Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

czwartek, 14 października 2010

Zdrowotna spychologia

   Sprawa, którą dziś opiszę, ma już prawie miesiąc, ale chcę ją uwiecznić, by refleksje na ten temat nie zaginęły w pomroce dziejów.
    Temat dzisiejszej lekcji brzmi: SŁUŻBA ZDROWIA.
    Że państwowa jest beznadziejna - każdy wie i widzi. Że każdy kolejny rząd woli stosować półśrodki, niż wziąć się za rzeczywistą reformę tego burdelu - to jasne jak słońce. Że najbardziej w związku z tym obrywa się ludziom, których zwyczajnie nie stać na prywatne wizyty gabinetach lekarskich - to taki banał, że aż szkoda pisać.
    W takim razie: po kiego diabła Dragonka chce międlić ten temat? A po takiego, że historia, jaką chcę przedstawić, jest jednak przekroczeniem pewnej granicy, za którą robi się już po prostu niebezpiecznie i to w szerszym słowa tego znaczeniu.
    Ale do meritum. Mój przyjaciel i jednocześnie współlokator - barwna osoba zwana w dalszej części bloga Havrankiem - nabawił się przewlekłego zapalenia krtani. Doleczyć tego nie mógł, mijały kolejne miesiące brania antybiotyków, facet spać nie dawał po nocach z powodu kaszlu, którego ilość decybeli spokojnie mogłaby konkurować z młotem pneumatycznym. W dodatku biedaczyna stawał się coraz słabszy i dosłownie znikał w oczach (zawsze był chudy, ale zaczął wyglądać tak, że spokojnie mógłby robić za statysyę w Liście Schindlera bez żadnej charakteryzacji). Po różnych perypetiach trafił wreszcie do porządnego internisty (oczywiście PRYWATNIE, a jakże by inaczej...), który pokojarzył fakty, zlecił badania - no i zapadł wyrok: GRUŹLICA. Tak tak, XXI wiek, środek wielkiego miasta, młody, wykształcony człowiek pracujący umysłowo - chory na gruźlicę.
    Po Havranka przyjechali uroczy pielęgniarze w strojach jak z "Epidemii", po czym zapakowano go do izolatki, gdzie pod tlenem przesiedział prawie 3 tygodnie odcięty od świata. Wiadomo, gruźlica to choroba potencjalnie śmiertelna, diablo zakaźna. Co więcej, w Polsce obowiązuje ustawowy NAKAZ leczenia gruźlicy oraz objęcia opieką i obserwacją osób, które miały bezposredni kontakt z chorym.
    Tyle teoria. A praktyka? Ano jak zwykle - spychologia. Co z tego, że 4 miesiące mieszkałam z nim pod jednym dachem i dopóki nie ustali się, czy też się nie zaraziłam, to jestem potencjalnym zagrożeniem dla społeczeństwa? Co z tego, że moje mieszkanie w związku z tym stało się tykającą bombą biologiczną?
    Zaczęłam od telefonu do Sanepidu. Nikt nic nie wie, nikt niczym się nie zajmuje, to nie u nas, proszę zadzwonić gdzie indziej. Po ponad półgodzinnym odsyłaniu mnie z oddziału do oddziału łaskawie dostałam telefon do PRYWATNEJ firmy, która zajmuje się dezynfekcją pomieszczeń i tam dopiero bardzo życzliwy pan udzielił mi informacji, co mam zrobić ze swoim mieszkaniem, żeby się pozbyć zagrożenia. Dalej - lekarze. Powinnam zrobić RTG i próbę tuberkulinową. Lekarka rodzinna wypisała skierowanie do pulmonologa nawet na mnie nie patrząc (tak, jak by chciała jak najszybciej się mnie pozbyć), a w poradni chorób płuc usłyszałam... że najbliższy możliwy termin prześwietlenia jest za 2 TYGODNIE! I mam sobie 2 tygodnie chodzić po ulicy, potencjalnie zarażać ludzi gruźlicą, stanowić zagrożenie dla uczniów, nie mówiac o tym, że mam nie spać po nocach i denerwować się, czy jestem chora, czy nie... A co to kogo obchodzi? A niech pół miasta się zarazi, jak się trochę zmniejszy populacja, to skrócą się kolejki do lekarzy... Proste, piękne i logiczne.
    Epilog był dla mnie pomyślny - siadły mi nerwy, narobiłam histerii, prześwietlenie wykonano (no proszę, jakoś nagle było można!), próbę też. Jestem mutantem odpornym na gruźlicę. Wszystko bosko, ale to wyłącznie zasługa tego, że zagrożenie trafiło na silny, zdrowy organizm, który sam poradził sobie z bakcylami.
    A co, gdybym była słabszego zdrowia? Ilu ludzi zdążyłabym pozarażać, nim trybiki maszyny zwanej Państwowa Służba Zdrowia łaskawie raczyłyby się mną zająć? Co z dzieciakami, które uczę - są niedożywione, wiecznie niewyspane, nie stronią od używek, mieszkają często w skandalicznych warunkach, idealnych miejscach do rozwoju gruźlicy.
    Nikogo to nie obchodziło. Kompletna beztroska. Mentalne cofnięcie do średniowiecza.

1 komentarz:

  1. Trzeba miec super zdrowie, żeby chorowac...
    Martucha

    OdpowiedzUsuń