mama, moja bratowa, inne mamy z bliższej i dalszej rodziny, są położne, są wreszcie różne poradniki, książki. Nie znaczy to, że z każdej rady muszę niewolniczo skorzystać, ale zawsze mogę ją wziąć pod uwagę, przemyśleć, zmodyfikować. Jasne, że dzieci są różne i to, co zadziałało u jednego, może się okazać nieskuteczne przy innym. Tyle to ja wiem chociażby po pracy w Zoo :) To jednak nie powód, by całkowicie odrzucać doświadczenie osób, które "już to przerabiały". Gdyby człowiek nie uczył się na cudzych błędach i nie przekazywał innym swojej wiedzy, to świat w ogóle nie ruszyłby z miejsca.
Nie mam instynktu macierzyńskiego. Mam za to uczucia i jestem niegłupia. To musi wystarczyć :)
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Równe i równiejsze
Jak Wam już pisałam, co roku normą w Zoo jest po kilka uczennic w ciąży i nie inaczej jest teraz. Sama uczę dwie, przy czym u jednej jest to stan świeżutki, za to druga finiszuje, bo rodzi już w maju. Z tego względu zdarza się, że lekcje ze mną w naturalny sposób zamieniają się w WDŻ, czyli Wychowanie do Życia w Rodzinie. I nie widzę w tym nic złego. Na szczęście w Zoo nie istnieje coś takiego, jak presja osiągania wysokich wyników nauczania [bo cokolwiek nauczyć te dzieciaki to i tak jest sukces pedagogiczny...], więc jeśli od czasu do czasu dla odmiany dowiedzą się czegoś z półki pt. "świadome rodzicielstwo", to tylko im wyjdzie na dobre. Przynajmniej w tym temacie jestem osobą wiarygodną i na bieżąco.
Nota bene miałam ostatnio na polskim w mojej klasie taką sytuację, że na pięć obecnych na sali osób cztery były "w temacie": ja w ciąży, Patrycja w ciąży, jeden chłopak w maju zostanie ojcem, a drugi na jesieni. Przyniosłam Patrycji wyniki mojego pierwszego badania prenatalnego z opisem - po to, by ją przekonać, by odżałowała te 250 złotych i sobie zrobiła, bo to naprawdę podstawa [a niestety NFZ refunduje tylko w określonych przypadkach]. No i jak się reszta dorwała, tak pół lekcji przegadaliśmy na temat niezbędnych badań i opieki medycznej nad przyszłą matką. A co, sami swoi :)
Inna sprawa, że dość przykra refleksja się wyłania po moich rozmowach z Amelią [tą, co będzie rodzić w maju] i jej chłopakiem Danielem [którego jestem wychowawczynią]. Chodzi o społeczne podejście do przyszłych matek. Niby się wydaje, że średniowiecze dawno minęło, niby mieszkamy w dużym mieście, niby społeczeństwo mamy wykształcone i oświecone, niby wreszcie Polska jest krajem katolickim, a więc w założeniu "miłującym bliźniego jak siebie samego". Tjaaa... Guzik prawda. Powiem wprost: dwulicowość w traktowaniu kobiet ciężarnych jest porażająca i po prostu nie mieści się w głowie.
Oto mamy Smoczycę, czyli 31-letnią poważną kobietę, wyglądającą jak najbardziej na osobę, dla której biologicznie "czas najwyższy mieć dziecko". Co więcej, będącej w na tyle dobrej sytuacji materialnej, by nie chandryczyć się z NFZ-em, tylko móc pozwolić sobie na prywatne wizyty ginekologiczne plus opłacenie wszystkich zleconych badań. W efekcie wszyscy lekarze są dla Dragonki bardzo mili, z anielską cierpliwością tłumaczą co i jak, uspokajają, rozwiewają wszystkie wątpliwości i odpowiadają na każde, nawet najbardziej bzdurne pytanie. Oczywiście Hipo jako ojciec dziecka [ale póki co jeszcze nie mąż], towarzyszy Smoczycy podczas każdziuteńkiej wizyty i z wypiekami na twarzy ogląda na monitorze USG, jak Hipciosmoczylla wykonuje rozmaite ewolucje gimnastyczne.
No tak, można by powiedzieć: "klient płaci i wymaga", czyli jak to zwykle z polską służbą zdrowia. Ale ciekawe też jest to, że i na co dzień, w zwyczajnych sytuacjach, jak dotąd spotykam się z pozytywnymi reakcjami ludzi. Raz już ustąpiono mi miejsca w tramwaju [jakaś młoda dziewczyna], dwukrotnie też przepuszczono mnie w kolejce w sklepie [na wniosek sprzedawczyni, ale klienci nawet nie skomentowali, traktując to jako coś oczywistego, że kobieta w ciąży nie powinna stać w kilometrowym ogonku]. Jakoś tak to wszystko naturalnie wychodzi.
Zatem - jakież było moje zdziwienie, kiedy podzieliłam się tymi refleksjami z Amelią, czyli 19-letnią panną, która zdecydowanie nie ma wyglądu nobliwej matrony, tylko nastolatki z wielkim brzuchem... Na prywaną opiekę medyczną oczywiście ją nie stać, więc czeka w tasiemcowych kolejkach, ale to i tak jeszcze nic. Przyplątała jej się toksoplazmoza, więc te badania prenatalne, za które ja muszę bulić ciężką kasę, jej przysługują w ramach ubezpieczenia. No dobra, fajnie - ale oczywiście NIE MA MOWY, aby do gabinetu wszedł z nią Daniel i obejrzał sobie na ekranie córeczkę [chociaż strasznie chciał]. Nic z tego, gówniarzu, mężem nie jesteś, to waruj na korytarzu, zakaz wstępu i to mimo usilnej prośby samej Amelii. I tak co chwilę - wszystko darmowe, ale robione z wielką łaską, a wydębić jakąkolwiek informację od lekarza czy pielęgniarki graniczy z cudem. A na co dzień - jeszcze gorzej. Amelia jest w 8 miesiącu i ani razu nie zdarzyło jej się, żeby ktoś jej ustąpił gdziekolwiek miejsce, o przepuszczeniu w kolejce nie wspomniawszy. Ludzie albo traktują ją jak powietrze, albo patrzą wzrokiem pełnym pogardy, że taka młoda a już z brzuchem. A że dziewczyna pyskata nie jest, to się nie wykłóca, tylko uszy po sobie spuszcza i stoi ledwo na spuchniętych nogach z kręgosłupem pękającym z bólu od dźwiganego z przodu ciężaru.
Chore to to. Po prostu chore.
Żeby tak jednak całkiem pesymistycznie nie kończyć, to pochwalę się na zakończenie czymś fajnym. Otóż odkąd się okazało już na 100%, że będzie dziewczynka, to Babcia Seniorka zaczęła kompletować dla małej wyprawkę. Najpierw nieśmiało i delikatnie [ot, dwa pajacyki przywiezione... z Portugalii :)], a ostatnio to już całą parą. Jak tak dalej pójdzie, to Dragonka nie będzie musiała kupić nawet pół kaftanika, bo o wszystko zadba babcia :) Spokojnie, nie będę Was zanudzała rewią niemowlęcej mody, ale jedno ubranko po prostu muszę Wam pokazać i już. Zaraz zrozumiecie, dlaczego :)
Różowy Hipopotam :)
Nota bene miałam ostatnio na polskim w mojej klasie taką sytuację, że na pięć obecnych na sali osób cztery były "w temacie": ja w ciąży, Patrycja w ciąży, jeden chłopak w maju zostanie ojcem, a drugi na jesieni. Przyniosłam Patrycji wyniki mojego pierwszego badania prenatalnego z opisem - po to, by ją przekonać, by odżałowała te 250 złotych i sobie zrobiła, bo to naprawdę podstawa [a niestety NFZ refunduje tylko w określonych przypadkach]. No i jak się reszta dorwała, tak pół lekcji przegadaliśmy na temat niezbędnych badań i opieki medycznej nad przyszłą matką. A co, sami swoi :)
Inna sprawa, że dość przykra refleksja się wyłania po moich rozmowach z Amelią [tą, co będzie rodzić w maju] i jej chłopakiem Danielem [którego jestem wychowawczynią]. Chodzi o społeczne podejście do przyszłych matek. Niby się wydaje, że średniowiecze dawno minęło, niby mieszkamy w dużym mieście, niby społeczeństwo mamy wykształcone i oświecone, niby wreszcie Polska jest krajem katolickim, a więc w założeniu "miłującym bliźniego jak siebie samego". Tjaaa... Guzik prawda. Powiem wprost: dwulicowość w traktowaniu kobiet ciężarnych jest porażająca i po prostu nie mieści się w głowie.
Oto mamy Smoczycę, czyli 31-letnią poważną kobietę, wyglądającą jak najbardziej na osobę, dla której biologicznie "czas najwyższy mieć dziecko". Co więcej, będącej w na tyle dobrej sytuacji materialnej, by nie chandryczyć się z NFZ-em, tylko móc pozwolić sobie na prywatne wizyty ginekologiczne plus opłacenie wszystkich zleconych badań. W efekcie wszyscy lekarze są dla Dragonki bardzo mili, z anielską cierpliwością tłumaczą co i jak, uspokajają, rozwiewają wszystkie wątpliwości i odpowiadają na każde, nawet najbardziej bzdurne pytanie. Oczywiście Hipo jako ojciec dziecka [ale póki co jeszcze nie mąż], towarzyszy Smoczycy podczas każdziuteńkiej wizyty i z wypiekami na twarzy ogląda na monitorze USG, jak Hipciosmoczylla wykonuje rozmaite ewolucje gimnastyczne.
No tak, można by powiedzieć: "klient płaci i wymaga", czyli jak to zwykle z polską służbą zdrowia. Ale ciekawe też jest to, że i na co dzień, w zwyczajnych sytuacjach, jak dotąd spotykam się z pozytywnymi reakcjami ludzi. Raz już ustąpiono mi miejsca w tramwaju [jakaś młoda dziewczyna], dwukrotnie też przepuszczono mnie w kolejce w sklepie [na wniosek sprzedawczyni, ale klienci nawet nie skomentowali, traktując to jako coś oczywistego, że kobieta w ciąży nie powinna stać w kilometrowym ogonku]. Jakoś tak to wszystko naturalnie wychodzi.
