Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 23 grudnia 2011

Wigilia klasowa

    Ufff... Wstałam po 7 rano i na dobrą sprawę dopiero teraz usiadłam. Niby Wigilię spędzamy tylko we trójkę [tj. Smok, Hipek i Jej Wysokość], ale i tak trzeba swoje w kolejkach spędzić, a potem odstać przy kuchni. Na jutro jeszcze menuet nie z pogrzebaczem, a z sernikiem i sałatką jarzynową. Teraz chwila na wypicie herbaty z sokiem malinowym [made by Mój Tata], podrapanie Pumiszcza za uchem [obrażona, bo dziś z konieczności bardzo ją zaniedbuję] - no i napisanie posta.

    A post będzie o szkolnych Wigiliach. Chyba w większości zakładów pracy istnieje zwyczaj takich spotkań przedświątecznych, które albo są miłą okazją, by wszyscy mogli razem siąść i pogadać - albo katorgą, paradą sztucznych uśmiechów i nerwowego patrzenia na zegarek [to już w zależności od atmosfery i układów, jakie mamy w pracy na co dzień]. W szkołach zwykle Wigilie przebiegają dwutorowo: najpierw wychowawcy spotykają się ze swoimi klasami, a potem jest jakiś barszczyk oraz pierogi z kapustą i grzybami Grona Pedagogicznego. Zoo nie jest tu wyjątkiem, przynajmniej jeśli chodzi o założenia. Jak zwykle bowiem diabeł tkwi w szczegółach.
    Ostatni dzień przed przerwą świąteczną nie jest w szkołach dniem wolnym od zajęć, aczkolwiek wiadomo, że o nauce nie może być raczej mowy, bo już nic się nikomu nie chce i dzieciaki w myślach już rozpakowują prezenty leżące pod choinką. Tak jest w każdej zwyczajnej szkole, a co dopiero w Zoo. Skoro więc bezcelowe jest przeprowadzenie zwyczajnych lekcji, zarządza się "Dzień z Wychowawcą", czyli de facto Wigilię Klasową. Jak to wygląda w praktyce? A bardzo, bardzo różnie - w zależności od tego, jak bardzo zaburzony zestaw Małpek uczęszcza do danego oddziału. Dla przykładu: wiem, że w tym roku jedna z pierwszych klas gimnazjalnych wprost odmówiła swojej wychowawczyni [pani Irenie - matematyczce i notabene świetnemu pedagogowi, mojej opiekunce stażu na nauczyciela mianowanego, która jest dla mnie wyrocznią w sprawach wychowawczych, zaraz po Wicedyrze] udziału w spotkaniu wigilijnym. I to nawet pomimo tego, że mamy tych dzieciaków same zaproponowały, że upieką jakieś ciasta i zrobią sałatki... A gdzie tam, Małpiątka mają to pod ogonkami... Wobec takiego dictum Irena stwierdziła, że nie jest to dla nich dzień wolny, a skoro nie chcą Wigilii, to mają przyjść na dwie godziny matematyki. Okazało się oczywiście, że i tak nikt nie przyszedł [co było do przewidzenia], no ale to już ich wybór, bo mają rzecz jasna kolejne godziny nieusprawiedliwione do kolekcji.
    A co z moją osobistą małpiarnią? Była to nasza pierwsza Wigilia, bo muszę przyznać, że rok temu całkiem świadomie zrobiłam w tej kwestii unik. W jaki sposób? Szczerze mówiąc - poszłam do lekarza i z pomocą moich zdolności aktorskich załatwiłam sobie L4 aż do świąt. Uważam, że byłam jak najbardziej usprawiedliwiona, bo moja ukochana klasa z Anią-Psychopatką na czele dała mi wówczas tak popalić, że mogłam obserwować u siebie pierwsze objawy nerwicy, a na samą myśl o tym, że mam jeszcze angażować się w jakąś Wigilię dla tych bandziorów, składać im życzenia i miło się uśmiechać - zbierało mi się na wymioty. Kto nie pamięta, co się wtedy działo, może wykonać małą podróż w czasie i kliknąć w link nr1 oraz w link nr2. A jeśli ktoś mimo przeczytania tych dwóch tekstów dalej uważa, że na moim miejscu i tak zorganizowałby uczniom spotkanie przedświąteczne, to gratuluję mu wiary we własną odporność psychiczną.
    W tym roku sprawa przedstawia się już zupełnie inaczej, głównie dlatego, że najgorsze Małpki mi przesiało - nie ma Ani, nie ma Dawidka... Nawet u nas w sali pojawiła się choinka - mama Alkonka przyniosła niewielkie sztuczne drzewko i jakieś ozdoby, więc dzieciaki na jednej z godzin wychowawczych zabrały się za przystrajanie klasy, mając przy tym naprawdę niezłą frajdę. Swoją drogą wyszło trochę ubogo, więc za rok zatrudnię ich do wykonywania łańcuchów i ozdób z papieru. No ale jak przyszło co do czego, to okazało się, że wolę przyjścia na spotkanie przedświąteczne wyraziły mi tylko 3 osoby: Patrycja, Młoda Gniewna i Patryk, dość spokojny chłopak [przynajniej odkąd zabrakło Dawida, który miał na niego wyraźnie bardzo zły wpływ]. Próbowali przekonać resztę, ale gdzie tam... Zrobiliśmy więc małą zrzutkę, kupiłam barszcz, krokiety i po kawałku sernika i tak spędziliśmy sobie w kameralnym gronie 2 godziny. Po pewnym czasie dzieciaki poleciały z własnej inicjatywy po panią od angielskiego, która siedziała sama w sali obok - jest wychowawczynią "mojej" wrednej zawodówki i z jej klasy nie przyszedł nikt. Mieliśmy więc nawet okazję wykorzystać nakrycie dla niespodziewanego gościa :) Próbowałam namówić Małpki, byśmy razem zaśpiewali jakąś kolędę, ale projekt ten pozostał jednak w sferze moich życzeń [Młoda Gniewna stwierdziła: "Czy pani jest absolutnie pewna,  że chce, żebym śpiewała...?"]. Podziękowałam im serdecznie i jak najzupełniej szczerze za to, że przyszli i stwierdziłam, że im tego nie zapomnę, rzecz jasna w pozytywnym słowa tego znaczeniu. Na odchodnym zażartowałam, że teraz mogą się chwalić przed resztą klasy, że słyszeli mnie mówiącą ludzkim głosem :)

