Że ponad tydzień minął od ostatniego posta?
Że nie macie co czytać w pracy?
Że stęskniliście się za Małpkami (i za Smokiem trochę też)?
Że w ten sposób się nie traktuje wiernych czytelników?
No wiem, wiem...
Milczenie spowodowane jest tym, że w Zoo jest ostatnio naprawdę dość spokojnie. Nie znaczy to, że nic się kompletnie nie dzieje, a ta cudowna placówka oświatowa nagle zamieniła się w renomowaną szkołę, do której chodzi grzeczna, pilna i karna dzieciarnia. Owszem, są jakieś tam incydentalne spięcia, ale nie przytrafia się nic, co by mnie na dłużej wyprowadzało z równowagi. Wytłumaczenia tego faktu mogą być dwa: albo wśród uczniów rozniosła się fama, że z Dragonką lepiej nie zadzierać - albo ja się stałam odporniejsza i zwykłe małpie numery zwisają mi zwiędłym kalafiorem na tyle, że już nawet ich nie rejestruję na dłużej.
W tym półroczu, jak już Wam wspominałam, największe problemy mam z zawodówką - jak przypuszczam dlatego, że jest to moja nowa klasa. Z większością uczniów nie miałam wcześniej do czynienia [tzn. nie pastwiłam się nad nimi w gimnazjum :)], więc po pierwsze próbują mnie "ustawić" [tjaaa... życzę powodzenia...], a po drugie nie wiedzą jeszcze, jakie numery u mnie przechodzą, a jakie absolutnie nie. Jak może pamiętacie [a jeśli nie, to zajrzyjcie tutaj albo tu] na początku roku spotykałam się tam z typową chamówą, na którą reagowałam z całą stanowczością repertuarem dostępnych mi środków. W rezultacie sytuacja zmieniła się o tyle, że jakkolwiek towarzystwo zaprzestało ataków skierowanych bezpośrednio we mnie, ale dalej rozkładają mi lekcje poprzez totalne olewanie mojej osoby. Co z tego, że znajdą się 3-4 osoby zainteresowane zajęciami i próbujące ze mną współpracować, jeśli pozostali zachowują się po prostu tak, jak gdyby mnie nie było w sali? Co mam na myśli? Ano to, że chodzą sobie swobodnie po klasie, rozmawiają, słuchają muzyki, grają w gry na komórkach, rozmawiają przez telefon... Jak mają lepszy humor, to organizują sobie zabawy towarzyskie - np. ostatnio trzech chłopców zwinęło kserówki ze "Spowiedzią Jacka Soplicy" w ruloniki i używali ich do strzelania kuleczkami z papieru. Na moje - przyznam, retoryczne - pytanie, co robią, odparli z rozbrajającą szczerością: "Bawimy się w Indian, psze pani". 17-letnie konie...
Jak reaguję? Denerwowanie się nic nie da. Krzyczeć nie zamierzam, bo primo to nie w moim stylu, a secundo, jeśli mam pracować do 67 roku życia [zgodnie z najnowszymi pomysłami Ministerstwa Pracy], to muszę oszczędzać moje narzędzie pracy, jakim jest głos. Zwracam więc im oczywiście uwagę, informuję, że ich zachowanie przeszkadza mi w prowadzeniu zajęć [tak, jak by tego nie wiedzieli...], ostrzegam ich też otwartym tekstem, że każda akcja wywołuje reakcję, więc jeśli oni mnie olewają, to ja wobec nich zachowam się tak samo, kiedy przyjdzie na to odpowiednia pora. Na razie rzecz jasna nic sobie z tego nie robią, ale zaczną, spokojnie... Po zajęciach też skrzętnie "zbieram haki" używając języka polityki, czyli opisuję pojedyncze wybryki w ich klasowym Zeszycie Uwag. A poza tym staram się prowadzić lekcę na tyle, na ile jest to możliwe w takich warunkach. Niestety nie mam na dłuższą metę umiejętności mówienia pomimo hałasu, jestem bowiem słuchowcem i ciężko mi formułować logiczne stwierdzenia, jeśli zagłuszają mnie inne dźwięki. Dopóki więc mogę prowadzę wykład, a kiedy już nie daję rady, przenoszę się na tablicę, zapisując dłuuugachne notatki. Jest to ukłon w stronę tej garstki, która chce skorzystać z zajęć - kto chce, może przepisać i w połączeniu z kserówkami, które rozdaję na każdej lekcji [bo przecież towarzystwo z założenia nie ma podręczników] ma z czego nauczyć się do sprawdzianu w domu. Bo rzecz jasna wymagań nie obniżam i sprawdzam opanowanie tego materiału, który wyłożyłam.