Zatem - jakież było moje zdziwienie, kiedy podzieliłam się tymi refleksjami z Amelią, czyli 19-letnią panną, która zdecydowanie nie ma wyglądu nobliwej matrony, tylko nastolatki z wielkim brzuchem... Na prywaną opiekę medyczną oczywiście ją nie stać, więc czeka w tasiemcowych kolejkach, ale to i tak jeszcze nic. Przyplątała jej się toksoplazmoza, więc te badania prenatalne, za które ja muszę bulić ciężką kasę, jej przysługują w ramach ubezpieczenia. No dobra, fajnie - ale oczywiście NIE MA MOWY, aby do gabinetu wszedł z nią Daniel i obejrzał sobie na ekranie córeczkę [chociaż strasznie chciał]. Nic z tego, gówniarzu, mężem nie jesteś, to waruj na korytarzu, zakaz wstępu i to mimo usilnej prośby samej Amelii. I tak co chwilę - wszystko darmowe, ale robione z wielką łaską, a wydębić jakąkolwiek informację od lekarza czy pielęgniarki graniczy z cudem. A na co dzień - jeszcze gorzej. Amelia jest w 8 miesiącu i ani razu nie zdarzyło jej się, żeby ktoś jej ustąpił gdziekolwiek miejsce, o przepuszczeniu w kolejce nie wspomniawszy. Ludzie albo traktują ją jak powietrze, albo patrzą wzrokiem pełnym pogardy, że taka młoda a już z brzuchem. A że dziewczyna pyskata nie jest, to się nie wykłóca, tylko uszy po sobie spuszcza i stoi ledwo na spuchniętych nogach z kręgosłupem pękającym z bólu od dźwiganego z przodu ciężaru.
Chore to to. Po prostu chore.
Żeby tak jednak całkiem pesymistycznie nie kończyć, to pochwalę się na zakończenie czymś fajnym. Otóż odkąd się okazało już na 100%, że będzie dziewczynka, to Babcia Seniorka zaczęła kompletować dla małej wyprawkę. Najpierw nieśmiało i delikatnie [ot, dwa pajacyki przywiezione... z Portugalii :)], a ostatnio to już całą parą. Jak tak dalej pójdzie, to Dragonka nie będzie musiała kupić nawet pół kaftanika, bo o wszystko zadba babcia :) Spokojnie, nie będę Was zanudzała rewią niemowlęcej mody, ale jedno ubranko po prostu muszę Wam pokazać i już. Zaraz zrozumiecie, dlaczego :)
Różowy Hipopotam :)
niedziela, 29 marca 2015
Wielkanocne donosy rzeczywistości
Znasz może, Drogi Czytelniku, "Donosy rzeczywistości" Białoszewskiego? Mistrz Miron popełnił książkę będącą zapisem strzępek rozmów usłyszanych przypadkowo na ulicy, w sklepie czy w środkach komunikacji publicznej. Ot, takie wyrwane z kontekstu dialogi przypadkowych przechodniów. Czyta się to bardzo przyjemnie, oczywiście pod warunkiem, że ktoś lubi styl prozy Białoszewskiego.
Jadąc wczoraj tramwajem na wieczór panieński mojej przyjaciółki jeszcze z czasów licealnych, usłyszałam taką oto rozmowę grupki młodych stuentów [na moje oko pierwszego - góra drugiego roku]. Wiadomo, sobota wieczór, ostatni weekend przed przerwą świąteczną, trzeba się zatem zrelaksować w jakimś modnym klubie przy czymś głębszym...
- Mmm, nareszcie święta, jadę do domu... Tyle żarcia, wreszcie się nawpierdalam..
- No chyba ty...
- A co, ty nie jedziesz do domu?
- A po co mam jechać? Do ojca przyjeżdża jakaś dupa, albo on pojedzie do dupy, to nie będę im przeszkadzał.
- A mama?
- Po cholerę mam jechać? Mama nie ma neta...
Kurtyna :)
poniedziałek, 16 marca 2015
Ale jak to tak - bez chrztu...?!
Uprzedzam lojalnie z góry - dzisiejszy post będzie dotyczył religii. Jak wiadomo, w Polsce chyba jeszcze tylko temat polityki wywołuje takie emocje, że ludzie kiedy się nakręcą, są w stanie niemal pozabijać swoich oponentów, bo nie potrafią znieść myśli, że ktoś może mieć na tym polu inne poglądy. Jeśli zatem, Drogi Czytelniku, jesteś osobą bardzo wierzącą i czujesz, że ciężko Ci przejść do porządku dziennego nad tym, że nie wszyscy dookoła wyznają tę samą religię, co Ty - to dla własnego spokoju pomiń ten wpis.
Nie jest tajemnicą, że zarówno Dragonka, jak i Hipopotam są ateistami. Nie mam oczywiście tego faktu wypisanego na czole, ale też nie widzę powodu, by to ukrywać - i na pewno na łamach niniejszego bloga wspominałam o tym kilka razy przy różnych okazjach. Tak jest również w życiu codziennym - nie chodzę i nie trąbię wszem i wobec, że Boga nie ma, a także nie prowadzę "krucjat" przeciwko chrześcijanom różnych odłamów, starając się ich przekonwertować na ateizm. Po prostu na co dzień dla mnie tematu nie ma, nie zajmuję się nim, bo i po co. Jeśli natomiast kwestia wiary wyniknie sama z rozmowy, to oczywiście mogę skomentować, tym bardziej, jeśli jestem o to proszona. Staram się to robić taktownie, a przede wszystkim mówić o sobie i swojej perspektywnie, nie oceniając praktyk religijnych innych osób. Wychodzę z założenia, że wiara to indywidualna sprawa każdego człowieka, więc nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że Boga nie ma - ale też oczekuję, że nikt nie będzie mnie nawracał czy patrzył na mnie z wyższością z tego tytułu, że nie wierzę. No i wszystko jest pięknie i ładnie, dopóki ta delikatna, ale jednak wyraźna granica nie zostanie naruszona.
No to moi kochani, ścięłam się dziś lekko na tle religijnym z historyczką Marzenką [kojarzycie, wychowawczynią mojej ulubionej męskiej 3B] - którą nota bene ogromnie lubię i która zdecydowanie jest dla mnie kimś więcej, niż tylko koleżanką z pracy. Marzena jest osobą wierzącą i praktykującą, choć oczywiście daleko jej do fanatyzmu Zofii. Jakoś do tej pory jednak kwestie religii w ogóle nie były w naszych rozmowach poruszane.
Siedziałyśmy we trzy w pokoju nauczycielskim - ja, Marzena i Renata [polonistka]. Wszystkie się genaralnie bardzo lubimy i utrzymujemy ze sobą bliskie kontakty także poza pracą, czyli odwiedzamy się, umawiamy od czasu do czasu na kawę czy pizzę. Obie dziewczyny znają też i lubią Hipopotama - czyli jednym słowem, sami swoi. Rozmowa zeszła na moje i Błotnego Ssaka przygotowania do ślubu [a raczej do cywilnej legalizacji związku], który odbędzie się w maju. Opowiadałam więc dziewczynom o szyciu garnituru na miarę, o kupowaniu butów, o wybieraniu obrączek i tym podobnych rzeczach. Było miło i przyjemnie do momentu, aż Marzena nie wypaliła w pewnej chwili z rozbrajającym uśmiechem:
- Ja to poczekam, aż wy w końcu weźmiecie ślub kościelny.
- No, to się chyba nie doczekasz... - odparłam lekko.
- Oj zobaczysz, zobaczysz, jeszcze weźmiecie, ja to wiem.
- Marzenko, przecież oboje jesteśmy ateistami. Po cholerę nam ślub kościelny?
- To się wszystko może pozmieniać. Też mam kolegę, był ateistą i w końcu uwierzył. Z wami też tak będzie. - Marzena była przy tym bardzo spokojna, pewna siebie i przemawiała tonem jak do głupiego dziecka.
- Równie dobrze ty możesz przejść na islam albo na judaizm. My naprawdę nie wierzymy w Boga, to skąd ten pomysł? Przecież my nawet dziecka nie będziemy chrzcili... - tłumaczę dalej, choć już z zapewne lekką irytacją. W końcu dlaczego niby Marzena ma wiedzieć lepiej ode mnie, że zmieni mi się podejście do religii?
Na takie dictum Marzena jednak nie była przygotowana. Ślub ślubem, ale chrzest...?
- No ale jak to?! - nie mogła uwierzyć.
- No normalnie. Tak samo, jak nie obrzezałabym dziecka, gdyby to był chłopiec.
- Chyba żartujesz?! Jak można nie ochrzcić dziecka?! Przecież to jest bardzo ważne!
- Ale i ja i Hipek jesteśmy ateistami, więc po co?
- Bo to jest sakrament! - wypaliła, zupełnie, jak by to załatwiało sprawę. Próbuję zatem tłumaczyć spokojnie i po dobroci:
- Jaki jest sens, byśmy chrzcili dziecko, skoro nie wierzymy w Boga? Zrozum, "sakrament" to jest dla mnie puste słowo. Ja nie wierzę w nic, Hipek nie wierzy w nic, to nie będziemy przekazywali dziecku żadnej religii. Jeśli będzie chciało się kiedyś ochrzcić, to to zrobi, jego sprawa, wolny wybór. I tak będzie znało Biblię na wyrywki, podobnie jak mitologię grecką, bo nie wyobrażam sobie inaczej.
Marzenie jednak dalej cała sprawa nie mieściła się w głowie.
- Ale tak bez chrztu...? Biedne dziecko!
No i tu przyznaję, że się wkurzyłam, bo przegięła. Mówiłam dalej spokojnie, choć przestałam cenzurować argumenty. Skoro ona daje sobie prawo do takich ocen, to czemu ja mam być "politycznie poprawna"?
- W naszej sytuacji chrzest byłby hipokryzją. Uważmy, że Boga nie ma i koniec.
- Ale Bóg jest!
- A ja twierdzę, że nie ma. I co? Słowo przeciwko słowu.
- Skąd wiesz, że go nie ma?
- A ty skąd wiesz, że jest?
- Bo to się po prostu czuje. Jak możesz mówić, że go nie ma? Ty go po prostu nie szukasz!
No tak, niesamowita logika...
- Zgadza się, podobnie, jak nie szukam krasnoludków, kosmitów, Zeusa i Swarożyca...
- Ale jak można żyć bez Boga? - Marzenka nie dawała za wygraną. - Życie bez Boga jest strasznie puste, smutne, bezwartościowe...
- A ja uważam, że jest odpowiedzialne. Wiesz, że nikt cię nie prowadzi za rączkę, więc sama musisz się o siebie zatroszczyć. Nie masz też na kogo zwalić winy: "bo Bóg tak chciał". Sama kierujesz swoim życiem i musisz wziąć za nie 100% odpowiedzialności.