UPDATE: Hipek po przeczytaniu posta wyraził ubolewanie, ponieważ - wg niego - ze wstępu wynika, iż tylko Smok zapierdziela przedświątecznie, a błotny ssak niecnie zbija bąki. Spieszę więc ze sprostowaniem, że wcale tak nie jest. Otóż przede wszystkim Hipek ciężko pracuje [w dosłownym słowa tego znaczeniu], a po pracy zakasuje rękawy i odrabia swoją pańszczyznę w domu. Zdążył już popełnić śledzie, zmasakrować karpia oraz wyczarować klopsa. A jutro, podczas gdy Smok będzie odbywać sernicze tango, moje kochanie wypucuje Pomarańczową Jaskinię. Przynajmniej taki jest plan :)

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Analfabeci są wśród nas

    Dragonka, z racji daty urodzenia, załapała się jeszcze na stary system kształcenia, tj. 8-letnią podstawówkę i 4-letnie liceum. W tym miejscu tradycyjnie składam pokłon w stronę moich rodziców, że nie poczekali z powołaniem mnie na świat jeszcze te kilka lat, bo miałabym realne szanse stać się istotą mocno niedouczoną, reprezentującą żenujący poziom wiedzy ogólnej. Czy to się komuś podoba, czy nie, można zaobserwować wyraźną cezurę między ludźmi urodzonymi przed 1986 rokiem [a więc tymi, którzy szli jeszcze starym systemem oświatowym], a rocznikami późniejszymi. Niestety, jest to przepaść ogromna i to na niekorzyść tej drugiej grupy - i to przepaść wyraźnie się pogłębiająca wprost proporcjonalnie do tego, z im późniejszą datą urodzenia mamy do czynienia [czyli - im dłużej funkcjonują gimnazja].
    Nie będzie to post poświęcony w całości analizowaniu tej sytuacji i postawieniu diagnozy, dlaczego tak się stało. Dość powiedzieć, że nie było mnie w szkole 5 lat [mam na myśli okres studiów] i to wystarczyło, by zmieniła się ona nie do poznania. Instytucja, którą opuściłam jako maturzystka, zupełnie nie przypominała tej, do której trafiłam jako nauczycielka-stażystka - a przypominam, że staż i pierwsze lata pracy spędziłam nie w Zoo, tylko w normalnym, przeciętnym liceum. Dość szybko musiało mi się zacząć mieścić w głowie, że wcale nie jest oczywistym, by licealista umiał odmieniać rzeczowniki przez przypadki [ba! - by w ogóle ZANAŁ nazwy przypadków...], nie mylił Mickiewicza z Kochanowskim, a napisanie 3-4 zdań powiązanych ze sobą logicznie nie zajmowało mu połowy lekcji.
    Potem trafiłam do szkoły dla młodzieży z założenia przejawiającej trudności w nauce i tu w eskpresowym tempie nauczyłam się raczej zakładać, że dzieciaki czegoś nie wiedzą i tłumaczyć im nawet - wydawałoby się - najbardziej banalne rzeczy, niż bazować na ich jakiejkolwiek wiedzy. Bywają jednak takie chwilę, w których nawet zaprawiona w bojach Dragonella rozkłada bezradnie skrzydła i naprawdę nie ma pojęcia, co z deliwentem zrobić. Krzyś jest jednym z takich przypadków.
    Chłopak trafił do 3A gdzieś na początku listopada i tym można tłumaczyć fakt, że dopiero niedawno zdałam sobie sprawę z ogromu jego zaległości. Co prawda z poprzedniej szkoły przyniósł z języka polskiego pięć jedynek, ale to akurat nie jest u małpek-nowicjuszek niczym niezwykłym, bo ostatecznie z jakiegoś powodu ze swoich poprzednich placówek edukacyjnych musieli wylecieć... Muszę przyznać, że lampka ostrzegawcza nie zapaliła mi się również wówczas, gdy na pewnej lekcji poleciłam mu przeczytać kilka zdań na głos [robili to wszyscy uczniowie po kolei] - a Krzyś najzwyczajniej w świecie zaczął sylabizować i to z wielkim trudem. Cóż, z przykrością muszę stwierdzić, że takich dzieciaków mamy w Zoo mnóstwo, ale nie zawsze trudności z głośnym czytaniem oznaczają, że ma on kłopoty z czytaniem w ogóle. A ponieważ Krzyś generalnie jest miłym chłopcem, zgłasza się na lekcji i wykazuje chęć współpracy, to nie zainteresowałam się głębiej, jak poważne są jego dysfunkcje. Zrozumcie - 3/4 małpek ma "dys-cośtam", zaległości szkolne sięgające podstawówki, albo pogranicze normy intelektulanej. Przypadek Krzysia nie wydał mi się więc na pierwszy rzut oka niczym niezwykłym.
    Tjaaa... Do momentu, aż nie zadałam mu pracy pisemnej na lekcji...
    Uczę ich właśnie pisać różnego rodzaju pisma użytkowe - ogłoszenia, zaproszenia, podania, listy motywacyjne. Pomijając fakt, że takie krótkie formy wypowiedzi trafiają się na egzaminie gimnazjalnym, to akurat i w codziennym życiu umiejętność sporządzania tego typu tekstów przyda im się nie raz i nie dwa. Najpierw więc następuje mój wykład traktujący o tym, co obowiązkowo powinno się znaleźć w ogłoszeniu czy podaniu, potem rozdaję schemaciki, a następnie analizujemy współnie przykłady takich pism. Na koniec ćwiczenie praktyczne, czyli samodzielne zredagowanie tekstu zgodnie z instrukcją. Robią to na lekcji, pod moim okiem - czyli cały czas jestem do dyspozycji, jeśli mają jakieś wątpliwości, ale jednocześnie mam pewność, że praca została wykonana bez niczyjej pomocy z zewnątrz [czy ściągnięta z Internetu]. Pod koniec zajęć zbieram i oceniam.
    No i w przypadku Krzysia dosłownie opadły mi łapki.
    Poniżej przytaczam Wam dwa jego teksty. Pierwszy miał być ogłoszeniem w sprawie zaginięcia psa. Drugi - listem motywacyjnym w odpowiedzi na ogłoszenie o pracę w dziale telefonicznej obsługi klienta. Zapewniam Was, że chłopak pracował nad tym całą lekcję tak, że aż mu się z długopisu dymiło, tzn. NIE MAM WĄTPLIWOŚCI, że się starał i zrobił to najlepiej, jak tylko potrafił. I na tym właśnie polega dramat... Aha, pisownię zachowuję oryginalną.

