Ci z Was, którzy są tu od początku, z pewnością pamiętają osobę Dawidka, czyli Złego Psa. Dla Czytelników, którzy dołączyli trochę później, mam krótkie streszczenie jego historii. Otóż ów delikwent trafił do mojej pierwszej gimnazjalnej, kiedy zaczynałam pracę w Zoo - i od początku były z nim wyłącznie kłopoty. Generalnie to kawał zdemoralizowanego, a przy tym inteligentnego chama, z którym nie sposób się dogadać, bo nie respektuje żadnych reguł. Musi mieć nad sobą bat, bo jeśli się nie boi, to robi, co chce. Męczyłam się z nim całą pierwszą klasę, ale na szczęście na początku drugiej udało mi się go wyekspediować do MOW-u [jak się to odbyło? Czytaj w tym miejscu oraz tutaj]. Oznaczało to wiele miesięcy spokoju, a ja dzięki temu mogłam zapanować w dużym stopniu nad moją osobistą Muppeciarnią, a nawet się z nią zaprzyjaźnić.
Niestety, "wilczy bilet" Dawidka miał ograniczoną datę ważności, bo tylko do końca roku szkolnego 2011/12. Z początkiem września chłopię powróciło w nasze progi, choć na szczęście litościwa Wiceszefowa nie wpakowała go z powrotem do Muppeciarni, tylko do innej klasy, w której w dodatku nawet nie uczę. Osobiście więc miałam z nim mało do czynienia [a zresztą wyraźnie schodził mi z drogi, nawet na przerwach], ale chyba nie jesteście na tyle naiwni, by sądzić, że te miesiące spędzone w wychowawczym ośrodku zamkniętym wpłynęły pozytywnie na charakter Złego Psa? A gdzie tam... Jego nowa wychowawczyni - Ania, biologiczka, skądinąd przesympatyczna kobitka, z którą uczyłyśmy w jednym czasie jeszcze w liceum - miała z nim prawdziwy krzyż pański, bo Dawid całą swoją energię od powrotu do szkoły kumulował tylko i wyłącznie na zadaniu odbudowania swojej utraconej pozycji. A zatem pyskówki i dezorganizowanie lekcji nauczycielom, ale także zastraszanie i wymuszenia na innych uczniach. Szczególnie obrywało się Hiszpanowi, który miał nieszczęście chodzić ze Złym Psem do klasy.
Ta niewesoła historia ma na szczęście swój happy end. Otóż 25 lutego Dawid kończy 18 lat. A to, panie i panowie, oznacza, że przestaje podlegać obowiązkowi szkolnemu - a zatem nie mamy przymusu go trzymać, jeśli są powody do skreślenia z listy uczniów. A w jego przypadku a i owszem, są :) Tu wypada zaznaczyć, że usunięcie nawet pełnoletniego ucznia nie jest kwestią łatwą do przeprowadzenia. Szkoła państwowa (którą jak by nie było jest Zoo) nie może tego zrobić od tak - musi zaistnieć jakiś istotny powód. Najczęściej skreśla się "martwe dusze", czyli delikwentów w ogóle nie pojawiających się na zajęciach, a zapisanych wyłącznie po to, by móc pobierać od państwa różnego rodzaju renty i zapomogi [no bo w końcu młody człowiek "na papierze" się kształci, czyż nie...?]. Ale i tutaj sprawa może być skomplikowana, o czym przekonaliśmy się w zeszłym roku. Skreśliliśmy pełnoletniego delikwenta, który w ogóle nie przychodził do szkoły, ale odwołał się od decyzji do kuratorium, powołując się na swoją niepełnosprawność. Faktycznie, ma bardzo dużą wadę wzroku i za sobą szereg operacji z tego tytułu - co nie zmienia faktu, że jest leserem i kombinatorem z dziurami w mózgu od palenia trawki. Nakazano nam jednak przywrócić go w prawach ucznia, w związku z czym wylądował w mojej Muppeciarni. Nota bene, pojawiał się mniej więcej do listopada, a potem znowu przepadł. Skończy się to zapewne nieklasyfikowaniem i powtarzaniem po raz nie wiem który z rzędu trzeciej klasy na koszt podatników. Trudno. Drugi raz go skreślać nie będziemy. Takie w Polsce mamy głupie prawo.
Ale ja tu gadu-gadu, a czas wracać do meritum. W przypadku Dawidka na szczęście sprawa ma się zupełnie inaczej. Podstawą skreślenia nie byłoby tu samo opuszczanie zajęć z powodów nieusprawiedliwionych, tylko demoralizacja, uwagi, nagany, interwencje policji - słowem, stanowienie przez niego zagrożenia dla reszty społeczności uczniowskiej. Mamy na niego tak mocne papiery, że nie byłoby możliwości, aby kuratorium przychyliło się do jego ewentualnego odwołania się od decyzji o skreśleniu. Tym niemniej przez ostatni miesiąc trwała mała wojna psychologiczna z Dawidkiem oraz jego mamą, mająca skłonić Złego Psa, aby po prostu odebrał dokumenty i odszedł z własnej woli, bo szkole oszczędziłoby to masę problemów związanych z uruchomianiem całej procedury wywalania. Przede wszystkim więc rodzicielka Dawida została wprost poinformowana przez Wiceszefową co zamierzamy, a także bez ogródek zasugerowano jej, by w takim razie sama wypisała syna ze szkoły - bo jeśli to MY go skreślimy, to wysmarujemy mu taką opinię, że żadna placówka go już nie przyjmie, nawet prywatna. Ponieważ jednak matka Złego Psa jest osobą ciapowatą, bojącą się własnego cienia i generalnie nieskorą do podejmowania jakichkolwiek samodzielnych decyzji, to równolegle też urabialiśmy Dawida. Do końca nic nie wskazywało na to, że nasze działania odniosą skutek, a zatem rozpoczęliśmy gromadzenie wszystkich niezbędnych dokumentów, aby skreślić go jak najszybciej i nie trzymać chłopaka w naszych murach ani minuty dłużej, niż musimy. Kiedy wniosek był gotowy, Wice wezwała Dawida do siebie, pokazała mu wszystkie papiery, jakie na niego mamy i całkiem spokojnie oświadczyła:
- W poniedziałek 25 lutego kończysz 18 lat. O ósmej rano te dokumenty lądują na biurku Głównej Dyrekcji do podpisania. Jeśli o 8:05 zobaczę cię na terenie szkoły, dzwonię po policję by zawiadomić, że kręci się u nas osoba spoza szkoły, która stanowi zagrożenie dla innych uczniów.
Nie spodziewaliśmy się mimo wszystko, że Zły Pies zmięknie - ale jednak. W piątek około południa przyjechał do Zoo tylko po to, by odebrać dokumenty i wypisać się ze szkoły na własną prośbę. Wiadomość rzecz jasna rozniosła się po placówce lotem błyskawicy, a ja sama natychmiast zadzwoniłam do Ani [która akurat jest na L4], by powiadomić ją, że ma bandziora raz na zawsze z głowy.