Potem szczerze mówiąc zadzwonił dzwonek na przerwę, do pokoju weszło jeszcze kilku nauczycieli, więc rozmowa siłą rzeczy została przerwana - i bardzo dobrze. Mam wrażenie, że i tak nie doprowadziłaby do niczego konstruktywnego.
Co to w ogóle miało być? Czy ja komukolwiek mówię z wyższością, że postępuje nieracjonalnie modląc się do wystruganej z drewna figurki faceta, któremu wydawało się, że jest Bogiem? Albo że nie powinien w imieniu niemowlęcia deklarować, że będzie ono wierzyło w Boga - w momencie, gdy to dziecko nie jest w stanie zrozumieć otaczającego go świata, nie mówiąc o sprawach związanych z religią? Czy ja uzurpuję sobie prawo, by twierdzić z całą stanowczością, że mój rozmówca na pewno się opamięta, przestanie pleść bzdury i zrozumie, że światem rządzą prawa biologii, chemii, fizyki - ale na pewno nie jakiś siwobrody staruszek latający na chmurce do spółki ze swoim synem urodzonym przez dziewicę, w dodatku bez udziału mężczyzny?
Zastanawiam się nad pointą, ale nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. Może poza tym - żyj i daj żyć innym. Amen :)
Nie jest tajemnicą, że zarówno Dragonka, jak i Hipopotam są ateistami. Nie mam oczywiście tego faktu wypisanego na czole, ale też nie widzę powodu, by to ukrywać - i na pewno na łamach niniejszego bloga wspominałam o tym kilka razy przy różnych okazjach. Tak jest również w życiu codziennym - nie chodzę i nie trąbię wszem i wobec, że Boga nie ma, a także nie prowadzę "krucjat" przeciwko chrześcijanom różnych odłamów, starając się ich przekonwertować na ateizm. Po prostu na co dzień dla mnie tematu nie ma, nie zajmuję się nim, bo i po co. Jeśli natomiast kwestia wiary wyniknie sama z rozmowy, to oczywiście mogę skomentować, tym bardziej, jeśli jestem o to proszona. Staram się to robić taktownie, a przede wszystkim mówić o sobie i swojej perspektywnie, nie oceniając praktyk religijnych innych osób. Wychodzę z założenia, że wiara to indywidualna sprawa każdego człowieka, więc nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że Boga nie ma - ale też oczekuję, że nikt nie będzie mnie nawracał czy patrzył na mnie z wyższością z tego tytułu, że nie wierzę. No i wszystko jest pięknie i ładnie, dopóki ta delikatna, ale jednak wyraźna granica nie zostanie naruszona.
No to moi kochani, ścięłam się dziś lekko na tle religijnym z historyczką Marzenką [kojarzycie, wychowawczynią mojej ulubionej męskiej 3B] - którą nota bene ogromnie lubię i która zdecydowanie jest dla mnie kimś więcej, niż tylko koleżanką z pracy. Marzena jest osobą wierzącą i praktykującą, choć oczywiście daleko jej do fanatyzmu Zofii. Jakoś do tej pory jednak kwestie religii w ogóle nie były w naszych rozmowach poruszane.
Siedziałyśmy we trzy w pokoju nauczycielskim - ja, Marzena i Renata [polonistka]. Wszystkie się genaralnie bardzo lubimy i utrzymujemy ze sobą bliskie kontakty także poza pracą, czyli odwiedzamy się, umawiamy od czasu do czasu na kawę czy pizzę. Obie dziewczyny znają też i lubią Hipopotama - czyli jednym słowem, sami swoi. Rozmowa zeszła na moje i Błotnego Ssaka przygotowania do ślubu [a raczej do cywilnej legalizacji związku], który odbędzie się w maju. Opowiadałam więc dziewczynom o szyciu garnituru na miarę, o kupowaniu butów, o wybieraniu obrączek i tym podobnych rzeczach. Było miło i przyjemnie do momentu, aż Marzena nie wypaliła w pewnej chwili z rozbrajającym uśmiechem:
- Ja to poczekam, aż wy w końcu weźmiecie ślub kościelny.
- No, to się chyba nie doczekasz... - odparłam lekko.
- Oj zobaczysz, zobaczysz, jeszcze weźmiecie, ja to wiem.
- Marzenko, przecież oboje jesteśmy ateistami. Po cholerę nam ślub kościelny?
- To się wszystko może pozmieniać. Też mam kolegę, był ateistą i w końcu uwierzył. Z wami też tak będzie. - Marzena była przy tym bardzo spokojna, pewna siebie i przemawiała tonem jak do głupiego dziecka.
- Równie dobrze ty możesz przejść na islam albo na judaizm. My naprawdę nie wierzymy w Boga, to skąd ten pomysł? Przecież my nawet dziecka nie będziemy chrzcili... - tłumaczę dalej, choć już z zapewne lekką irytacją. W końcu dlaczego niby Marzena ma wiedzieć lepiej ode mnie, że zmieni mi się podejście do religii?
Na takie dictum Marzena jednak nie była przygotowana. Ślub ślubem, ale chrzest...?
- No ale jak to?! - nie mogła uwierzyć.
- No normalnie. Tak samo, jak nie obrzezałabym dziecka, gdyby to był chłopiec.
- Chyba żartujesz?! Jak można nie ochrzcić dziecka?! Przecież to jest bardzo ważne!
- Ale i ja i Hipek jesteśmy ateistami, więc po co?
- Bo to jest sakrament! - wypaliła, zupełnie, jak by to załatwiało sprawę. Próbuję zatem tłumaczyć spokojnie i po dobroci:
- Jaki jest sens, byśmy chrzcili dziecko, skoro nie wierzymy w Boga? Zrozum, "sakrament" to jest dla mnie puste słowo. Ja nie wierzę w nic, Hipek nie wierzy w nic, to nie będziemy przekazywali dziecku żadnej religii. Jeśli będzie chciało się kiedyś ochrzcić, to to zrobi, jego sprawa, wolny wybór. I tak będzie znało Biblię na wyrywki, podobnie jak mitologię grecką, bo nie wyobrażam sobie inaczej.
Marzenie jednak dalej cała sprawa nie mieściła się w głowie.
- Ale tak bez chrztu...? Biedne dziecko!
No i tu przyznaję, że się wkurzyłam, bo przegięła. Mówiłam dalej spokojnie, choć przestałam cenzurować argumenty. Skoro ona daje sobie prawo do takich ocen, to czemu ja mam być "politycznie poprawna"?
- W naszej sytuacji chrzest byłby hipokryzją. Uważmy, że Boga nie ma i koniec.
- Ale Bóg jest!
- A ja twierdzę, że nie ma. I co? Słowo przeciwko słowu.
- Skąd wiesz, że go nie ma?
- A ty skąd wiesz, że jest?
- Bo to się po prostu czuje. Jak możesz mówić, że go nie ma? Ty go po prostu nie szukasz!
No tak, niesamowita logika...
- Zgadza się, podobnie, jak nie szukam krasnoludków, kosmitów, Zeusa i Swarożyca...
- Ale jak można żyć bez Boga? - Marzenka nie dawała za wygraną. - Życie bez Boga jest strasznie puste, smutne, bezwartościowe...
- A ja uważam, że jest odpowiedzialne. Wiesz, że nikt cię nie prowadzi za rączkę, więc sama musisz się o siebie zatroszczyć. Nie masz też na kogo zwalić winy: "bo Bóg tak chciał". Sama kierujesz swoim życiem i musisz wziąć za nie 100% odpowiedzialności.
Potem szczerze mówiąc zadzwonił dzwonek na przerwę, do pokoju weszło jeszcze kilku nauczycieli, więc rozmowa siłą rzeczy została przerwana - i bardzo dobrze. Mam wrażenie, że i tak nie doprowadziłaby do niczego konstruktywnego.
Co to w ogóle miało być? Czy ja komukolwiek mówię z wyższością, że postępuje nieracjonalnie modląc się do wystruganej z drewna figurki faceta, któremu wydawało się, że jest Bogiem? Albo że nie powinien w imieniu niemowlęcia deklarować, że będzie ono wierzyło w Boga - w momencie, gdy to dziecko nie jest w stanie zrozumieć otaczającego go świata, nie mówiąc o sprawach związanych z religią? Czy ja uzurpuję sobie prawo, by twierdzić z całą stanowczością, że mój rozmówca na pewno się opamięta, przestanie pleść bzdury i zrozumie, że światem rządzą prawa biologii, chemii, fizyki - ale na pewno nie jakiś siwobrody staruszek latający na chmurce do spółki ze swoim synem urodzonym przez dziewicę, w dodatku bez udziału mężczyzny?
Zastanawiam się nad pointą, ale nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. Może poza tym - żyj i daj żyć innym. Amen :)
czwartek, 24 kwietnia 2014
Różewicz
Jeszcze jakieś dwa tygodnie temu, kiedy - z konieczności w telegraficznym skrócie - omawiałam z Kornelem na zajęciach twórczość Tadeusza Różewicza, usłyszałam pełne niedowierzania pytanie:
- To on jest z Pokolenia Kolumbów? I jeszcze żyje?!
Tjaaa...
O śmierci Tadeusza Różewicza przeczytałam w tramwaju wracając z egzaminów gimnazjalnych. Przyjęłam to jakoś spokojniej, niż odejście pani Wisławy. Nie wiem dlaczego, ale ona wydawała mi się jakaś taka ponadczasowa, wieczna - i pewnie stąd moją pierwszą jakże głęboką refleksją po śmierci noblistki było "O k*** mać...". Natomiast informacja, że umarł Różewicz, jakoś wpisała mi się w naturalny cykl świata. Doświadczony, mądry człowiek, bez którego trudno wyobrazić sobie powojenną poezję polską, dożył spokojnie sędziwego wieku i dziś zamknął oczy po raz ostatni. Tak się toczy świat.