OGŁOSZENIE
Zogbienia psa jest to psa mały ma dwej plamy ma głowie czarne. Psa ma imie Hebo. Kom. 654 424 555.


LIST MOTYWACYJNY
Szanowni Państwa!
Dowidnałm w prasie "Gazeta Praca" że Państwo posztuje pracownik na telefoniczna obsługa klienta.
Dyspozycyiność w tyh dnah kture pastwah. Wykształcenie wysze. Zależy mi nat prasie. Lube pracy w grupie. Pracy w sklep hablowy.

   Czy ktoś jeszcze dziwi się mojemu załamaniu? Krzyś jest w trzeciej klasie gimnazjum, skończył 17 lat, a najwidoczniej nie umie ani czytać, ani pisać - po prostu nie zna liter. Pomijając fakt, że nie powinno się go wypuścić z nauczania początkowego i na dobrą sprawę powinnam mu przynieść zeszyt w trzy linie, posadzić z tyłu klasy i kazać ćwiczyć pisanie alfabetu - to niech mi ktoś powie, JAK ten facet da sobie radę w życiu??? Nawet jeśli zostanie niewykwalifikowanym pracownikiem fizycznym [a pytany przeze mnie oświadczył, że chce się uczyć na brukarza], to jak przeczyta umowę o pracę, żeby przekonać się, czy szef nie robi go w bambuko? A jakim cudem wypełni PIT? Zapłaci na poczcie rachunki? Jak przeżyje w dzisiejszym świecie czytając z trudem, a kompletnie nie umiejąc posługiwać się językiem pisanym?
    Nie kończyłam "nauczania początkowego", nie mam więc pojęcia, jak uczyć pisać i czytać. Poza tym nawet gdybym to wiedziała [albo zaczęła to robić posługując się pedagogiczną intuicją], to przecież nie mogę tego robić na zajęciach w 3 klasie gimnazjum z prawie dorosłym chłopakiem, bo by mu koledzy z klasy żyć nie dali.
    A Krzyś tymczasem przyszedł dziś do mnie i grzecznie zapytał, czy wystawię mu dopuszczający na półrocze. Bądź tu mądry i coś odpowiedz sensownego...

piątek, 16 grudnia 2011

Drobiazgi przedświąteczne

    Że ponad tydzień minął od ostatniego posta?
    Że nie macie co czytać w pracy?
    Że stęskniliście się za Małpkami (i za Smokiem trochę też)?
    Że w ten sposób się nie traktuje wiernych czytelników?