Mamy święto państwowe w Zoo :) Uwierzcie, nie ma nauczyciela, który by się nie ucieszył. Ja sama stwierdziłam, że na to konto powinnam kupić sobie porządną butelkę wina i osuszyć ją w ramach uczczenia tej radosnej nowiny. Oczywiście, za zdrowie Dawida :)
... czyli wszystko, co Dragonce, nauczycielce chwilowo w stanie spoczynku, przyjdzie do głowy na urlopie macierzyńskim.
Prawa autorskie
Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
sobota, 23 lutego 2013
wtorek, 19 lutego 2013
Troszkę się popytamy...
Dramatis personae:
Dragonka - nauczycielka polskiego
Radek - uczeń kl. 1B (ten z "bidula")
Jacek - uczeń kl. 1B
Grześ - uczeń kl. 1B (zwany Smrodkiem)
Mariusz - uczeń kl. 1B
(Zoo, lekcja języka polskiego. Początek zajęć, po sprawdzeniu listy obecności)
DRAGONKA:
Czy ktoś jest nieprzygotowany?
(Cisza)
DRAGONKA:
Pytam po raz drugi - czy ktoś jest nieprzygotowany?
RADEK:
Ja!
DRAGONKA: (zerkając do dziennika)
Ty już nie możesz, skończył ci się immunitet na ten semestr... Ostatni raz pytam - czy ktoś jeszcze jest nieprzygotowany...? Nie widzę, nie słyszę... W takim razie do odpowiedzi proszę Jacka.
JACEK:
Ale ja jestem nieprzygotowany!
DRAGONKA:
Nie zgłaszałeś, pytałam trzy razy.
JACEK:
Zgłaszałem!
DRAGONKA:
Nie słyszałam.
JACEK:
To moja wina, że pani głucha?!
DRAGONKA: (bardzo spokojnie)
Idziesz czy nie idziesz?
JACEK:
Nie!
DRAGONKA:
Nie to nie, łaski bez, to się równa jedynce... To do odpowiedzi proszę Grzesia.
GRZEŚ:
Ja nic nie umiem.
DRAGONKA:
Chodź, spróbuj, byłeś przecież ostatnio. Może coś pamiętasz.
GRZEŚ:
Eee, nie chce mi się. Dziś mam wyjebane.
DRAGONKA: (wpisuje jedynkę)
Szkoda... To do trzech razy sztuka, chodź Mariusz.
(Mariusz podchodzi, kładzie zeszyt)
DRAGONKA:
Powiedz mi, jakie gesty wykonywał Roland przed śmiercią i co miały one znaczyć?
MARIUSZ:
No schował miecz pod siebie i róg, żeby mu Arabusy nie zajebały... To znaczy żeby nie ukradli.
DRAGONKA:
Świetnie! Co dalej?
MARIUSZ:
No i rękawicę wyciągnął w górę, że oddaje życie Bogu... I położył się twarzą do Hiszpanii, w stronę wrogów.
DRAGONKA:
A czemu w stronę wrogów?
MARIUSZ:
Żeby pokazać, że na nich leje.
DRAGONKA:
A mógłbyś to jakoś inaczej określić?
MARIUSZ: (tonem takim, jakim się tłumaczy idiocie coś oczywistego)
No, że ma ich w dupie...
DRAGONKA: (daje za wygraną i pyta dalej)
A ten drugi wiersz pamiętasz? "Śmierć pułkownika"? Jakie tam były symbole?
MARIUSZ:
W tym drugim to była baba w sumie, czyli pułkowniczka.
DRAGONKA: (uśmiechając się, że taki "feminista" się trafił)
Masz rację, Emilia Plater. To co z nią?
(A ponieważ Mariusz drugi utwór też kojarzył całkiem nieźle, przeto usiadł z oceną dobrą. Ergo - tym razem nie było aż tak tragicznie).
Dragonka - nauczycielka polskiego
Radek - uczeń kl. 1B (ten z "bidula")
Jacek - uczeń kl. 1B
Grześ - uczeń kl. 1B (zwany Smrodkiem)
Mariusz - uczeń kl. 1B
(Zoo, lekcja języka polskiego. Początek zajęć, po sprawdzeniu listy obecności)
DRAGONKA:
Czy ktoś jest nieprzygotowany?
(Cisza)
DRAGONKA:
Pytam po raz drugi - czy ktoś jest nieprzygotowany?
RADEK:
Ja!
DRAGONKA: (zerkając do dziennika)
Ty już nie możesz, skończył ci się immunitet na ten semestr... Ostatni raz pytam - czy ktoś jeszcze jest nieprzygotowany...? Nie widzę, nie słyszę... W takim razie do odpowiedzi proszę Jacka.
JACEK:
Ale ja jestem nieprzygotowany!
DRAGONKA:
Nie zgłaszałeś, pytałam trzy razy.
JACEK:
Zgłaszałem!
DRAGONKA:
Nie słyszałam.
JACEK:
To moja wina, że pani głucha?!
DRAGONKA: (bardzo spokojnie)
Idziesz czy nie idziesz?
JACEK:
Nie!
DRAGONKA:
Nie to nie, łaski bez, to się równa jedynce... To do odpowiedzi proszę Grzesia.
GRZEŚ:
Ja nic nie umiem.
DRAGONKA:
Chodź, spróbuj, byłeś przecież ostatnio. Może coś pamiętasz.
GRZEŚ:
Eee, nie chce mi się. Dziś mam wyjebane.
DRAGONKA: (wpisuje jedynkę)
Szkoda... To do trzech razy sztuka, chodź Mariusz.
(Mariusz podchodzi, kładzie zeszyt)
DRAGONKA:
Powiedz mi, jakie gesty wykonywał Roland przed śmiercią i co miały one znaczyć?
MARIUSZ:
No schował miecz pod siebie i róg, żeby mu Arabusy nie zajebały... To znaczy żeby nie ukradli.
DRAGONKA:
Świetnie! Co dalej?
MARIUSZ:
No i rękawicę wyciągnął w górę, że oddaje życie Bogu... I położył się twarzą do Hiszpanii, w stronę wrogów.
DRAGONKA:
A czemu w stronę wrogów?
MARIUSZ:
Żeby pokazać, że na nich leje.
DRAGONKA:
A mógłbyś to jakoś inaczej określić?
MARIUSZ: (tonem takim, jakim się tłumaczy idiocie coś oczywistego)
No, że ma ich w dupie...
DRAGONKA: (daje za wygraną i pyta dalej)
A ten drugi wiersz pamiętasz? "Śmierć pułkownika"? Jakie tam były symbole?
MARIUSZ:
W tym drugim to była baba w sumie, czyli pułkowniczka.