Nie mam pojęcia, dlaczego śmierć Szymborskiej była dla mnie swego rodzaju szokiem, a Różewicza - smutną, ale całkiem zwyczajną wiadomością. A przecież jego wiersze także są dla mnie bardzo ważne i swojego czasu nieźle zryły mi beret. Może dlatego, że twórczość Różewicza naznaczona jest śmiercią, piętnem cierpienia, od którego w mojej ocenie nie uwolnił się przez całe życie? Chyba coś w tym jest. Moje pierwsze skojarzenia z wierszami pani Wisławy to ironia, paradoks, ale też smakowanie życia z nieustannym zdziwieniem, że świat wygląda właśnie tak, a nie inaczej. Tymczasem kiedy myślę "Tadeusz Różewicz", w mózgu pojawiają mi się niepokojące obrazy wypełnione krzykiem, bólem, zniszczeniem. Jego wiersze mają dla mnie coś z rozmowy, jaką prowadzi się w gabinecie psychoterapeuty, aby oczyścić się z traumy. Być może dlatego jego odejście wydało mi się częścią naturalnego procesu - ponieważ on przez całe życie nie uwolnił się od tematu przemijania.
Nie będę dziś przypominać jego najbardziej "szkolnych", znanych każdemu licealiście liryków, takich jak "Ocalony" czy "Warkoczyk" - a założę się, że przeciętnemu Kowalskiemu twórczość Tadeusza Różewicza kojarzy się właśnie z tymi tytułami [o ile w ogóle jakkolwiek się kojarzy...]. Chcę natomiast zacytować wiersz, który lubię ze względu na subtelne ciepło, jakie się z niego przebija. Prosty, ludzki przekaz, bez zbędnych udziwnień i przerostu formy nad treścią. Taki nieśmiały humanizm w różewiczowskim wydaniu.
- To on jest z Pokolenia Kolumbów? I jeszcze żyje?!
Tjaaa...
O śmierci Tadeusza Różewicza przeczytałam w tramwaju wracając z egzaminów gimnazjalnych. Przyjęłam to jakoś spokojniej, niż odejście pani Wisławy. Nie wiem dlaczego, ale ona wydawała mi się jakaś taka ponadczasowa, wieczna - i pewnie stąd moją pierwszą jakże głęboką refleksją po śmierci noblistki było "O k*** mać...". Natomiast informacja, że umarł Różewicz, jakoś wpisała mi się w naturalny cykl świata. Doświadczony, mądry człowiek, bez którego trudno wyobrazić sobie powojenną poezję polską, dożył spokojnie sędziwego wieku i dziś zamknął oczy po raz ostatni. Tak się toczy świat.
Nie mam pojęcia, dlaczego śmierć Szymborskiej była dla mnie swego rodzaju szokiem, a Różewicza - smutną, ale całkiem zwyczajną wiadomością. A przecież jego wiersze także są dla mnie bardzo ważne i swojego czasu nieźle zryły mi beret. Może dlatego, że twórczość Różewicza naznaczona jest śmiercią, piętnem cierpienia, od którego w mojej ocenie nie uwolnił się przez całe życie? Chyba coś w tym jest. Moje pierwsze skojarzenia z wierszami pani Wisławy to ironia, paradoks, ale też smakowanie życia z nieustannym zdziwieniem, że świat wygląda właśnie tak, a nie inaczej. Tymczasem kiedy myślę "Tadeusz Różewicz", w mózgu pojawiają mi się niepokojące obrazy wypełnione krzykiem, bólem, zniszczeniem. Jego wiersze mają dla mnie coś z rozmowy, jaką prowadzi się w gabinecie psychoterapeuty, aby oczyścić się z traumy. Być może dlatego jego odejście wydało mi się częścią naturalnego procesu - ponieważ on przez całe życie nie uwolnił się od tematu przemijania.
Nie będę dziś przypominać jego najbardziej "szkolnych", znanych każdemu licealiście liryków, takich jak "Ocalony" czy "Warkoczyk" - a założę się, że przeciętnemu Kowalskiemu twórczość Tadeusza Różewicza kojarzy się właśnie z tymi tytułami [o ile w ogóle jakkolwiek się kojarzy...]. Chcę natomiast zacytować wiersz, który lubię ze względu na subtelne ciepło, jakie się z niego przebija. Prosty, ludzki przekaz, bez zbędnych udziwnień i przerostu formy nad treścią. Taki nieśmiały humanizm w różewiczowskim wydaniu.
TADEUSZ RÓŻEWICZ
"LIST DO LUDOŻERCÓW"
Kochani ludożercy
nie patrzcie wilkiem
na człowieka
który pyta o wolne miejsce
w przedziale kolejowym
zrozumcie
inni ludzie też mają
dwie nogi i siedzenie
Kochani ludożercy
poczekajcie chwilę
nie depczcie słabszych
nie zgrzytajcie zębami
zrozumcie
ludzi jest dużo będzie jeszcze
więcej wiec posuńcie się trochę
ustąpcie
Kochani ludożercy
nie wykupujcie wszystkich
świec sznurowadeł i makaronu
Nie mówcie odwróceni tyłem:
ja mnie mój moje
mój żołądek mój włos
mój odcisk moje spodnie
moja żona moje dzieci
moje zdanie
Kochani ludożercy
nie zjadajmy się Dobrze
bo nie zmartwychwstaniemy
Naprawdę
sobota, 11 maja 2013
Mam Chusteczkę haftowaną
Blog Dragonelli nie ma - i mieć nie będzie - charakteru recenzenckiego. Nie takie jest jego główne przesłanie, a poza tym fachową ocenę szeroko rozumianych tekstów kultury pozostawmy profesjonalistom, takim jak np. Mag. Dzisiejszy post zatem będzie absolutnie nietypowy, bo dotyczący książki, którą właśnie wchłonęłam w tempie ekspresowym.
Joanna Sałyga, Chustka, wyd. ZNAK, Kraków 2013
Książka jest papierową wersją bloga autorki, który prowadziła w czasie walki z chorobą nowotworową w okresie od 10 kwietnia 2010r. do 29 października 2012. Link do tej witryny cały czas znajduje się u mnie po prawej stronie w kolumnie "Blogi, które czytam". Pomimo że ostatni wpis pochodzi z 5 marca br. i że ponad wszelką wątpliwość więcej postów tam nie będzie, na razie nie mam zamiaru usuwać adresu tego bloga.
Książkę zamówiłam tak szybko, jak tylko pojawiła się na stronie internetowej wydawnictwa. Przyszła w czwartek wieczorem. Czytanie rozpoczęłam w piątek w szkole na okienku [przy okazji obiecując już jej pożyczenie Wiceszefowej oraz Krysi od Praktyk Zawodowych], kontynuowałam w tramwaju wracając do Pomarańczowej Jaskini [świadoma tego, że ryzykuję puszczenie pawia, jako że Smokowi absolutnie nie wolno czytać w pojazdach mechanicznych], potem wieczorem przed snem, dopóki nie padłam, a resztę skończyłam dziś rano - w międzyczasie pilnując gulaszu [który mimo to wyszedł całkiem dobry]. 400 stron wchłoniętych nie wiadomo kiedy.
Nie pamiętam już, w jaki sposób trafiłam na bloga Joanny. Przypuszczalnie odesłała mnie tam któraś ze stron internetowych traktujących o leczeniu raka. Jak to bywa z dobrymi, wartościowymi witrynami - wpadłam, poczytałam, zostałam. I śledziłam wpisy aż do śmierci Chustki, a potem jeszcze dłużej, bo przez jakiś czas bloga aktualizował jeszcze jej mąż, zwany tutaj Niemężem. Dołączyłam do "czytaczy" w momencie, kiedy nasze prywatne racze cholerstwo było już w odwrocie i coraz więcej znaków na niebie i ziemi wskazywało na to, że Hipkowi jednak się uda. I tak się rzeczywiście stało. Niestety, dla Joanny medycyna nie mogła zrobić tyle, co dla nas.
Nie mogę opędzić się od myśli, że historia związku Chustki i Niemęża jest krzywym, zdeformowanym odbiciem mojej relacji z Hipopotamem. Początek był niemal identyczny: mężczyzna i kobieta z pokaźnym bagażem rozmaitych doświadczeń życiowych poznają się w Internecie za pośrednictwem portali towarzyskich. Następuje wymiana korespondencji, potem spotkanie, na którym iskrzy jak spod kół hamującego pociągu, a potem podejmują szybką decyzję o byciu razem. I nagle jeebuuduu - sielanka zostaje brutalnie przerwana, a związek wystawiony na próbę, choć jeszcze na dobrą sprawę nie zdążył się nawet rozkręcić. W obu historiach chodzi o potencjalnie śmiertelną chorobę: u Chustki diagnoza nastąpiła w 3 miesiące po tym, jak poznała Niemęża, u nas ten czas był jeszcze krótszy, bo z tego, co pamiętam, maksymalnie 6-7 tygodni. I w obu przypadkach "zdrowe połówki" podjęły decyzję, że nie wycofują się, tylko zostają bez względu na to, co się wydarzy. I zarówno ja, jak i Niemąż nie pożałowaliśmy swoich decyzji.
Tu jednak podobieństwa się kończą. Rak Hipopotama był w pierwotnym, początkowym stadium - Chustki już w momencie diagnozy bardzo zaawansowany. U niego leczenie miało na celu rzeczywiście LECZENIE - u niej jedynie maksymalne odsunięcie śmierci. On z każdym dniem wracał do zdrowia i nabierał sił - ona słabła i znikała. On żyje - ona nie...
To tak, jak by ktoś kuźwa napisał początek, a potem rzucił monetą. Hipkowi i Smoczycy wypadł orzeł, niech więc zwierzaki mają się dobrze i są szczęśliwe. Chustce i Niemężowi wypadła reszka - no cóż, pech, bardzo mi przykro...
Książkę naprawdę polecam. Nie znajdziecie tam biadolenia, użalania się nad losem ani strugania świętej bohaterki. Znajdziecie super kobitkę z krwi i kości, która doskonale wie, że jest na straconej pozycji - ale mimo to potwornie chce żyć normalnie. I robi to w doskonałym, pozbawionym patosu stylu. Myślę, że polubicie Joannę, Niemęża, Giancarla, Babcię B., a nawet Viledę. A kupując książkę, przyczynicie się do wsparcia Fundacji "Chustka", która walczy o nowoczesne standardy w leczeniu bólu towarzyszącego chorobom nowotworowym.
niedziela, 3 lutego 2013
Kara za opiekę nad dzieckiem
Pamiętacie Emilkę? Tym z Was, którzy nie są ze mną od początku lub którym ta historia zaginęła w fałdach mózgowych, przypominam krótko jej dzieje. Otóż Emilka, urocza, przemiła, ale niestety lekko przygłupia blondyneczka z twarzą aniołka, zaszła w połowie pierwszej klasy gimnazjum w ciążę z 3 lata starszym Karolem, też uczniem naszej szkoły. Pierwszą klasę udało jej się jeszcze skończyć, ale po wakacjach opieka nad synkiem uniemożliwiła jej regularne chodzenie do Zoo. Ratunkiem mogło być dla niej indywidualne nauczanie [wtedy jeszcze Urząd Miasta miał na to pieniądze], ale załatwić formalności musiałaby rodzicielka Emilki, która jest osobą kompletnie niezaradną i na dodatek nadużywającą alkoholu [więcej na ten temat w tym poście]. Sprawa więc umarła śmiercią naturalną, tzn. młoda matka indywidualnych zajęć nie dostała, a w szkole pojawiała się na tyle rzadko, że była nieklasyfikowana ze wszystkiego. W rezultacie nie zdała i powtarza drugą klasę pod skrzydłami mojej ulubionej matematyczki Irenki. Żeby było jeszcze weselej, to w międzyczasie Karolowi znudziła się zabawa w tatusia, więc się na Emilkę i syna wypiął, a ona jest na tyle durna, że się uniosła honorem i nawet go nie ściga o alimenty.