    No wiem, wiem...
    Milczenie spowodowane jest tym, że w Zoo jest ostatnio naprawdę dość spokojnie. Nie znaczy to, że nic się kompletnie nie dzieje, a ta cudowna placówka oświatowa nagle zamieniła się w renomowaną szkołę, do której chodzi grzeczna, pilna i karna dzieciarnia. Owszem, są jakieś tam incydentalne spięcia, ale nie przytrafia się nic, co by mnie na dłużej wyprowadzało z równowagi. Wytłumaczenia tego faktu mogą być dwa: albo wśród uczniów rozniosła się fama, że z Dragonką lepiej nie zadzierać - albo ja się stałam odporniejsza i zwykłe małpie numery zwisają mi zwiędłym kalafiorem na tyle, że już nawet ich nie rejestruję na dłużej.
    W tym półroczu, jak już Wam wspominałam, największe problemy mam z zawodówką - jak przypuszczam dlatego, że jest to moja nowa klasa. Z większością uczniów nie miałam wcześniej do czynienia [tzn. nie pastwiłam się nad nimi w gimnazjum :)], więc po pierwsze próbują mnie "ustawić" [tjaaa... życzę powodzenia...], a po drugie nie wiedzą jeszcze, jakie numery u mnie przechodzą, a jakie absolutnie nie. Jak może pamiętacie [a jeśli nie, to zajrzyjcie tutaj albo tu] na początku roku spotykałam się tam z typową chamówą, na którą reagowałam z całą stanowczością repertuarem dostępnych mi środków. W rezultacie sytuacja zmieniła się o tyle, że jakkolwiek towarzystwo zaprzestało ataków skierowanych bezpośrednio we mnie, ale dalej rozkładają mi lekcje poprzez totalne olewanie mojej osoby. Co z tego, że znajdą się 3-4 osoby zainteresowane zajęciami i próbujące ze mną współpracować, jeśli pozostali zachowują się po prostu tak, jak gdyby mnie nie było w sali? Co mam na myśli? Ano to, że chodzą sobie swobodnie po klasie, rozmawiają, słuchają muzyki, grają w gry na komórkach, rozmawiają przez telefon... Jak mają lepszy humor, to organizują sobie zabawy towarzyskie - np. ostatnio trzech chłopców zwinęło kserówki ze "Spowiedzią Jacka Soplicy" w ruloniki i używali ich do strzelania kuleczkami z papieru. Na moje - przyznam, retoryczne - pytanie, co robią, odparli z rozbrajającą szczerością: "Bawimy się w Indian, psze pani". 17-letnie konie...
    Jak reaguję? Denerwowanie się nic nie da. Krzyczeć nie zamierzam, bo primo to nie w moim stylu, a secundo, jeśli mam pracować do 67 roku życia [zgodnie z najnowszymi pomysłami Ministerstwa Pracy], to muszę oszczędzać moje narzędzie pracy, jakim jest głos. Zwracam więc im oczywiście uwagę, informuję, że ich zachowanie przeszkadza mi w prowadzeniu zajęć [tak, jak by tego nie wiedzieli...], ostrzegam ich też otwartym tekstem, że każda akcja wywołuje reakcję, więc jeśli oni mnie olewają, to ja wobec nich zachowam się tak samo, kiedy przyjdzie na to odpowiednia pora. Na razie rzecz jasna nic sobie z tego nie robią, ale zaczną, spokojnie... Po zajęciach też skrzętnie "zbieram haki" używając języka polityki, czyli opisuję pojedyncze wybryki w ich klasowym Zeszycie Uwag. A poza tym staram się prowadzić lekcę na tyle, na ile jest to możliwe w takich warunkach. Niestety nie mam na dłuższą metę umiejętności mówienia pomimo hałasu, jestem bowiem słuchowcem i ciężko mi formułować logiczne stwierdzenia, jeśli zagłuszają mnie inne dźwięki. Dopóki więc mogę prowadzę wykład, a kiedy już nie daję rady, przenoszę się na tablicę, zapisując dłuuugachne notatki. Jest to ukłon w stronę tej garstki, która chce skorzystać z zajęć - kto chce, może przepisać i w połączeniu z kserówkami, które rozdaję na każdej lekcji [bo przecież towarzystwo z założenia nie ma podręczników] ma z czego nauczyć się do sprawdzianu w domu. Bo rzecz jasna wymagań nie obniżam i sprawdzam opanowanie tego materiału, który wyłożyłam.
    Półrocze zbliża się wielkimi krokami i doprawdy nie wiem, na co klasa zawodowa liczy. 2/3 uczniów będzie nieklasyfikowanych, ponieważ chodzą mocno w kratkę, a nie mam zamiaru przymykać oczu na nieobecności uczniów, którzy robią mi burdel, jeśli już się łaskawie zjawią. Już słyszę te jęki i wybuchy złości... No trudno. Należy mieć nadzieję, że jedna taka "pokazówa" wystarczy, żeby się uspokoili i w rezultacie na koniec roku wyjdą na prostą. A jeśli nie, no to cóż - czeka nas masa egzaminów poprawkowych i klasyfikacyjnych w sierpniu.