DRAGONKA: (uśmiechając się, że taki "feminista" się trafił)
Masz rację, Emilia Plater. To co z nią?
(A ponieważ Mariusz drugi utwór też kojarzył całkiem nieźle, przeto usiadł z oceną dobrą. Ergo - tym razem nie było aż tak tragicznie).
KURTYNA
niedziela, 17 lutego 2013
"Makbet" na wesoło
Na wstępie mojego posta [hie hie hie, wiem, że tak się nie zaczyna wypowiedzi :)] donoszę, że znów zawitała w Pomarańczowej Jaskini moja stara znajoma Erozja. W sumie równo dwa miesiące od ostatniego spotkania, bo poprzednie było przed Wigilią. Oko czerwone jak u królika, spuchnięte, łzawiące i rzecz jasna obolałe. Ubaw po pachy... Zapoznałam się z kilkoma nowymi artykułami na ten temat podrzuconymi przez Wujka Google i generalnie fora internetowe pełne są relacji osób, które wożą się z nawrotami tej choroby po kilkanaście lat. Wiecie, że krople, maści, nawilżanie oka, nastawianie rano dwóch budzików [sic!] po to, by wstawać ostrożnie, nie otwierać od razu oka, przeciągnąć się, ziewnąć... I co? I g...ucio. Jeśli ma nawrócić, to i tak się to stanie. Wyczytałam, że są dostępne jakieś soczewki kontaktowe, które się stale nosi, by nawilżały - wreszcie, że w Katowicach traktują toto laserem, co przynosi efekty u części chorych... A no nic, pożyjemy, zobaczymy. Na razie czas poszukać porządnego okulisty.
Póki co staram się czymś zająć, bo przecież nie będę leżała cały dzień z zamkniętymi ślepiami i krzywiła się z bólu. I stąd pościk dla Was. Już zatem przestaję się nad sobą użalać i przechodzę do czegoś weselszego.
A dziś będzie trochę radosnej twórczości małpek z zawodówki. Omówiliśmy ostatnio "Makbeta" i na podsumowanie lektury zarządziłam wypracowanie klasowe. Stwierdziłam, że jeśli dam im trzy tematy do wyboru ściśle związane z treścią, to mam większą szansę, że przeczytam coś sensownego - niż jeśli ułożę im klasyczny teścik sprawdzający jedynie mechaniczną znajomość dramatu. Dodam, że w trakcie wypracowania pozwoliłam im korzystać z zeszytów, z notatek z lekcji [ukłon w stronę tych małpek, które w ogóle coś notują...]. Za czasów mojej własnej edukacji coś takiego byłoby nie do pomyślenia i również nie przyszłoby mi do głowy wprowadzić takie ułatwienie, kiedy rozpoczynałam pracę w liceum. Ale tutaj mamy Zoo, nieprawdaż? Skoro więc nadrzędnym celem wypracowania klasowego jest sprawdzenie umiejętności budowania dłuższej, logicznej wypowiedzi na zadany temat, to już daruję sobie kładzenie nacisku na jednoczesne kontrolowanie wiedzy z "Makbeta". Mówiąc prosto - postanowiłam, że ocenię ich przede wszystkim za to, czy w ogóle umieją pisać sensownie w swoim ojczystym języku. Jak się okazało, nie wszyscy umieją :)
Gwoli ścisłości - nie było całkiem tragicznie, skoro postawiłam kilka czwórek i trójek. Tłumaczę to tym, że w zawodówce mam zapisanych ponad 30 osób [ile z nich tak naprawdę chodzi do szkoły, to już osobna kwestia...]. Wśród takiej ilości małpek zgodnie z regułami statystyki musi się trafić kilku delikwentów, którzy "są kumaci" i czasem czytają jakieś dłuższe teksty, a nie tylko smsy od kolegów i komentarze na "fejs-zboku" - a zatem mieli możliwość oswoić się z tym, jak się poprawnie buduje zdania. Ba, wiem nawet, że cztery dziewczyny zebrały się razem po lekcjach i obejrzały ściągniętą z netu inscenizację "Makbeta", a zatem ich wiedza wykraczała znacznie poza to, co zdążyliśmy powiedzieć podczas zajęć w szkole. Te prace były rzeczywiście całkiem sensowne. A reszta... no cóż...
Najbardziej załamujące były wypociny Rysia, choć też i nie spodziewałam się po nim niczego sensownego. Chłopak był co prawda obecny na wszystkich zajęciach z "Makbeta", ale swoją aktywność ograniczał do gadania z kolegą w ostatniej ławce i grania na telefonie komórkowym, z rzadka notując w zeszycie przypadkowe fragmenty notatek. W efekcie zamiast wypracowania dostałam zlepek przypadkowych zdań, będących kompilacją moich własnych, zanotowanych przez ucznia słów z jego "przemyśleniami". Wszystko to nakreślone koślawym, ledwo dającym się w ogóle odczytać pismem. Praca jest na tyle krótka, że mogę ją Wam przytoczyć w całości - w nawiasach kwadratowych dodaję moje komentarze. Co do reszty, to rzecz jasna zachowuję oryginalną pisownię...
Temat: "Opisz przemianę, jaka dokonała się w psychice Lady Makbet".
Lady Makbet była wierna i kochająca żona Makbeta [brak "ogonków" przy "ą" spowodowane jest oczywiście tym, że Rysio używa języka pisanego tylko wysyłając smsy, gdzie nie stosuje się polskich znaków - często obserwuję tę przypadłość u dzisiejszej młodzieży...]. Lady Makbet miała chorobliwą ambicję do Makbeta. Lady Makbet jest mózgiem [na lekcji padło stwierdzenie, że była "mózgiem operacyjnym" podczas dokonania pierwszej zbrodni] i wie, że Makbet planuje zabujstwo Dankana. Żona Makbeta nie ma do męża wyżutów sumienia że chce zabić Dankana. Lady Makbet mąż [no proszę, jaka piękna archaizacja składniowa :)] jest przymuszany do czynienia zła i okrócieństwa. Lady Makbet uważa to że jest szaleństwo i że Makbet ma jakieś chalucynacje [tu już chłopak otworzył szczątki notatki na temat ducha Banka, który ukazał się podczas bankietu].
Lady Makbet chciała żeby jej mąż zabił króla Abla. [Skąd Abel? Już tłumaczę, choć sama w tym momencie trochę się załamałam. Otóż na ostatniej lekcji mówiliśmy o powtarzalności motywów - chodziło konkretnie o Lady Makbet myjącą ręce z niewidzialnej krwi. Ustalaliśmy, w jakich tekstach kultury mamy do czynienia z tym, że zbrodnia odciska widoczne piętno na mordercy, a rzecz jasna jedną z najstarszych takich historii jest Biblia i casus Kaina z Ablem]. Chciała żeby Lady Makbet była królową i Makbet bo Lady Makbet by miała koronę i Makbet by żądził władzą.
Boskie, co?
