Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 23 grudnia 2011

Wigilia klasowa

    Ufff... Wstałam po 7 rano i na dobrą sprawę dopiero teraz usiadłam. Niby Wigilię spędzamy tylko we trójkę [tj. Smok, Hipek i Jej Wysokość], ale i tak trzeba swoje w kolejkach spędzić, a potem odstać przy kuchni. Na jutro jeszcze menuet nie z pogrzebaczem, a z sernikiem i sałatką jarzynową. Teraz chwila na wypicie herbaty z sokiem malinowym [made by Mój Tata], podrapanie Pumiszcza za uchem [obrażona, bo dziś z konieczności bardzo ją zaniedbuję] - no i napisanie posta.

    A post będzie o szkolnych Wigiliach. Chyba w większości zakładów pracy istnieje zwyczaj takich spotkań przedświątecznych, które albo są miłą okazją, by wszyscy mogli razem siąść i pogadać - albo katorgą, paradą sztucznych uśmiechów i nerwowego patrzenia na zegarek [to już w zależności od atmosfery i układów, jakie mamy w pracy na co dzień]. W szkołach zwykle Wigilie przebiegają dwutorowo: najpierw wychowawcy spotykają się ze swoimi klasami, a potem jest jakiś barszczyk oraz pierogi z kapustą i grzybami Grona Pedagogicznego. Zoo nie jest tu wyjątkiem, przynajmniej jeśli chodzi o założenia. Jak zwykle bowiem diabeł tkwi w szczegółach.
    Ostatni dzień przed przerwą świąteczną nie jest w szkołach dniem wolnym od zajęć, aczkolwiek wiadomo, że o nauce nie może być raczej mowy, bo już nic się nikomu nie chce i dzieciaki w myślach już rozpakowują prezenty leżące pod choinką. Tak jest w każdej zwyczajnej szkole, a co dopiero w Zoo. Skoro więc bezcelowe jest przeprowadzenie zwyczajnych lekcji, zarządza się "Dzień z Wychowawcą", czyli de facto Wigilię Klasową. Jak to wygląda w praktyce? A bardzo, bardzo różnie - w zależności od tego, jak bardzo zaburzony zestaw Małpek uczęszcza do danego oddziału. Dla przykładu: wiem, że w tym roku jedna z pierwszych klas gimnazjalnych wprost odmówiła swojej wychowawczyni [pani Irenie - matematyczce i notabene świetnemu pedagogowi, mojej opiekunce stażu na nauczyciela mianowanego, która jest dla mnie wyrocznią w sprawach wychowawczych, zaraz po Wicedyrze] udziału w spotkaniu wigilijnym. I to nawet pomimo tego, że mamy tych dzieciaków same zaproponowały, że upieką jakieś ciasta i zrobią sałatki... A gdzie tam, Małpiątka mają to pod ogonkami... Wobec takiego dictum Irena stwierdziła, że nie jest to dla nich dzień wolny, a skoro nie chcą Wigilii, to mają przyjść na dwie godziny matematyki. Okazało się oczywiście, że i tak nikt nie przyszedł [co było do przewidzenia], no ale to już ich wybór, bo mają rzecz jasna kolejne godziny nieusprawiedliwione do kolekcji.
    A co z moją osobistą małpiarnią? Była to nasza pierwsza Wigilia, bo muszę przyznać, że rok temu całkiem świadomie zrobiłam w tej kwestii unik. W jaki sposób? Szczerze mówiąc - poszłam do lekarza i z pomocą moich zdolności aktorskich załatwiłam sobie L4 aż do świąt. Uważam, że byłam jak najbardziej usprawiedliwiona, bo moja ukochana klasa z Anią-Psychopatką na czele dała mi wówczas tak popalić, że mogłam obserwować u siebie pierwsze objawy nerwicy, a na samą myśl o tym, że mam jeszcze angażować się w jakąś Wigilię dla tych bandziorów, składać im życzenia i miło się uśmiechać - zbierało mi się na wymioty. Kto nie pamięta, co się wtedy działo, może wykonać małą podróż w czasie i kliknąć w link nr1 oraz w link nr2. A jeśli ktoś mimo przeczytania tych dwóch tekstów dalej uważa, że na moim miejscu i tak zorganizowałby uczniom spotkanie przedświąteczne, to gratuluję mu wiary we własną odporność psychiczną.
    W tym roku sprawa przedstawia się już zupełnie inaczej, głównie dlatego, że najgorsze Małpki mi przesiało - nie ma Ani, nie ma Dawidka... Nawet u nas w sali pojawiła się choinka - mama Alkonka przyniosła niewielkie sztuczne drzewko i jakieś ozdoby, więc dzieciaki na jednej z godzin wychowawczych zabrały się za przystrajanie klasy, mając przy tym naprawdę niezłą frajdę. Swoją drogą wyszło trochę ubogo, więc za rok zatrudnię ich do wykonywania łańcuchów i ozdób z papieru. No ale jak przyszło co do czego, to okazało się, że wolę przyjścia na spotkanie przedświąteczne wyraziły mi tylko 3 osoby: Patrycja, Młoda Gniewna i Patryk, dość spokojny chłopak [przynajniej odkąd zabrakło Dawida, który miał na niego wyraźnie bardzo zły wpływ]. Próbowali przekonać resztę, ale gdzie tam... Zrobiliśmy więc małą zrzutkę, kupiłam barszcz, krokiety i po kawałku sernika i tak spędziliśmy sobie w kameralnym gronie 2 godziny. Po pewnym czasie dzieciaki poleciały z własnej inicjatywy po panią od angielskiego, która siedziała sama w sali obok - jest wychowawczynią "mojej" wrednej zawodówki i z jej klasy nie przyszedł nikt. Mieliśmy więc nawet okazję wykorzystać nakrycie dla niespodziewanego gościa :) Próbowałam namówić Małpki, byśmy razem zaśpiewali jakąś kolędę, ale projekt ten pozostał jednak w sferze moich życzeń [Młoda Gniewna stwierdziła: "Czy pani jest absolutnie pewna,  że chce, żebym śpiewała...?"]. Podziękowałam im serdecznie i jak najzupełniej szczerze za to, że przyszli i stwierdziłam, że im tego nie zapomnę, rzecz jasna w pozytywnym słowa tego znaczeniu. Na odchodnym zażartowałam, że teraz mogą się chwalić przed resztą klasy, że słyszeli mnie mówiącą ludzkim głosem :)