    Z mojego własnego podwórka - niepokoi mnie Sylwia, czyli Młoda Gniewna. Od czasu konkursu rzadko pokazuje się w szkole, tzn. nie ma jej całymi dniami albo jest obecna tylko na środkowych lekcjach [bo na pierwsze zasypia, a na ostatnich nie może już wysiedzieć]. Pech w tym, że język polski mają prawie zawsze rano, więc jak tak dalej pójdzie, to też może się okazać, że zabraknie jej obecności do klasyfikowania. Co więcej, kiedy już się pojawia, to obserwuję u niej wyraźne "rozprężenie". Dla przykładu - na lekcji o "Quo Vadis" [porównanie świata rzymskiego i chrześcijańskiego] bez przerwy ukradniem czytała książkę [nie wiem, co to było, sądząc po okładce jakaś fantastyka]. Próbowałam zwracać jej uwagę na początku w sposób żartobliwy, żeby pozwolić jej wyjść z sytuacji z twarzą, ale uparcie wracała do lektury - nie uważając, nie słuchając, nie notując... Oświadczyłam, że jeśli skontroluję jej zeszyt pod koniec zajęć i nie będzie miała kompletnej notatki, to dostanie jedynkę - na co zareagowała typowym dla siebie wybuchem złości [choć muszę przyznać, że bez bluzgów], w finale wykrzykując, że to przecież jej zeszyt i to jej sprawa, co w nim ma i czy ma notatki pod lekcją, czy nie. Odparłam, że obowiązkiem ucznia jest notować i owszem, ma wybór o tyle, że zna konsekwencje - czyli niedostateczny w przypadku braku zapisanej przeze mnie na tablicy notatki. Jeśli tak woli, to proszę bardzo, może nie pisać. Efekt był taki, że jednak uzupełniła tekst, ale była wyraźnie wściekła, a następnego dnia znów nie pojawiła się w szkole.
    Będę jej musiała sumiennie podliczyć obecności pod koniec semestru i jeśli okaże się, że jest ich za mało [czyli mniej, niż połowa], to wystawię jej enkaela. Uwierzcie, cholernie nie chcę tego robić, ale nie będę miała wyjścia. Jeśli przymknę oko ze względu na jej udział w konkursie oraz na to, że dziewczę czyta lektury i generalnie ma z polskiego piątki z czwórkami [a to u mnie nie jest łatwe do zrobienia i ja zdaję sobie z tego sprawę], to w drugim semestrze zacznie mnie olewać na całego. Bardzo trudno wyciągać przykre konsekwencje wobec ucznia, którego się autentycznie lubi - ale jeśli odpuszczę, to zrobię jej krzywdę. Ewidentnie nie nauczono jej, że ponosi się odpowiedzialność za to, co się robi. Tylko dlaczego kurna ja mam być osobą, która ma jej to młotem pneumatycznum wbić do głowy?

niedziela, 4 grudnia 2011

"Szczenięce" lata

    W ostatnim poście starałam się wyjaśnić Wam, jak to się stało, że zostałam nauczycielem języka polskiego. Skupiłam się głównie na wpływie, jaki wywarła na mnie pani Mirosława, moja polonistka z podstawówki. Potem nadmieniłam, że paradoksalnie wytrwałam przy wyborze swojej drogi zawodowej mimo czterech lat licealnego koszmarku. Tych z Was, drodzy czytelnicy, których nie znudziły smocze refleksje o przeszłości, zapraszam na ciąg dalszy opowieści. A reszta - no cóż, musi uzbroić się w cierpliwość i poczekać, aż małpki zmalują coś, co będzie warte zrelacjonowania.
  