Jeśli nie jesteście zmęczeni, to na koniec rzucę Wam jeszcze garść zdanek z tych lepszych wypracowań, wyrwanych z kontekstu. Te prace były na zdecydowanie wyższym poziomie, ale nie wolne od kilku kwiatków składniowych, stylistycznych czy frazeologicznych.
A zatem smacznego :)
Z czasem psychika Lady Makbet zasłabła.
Makbet był wojownikiem bardzo uczciwym, dobrym. Pewnego dnia wybrał się na walkę ze swoim przyjacielem Bankiem.[brzmi tak, jak by panowie umówili się "na solówkę"... :)]
Bohater podzielił się ze swoją żoną Lady Makbet informacją od wiedźmin [miało być zapewne "od wiedźm" :)].
Lady Makbet dostała jakiejś wariackiej choroby psychicznej.
Lady Makbet była złą i chciwą kobietą, aż do momentu, gdy jej mąż zaczął zabijać seryjnie.
Zdarzyła się druga przepowiednia czarownic: do puki Makduff nie zjawi się pod zamkiem jego i nie zacznie chodzić las.
Póki co staram się czymś zająć, bo przecież nie będę leżała cały dzień z zamkniętymi ślepiami i krzywiła się z bólu. I stąd pościk dla Was. Już zatem przestaję się nad sobą użalać i przechodzę do czegoś weselszego.
A dziś będzie trochę radosnej twórczości małpek z zawodówki. Omówiliśmy ostatnio "Makbeta" i na podsumowanie lektury zarządziłam wypracowanie klasowe. Stwierdziłam, że jeśli dam im trzy tematy do wyboru ściśle związane z treścią, to mam większą szansę, że przeczytam coś sensownego - niż jeśli ułożę im klasyczny teścik sprawdzający jedynie mechaniczną znajomość dramatu. Dodam, że w trakcie wypracowania pozwoliłam im korzystać z zeszytów, z notatek z lekcji [ukłon w stronę tych małpek, które w ogóle coś notują...]. Za czasów mojej własnej edukacji coś takiego byłoby nie do pomyślenia i również nie przyszłoby mi do głowy wprowadzić takie ułatwienie, kiedy rozpoczynałam pracę w liceum. Ale tutaj mamy Zoo, nieprawdaż? Skoro więc nadrzędnym celem wypracowania klasowego jest sprawdzenie umiejętności budowania dłuższej, logicznej wypowiedzi na zadany temat, to już daruję sobie kładzenie nacisku na jednoczesne kontrolowanie wiedzy z "Makbeta". Mówiąc prosto - postanowiłam, że ocenię ich przede wszystkim za to, czy w ogóle umieją pisać sensownie w swoim ojczystym języku. Jak się okazało, nie wszyscy umieją :)
Gwoli ścisłości - nie było całkiem tragicznie, skoro postawiłam kilka czwórek i trójek. Tłumaczę to tym, że w zawodówce mam zapisanych ponad 30 osób [ile z nich tak naprawdę chodzi do szkoły, to już osobna kwestia...]. Wśród takiej ilości małpek zgodnie z regułami statystyki musi się trafić kilku delikwentów, którzy "są kumaci" i czasem czytają jakieś dłuższe teksty, a nie tylko smsy od kolegów i komentarze na "fejs-zboku" - a zatem mieli możliwość oswoić się z tym, jak się poprawnie buduje zdania. Ba, wiem nawet, że cztery dziewczyny zebrały się razem po lekcjach i obejrzały ściągniętą z netu inscenizację "Makbeta", a zatem ich wiedza wykraczała znacznie poza to, co zdążyliśmy powiedzieć podczas zajęć w szkole. Te prace były rzeczywiście całkiem sensowne. A reszta... no cóż...
Najbardziej załamujące były wypociny Rysia, choć też i nie spodziewałam się po nim niczego sensownego. Chłopak był co prawda obecny na wszystkich zajęciach z "Makbeta", ale swoją aktywność ograniczał do gadania z kolegą w ostatniej ławce i grania na telefonie komórkowym, z rzadka notując w zeszycie przypadkowe fragmenty notatek. W efekcie zamiast wypracowania dostałam zlepek przypadkowych zdań, będących kompilacją moich własnych, zanotowanych przez ucznia słów z jego "przemyśleniami". Wszystko to nakreślone koślawym, ledwo dającym się w ogóle odczytać pismem. Praca jest na tyle krótka, że mogę ją Wam przytoczyć w całości - w nawiasach kwadratowych dodaję moje komentarze. Co do reszty, to rzecz jasna zachowuję oryginalną pisownię...
Temat: "Opisz przemianę, jaka dokonała się w psychice Lady Makbet".
Lady Makbet była wierna i kochająca żona Makbeta [brak "ogonków" przy "ą" spowodowane jest oczywiście tym, że Rysio używa języka pisanego tylko wysyłając smsy, gdzie nie stosuje się polskich znaków - często obserwuję tę przypadłość u dzisiejszej młodzieży...]. Lady Makbet miała chorobliwą ambicję do Makbeta. Lady Makbet jest mózgiem [na lekcji padło stwierdzenie, że była "mózgiem operacyjnym" podczas dokonania pierwszej zbrodni] i wie, że Makbet planuje zabujstwo Dankana. Żona Makbeta nie ma do męża wyżutów sumienia że chce zabić Dankana. Lady Makbet mąż [no proszę, jaka piękna archaizacja składniowa :)] jest przymuszany do czynienia zła i okrócieństwa. Lady Makbet uważa to że jest szaleństwo i że Makbet ma jakieś chalucynacje [tu już chłopak otworzył szczątki notatki na temat ducha Banka, który ukazał się podczas bankietu].
Lady Makbet chciała żeby jej mąż zabił króla Abla. [Skąd Abel? Już tłumaczę, choć sama w tym momencie trochę się załamałam. Otóż na ostatniej lekcji mówiliśmy o powtarzalności motywów - chodziło konkretnie o Lady Makbet myjącą ręce z niewidzialnej krwi. Ustalaliśmy, w jakich tekstach kultury mamy do czynienia z tym, że zbrodnia odciska widoczne piętno na mordercy, a rzecz jasna jedną z najstarszych takich historii jest Biblia i casus Kaina z Ablem]. Chciała żeby Lady Makbet była królową i Makbet bo Lady Makbet by miała koronę i Makbet by żądził władzą.
Boskie, co?
Jeśli nie jesteście zmęczeni, to na koniec rzucę Wam jeszcze garść zdanek z tych lepszych wypracowań, wyrwanych z kontekstu. Te prace były na zdecydowanie wyższym poziomie, ale nie wolne od kilku kwiatków składniowych, stylistycznych czy frazeologicznych.
A zatem smacznego :)
Z czasem psychika Lady Makbet zasłabła.