Aaa, byłabym zapomniała: Emilka to podopieczna najgorszego kuratora, na jakiego w swojej pracy trafiłam, który ode mnie i od Pedagożycy dowiedział się o ciąży dziewczęcia w momencie, jak chodziła z brzuchem wielkości piłki do koszykówki.
Przypominam historię Emilki dlatego, że ostatnio znów pojawiła się w Zoo - a nie widziano jej tu od roku. Jak tylko zobaczyłam ją na przerwie, od razu do niej podeszłam. Byłam w końcu jej wychowawczynią przez dwa lata, a poza tym autentycznie lubię tę dziewczynę. Powód jej powrotu do szkoły jest bardzo prozaiczny - otóż opieka społeczna zabrała jej dziecko. Doszli do wniosku, że skoro babcia [mająca pełnię władz rodzicielskich, ponieważ Emilka ma dopiero 17 lat] nie potrafi dopilnować, żeby córka realizowała obowiązek szkolny - wszystko jedno, w jakiej formie - to nie nadaje się również do zajmowania się wnukiem.
Co prawda - powołuję się tu na doświadczenie Wicedyry - małego Emilce oddadzą, bo zabrali go bez nakazu sądowego, czyli na dobrą sprawę samowolnie. Tyle, że to potrwa kilka tygodni, a do tego czasu dziewczyna zwariuje z bólu, bo pomijając jej młody wiek i rozbrajającą naiwność, to jest bardzo dobrą matką, kochającą syna i dbającą o niego, jak tylko to możliwe w takich warunkach. Co będzie dalej, to nie wiadomo, bo sytuacja się zapewne powtórzy, jeśli Emilka nie zacznie chodzić do szkoły. A na to w dłuższej perspektywie szans nie ma, bo kto zostanie z dzieckiem? Opieka społeczna zatem pewnie po raz kolejny przyjedzie po malucha, tyle tylko, że już z nakazem.
Banał powiem, ale to jest wszystko postawione na głowie. Jestem za tym, żeby zabierać dzieci takim głupim gówniarzom, jak Dorota i Sławek - którzy przepijają państwowy socjal i mają głęboko pod małpimi ogonkami, co się z ich pociechą dzieje. W takich rodziców szkoda pompować pomoc społeczną, bo to tylko strata pieniędzy, od których i tak los dziecka się nie poprawia. Ale tutaj? Mamy do czynienia z 17-latką, która stara się jak może, nie pije, nie idzie w długą, tylko siedzi na tyłku i bawi synka, którego sobie przez głupotę zafundowała. Miała do wyboru: szkoła albo wychowanie dziecka. Wybrała dziecko - i zamiast młodziutkiej matce pomóc, państwo właśnie przez to zabrało jej synka. Może mi ktoś wytłumaczyć, gdzie tu sens?
Wiem wiem, pytanie jest retoryczne...
Aaa, byłabym zapomniała: Emilka to podopieczna najgorszego kuratora, na jakiego w swojej pracy trafiłam, który ode mnie i od Pedagożycy dowiedział się o ciąży dziewczęcia w momencie, jak chodziła z brzuchem wielkości piłki do koszykówki.
Przypominam historię Emilki dlatego, że ostatnio znów pojawiła się w Zoo - a nie widziano jej tu od roku. Jak tylko zobaczyłam ją na przerwie, od razu do niej podeszłam. Byłam w końcu jej wychowawczynią przez dwa lata, a poza tym autentycznie lubię tę dziewczynę. Powód jej powrotu do szkoły jest bardzo prozaiczny - otóż opieka społeczna zabrała jej dziecko. Doszli do wniosku, że skoro babcia [mająca pełnię władz rodzicielskich, ponieważ Emilka ma dopiero 17 lat] nie potrafi dopilnować, żeby córka realizowała obowiązek szkolny - wszystko jedno, w jakiej formie - to nie nadaje się również do zajmowania się wnukiem.
Co prawda - powołuję się tu na doświadczenie Wicedyry - małego Emilce oddadzą, bo zabrali go bez nakazu sądowego, czyli na dobrą sprawę samowolnie. Tyle, że to potrwa kilka tygodni, a do tego czasu dziewczyna zwariuje z bólu, bo pomijając jej młody wiek i rozbrajającą naiwność, to jest bardzo dobrą matką, kochającą syna i dbającą o niego, jak tylko to możliwe w takich warunkach. Co będzie dalej, to nie wiadomo, bo sytuacja się zapewne powtórzy, jeśli Emilka nie zacznie chodzić do szkoły. A na to w dłuższej perspektywie szans nie ma, bo kto zostanie z dzieckiem? Opieka społeczna zatem pewnie po raz kolejny przyjedzie po malucha, tyle tylko, że już z nakazem.
Banał powiem, ale to jest wszystko postawione na głowie. Jestem za tym, żeby zabierać dzieci takim głupim gówniarzom, jak Dorota i Sławek - którzy przepijają państwowy socjal i mają głęboko pod małpimi ogonkami, co się z ich pociechą dzieje. W takich rodziców szkoda pompować pomoc społeczną, bo to tylko strata pieniędzy, od których i tak los dziecka się nie poprawia. Ale tutaj? Mamy do czynienia z 17-latką, która stara się jak może, nie pije, nie idzie w długą, tylko siedzi na tyłku i bawi synka, którego sobie przez głupotę zafundowała. Miała do wyboru: szkoła albo wychowanie dziecka. Wybrała dziecko - i zamiast młodziutkiej matce pomóc, państwo właśnie przez to zabrało jej synka. Może mi ktoś wytłumaczyć, gdzie tu sens?
Wiem wiem, pytanie jest retoryczne...
piątek, 1 lutego 2013
1.II.2012 - W.Sz.
Wisława Szymborska
NAGROBEK
Tu leży staroświecka jak przecinek
autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek
raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup
nie należał do żadnej z literackich grup.
Ale też nic lepszego nie ma na mogile
oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.
Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy
i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę.
Wisława Szymborka (2.VII.1923 - 1.II.2012)
czwartek, 31 stycznia 2013
Dom Dziecka jako azyl
Jest w 1B - czyli klasie Smrodka i jednocześnie tej, której wychowawczynią jest świetna historyczka Marzena - chłopak, nazwijmy go Radek. Typ cichego dziecka, które ma przedziwną zdolność wtapiania się w otoczenie i niknięcia w gronie kolegów, pomimo swojego całkiem słusznego wzrostu. Spokojny, cichy, posłuszny.
Radek ma niestety bardzo duże problemy z nauką wynikające z faktu, że jest praktycznie analfabetą. Tzn. pisać jako-tako umie [choć bardzo niestarannie, wygląda to mniej więcej tak, jak wprawki pierwszoklasisty...], ale z czytaniem to już prawdziwa tragedia. Raz jeden kazałam mu coś przeczytać na głos [czytaliśmy wspólnie tekst z podręcznika i po prostu przyszła jego kolej] - cóż, więcej tego nie zrobię, by go nie ośmieszać. No a skoro nie radzi sobie z tą podstawową szkolną umiejętnością, to pociąga za sobą kłopoty z wszystkimi innymi przedmiotami. Do tego chłopak koło listopada zaczął opuszczać lekcje [dlaczego - to stanie się jasne po lekturze całości posta] i w rezultacie nałapał tyle nieobecności, że skończyło się kilkoma enkaelami, w tym również z języka polskiego.
Ponieważ w takich przypadkach zwykle nic się nie dzieje bez przyczyny, tak i tym razem jego problemy szkolne stają się oczywiste, jeśli poznamy sytuację domową Radka. A ma on, mówiąc wprost, przerąbane. Można to streścić w dwóch słowach: alkohol i przemoc. Pije ojciec,a do tego znęca się fizycznie nad rodziną przy biernej postawie matki. Ot, smutny standard. Ja z tatusiem nie miałam wątpliwej przyjemności [w końcu jestem tylko polonistką Radka, a facetowi nie przyszło na szczęście do głowy, by przyjść do mnie na rozmowę w trakcie którejś wywiadówki], ale po pierwszym zebraniu wyczerpującą relację zdała mi Marzenka. Otóż stawił się gość o wyglądzie typowego menela - Marzena stwierdziła, że nie wiedziała, gdzie oczy podziać ze wstydu - a jego reakcją na wiadomość o kiepskich ocenach syna było: "Już ja mu w domu tak wpierdolę, że przez miesiąc na dupie nie siądzie!". Biedną historyczkę najpierw zatkało, a potem usiłowała go utemperować informując, że bicie dzieci jest w Polsce niezgodne z prawem i należałoby raczej z Radkiem porozmawiać, a także przypilnować, by regularnie chodził do szkoły. Sama jednak wiedziała, że równie dobrze mogłaby opowiadać ślepemu o kolorach... Kolejnym razem tatuś przyszedł na spotkanie z wychowawczynią pijany, więc mu się Marzenka kazała wynosić - i bardzo słusznie.
Nie wiem, jak w innych szkołach, ale w naszej takich rzeczy bez reakcji się nie zostawia. Marzena poleciała z zeznaniami do Pedagożycy, a ta jest doświadczona w podobnych sprawach i umie uruchomić pewne trybiki w machinie sądowniczo-opiekuńczej. Dla niezorientowanych: szkoła w takich przypadkach może [co ja gadam, może - POWINNA!] wystosować do sądu pismo, w którym zrelacjonuje swoje podejrzenia w kwestii stosowania przemocy wobec "małoletniego" i wnioskuje o rozpoznanie jego sytuacji rodzinnej. Trzeba to rzecz jasna zrobić odpowiednim językiem, pełnym właściwych formułek, ale jednocześnie na tyle drastycznym, by urzędowi chciało się jak najszybciej ruszyć tyłek. A to akurat Pedagożyca świetnie potrafi. Trochę to co prawda trwało, a w międzyczasie Radek przestał chodzić do szkoły, więc nie miałyśmy świeżych informacji, jak się sprawy u niego mają.