    Co mam zatem do zarzucenia polonistce licealnej, mojej wychowawczyni, zwanej przez nas z racji wyglądu Szczeną? Można by to w sumie ująć w stwierdzeniu, że zawód nauczyciela jest ostatnim, który powinna wykonywać - a niestety wiem, że pracuje w moim liceum do dziś. Co więcej, jest obecnie wicedyrektorką tej placówki, czyli osobą odpowiedzialną za kwestie wychowawcze. Mu-hahaha... Swoją tezę mogę poprzeć kilkoma argumentami, z których według mnie najważniejszy to taki, że jest to zgorzkniała, nieprzyjemna kobieta, która nienawidzi świata, ludzi i pewnie siebie samej też. Po miasteczku [znacie zapewne te prowincjonalne, krążące legendy...] powtarzana była opowieść, że Szczena w młodości straciła narzeczonego [który ponoć został zamordowany] i tym tłumaczono jej wrogie nastawienie do wszystkiego, co się rusza. Nie wiem, ile w tym prawdy - i szczerze mówiąc średnio mnie to interesuje - faktem jest natomiast, że skończyła jako brzydka, stara panna mieszkająca z matką i nie utrzymująca kontaktów towarzystkich. O tym, że bardzo rzadko się uśmiecha, świadczyć mogą nawet jej bardzo wąskie, wiecznie zaciśnięte usta. W ogóle wiało od niej  wiecznym chłodem, a jej twarz, niczym maska, nie wyrażała praktycznie żadnych uczuć. Rzadko się nawet denerwowała, co z dwojga złego byłoby chyba lepsze - złość oznacza jakieś emocje, byłaby sygnałem, że pod tą skorupą coś się jednak kryje. A tu nic... Martwy głos, martwe oczy, martwa facjata, czyli lekcja z Zombie-Żywym Trupem.
    Co z tego wynika? Wyobraźcie sobie martwego polonistę, opowiadającego beznamiętnym głosem, jak Kochanowski rozpaczał po śmierci córki, Mickiewicz tęsknił za ojczyzną na paryskim bruku, a Przybyszewski był do tego stopnia bezczelny, że uwiódł żonę Kasprowiczowi, który go przyjął pod dach swojego domu. Lekcje ze Szczeną było to 45 minut wykładu, prowadzonego z pożółkłych zeszytów, pamiętających zapewne okres studiów zasuszonej kobieciny. Biada natomiast temu, kto by nie notował i potem przy odpowiedzi usilował używać swoich własnych sformułowań: "Nic nie umiesz, siadaj, niedostateczny". Jak już bowiem wspominałam w poprzednim poście, najgorszą zbrodnią u Szczeny był własny punkt widzenia lub jakakolwiek krytyczna refleksja na temat tego, co wyłożyła na lekcji.
    Przypuszczam, że kiedy na liście swojej klasy zobaczyła laureatkę olimpiady polonistycznej [czyli mnie], musiała wznieść oczy ku niebu i westchnąć: "Oj, będą kłopoty". Najpierw jednak zajęła się pacyfikowaniem Piotra, innego klasowego humanisty - tyle że historyka i poety - który miał na nieszczęście być jednocześnie dyslektykiem [co jednak nie przeszkodziło mu potem w ukończeniu studiów polonistycznych ze specjalizacją edytorską]. Przez miesiąc niemal na każdej lekcji go poniżała i wprost mówiła, że nie powinien się uczyć w klasie humanistycznej, aż chłopak się wkurzył i zmienił szkołę. Co do mnie, ograniczała się do zaniżania mi ocen, jak tylko mogła [wiecie, że przez 4 lata tylko dwa razy postawiła mi dostateczny z wypracowań - i była to rzecz jasna najwyższa ocena?]. Z wielką łaską tylko stawiała mi bardzo dobry na koniec roku, musiała bowiem rozumieć, że gdyby tego nie zrobiła, to złożyłabym podanie o egzamin komisyjny, który bym zdała. A kiedy na początku trzeciej klasy poszłam do niej i powiedziałam, że chciałabym iść na olimpiadę polonistyczną, popatrzyła tylko i wycedziła: "No i co z tego?".
    Cóż, był to już jednak dla mnie ten etap fascynacji literaturą, że nawet Szczena nie była w stanie wybić mi jej z głowy, tyle, że musiałam się poruszać na tym polu na własną rękę. Wiedziałam po prostu, że liceum to "noc Apuchtinowska", którą muszę wytrzymać, żeby potem wreszcie móc robić to, co kocham. Jeśli uświadomicie sobie, że żyłam z takim nastawieniem przez cztery lata, to nie zdziwicie się mojej reakcji na pierwszym wykładzie - zresztą z literatury staropolskiej - jaki miałam na studiach. Po prostu popłakałam się ze wzruszenia, że ktoś wreszcie opowiada o tym tak, jak to POWINNO być robione. Notabene ten wykładowca [świetny mówca, do tego stopnia, że wielokrotnie po zajęciach dostawał brawa od studentów] był potem recenzentem zarówno mojej pracy licencjackiej, jak i magisterskiej, miałam więc możliwość podziękowania mu i opowiedzenia o tym zdarzeniu. Myślę, że zrobiło mu się miło :)

    Wracając jeszcze do Szczeny - o ile nie jesteście zbyt zmęczeni - to oprócz tego, że była najgorszą polonistką, jaka mogła mi się trafić, to całkowicie nie nadawała się na wychowawcę. Jestem zresztą pewna, że całkiem świadomie robiła wszystko, żeby nas, uczniów, skłócić między sobą, bo rozbitym stadkiem o wiele łatwiej jest manipulować. Mogłabym przytoczyć na to wiele przykładów, ale opowiem o jednym, dla mnie osobiście najbardziej przykrym.
    W naszej szkole był zwyczaj organizowania przeglądu pod nazwą "Małe formy teatralne", prezentowanych z okazji Dnia Patrona. Chętne klasy przygotowywały krótkie spektakle [zwykle jakieś skecze kabaretowe czy kilka piosenek przy akompaniamencie gitary], a potem jury złożone zarówno z nauczycieli, jak i uczniów, wybierało najlepszy. I moja klasa - potwornie niezgrana, rozbita na grupki i wewnętrzenie skonfliktowana - w trzecim roku stwierdziła, że skoro jesteśmy "humanistami", to wypadałoby coś wreszcie przygotować. Ja, Kasia [ta sama, której dziękowałam w poście Bajka] oraz jeszcze dwie inne osoby napisaliśmy autorski scenariusz, który był parodią seriali brazylijskich. Praca nad przygotowaniem tego spektaklu to najlepsze wspomnienia, jakie mam z liceum, bo zaangażowała się w to naprawdę cała klasa - każdy albo miał jakąś drobną rolę, albo chociaż przygotowywał dekoracje czy pracował przy ścieżce dźwiękowej. Świetnie się przy tym bawiliśmy, spotykaliśmy się po lekcjach i ćwiczyliśmy tak intensywnie, jak byśmy kandydowali do Oscara.
     Szczena, zapewne zaniepokojona naszym mlodzieńczym zapałem, usiłowała zrobić wszystko, by nas zniechęcić - głównie powtarzając nam na próbach, że to jest beznadziejne, głupie i w ogóle mało zabawne, więc żebyśmy nie robili z siebie pośmiewiska przed całą szkołą, tylko się wycofali. Nie posłuchaliśmy jej... i zdobyliśmy pierwsze miejsce. Dzięki temu jako reprezentanci liceum mieliśmy odegrać nasz spektakl na przeglądzie teatralnym organizowanym w miejscowym Domu Kultury, gdzie startowały już szkoły z całego województwa. Polonistka znów zaklinała nas na wszelkie świętości, byśmy się nie kompromitowali - a my znów jej nie posłuchaliśmy i tym razem zajęliśmy miejsce drugie.
    Jaki był finał tej historii? Ano taki, że Szczena jakiś tydzień potem przyszła do nas i ZAŻĄDAŁA tekstu tego przedstawienia [właśnie tak - ona nawet o niego nie poprosiła, tylko się go domagała], bo obiecała go na apel swojej znajomej polonistce z innej szkoły. Kiedy klasa nieśmiało odmówiła, nauczycielka dała niedwuznacznie do zrozumienia, że jeśli nie chcemy mieć bardzo złych ocen na koniec roku, a potem problemów na maturze, to lepiej, żeby ten tekst znalazł się u niej jutro na biurku.
    I w tym momencie klasa podzieliła się na dwa - a w zasadzie trzy - obozy:
    - obóz pierwszy: biedni, wystraszeni konformiści, którzy stwierdzili, że wobec takiego dictum nie mamy wyjścia, jak tylko udostępnić Szczenie tekst sztuki
    - obóz drugi: trzech współautorów sztuki, którzy powiedzieli, że postąpią tak, jak zdecyduje większość
    - obóz trzeci: jednoosobowy, składający się z Dragonki, czwartej współautorki tekstu, która oświadczyła, że takiego wała, po jej trupie i to bez względu na konsekwencje.