UPDATE: Hipek po przeczytaniu posta wyraził ubolewanie, ponieważ - wg niego - ze wstępu wynika, iż tylko Smok zapierdziela przedświątecznie, a błotny ssak niecnie zbija bąki. Spieszę więc ze sprostowaniem, że wcale tak nie jest. Otóż przede wszystkim Hipek ciężko pracuje [w dosłownym słowa tego znaczeniu], a po pracy zakasuje rękawy i odrabia swoją pańszczyznę w domu. Zdążył już popełnić śledzie, zmasakrować karpia oraz wyczarować klopsa. A jutro, podczas gdy Smok będzie odbywać sernicze tango, moje kochanie wypucuje Pomarańczową Jaskinię. Przynajmniej taki jest plan :)

8 komentarzy:

  1. ja dzisiaj tysz zmasakrowałąm karpia. Tato nadał naszemu faszerowanemu karpiowi nową nazwę- "karp- durszlak" i wcale nie wiem o co mu chodzi...pierwszy raz ściągałąm z karpia skórę i powinien się cieszyć ,że zrobiłam tylko dwie dziurki... :)
    Życzę udanego sernika :) i odpoczynku. Poglaskaj Pumiszcze od Mag :) I ja się jeszcxze pytam- co z blogiem Hipcia? Padł?

    OdpowiedzUsuń
  2. O karpiu czytałam post... No cóż, jak by tu rzec: pierwsze karpie za płoty...? Jakoś tak to szło :) Za rok na pewno będzie lepiej. Poza tym z całym szacunkiem dla twoich umiejętności, to swojego taty i tak nie przebijesz. Przecież nie przypadkowo ma ksywę Rybak :)

    Co do bloga Hipcia - jego pytaj... Póki co blog umiera śmiercią naturalną, ku mojej wielkiej, niekłamanej rozpaczy. Może na wiosnę coś się ruszy? Myślałam, że będzie mógł fotografować płatki śniegu, a tu jak na złość mamy bezśnieżną zimę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Karpie oszczędzam, bo nie lubię, poza tym mogę powiedzieć, że świąt nie obchodzę, ale rybkę dzisiaj zjemy. Filet z pangi, ale zawsze coś ;)))

    Miło się czytało o Wigilii klasowej. Trzy dzieciaki, kameralnie, ale szczerze i od serca. Dla takich momentów chce się pracować :)))

    Baw się dobrze, odpocznij, nabierz sił. Tego Ci życzę :)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Wesołych Świąt Dragonko, wszystkiego najlepszego a przede wszystkim zdrówka. Magda

    OdpowiedzUsuń
  5. Ken.G.: Dla mnie święta są elementem staropolskiej tradycji, więc je obchodzę - tyle, że bez wydźwięku religijnego. Poza tym jakoś z dzieciństwa mam z Wigilią miłe wspomnienia.

    Magda:
    Dzięki :) Wszystkiego dobrego :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Szkoda, ze mnie tam nie bylo...
    Serdecznosci
    Judith

    OdpowiedzUsuń
  7. Judith:
    Witam serdecznie u mnie, mam nadzieję, że zagościsz tu na dłużej :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Wszystkiego najlepszego z okazji zbliżającego się Nowego Roku :)))

    OdpowiedzUsuń