W styczniu, z okazji podsumowującej semestr wywiadówki, pojawiają się u nas nie tylko rodzice, ale również opiekunowie prawni - w tym wychowawcy z tych domów dziecka i innych placówek opiekuńczych, którzy mają w Zoo swoich podopiecznych. Pojawiła się też tradycyjnie pani z Domu Dziecka prowadzonego przez zakonników, z którym współpracujemy od lat. Zaczęła wypytywać o wychowawcę 1B i okazało się, że dzień wcześniej pod ich skrzydła trafił nie kto inny, tylko Radek. Natomiast okoliczności, w jakich się to zdarzyło sprawiły, że szczęki nam opadły - a wiem, co mówię, bo byłam przy tej rozmowie w pokoju nauczycielskim. Otóż odbyła się rozprawa w sądzie rodzinnym, podczas której chłopak rozpłakał się i stwierdził, że on do domu nie wróci i koniec. Błagał sędzinę, żeby go od razu, z miejsca zabrali obojętnie gdzie, tam, gdzie tylko jest miejsce. Sędzina na szczęście była człowiekiem, wykonała kilka telefonów by ustalić, gdzie biedaka mogą przyjąć "na już" - i tak wylądował w naszym zaprzyjaźnionym zakonnym Domu Dziecka. Rzeczywiście, pojechał tak, jak stał - nawet szczoteczkę do zębów i piżamę dostał na miejscu.
Po feriach Radek pojawił się w szkole, a jakże. I wiecie co? Aż przyjemnie na niego spojrzeć. Jeśli ktoś znał go wcześniej, to od razu zauważy różnicę, nawet po samej twarzy. Widać, że chłopak jest wyspany, spokojniejszy, mniej spięty, nareszcie się uśmiecha. Marzenka oczywiście wzięła go na rozmowę podczas przerwy i szczegółowo wypytała - a jak mu tam jest, a czy ma wygodne łóżko, a czy inni chłopcy mu nie dokuczają, a czy dobrze go tam karmią, a co jadł na śniadanie itd. Może się to wydawać zabawne, przepytywanie w ten sposób starego konia wyższego od siebie o głowę, ale myślę, że Radkowi raczej się miło zrobiło. Na odmianę jakiś dorosły się nim interesuje, zamiast go lać. A na szczęście wszystko wskazuje na to, że chłopak będzie mógł zostać w tym Domu Dziecka przynajmniej do osiągnięcia pełnoletności.
Jako pointę podzielę się jedną refleksją. Nie wiem, jak Wam, ale mnie się w głowie nie mieści, jaki koszmar miał Radek w domu rodzinnym. Wiem z doświadczenia, że na ogół dzieciaki bronią swoich matek i ojców tak długo, jak się da, zaprzeczają faktom, usprawiedliwiają ich i nie dają na nich powiedzieć złego słowa bez względu na to, jakimi kanaliami by nie byli. W taki razie jak potworne piekło musiał przeżyć ten uczeń, skoro pękł - i to przy obcej osobie, będącej w dodatku urzędnikiem państwowym? Możecie sobie wyobrazić rosłego 16-latka, który płacze jak dziecko w sądzie i błaga, by nie kazali mu wracać do domu? Bo ja szczerze mówiąc nie potrafię...
Radek ma niestety bardzo duże problemy z nauką wynikające z faktu, że jest praktycznie analfabetą. Tzn. pisać jako-tako umie [choć bardzo niestarannie, wygląda to mniej więcej tak, jak wprawki pierwszoklasisty...], ale z czytaniem to już prawdziwa tragedia. Raz jeden kazałam mu coś przeczytać na głos [czytaliśmy wspólnie tekst z podręcznika i po prostu przyszła jego kolej] - cóż, więcej tego nie zrobię, by go nie ośmieszać. No a skoro nie radzi sobie z tą podstawową szkolną umiejętnością, to pociąga za sobą kłopoty z wszystkimi innymi przedmiotami. Do tego chłopak koło listopada zaczął opuszczać lekcje [dlaczego - to stanie się jasne po lekturze całości posta] i w rezultacie nałapał tyle nieobecności, że skończyło się kilkoma enkaelami, w tym również z języka polskiego.
Ponieważ w takich przypadkach zwykle nic się nie dzieje bez przyczyny, tak i tym razem jego problemy szkolne stają się oczywiste, jeśli poznamy sytuację domową Radka. A ma on, mówiąc wprost, przerąbane. Można to streścić w dwóch słowach: alkohol i przemoc. Pije ojciec,a do tego znęca się fizycznie nad rodziną przy biernej postawie matki. Ot, smutny standard. Ja z tatusiem nie miałam wątpliwej przyjemności [w końcu jestem tylko polonistką Radka, a facetowi nie przyszło na szczęście do głowy, by przyjść do mnie na rozmowę w trakcie którejś wywiadówki], ale po pierwszym zebraniu wyczerpującą relację zdała mi Marzenka. Otóż stawił się gość o wyglądzie typowego menela - Marzena stwierdziła, że nie wiedziała, gdzie oczy podziać ze wstydu - a jego reakcją na wiadomość o kiepskich ocenach syna było: "Już ja mu w domu tak wpierdolę, że przez miesiąc na dupie nie siądzie!". Biedną historyczkę najpierw zatkało, a potem usiłowała go utemperować informując, że bicie dzieci jest w Polsce niezgodne z prawem i należałoby raczej z Radkiem porozmawiać, a także przypilnować, by regularnie chodził do szkoły. Sama jednak wiedziała, że równie dobrze mogłaby opowiadać ślepemu o kolorach... Kolejnym razem tatuś przyszedł na spotkanie z wychowawczynią pijany, więc mu się Marzenka kazała wynosić - i bardzo słusznie.
Nie wiem, jak w innych szkołach, ale w naszej takich rzeczy bez reakcji się nie zostawia. Marzena poleciała z zeznaniami do Pedagożycy, a ta jest doświadczona w podobnych sprawach i umie uruchomić pewne trybiki w machinie sądowniczo-opiekuńczej. Dla niezorientowanych: szkoła w takich przypadkach może [co ja gadam, może - POWINNA!] wystosować do sądu pismo, w którym zrelacjonuje swoje podejrzenia w kwestii stosowania przemocy wobec "małoletniego" i wnioskuje o rozpoznanie jego sytuacji rodzinnej. Trzeba to rzecz jasna zrobić odpowiednim językiem, pełnym właściwych formułek, ale jednocześnie na tyle drastycznym, by urzędowi chciało się jak najszybciej ruszyć tyłek. A to akurat Pedagożyca świetnie potrafi. Trochę to co prawda trwało, a w międzyczasie Radek przestał chodzić do szkoły, więc nie miałyśmy świeżych informacji, jak się sprawy u niego mają.
W styczniu, z okazji podsumowującej semestr wywiadówki, pojawiają się u nas nie tylko rodzice, ale również opiekunowie prawni - w tym wychowawcy z tych domów dziecka i innych placówek opiekuńczych, którzy mają w Zoo swoich podopiecznych. Pojawiła się też tradycyjnie pani z Domu Dziecka prowadzonego przez zakonników, z którym współpracujemy od lat. Zaczęła wypytywać o wychowawcę 1B i okazało się, że dzień wcześniej pod ich skrzydła trafił nie kto inny, tylko Radek. Natomiast okoliczności, w jakich się to zdarzyło sprawiły, że szczęki nam opadły - a wiem, co mówię, bo byłam przy tej rozmowie w pokoju nauczycielskim. Otóż odbyła się rozprawa w sądzie rodzinnym, podczas której chłopak rozpłakał się i stwierdził, że on do domu nie wróci i koniec. Błagał sędzinę, żeby go od razu, z miejsca zabrali obojętnie gdzie, tam, gdzie tylko jest miejsce. Sędzina na szczęście była człowiekiem, wykonała kilka telefonów by ustalić, gdzie biedaka mogą przyjąć "na już" - i tak wylądował w naszym zaprzyjaźnionym zakonnym Domu Dziecka. Rzeczywiście, pojechał tak, jak stał - nawet szczoteczkę do zębów i piżamę dostał na miejscu.
Po feriach Radek pojawił się w szkole, a jakże. I wiecie co? Aż przyjemnie na niego spojrzeć. Jeśli ktoś znał go wcześniej, to od razu zauważy różnicę, nawet po samej twarzy. Widać, że chłopak jest wyspany, spokojniejszy, mniej spięty, nareszcie się uśmiecha. Marzenka oczywiście wzięła go na rozmowę podczas przerwy i szczegółowo wypytała - a jak mu tam jest, a czy ma wygodne łóżko, a czy inni chłopcy mu nie dokuczają, a czy dobrze go tam karmią, a co jadł na śniadanie itd. Może się to wydawać zabawne, przepytywanie w ten sposób starego konia wyższego od siebie o głowę, ale myślę, że Radkowi raczej się miło zrobiło. Na odmianę jakiś dorosły się nim interesuje, zamiast go lać. A na szczęście wszystko wskazuje na to, że chłopak będzie mógł zostać w tym Domu Dziecka przynajmniej do osiągnięcia pełnoletności.
Jako pointę podzielę się jedną refleksją. Nie wiem, jak Wam, ale mnie się w głowie nie mieści, jaki koszmar miał Radek w domu rodzinnym. Wiem z doświadczenia, że na ogół dzieciaki bronią swoich matek i ojców tak długo, jak się da, zaprzeczają faktom, usprawiedliwiają ich i nie dają na nich powiedzieć złego słowa bez względu na to, jakimi kanaliami by nie byli. W taki razie jak potworne piekło musiał przeżyć ten uczeń, skoro pękł - i to przy obcej osobie, będącej w dodatku urzędnikiem państwowym? Możecie sobie wyobrazić rosłego 16-latka, który płacze jak dziecko w sądzie i błaga, by nie kazali mu wracać do domu? Bo ja szczerze mówiąc nie potrafię...
sobota, 26 stycznia 2013
O skutkach bicia
Opublikowałam jak dotąd dwa posty o tematyce kar cielesnych. W pierwszym wskazywałam - na własnym przykładzie - błędność założenia, że do wychowania tzw. "porządnego człowieka" lanie go w dzieciństwie jest niezbędne. W drugim przedstawiałam swój punkt widzenia na temat skuteczności karania oraz proponowałam alternatywę wobec bicia. Dzisiejszy post będzie chyba ostatnim z tej serii tematycznej [chyba - bo może w związku z ewentualnymi Waszymi komentarzami coś mi jeszcze przyjdzie do głowy?] i jednocześnie spodziewam się, że wywoła najwięcej emocji i protestów u zwolenników stosowania kar cielesnych w procesie wychowania.