    Czego ja się nie nasłuchałam, kiedy przedstawiłam moje veto klasie... [do którego MIAŁAM PRAWO, jako współautor sztuki] W wyzwiskach naprawdę nie przebierano [uwierzcie, nawet małpki by się podobnego reperturaru nie powstydziły], grożono mi nawet pobiciem. Nie ugięłam się, Szczena tekstu nie dostała, choć rzecz jasna powiedziano jej, kto się sprzeciwił. Nie muszę chyba mówić, że miałam u niej przerąbane do końca szkoły, a i klasa skazała mnie na wyraźny ostracyzm. Do tego stopnia, że nie miałam ochoty pójść jeszcze rok później na własną studniówkę, bo stwierdziłam, że nie będę się uśmiechała do tych pajaców przez cały wieczór - i to jeszcze za ciężkie pieniądze, które notabene wydałam na komplet podręczników, z których korzystałam potem na studiach. A jedyną osobą z czasów licealnych, z którą utrzymuję kontakt, jest właśnie Kasia.
    A morał z tej bajki jest chyba tylko taki, że co cię nie zabije, to cię wzmocni :)

piątek, 2 grudnia 2011

Smocza droga do szkoły

    W takiej szkole jak moja nigdy nie jest nudno, nie zawsze jednak dzieje się coś aż tak spektakularnego, by wymagało osobnego posta. W oczekiwaniu więc, aż "małpich numerów" się nazbiera, przygotowałam wpis trochę bardziej prywatny, choć wciąż zgodny z tematyką tego bloga.

Panowie i Panie - jak to się stało, że Dragonka została nauczycielem?