Makbet był wojownikiem bardzo uczciwym, dobrym. Pewnego dnia wybrał się na walkę ze swoim przyjacielem Bankiem.[brzmi tak, jak by panowie umówili się "na solówkę"... :)]
Bohater podzielił się ze swoją żoną Lady Makbet informacją od wiedźmin [miało być zapewne "od wiedźm" :)].
Lady Makbet dostała jakiejś wariackiej choroby psychicznej.
Lady Makbet była złą i chciwą kobietą, aż do momentu, gdy jej mąż zaczął zabijać seryjnie.
Zdarzyła się druga przepowiednia czarownic: do puki Makduff nie zjawi się pod zamkiem jego i nie zacznie chodzić las.
wtorek, 12 lutego 2013
Głupota urzędników
W 1B [uczę tam języka polskiego], której wychowawczynią jest wielokrotnie już wspominana na tym blogu historyczka Marzenka, jest kilkoro całkiem fajnych dzieciaków, które są w Zoo nie z powodu demoralizacji, tylko dlatego, że były słabe albo za dużo wagarowały. Myślę, że po wakacjach, kiedy ta pierwsza gimnazjalna zamieni się w drugą, zrobi się z tej zbieraniny szkolnych wyrzutków dość przyjemny zestaw małpek - bo najgorsze typki zostaną odsiane, czyli będą zmuszone powtarzać klasę. Póki co jednak na tle generalnie nieszkodliwych dzieciaków wyróżnia się też niestety kilku popaprańców, albo zwyczajnych, pospolitych bandziorów.
Jak do tej pory z 1B prezentowałam szerzej sylwetkę Smrodka oraz - całkiem niedawno - biednego Radka. Dziś przedstawię Wam Andrzejka, który od września zdążył już napsuć krwi niemal wszystkim nauczycielom mającym z nim zajęcia, rzecz jasna z wychowawczynią na czele. I niestety na ten moment wygląda na to, że z przyczyn proceduralnych będziemy mieli cholerne problemy, żeby go spacyfikować. Ale po kolei.
Andrzejek ma 16 lat, a zatem przed nim jeszcze bite dwa lata "obowiązku szkolnego", co nam wiąże ręce, bo nie możemy go przez to po prostu skreślić. Do papierów tejże małpki dołączony jest cały pliczek rozmaitej maści orzeczeń lekarskich oraz psychologicznych, z których można wyczytać, że uczeń ma zaburzenia natury neurologicznej, ciężkie ADHD, a także szprycowany jest lekami, które mają go jakoś okiełznać. Co do tych medykamentów, to albo są źle dobrane, albo Andrzej ich najzwyczajniej w świecie nie bierze, bo zdecydowanie nie przynoszą pożądanych efektów.
Generalnie - chłopak jest nieobliczalny. Robi dokładnie to, na co ma ochotę, świetnie zdając sobie sprawę, że jego "żółte papiery" są znakomitym immunitetem. Uwielbia bawić się ogniem i prowokować niebezpieczne sytuacje, bo najwyraźniej potrzebuje, by w krwiobiegu cały czas krążyła mu adrenalina. Kiedy puszczają mu hamulce, robi się wulgarny i agresywny - do tego stopnia, że nawet rodzice się go boją [co sami przyznali Marzence]. Jak by tego było mało, to Andrzej do ułomków nie należy, bo jest jak na swój wiek całkiem rosły i postawny. A że w jego słowniku nie istnieją takie wyrazy, jak "moralność" czy "etyka", to rzecz jasna wykorzystuje przewagę fizyczną, jeśli tylko ma na to ochotę - a często ma. Mamy sygnały o wymuszeniach pieniędzy, papierosów, o groźbach pod adresem słabszych kolegów. Wspomnianemu Radkowi [temu od Domu Dziecka] zabierał nawet kanapki...
Po wyczerpaniu dostępnych szkole sposobów karania - czyli wpisywania uwag,rozmów dyscyplinujących, wzywania rodziców, obniżenia sprawowania do najniższego, nagan - przyszła kolej, by postarać się o "zaostrzenie środka wychowawczego", czyli mówiąc wprost, załatwienia Andrzejkowi biletu do poprawczaka. Marzenka z Pedagożycą zgromadziły więc wszystko, co na niego miały i wysmarowały płomienne pismo do przydzielonej uczniowi zawodowej [co z całą mocą podkreślam] kuratorki. Co się jednak okazało? Ano kuratorka telefonicznie wytłumaczyła Pedagożycy, że biedny Andrzejek jest dzieckiem zaburzonym, w związku z tym trzeba mu pomagać, a nie karać. Szkoła powinna otoczyć go indywidualną opieką, dostosować się do jego potrzeb, a także zorganizować mu... zajęcia relaksacyjne!
To ostatnie szczególnie rozbawiło Marzenkę, kiedy Pedagożyca zdała jej relację z rozmowy z kuratorką. "Czyli co? Kiedy następnym razem będzie komuś groził pobiciem, to mam mu puścić nagranie z ćwierkającymi ptaszkami, wymasować plecki, albo zatrudnić półnagiego Murzyna, by go wachlował liściem palmowym?!" Tjaaa... Nic dodać, nic ująć. I weź tu człowieku miej dobre zdanie o kuratorach...
A prawda jest niestety taka, że jak na ten moment mamy związane ręce. Skreślić go ze względów dyscyplinarnych nie możemy jeszcze przez 2 lata. Z kar przewidzianych w statucie nic sobie kompletnie nie robi. Teoretycznie możemy zacząć zgłaszać wymuszenia i groźby na policję, ale do tego któryś z poszkodowanych musiałby się zgodzić złożyć zeznania. A jak się domyślacie, żaden się do tego nie wyrywa, bo wiadomo, że polski system sprawiedliwości nie zapewni ofierze żadnej ochrony.
Jak na razie 2:0 dla Andrzejka. Czemu dwa? Bo z jego powodu dwóch sympatycznych chłopaków z 1B przestało przychodzić do szkoły. Za bardzo się boją.
Jak do tej pory z 1B prezentowałam szerzej sylwetkę Smrodka oraz - całkiem niedawno - biednego Radka. Dziś przedstawię Wam Andrzejka, który od września zdążył już napsuć krwi niemal wszystkim nauczycielom mającym z nim zajęcia, rzecz jasna z wychowawczynią na czele. I niestety na ten moment wygląda na to, że z przyczyn proceduralnych będziemy mieli cholerne problemy, żeby go spacyfikować. Ale po kolei.
Andrzejek ma 16 lat, a zatem przed nim jeszcze bite dwa lata "obowiązku szkolnego", co nam wiąże ręce, bo nie możemy go przez to po prostu skreślić. Do papierów tejże małpki dołączony jest cały pliczek rozmaitej maści orzeczeń lekarskich oraz psychologicznych, z których można wyczytać, że uczeń ma zaburzenia natury neurologicznej, ciężkie ADHD, a także szprycowany jest lekami, które mają go jakoś okiełznać. Co do tych medykamentów, to albo są źle dobrane, albo Andrzej ich najzwyczajniej w świecie nie bierze, bo zdecydowanie nie przynoszą pożądanych efektów.