W związku z tym przed lekturą chcę jeszcze raz odesłać do wstępu, który napisałam do poprzedniego posta. Podkreślam z uporem maniaka, że prezentuję tutaj swoje poglądy, podając ich uzasadnienie. Nie jest moim celem atakowanie nikogo personalnie. Nie twierdzę, że LUDZIE stosujący kary cielesne wobec dzieci są z definicji źli, jak najbardziej natomiast jestem zdania, że bicie jest krzywdzące, szkodliwe i potencjalnie niebezpieczne. Mam nadzieję, że łapiecie różnicę: potępiam zachowanie, a nie rodziców, którzy w większości [bo nie mówię tu o patologiach] mają przecież jak najlepsze intencje i biją dlatego, żeby dziecku wyszło to na dobre. Innymi słowy - Drogi Czytelniku, jeśli stosujesz te metody wychowawcze, to Dragonka nie mówi Ci, że jesteś złym, okrutnym bydlakiem, tylko, że kierując się szlachetnymi założeniami możesz zrobić dziecku krzywdę wcale tego nie chcąc. Poniżej postaram się wyjaśnić, dlaczego tak uważam, a Ty możesz przyjąć tę argumentację, albo wzruszyć ramionami i uznać, że się mylę. Twoja sprawa, Twoje dziecko, Twoja odpowiedzialność za nie.
Kiedy byłam już mocno dojrzałą nastolatką - miałam jakieś 17 czy 18 lat - natrafiłam na książkę Alice Miller "Zniewolone dzieciństwo", w której - tu posłużę się cytatem z opisu do polskiego wydania - "demaskuje mechanizm przemocy obecny w metodach wychowawczych stosowanych wobec naszych rodziców i dziadków (tzw. czarna pedagogika) (...), kreśli sugestywny obraz zniszczeń, jakich dokonuje w człowieku przemoc i wynikających stąd zagrożeń społecznych". Ta praca składa się z dwóch części. W pierwszej autorka przedstawia, jak wyglądało wychowanie dzieci na przełomie XIX i XX wieku na terenie Niemiec, Austrii i Szwajcarii, obszernie cytując i komentując podręczniki pedagogiczne z epoki. Ta część kończy się konkluzją, że dziecko, które w procesie wychowania padło ofiarą przemocy i upokorzenia ze strony najbliższych mu osób, jeśli nie otrzyma pomocy, to wyrośnie na dorosłego, który sam będzie stosował przemoc - albo wobec samego siebie, albo wobec innych, albo będzie robił obie te rzeczy na raz. Na poparcie tej tezy Miller w drugiej części pracy analizuje na podstawie różnych źródeł przypadki trzech osób, które jako dzieci przeszły przez piekło, a potem jako dorośli sami to piekło w rozmaity sposób tworzyli. Ci ludzie to Christiane F., autorka słynnej książki "My, dzieci z Dworca Zoo" [jako przykład autodestrukcji], Adolf Hitler [jako przykład obsesyjnej potrzeby niszczenia innych] oraz Jürgen Bartsch, niemiecki dzieciobójca na tle seksualnym [jako przykład kogoś, kto zadawał cierpienie zarówno sobie, jak i innym]. Osobom zainteresowanym tematyką wychowywania dzieci gorąco tę pracę polecam, choć jestem świadoma, że przedstawione w niej przykłady są rzeczywiście mocno skrajne i metody, jakie były stosowane wobec trójki "bohaterów" nie mają nic wspólnego z żadną pedagogiką, tylko są torturami fizycznymi i psychicznymi w najczystszej postaci. Wiem, że porównanie "zwykłych klapsów" do doświadczeń tamtych dzieci to zestawienie wiosennego deszczyku z gradobiciem i nie jest moim celem stawianie tu znaku równości. Tym niemniej jednak mechanizmy i tok myślenia opisany przez Alice Miller, które stoją za "czarną pedagogiką", są niestety już niemalże identyczne. A skoro tak, to istnieje potencjalne ryzyko, że - trzymając się pogodowej metafory - ten deszczyk w gradobicie się przerodzi, jeśli napotka na sprzyjające warunki atmosferyczne. Kto jednak jest ciekawy, tego odsyłam do książki - ja natomiast wracam do konkretów.
Jestem głęboko przekonana o tym, że "przemoc rodzi przemoc". Trzeba tu oczywiście umieć odróżnić agresję od przemocy, czyli zjawiska, które ma charakter intencjonalny, powtarzalny i w którym nie występuje "zamiana ról", czyli sprawca jest zawsze sprawcą, a ofiara zawsze ofiarą [to tak w wielkim skrócie - jest na ten temat mnóstwo publikacji, nawet w Internecie]. Ktoś, kto jest ofiarą przemocy, wcześniej czy później będzie z nią musiał "coś zrobić", jakoś ją uzewnętrznić. I zrobi to albo szkodząc sobie [np. niska samoocena, zadawanie sobie bólu, szkodzenie swojemu zdrowiu poprzez popadanie w nałogi], albo wyładowując ją na kimś słabszym [fizycznie lub psychicznie].
Zapytacie: chwila chwila, ale jak to się ma do okazjonalnego klapsa? Czy to już od razu jest przemoc, która rujnuje psychikę?
Odpowiem: i tak, i nie. Zwykłe, pojedyncze uderzenie, które nie jest zbyt mocne i które nie ma upokarzającej formy, destrukcyjne zapewne nie będzie. Tyle, że w takim razie nie odniesie skutku, bo będzie za lekką karą [patrz poprzedni post]. Dziecko takie lanie kompletnie zlekceważy i pomyśli: "To ja następnym razem zrobię to samo i najwyżej dostanę klapsa, nic wielkiego". Co wobec tego pomyśli rodzic, kiedy tylko zauważy podobne podejście? "Następnym razem sprawię mu takie lanie, że popamięta". Problem w tym, że aby "dziecko popamiętało", to trzeba mu zadać albo dużo większy ból fizyczny, albo upokorzyć, czyli zadać ból psychiczny. A tutaj już bardzo prosta droga do takiej przemocy, która rzeczywiście może zrobić krzywdę.
W tym miejscu chcę zwrócić uwagę na potencjalne "techniczne" niebezpieczeństwo związane z biciem dziecka, a wynikające z nierównowagi sił. Weźmy pod uwagę, że bije osoba dorosła [duża, silna], a bite jest małe dziecko [mniejsze, delikatniejsze, słabsze]. To, co mamie czy tacie wydaje się "delikatnym klapsem", dla dziecka może okazać się silnym uderzeniem [bo jak to sprawdzi? Przecież nie jest w jego skórze...]. Mało tego: jeśli rodzic bije pod wpływem impulsu, emocji, gniewu, to z przyczyn naturalnych traci panowanie nad siłą uderzenia i istnieje ryzyko, że uderzy dużo mocniej, niż chciał. Stąd potem zwyczajni, kochający i wcale "niepatologiczni" rodzice naderwą ucho, zostawią sińce lub wręcz coś połamią. Oni naprawdę nie chcieli, tak jakoś "samo wyszło"...
Skoro tak, to może lepiej "bić na zimno" - czyli po opadnięciu emocji, na spokojnie, kazać dziecku przynieść pasek, położyć się na wersalce, a następnie metodycznie mu wprać, najlepiej jeszcze głośno licząc uderzenia...? Tu przechodzimy do kwestii upokarzających rytuałów związanych z karami cielesnymi, które mogą być dużo gorsze, niż sam fizyczny ból. Cała ta otoczka - począwszy od odwlekania kary w czasie, a na jej drobiazgowym przygotowaniu i wykonaniu skończywszy - potęguje przede wszystkim strach i wyolbrzymia go w głowie dziecka. Ono czekając na karę nie zastanawia się nad swoim złym postępowaniem, tylko przeżywa to, co ma się stać. To porównanie zapewne nie spodoba się zwolennikom kar cielesnych, ale taki mechanizm strachu stosowano z powodzeniem w średniowieczu - prowadząc delikwenta do sali tortur jeszcze przed ich zadaniem, dokładnie pokazując mu, co go czeka. Znów podkreślam: nie chodzi mi o to, żeby klapsy nazwać torturami, ale o to, że w obu przypadkach wykorzystuje się to samo oddziaływanie na psychikę, a więc zadaje się podobny ból psychiczny.
Ostatnia sprawa dotyczy pewnego niebezpiecznego skutku ubocznego, towarzyszącego karze cielesnej. Otóż bijąc dziecko pokazujemy mu bez wątpienia jedno: jeśli z różnych przyczyn nie potrafię poprzeć mojego stanowiska argumentami [np. brakuje mi ich, albo nie umiem ich wyrazić, albo uznaję, że druga strona jest za głupia, by je zrozumieć], to wolno mi wykorzystać przewagę fizyczną, czyli użyć siły. Z perspektywy dziecka tak właśnie to wygląda [na co wskazywałam już w poprzednim poście] - robię to, co rodzic każe nie dlatego, że ma rację i jest mądry, tylko dlatego, że nie mam wyjścia, bo jest silniejszy.
Ok, w tej relacji, czyli rodzic-dziecko, ten pierwszy ma przewagę fizyczną [przynajmniej do czasu...] i dlatego narzuca swoje zdanie. Ale wystarczy wyjść na podwórko, by znaleźć inne dziecko, które będzie mniejsze, słabsze... Jeśli w zabawie nie będzie chciało mnie posłuchać, to po co się męczyć i mu cokolwiek tłumaczyć? Nie lepiej mu wprać? Przecież "tak się robi w domu". Ja jestem silniejszy, więc ja rządzę, jakie to proste...
Jasne, że zbić jest łatwiej niż wytłumaczyć. Jasne, że efekt jest zwykle natychmiastowy. Jasne, że przy okazji możemy w ten sposób rozładować swoje własne negatywne emocje. Tylko że wychowanie dziecka jest długotrwałym procesem ciągnącym się latami, a nie jednorazową reakcją na konkretne zachowanie. Warto więc zatem zastanowić się, co w efekcie chcemy osiągnąć i czy metody, które do tego celu obraliśmy, nie przyniosą w rezultacie więcej szkody, niż pożytku.