    Wypadałoby zacząć od tego, że każdy jako dziecko snuł marzenia, kim zostanie, kiedy dorośnie - nie inaczej rzecz jasna było ze mną. Jako całkiem małe smoczątko nie byłam oryginalna, chciałam bowiem zostać księżniczką. No bo wiecie, księżniczki z perspektywy kilkulatki mają przecież tak fajnie: jeżdżą do przedszkola karetą, nie muszą sprzątać pokoju, paradują w pięknych, błyszczących, kiczowatych sukniach, a przede wszystkim są bardzo piękne i przez wszystkich podziwiane. Kiedy jednak byłam troszkę starsza, tzn. wylądowałam w podstawówce, zaczęłam myśleć poważniej o swojej przyszłości i wykombinowałam, że zostanę psychologiem, jak Seniorka. Dość odważne marzenie, jak na siedmiolatkę - pamiętam niedowierzanie na twarzach dorosłych, którym całkiem serio mówiłam o swoich planach. I gdyby kilka spraw potoczyło się inaczej, to zapewne zostałabym tym psychologiem - wielokrotnie słyszałam opinie, że nadawałabym się do tego zawodu [Seniorka nawet powiedziała mi kiedyś wprost, że jej zdaniem minęłam się z powołaniem, wybierając polonistykę], a moi znajomi często podkreślają, że po szczerych rozmowach ze mną czują się tak, jak by zleźli z kozetki terapeutycznej :) Sama też myślę, że gdybym musiała wybrać inne zajęcie, niż bycie nauczycielem, to byłby to psycholog. Ale jednak nim nie jestem. Dlaczego?
    Grunt przygotowano jeszcze w moim domu rodzinnym, w którym bardzo dużo się czytało, a książki były obecne na każdym kroku. Dopóki byliśmy z bratem mali, do wieczornych rytuałów należało czytanie nam na dobranoc przez któreś z rodziców. Oczywiście głównie bajki, ale także tzw. klasyka w postaci mitologii greckiej [rzecz jasna w wersji okrojonej, przeznaczonej dla dzieci], powieści Sienkiewicza czy nieśmiertlelnych "Ań z Zielonego Wzgórza", "Małych Lordów" i "Małych Księżniczek". Potem jednak, kiedy poszłam do szkoły, rozdzice "przestali mieć czas" [taka była oficjalna wersja :)], więc musiałam zacząć czytać sama - choć słowo "musiałam" należy wziąć w duży cudzysłów, bo nie stanowiło to dla mnie żadnego problemu. Począwszy od pierwszej klasy podstawówki zaczęłam pochłaniać książki kilogramami, a że - jak już wspomniałam - było ich u nas w domu zatrzęsienie, to naprawdę miałam w czym wybierać. Czytanie zresztą aż do końca ósmej klasy właściwie zastępowało mi świat, bo z racji swoich zainteresowań nie miałam zbyt wiele koleżanek i szybko zaczęłam uchodzić za dziwoląga. Dopiero w liceum trochę się towarzysko "rozkręciłam", choć też nie na tyle, by z czytania zrezygnować. Notabene ilość czasu, jaką poświęcałam na lekturę, w rezultacie skłoniła mnie do zrezygnowania ze szkoły muzycznej. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że muszę wybrać, bo obie gałęzie sztuki - i literatura, i muzyka - są bardzo czasochłonne i nie jestem w stanie zajmować się nimi na raz. Zdecydowałam, że czytanie sprawia mi więcej przyjemności, niż gra na skrzypcach :) Z perspektywy czasu nie mam wątpliwości, że wybrałam dobrze, a moi sąsiedzi na pewno odetchnęli z ulgą, kiedy przestałam rzępolić...
    Tym niemniej - nie każda osoba, która lubi czytać, ląduje na polonistyce, a przypominam, że poważnie chciałam zostać psychologiem. Zwrot akcji zawdzięczam mojej polonistce z podstawówki. Nie był to typ kochanej i dobrej pani, do której lgną dzieciaki. Zapamiętałam panią Mirosławę jako wysoką, chudą kobietę w średnim wieku, energiczną, stanowczą i na pewno nie pozwalającą wejść sobie na głowę. Dużo wymagała, ale też dobrze tłumaczyła. Nie była na pewno osobą ciepłą, nie żartowała z uczniami i na pewno nie skracała dystansu, a otrzymać wyraźną pochwałę z jej ust było wyczynem. Zależało jej natomiast wyraźnie, byśmy nie traktowali nauki o języku, literaturze i kulturze polskiej jak dopust Boży, tylko jako coś interesującego, fajnego i zabawnego. Zadawała ciekawe tematy wypracowań i prac domowych, o bohaterach literackich mówiła bez szkolnego zadęcia [tak, jak by mówiła o żywych ludziach], tam, gdzie się dało, wprowadzała na lekcje elementy teatru.
    No i cóż, muszę przyznać, że z gromadki uczniów "wyłapała" mnie dość szybko. Pamiętam, że już pod koniec piątej klasy podstawówki powiedziała mi, że chciałaby mnie wysłać na olimpiadę polonistyczną, pod warunkiem, że poprawię ortografię. Sadziłam bowiem potworne błędy, do tego stopnia, że byłam podejrzewana o dysleksję [a jest to efekt mojej bardzo kiepskiej pamięci wzrokowej]. I rzeczywiście - w ósmej klasie Dragonka przysiadła i przeryła sumiennie materiał z góry na dół pod czujnym okiem pani Mirosławy [do dziś pamiętam, jak siedziałam u niej w domu w drugi dzień świąt bożonarodzeniowych nad talerzem sernika... i tłukłam wykresy zdań wielokrtotnie zlożonych :)]. Nasza ciężka praca przyniosła efekt, bowiem zostałam laureatką tej olimpiady na szczeblu wojewódzkim [ogólnopolskiego już nie organizowali]. Wtedy też zaczęła kiełkować we mnie idea, że może jednak wystarczy już tych psychologów w rodzinie, a ja się lepiej zajmę literaturą polską.
    Potem nastąpiły cztery lata liceum, które dość przewrotnie umocniły mnie w moim pomyśle. Trafiło mi się bowiem potworne, wredne, żmijowate - i z perspektywy lat wiem też, że zwyczajnie niedouczone - babsko od polskiego, będące na dodatek moją wychowawczynią. Pałałyśmy do siebie wzajemnie szczerą, nieskrywaną antypatią. "Szczena" [skąd taka ksywa? - przeczytaj tutaj] najbardziej nie znosiła uczniów, którzy coś od niej chcą i nie dają sennym głosem prowadzić wykładu, więc obecność w klasie uczennicy, która zadaje pytania i pragnie się dowiedzieć czegoś więcej, musiała być dla niej prawdziwym koszmarem. Toczyłyśmy mniej lub bardziej otwartą wojnę przez całe liceum, a w klasie maturalnej powiedziała mi przy wszystkich, że ja się w życiu nie dostanę na polonistykę, a już na tę uczelnię, na którą planowałam zdawać [czyli bardzo dobrą], to już jej kaktus na dłoni prędzej wyrośnie...
    Hmm... Na 240 przyjętych osób miałam 14 wynik od góry. Cholera, nic mi nie wiadomo o tym, by jej rzeczywiście wyrosła na ręce jakakolwiek roślinka.
    Na zakończenie wypada stwierdzić, że początkowo rozważałam, czy nie iść jednak w stronę edytorstwa albo dziennikarstwa, ale potem odkryłam, że jeszcze większą frajdę od uczenia się o literaturze, daje mi OPOWIADANIE o tym innym ludziom. A stąd już była prosta droga za belfrowskie biurko.
   Ergo, drogie mamy i drodzy tatusiowie - uważajcie na nauczycieli swoich pociech. Co będzie, jeśli zarażą ich miłością do danej dziedziny naukowej?