Generalnie - chłopak jest nieobliczalny. Robi dokładnie to, na co ma ochotę, świetnie zdając sobie sprawę, że jego "żółte papiery" są znakomitym immunitetem. Uwielbia bawić się ogniem i prowokować niebezpieczne sytuacje, bo najwyraźniej potrzebuje, by w krwiobiegu cały czas krążyła mu adrenalina. Kiedy puszczają mu hamulce, robi się wulgarny i agresywny - do tego stopnia, że nawet rodzice się go boją [co sami przyznali Marzence]. Jak by tego było mało, to Andrzej do ułomków nie należy, bo jest jak na swój wiek całkiem rosły i postawny. A że w jego słowniku nie istnieją takie wyrazy, jak "moralność" czy "etyka", to rzecz jasna wykorzystuje przewagę fizyczną, jeśli tylko ma na to ochotę - a często ma. Mamy sygnały o wymuszeniach pieniędzy, papierosów, o groźbach pod adresem słabszych kolegów. Wspomnianemu Radkowi [temu od Domu Dziecka] zabierał nawet kanapki...
Po wyczerpaniu dostępnych szkole sposobów karania - czyli wpisywania uwag,rozmów dyscyplinujących, wzywania rodziców, obniżenia sprawowania do najniższego, nagan - przyszła kolej, by postarać się o "zaostrzenie środka wychowawczego", czyli mówiąc wprost, załatwienia Andrzejkowi biletu do poprawczaka. Marzenka z Pedagożycą zgromadziły więc wszystko, co na niego miały i wysmarowały płomienne pismo do przydzielonej uczniowi zawodowej [co z całą mocą podkreślam] kuratorki. Co się jednak okazało? Ano kuratorka telefonicznie wytłumaczyła Pedagożycy, że biedny Andrzejek jest dzieckiem zaburzonym, w związku z tym trzeba mu pomagać, a nie karać. Szkoła powinna otoczyć go indywidualną opieką, dostosować się do jego potrzeb, a także zorganizować mu... zajęcia relaksacyjne!
To ostatnie szczególnie rozbawiło Marzenkę, kiedy Pedagożyca zdała jej relację z rozmowy z kuratorką. "Czyli co? Kiedy następnym razem będzie komuś groził pobiciem, to mam mu puścić nagranie z ćwierkającymi ptaszkami, wymasować plecki, albo zatrudnić półnagiego Murzyna, by go wachlował liściem palmowym?!" Tjaaa... Nic dodać, nic ująć. I weź tu człowieku miej dobre zdanie o kuratorach...
A prawda jest niestety taka, że jak na ten moment mamy związane ręce. Skreślić go ze względów dyscyplinarnych nie możemy jeszcze przez 2 lata. Z kar przewidzianych w statucie nic sobie kompletnie nie robi. Teoretycznie możemy zacząć zgłaszać wymuszenia i groźby na policję, ale do tego któryś z poszkodowanych musiałby się zgodzić złożyć zeznania. A jak się domyślacie, żaden się do tego nie wyrywa, bo wiadomo, że polski system sprawiedliwości nie zapewni ofierze żadnej ochrony.
Jak na razie 2:0 dla Andrzejka. Czemu dwa? Bo z jego powodu dwóch sympatycznych chłopaków z 1B przestało przychodzić do szkoły. Za bardzo się boją.
sobota, 9 lutego 2013
Grzeczne dziecko - dla odmiany
Dragonka zasadniczo nie przepada za dawaniem korepetycji, ale kiedy straszny potwór o imieniu Kryzys szarogęsi się w Pomarańczowej Jaskini, to każdy sposób jest dobry, by choć na chwilę ową bestię spacyfikować. Na dorabianie zajęciami dla obcokrajowców poza sezonem letnim raczej nie mam co liczyć [a szkoda, bo to nader intratne zajęcie...], zatem pozamieszczałam ogłoszenia na rozmaitych portalach internetowych i dalejże czekać na odzew.
Dzikiego tłumu nie ma [bo Kryzys dopada i podgryza każdego, nie tylko Smoka i Hipopotama], ale trafił mi się jak na razie jeden szóstoklasista. Tu co prawda Dragonka ma lekką konsternację, jako że nigdy nie uczyła w podstawówce - ale z drugiej strony w mojej karierze nauczycielskiej przerabiałam już tylu nietypowych uczniów, że i z takim szkrabem powinnam dać sobie radę. Z mamusią Piotrusia, czyli moją jak by nie patrzeć pracodawczynią, obgadałam wszystkie szczegóły przez telefon. Zależy jej na przygotowaniu syna do sprawdzianu kompetencji [jako że po 6 klasie dzieciarnia teraz pisze normalny egzamin, co moim zdaniem jest pomysłem wielce poronionym, ale kto by się tam Smoka o zdanie pytał?], ale nie tylko. Otóż zgodnie z jej słowami mały ma dysleksję, a ponadto jest leniwy, więc rodzicom zależy, aby ktoś z nim siedział choć tę godzinę w tygodniu i zmuszał do efektywnej, wytężonej pracy umysłowej. Będą mi więc go przywozili, a ja się mam nad biedactwem pastwić z pełnym rozmysłem i nauczycielskim okrucieństwem.
Jak do tej pory odbyły się jedne zajęcia. Najpierw przez pół godziny katowałam go ćwiczeniami ortograficznymi na "ó"/"u", a potem przyszła kolej na poszerzanie słownictwa, czyli zabawę z synonimami i antonimami [z czego zresztą też dowaliłam mu pracę domową]. A jak wrażenia? Przede wszystkim - taki z niego dyslektyk, jak ze mnie wykładowca fizyki. Robi czasem błędy, ale na litość Boską ma dopiero 12 lat, więc mu jeszcze wolno :) Ja w jego wieku sadziłam gorsze byki. Nie mam pojęcia, na jakiej podstawie dali mu zaświadczenie w poradni, no chyba, że to rodzice bardzo nalegali... A poza tym muszę stwierdzić, że odwykłam od uczenia normalnych dzieci, których nie trzeba przekrzykiwać i siłą zmuszać do jakiejkolwiek aktywności umysłowej. Może to już zboczenie zawodowe po prawie trzech latach spędzonych w Zoo, ale Piotruś wydał mi się nienaturalnie cichutki, posłuszny i dobrze wychowany. "Tak, proszę pani", "Nie, proszę pani", "Dobrze, proszę pani", Dziekuję", "Przepraszam"... No oszaleć można :) Przez bitą godzinę starałam się go trochę rozśmieszyć, rozluźnić, ale nie bardzo mi to wyszło. Mam nadzieję, że z lekcji na lekcję będzie troszkę pewniejszy, bo aż mi go szkoda było, kiedy tak siedział spięty i skupiony, jak by się bał, że za każdy błąd zdzielę go linijką po łapkach.