Dziękuję za uwagę wszystkim, którzy doczytali do końca :)
W związku z tym przed lekturą chcę jeszcze raz odesłać do wstępu, który napisałam do poprzedniego posta. Podkreślam z uporem maniaka, że prezentuję tutaj swoje poglądy, podając ich uzasadnienie. Nie jest moim celem atakowanie nikogo personalnie. Nie twierdzę, że LUDZIE stosujący kary cielesne wobec dzieci są z definicji źli, jak najbardziej natomiast jestem zdania, że bicie jest krzywdzące, szkodliwe i potencjalnie niebezpieczne. Mam nadzieję, że łapiecie różnicę: potępiam zachowanie, a nie rodziców, którzy w większości [bo nie mówię tu o patologiach] mają przecież jak najlepsze intencje i biją dlatego, żeby dziecku wyszło to na dobre. Innymi słowy - Drogi Czytelniku, jeśli stosujesz te metody wychowawcze, to Dragonka nie mówi Ci, że jesteś złym, okrutnym bydlakiem, tylko, że kierując się szlachetnymi założeniami możesz zrobić dziecku krzywdę wcale tego nie chcąc. Poniżej postaram się wyjaśnić, dlaczego tak uważam, a Ty możesz przyjąć tę argumentację, albo wzruszyć ramionami i uznać, że się mylę. Twoja sprawa, Twoje dziecko, Twoja odpowiedzialność za nie.
Kiedy byłam już mocno dojrzałą nastolatką - miałam jakieś 17 czy 18 lat - natrafiłam na książkę Alice Miller "Zniewolone dzieciństwo", w której - tu posłużę się cytatem z opisu do polskiego wydania - "demaskuje mechanizm przemocy obecny w metodach wychowawczych stosowanych wobec naszych rodziców i dziadków (tzw. czarna pedagogika) (...), kreśli sugestywny obraz zniszczeń, jakich dokonuje w człowieku przemoc i wynikających stąd zagrożeń społecznych". Ta praca składa się z dwóch części. W pierwszej autorka przedstawia, jak wyglądało wychowanie dzieci na przełomie XIX i XX wieku na terenie Niemiec, Austrii i Szwajcarii, obszernie cytując i komentując podręczniki pedagogiczne z epoki. Ta część kończy się konkluzją, że dziecko, które w procesie wychowania padło ofiarą przemocy i upokorzenia ze strony najbliższych mu osób, jeśli nie otrzyma pomocy, to wyrośnie na dorosłego, który sam będzie stosował przemoc - albo wobec samego siebie, albo wobec innych, albo będzie robił obie te rzeczy na raz. Na poparcie tej tezy Miller w drugiej części pracy analizuje na podstawie różnych źródeł przypadki trzech osób, które jako dzieci przeszły przez piekło, a potem jako dorośli sami to piekło w rozmaity sposób tworzyli. Ci ludzie to Christiane F., autorka słynnej książki "My, dzieci z Dworca Zoo" [jako przykład autodestrukcji], Adolf Hitler [jako przykład obsesyjnej potrzeby niszczenia innych] oraz Jürgen Bartsch, niemiecki dzieciobójca na tle seksualnym [jako przykład kogoś, kto zadawał cierpienie zarówno sobie, jak i innym]. Osobom zainteresowanym tematyką wychowywania dzieci gorąco tę pracę polecam, choć jestem świadoma, że przedstawione w niej przykłady są rzeczywiście mocno skrajne i metody, jakie były stosowane wobec trójki "bohaterów" nie mają nic wspólnego z żadną pedagogiką, tylko są torturami fizycznymi i psychicznymi w najczystszej postaci. Wiem, że porównanie "zwykłych klapsów" do doświadczeń tamtych dzieci to zestawienie wiosennego deszczyku z gradobiciem i nie jest moim celem stawianie tu znaku równości. Tym niemniej jednak mechanizmy i tok myślenia opisany przez Alice Miller, które stoją za "czarną pedagogiką", są niestety już niemalże identyczne. A skoro tak, to istnieje potencjalne ryzyko, że - trzymając się pogodowej metafory - ten deszczyk w gradobicie się przerodzi, jeśli napotka na sprzyjające warunki atmosferyczne. Kto jednak jest ciekawy, tego odsyłam do książki - ja natomiast wracam do konkretów.
Jestem głęboko przekonana o tym, że "przemoc rodzi przemoc". Trzeba tu oczywiście umieć odróżnić agresję od przemocy, czyli zjawiska, które ma charakter intencjonalny, powtarzalny i w którym nie występuje "zamiana ról", czyli sprawca jest zawsze sprawcą, a ofiara zawsze ofiarą [to tak w wielkim skrócie - jest na ten temat mnóstwo publikacji, nawet w Internecie]. Ktoś, kto jest ofiarą przemocy, wcześniej czy później będzie z nią musiał "coś zrobić", jakoś ją uzewnętrznić. I zrobi to albo szkodząc sobie [np. niska samoocena, zadawanie sobie bólu, szkodzenie swojemu zdrowiu poprzez popadanie w nałogi], albo wyładowując ją na kimś słabszym [fizycznie lub psychicznie].
Zapytacie: chwila chwila, ale jak to się ma do okazjonalnego klapsa? Czy to już od razu jest przemoc, która rujnuje psychikę?
Odpowiem: i tak, i nie. Zwykłe, pojedyncze uderzenie, które nie jest zbyt mocne i które nie ma upokarzającej formy, destrukcyjne zapewne nie będzie. Tyle, że w takim razie nie odniesie skutku, bo będzie za lekką karą [patrz poprzedni post]. Dziecko takie lanie kompletnie zlekceważy i pomyśli: "To ja następnym razem zrobię to samo i najwyżej dostanę klapsa, nic wielkiego". Co wobec tego pomyśli rodzic, kiedy tylko zauważy podobne podejście? "Następnym razem sprawię mu takie lanie, że popamięta". Problem w tym, że aby "dziecko popamiętało", to trzeba mu zadać albo dużo większy ból fizyczny, albo upokorzyć, czyli zadać ból psychiczny. A tutaj już bardzo prosta droga do takiej przemocy, która rzeczywiście może zrobić krzywdę.
W tym miejscu chcę zwrócić uwagę na potencjalne "techniczne" niebezpieczeństwo związane z biciem dziecka, a wynikające z nierównowagi sił. Weźmy pod uwagę, że bije osoba dorosła [duża, silna], a bite jest małe dziecko [mniejsze, delikatniejsze, słabsze]. To, co mamie czy tacie wydaje się "delikatnym klapsem", dla dziecka może okazać się silnym uderzeniem [bo jak to sprawdzi? Przecież nie jest w jego skórze...]. Mało tego: jeśli rodzic bije pod wpływem impulsu, emocji, gniewu, to z przyczyn naturalnych traci panowanie nad siłą uderzenia i istnieje ryzyko, że uderzy dużo mocniej, niż chciał. Stąd potem zwyczajni, kochający i wcale "niepatologiczni" rodzice naderwą ucho, zostawią sińce lub wręcz coś połamią. Oni naprawdę nie chcieli, tak jakoś "samo wyszło"...
Skoro tak, to może lepiej "bić na zimno" - czyli po opadnięciu emocji, na spokojnie, kazać dziecku przynieść pasek, położyć się na wersalce, a następnie metodycznie mu wprać, najlepiej jeszcze głośno licząc uderzenia...? Tu przechodzimy do kwestii upokarzających rytuałów związanych z karami cielesnymi, które mogą być dużo gorsze, niż sam fizyczny ból. Cała ta otoczka - począwszy od odwlekania kary w czasie, a na jej drobiazgowym przygotowaniu i wykonaniu skończywszy - potęguje przede wszystkim strach i wyolbrzymia go w głowie dziecka. Ono czekając na karę nie zastanawia się nad swoim złym postępowaniem, tylko przeżywa to, co ma się stać. To porównanie zapewne nie spodoba się zwolennikom kar cielesnych, ale taki mechanizm strachu stosowano z powodzeniem w średniowieczu - prowadząc delikwenta do sali tortur jeszcze przed ich zadaniem, dokładnie pokazując mu, co go czeka. Znów podkreślam: nie chodzi mi o to, żeby klapsy nazwać torturami, ale o to, że w obu przypadkach wykorzystuje się to samo oddziaływanie na psychikę, a więc zadaje się podobny ból psychiczny.
Ostatnia sprawa dotyczy pewnego niebezpiecznego skutku ubocznego, towarzyszącego karze cielesnej. Otóż bijąc dziecko pokazujemy mu bez wątpienia jedno: jeśli z różnych przyczyn nie potrafię poprzeć mojego stanowiska argumentami [np. brakuje mi ich, albo nie umiem ich wyrazić, albo uznaję, że druga strona jest za głupia, by je zrozumieć], to wolno mi wykorzystać przewagę fizyczną, czyli użyć siły. Z perspektywy dziecka tak właśnie to wygląda [na co wskazywałam już w poprzednim poście] - robię to, co rodzic każe nie dlatego, że ma rację i jest mądry, tylko dlatego, że nie mam wyjścia, bo jest silniejszy.
Ok, w tej relacji, czyli rodzic-dziecko, ten pierwszy ma przewagę fizyczną [przynajmniej do czasu...] i dlatego narzuca swoje zdanie. Ale wystarczy wyjść na podwórko, by znaleźć inne dziecko, które będzie mniejsze, słabsze... Jeśli w zabawie nie będzie chciało mnie posłuchać, to po co się męczyć i mu cokolwiek tłumaczyć? Nie lepiej mu wprać? Przecież "tak się robi w domu". Ja jestem silniejszy, więc ja rządzę, jakie to proste...
Jasne, że zbić jest łatwiej niż wytłumaczyć. Jasne, że efekt jest zwykle natychmiastowy. Jasne, że przy okazji możemy w ten sposób rozładować swoje własne negatywne emocje. Tylko że wychowanie dziecka jest długotrwałym procesem ciągnącym się latami, a nie jednorazową reakcją na konkretne zachowanie. Warto więc zatem zastanowić się, co w efekcie chcemy osiągnąć i czy metody, które do tego celu obraliśmy, nie przyniosą w rezultacie więcej szkody, niż pożytku.
Dziękuję za uwagę wszystkim, którzy doczytali do końca :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)