Niezadowolona natomiast z takiego obrotu sprawy - tj. z kryzysowego zajęcia Smoka - jest Puma. Piotruś mianowicie boi się kotów [kiedy bez ostrzeżenia wskoczyła na stół, by się z nim zapoznać, to mało nie dostał zawału], a zatem Jej Wysokość na czas lekcji jest eksmitowana do drugiego pokoju, gdzie pieczołowicie zajmuje się nią Hipopotam. Jest to rzecz jasna opieka najlepsza z możliwych, ale małe wredne czarne nie może pojąć, jakim prawem nagle zabrania jej się wstępu na jej własne terytorium. I daje tego wyraz w najbardziej charakterystyczny dla siebie sposób, czyli drąc japę...
A propos - to w związku z powyższym przypomniała mi się urocza sentencja:
Jeśli ci smutno i źle, prztul kota. No widzisz, teraz to kotu jest źle... :)
Dzikiego tłumu nie ma [bo Kryzys dopada i podgryza każdego, nie tylko Smoka i Hipopotama], ale trafił mi się jak na razie jeden szóstoklasista. Tu co prawda Dragonka ma lekką konsternację, jako że nigdy nie uczyła w podstawówce - ale z drugiej strony w mojej karierze nauczycielskiej przerabiałam już tylu nietypowych uczniów, że i z takim szkrabem powinnam dać sobie radę. Z mamusią Piotrusia, czyli moją jak by nie patrzeć pracodawczynią, obgadałam wszystkie szczegóły przez telefon. Zależy jej na przygotowaniu syna do sprawdzianu kompetencji [jako że po 6 klasie dzieciarnia teraz pisze normalny egzamin, co moim zdaniem jest pomysłem wielce poronionym, ale kto by się tam Smoka o zdanie pytał?], ale nie tylko. Otóż zgodnie z jej słowami mały ma dysleksję, a ponadto jest leniwy, więc rodzicom zależy, aby ktoś z nim siedział choć tę godzinę w tygodniu i zmuszał do efektywnej, wytężonej pracy umysłowej. Będą mi więc go przywozili, a ja się mam nad biedactwem pastwić z pełnym rozmysłem i nauczycielskim okrucieństwem.
Jak do tej pory odbyły się jedne zajęcia. Najpierw przez pół godziny katowałam go ćwiczeniami ortograficznymi na "ó"/"u", a potem przyszła kolej na poszerzanie słownictwa, czyli zabawę z synonimami i antonimami [z czego zresztą też dowaliłam mu pracę domową]. A jak wrażenia? Przede wszystkim - taki z niego dyslektyk, jak ze mnie wykładowca fizyki. Robi czasem błędy, ale na litość Boską ma dopiero 12 lat, więc mu jeszcze wolno :) Ja w jego wieku sadziłam gorsze byki. Nie mam pojęcia, na jakiej podstawie dali mu zaświadczenie w poradni, no chyba, że to rodzice bardzo nalegali... A poza tym muszę stwierdzić, że odwykłam od uczenia normalnych dzieci, których nie trzeba przekrzykiwać i siłą zmuszać do jakiejkolwiek aktywności umysłowej. Może to już zboczenie zawodowe po prawie trzech latach spędzonych w Zoo, ale Piotruś wydał mi się nienaturalnie cichutki, posłuszny i dobrze wychowany. "Tak, proszę pani", "Nie, proszę pani", "Dobrze, proszę pani", Dziekuję", "Przepraszam"... No oszaleć można :) Przez bitą godzinę starałam się go trochę rozśmieszyć, rozluźnić, ale nie bardzo mi to wyszło. Mam nadzieję, że z lekcji na lekcję będzie troszkę pewniejszy, bo aż mi go szkoda było, kiedy tak siedział spięty i skupiony, jak by się bał, że za każdy błąd zdzielę go linijką po łapkach.
Niezadowolona natomiast z takiego obrotu sprawy - tj. z kryzysowego zajęcia Smoka - jest Puma. Piotruś mianowicie boi się kotów [kiedy bez ostrzeżenia wskoczyła na stół, by się z nim zapoznać, to mało nie dostał zawału], a zatem Jej Wysokość na czas lekcji jest eksmitowana do drugiego pokoju, gdzie pieczołowicie zajmuje się nią Hipopotam. Jest to rzecz jasna opieka najlepsza z możliwych, ale małe wredne czarne nie może pojąć, jakim prawem nagle zabrania jej się wstępu na jej własne terytorium. I daje tego wyraz w najbardziej charakterystyczny dla siebie sposób, czyli drąc japę...
A propos - to w związku z powyższym przypomniała mi się urocza sentencja:
Jeśli ci smutno i źle, prztul kota. No widzisz, teraz to kotu jest źle... :)
czwartek, 7 lutego 2013
Miecio
- Psze pani, mamy nowego kolegę w klasie...
- Taaak? A to nic mi o tym sekretarka nie mówiła. Coś mnie chyba wkręcacie.
- No jak pani nie wierzy, to niech pani do klasy wejdzie. O, tam jest, za oknem.
I rzeczywiście był. Powstał w czasie przynudnawej lekcji angielskiego. Proszę państwa, oto Miecio:
A ponieważ śnieg dalej sypał, to pod koniec dnia Miecio dorobił się rodzinki - czekała na niego z tyłu budynku Zoo. To z kolei rezultat zajęć w-f jednej z klas drugich :)
Macie jakieś pomysły na imiona dla krewnych Miecia?
- Taaak? A to nic mi o tym sekretarka nie mówiła. Coś mnie chyba wkręcacie.
- No jak pani nie wierzy, to niech pani do klasy wejdzie. O, tam jest, za oknem.
I rzeczywiście był. Powstał w czasie przynudnawej lekcji angielskiego. Proszę państwa, oto Miecio:
A ponieważ śnieg dalej sypał, to pod koniec dnia Miecio dorobił się rodzinki - czekała na niego z tyłu budynku Zoo. To z kolei rezultat zajęć w-f jednej z klas drugich :)
Macie jakieś pomysły na imiona dla krewnych Miecia?
niedziela, 3 lutego 2013
Kara za opiekę nad dzieckiem
Pamiętacie Emilkę? Tym z Was, którzy nie są ze mną od początku lub którym ta historia zaginęła w fałdach mózgowych, przypominam krótko jej dzieje. Otóż Emilka, urocza, przemiła, ale niestety lekko przygłupia blondyneczka z twarzą aniołka, zaszła w połowie pierwszej klasy gimnazjum w ciążę z 3 lata starszym Karolem, też uczniem naszej szkoły. Pierwszą klasę udało jej się jeszcze skończyć, ale po wakacjach opieka nad synkiem uniemożliwiła jej regularne chodzenie do Zoo. Ratunkiem mogło być dla niej indywidualne nauczanie [wtedy jeszcze Urząd Miasta miał na to pieniądze], ale załatwić formalności musiałaby rodzicielka Emilki, która jest osobą kompletnie niezaradną i na dodatek nadużywającą alkoholu [więcej na ten temat w tym poście]. Sprawa więc umarła śmiercią naturalną, tzn. młoda matka indywidualnych zajęć nie dostała, a w szkole pojawiała się na tyle rzadko, że była nieklasyfikowana ze wszystkiego. W rezultacie nie zdała i powtarza drugą klasę pod skrzydłami mojej ulubionej matematyczki Irenki. Żeby było jeszcze weselej, to w międzyczasie Karolowi znudziła się zabawa w tatusia, więc się na Emilkę i syna wypiął, a ona jest na tyle durna, że się uniosła honorem i nawet go nie ściga o alimenty.
Aaa, byłabym zapomniała: Emilka to podopieczna najgorszego kuratora, na jakiego w swojej pracy trafiłam, który ode mnie i od Pedagożycy dowiedział się o ciąży dziewczęcia w momencie, jak chodziła z brzuchem wielkości piłki do koszykówki.
Przypominam historię Emilki dlatego, że ostatnio znów pojawiła się w Zoo - a nie widziano jej tu od roku. Jak tylko zobaczyłam ją na przerwie, od razu do niej podeszłam. Byłam w końcu jej wychowawczynią przez dwa lata, a poza tym autentycznie lubię tę dziewczynę. Powód jej powrotu do szkoły jest bardzo prozaiczny - otóż opieka społeczna zabrała jej dziecko. Doszli do wniosku, że skoro babcia [mająca pełnię władz rodzicielskich, ponieważ Emilka ma dopiero 17 lat] nie potrafi dopilnować, żeby córka realizowała obowiązek szkolny - wszystko jedno, w jakiej formie - to nie nadaje się również do zajmowania się wnukiem.
Co prawda - powołuję się tu na doświadczenie Wicedyry - małego Emilce oddadzą, bo zabrali go bez nakazu sądowego, czyli na dobrą sprawę samowolnie. Tyle, że to potrwa kilka tygodni, a do tego czasu dziewczyna zwariuje z bólu, bo pomijając jej młody wiek i rozbrajającą naiwność, to jest bardzo dobrą matką, kochającą syna i dbającą o niego, jak tylko to możliwe w takich warunkach. Co będzie dalej, to nie wiadomo, bo sytuacja się zapewne powtórzy, jeśli Emilka nie zacznie chodzić do szkoły. A na to w dłuższej perspektywie szans nie ma, bo kto zostanie z dzieckiem? Opieka społeczna zatem pewnie po raz kolejny przyjedzie po malucha, tyle tylko, że już z nakazem.
Banał powiem, ale to jest wszystko postawione na głowie. Jestem za tym, żeby zabierać dzieci takim głupim gówniarzom, jak Dorota i Sławek - którzy przepijają państwowy socjal i mają głęboko pod małpimi ogonkami, co się z ich pociechą dzieje. W takich rodziców szkoda pompować pomoc społeczną, bo to tylko strata pieniędzy, od których i tak los dziecka się nie poprawia. Ale tutaj? Mamy do czynienia z 17-latką, która stara się jak może, nie pije, nie idzie w długą, tylko siedzi na tyłku i bawi synka, którego sobie przez głupotę zafundowała. Miała do wyboru: szkoła albo wychowanie dziecka. Wybrała dziecko - i zamiast młodziutkiej matce pomóc, państwo właśnie przez to zabrało jej synka. Może mi ktoś wytłumaczyć, gdzie tu sens?
Wiem wiem, pytanie jest retoryczne...
Aaa, byłabym zapomniała: Emilka to podopieczna najgorszego kuratora, na jakiego w swojej pracy trafiłam, który ode mnie i od Pedagożycy dowiedział się o ciąży dziewczęcia w momencie, jak chodziła z brzuchem wielkości piłki do koszykówki.
Przypominam historię Emilki dlatego, że ostatnio znów pojawiła się w Zoo - a nie widziano jej tu od roku. Jak tylko zobaczyłam ją na przerwie, od razu do niej podeszłam. Byłam w końcu jej wychowawczynią przez dwa lata, a poza tym autentycznie lubię tę dziewczynę. Powód jej powrotu do szkoły jest bardzo prozaiczny - otóż opieka społeczna zabrała jej dziecko. Doszli do wniosku, że skoro babcia [mająca pełnię władz rodzicielskich, ponieważ Emilka ma dopiero 17 lat] nie potrafi dopilnować, żeby córka realizowała obowiązek szkolny - wszystko jedno, w jakiej formie - to nie nadaje się również do zajmowania się wnukiem.
Co prawda - powołuję się tu na doświadczenie Wicedyry - małego Emilce oddadzą, bo zabrali go bez nakazu sądowego, czyli na dobrą sprawę samowolnie. Tyle, że to potrwa kilka tygodni, a do tego czasu dziewczyna zwariuje z bólu, bo pomijając jej młody wiek i rozbrajającą naiwność, to jest bardzo dobrą matką, kochającą syna i dbającą o niego, jak tylko to możliwe w takich warunkach. Co będzie dalej, to nie wiadomo, bo sytuacja się zapewne powtórzy, jeśli Emilka nie zacznie chodzić do szkoły. A na to w dłuższej perspektywie szans nie ma, bo kto zostanie z dzieckiem? Opieka społeczna zatem pewnie po raz kolejny przyjedzie po malucha, tyle tylko, że już z nakazem.
Banał powiem, ale to jest wszystko postawione na głowie. Jestem za tym, żeby zabierać dzieci takim głupim gówniarzom, jak Dorota i Sławek - którzy przepijają państwowy socjal i mają głęboko pod małpimi ogonkami, co się z ich pociechą dzieje. W takich rodziców szkoda pompować pomoc społeczną, bo to tylko strata pieniędzy, od których i tak los dziecka się nie poprawia. Ale tutaj? Mamy do czynienia z 17-latką, która stara się jak może, nie pije, nie idzie w długą, tylko siedzi na tyłku i bawi synka, którego sobie przez głupotę zafundowała. Miała do wyboru: szkoła albo wychowanie dziecka. Wybrała dziecko - i zamiast młodziutkiej matce pomóc, państwo właśnie przez to zabrało jej synka. Może mi ktoś wytłumaczyć, gdzie tu sens?
Wiem wiem, pytanie jest retoryczne...
piątek, 1 lutego 2013
1.II.2012 - W.Sz.
Wisława Szymborska
NAGROBEK
Tu leży staroświecka jak przecinek
autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek
raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup
nie należał do żadnej z literackich grup.
Ale też nic lepszego nie ma na mogile
oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.
Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy
i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę.
Wisława Szymborka (2.VII.1923 - 1.II.2012)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