Półrocze zbliża się wielkimi krokami i doprawdy nie wiem, na co klasa zawodowa liczy. 2/3 uczniów będzie nieklasyfikowanych, ponieważ chodzą mocno w kratkę, a nie mam zamiaru przymykać oczu na nieobecności uczniów, którzy robią mi burdel, jeśli już się łaskawie zjawią. Już słyszę te jęki i wybuchy złości... No trudno. Należy mieć nadzieję, że jedna taka "pokazówa" wystarczy, żeby się uspokoili i w rezultacie na koniec roku wyjdą na prostą. A jeśli nie, no to cóż - czeka nas masa egzaminów poprawkowych i klasyfikacyjnych w sierpniu.
Z mojego własnego podwórka - niepokoi mnie Sylwia, czyli Młoda Gniewna. Od czasu konkursu rzadko pokazuje się w szkole, tzn. nie ma jej całymi dniami albo jest obecna tylko na środkowych lekcjach [bo na pierwsze zasypia, a na ostatnich nie może już wysiedzieć]. Pech w tym, że język polski mają prawie zawsze rano, więc jak tak dalej pójdzie, to też może się okazać, że zabraknie jej obecności do klasyfikowania. Co więcej, kiedy już się pojawia, to obserwuję u niej wyraźne "rozprężenie". Dla przykładu - na lekcji o "Quo Vadis" [porównanie świata rzymskiego i chrześcijańskiego] bez przerwy ukradniem czytała książkę [nie wiem, co to było, sądząc po okładce jakaś fantastyka]. Próbowałam zwracać jej uwagę na początku w sposób żartobliwy, żeby pozwolić jej wyjść z sytuacji z twarzą, ale uparcie wracała do lektury - nie uważając, nie słuchając, nie notując... Oświadczyłam, że jeśli skontroluję jej zeszyt pod koniec zajęć i nie będzie miała kompletnej notatki, to dostanie jedynkę - na co zareagowała typowym dla siebie wybuchem złości [choć muszę przyznać, że bez bluzgów], w finale wykrzykując, że to przecież jej zeszyt i to jej sprawa, co w nim ma i czy ma notatki pod lekcją, czy nie. Odparłam, że obowiązkiem ucznia jest notować i owszem, ma wybór o tyle, że zna konsekwencje - czyli niedostateczny w przypadku braku zapisanej przeze mnie na tablicy notatki. Jeśli tak woli, to proszę bardzo, może nie pisać. Efekt był taki, że jednak uzupełniła tekst, ale była wyraźnie wściekła, a następnego dnia znów nie pojawiła się w szkole.
Będę jej musiała sumiennie podliczyć obecności pod koniec semestru i jeśli okaże się, że jest ich za mało [czyli mniej, niż połowa], to wystawię jej enkaela. Uwierzcie, cholernie nie chcę tego robić, ale nie będę miała wyjścia. Jeśli przymknę oko ze względu na jej udział w konkursie oraz na to, że dziewczę czyta lektury i generalnie ma z polskiego piątki z czwórkami [a to u mnie nie jest łatwe do zrobienia i ja zdaję sobie z tego sprawę], to w drugim semestrze zacznie mnie olewać na całego. Bardzo trudno wyciągać przykre konsekwencje wobec ucznia, którego się autentycznie lubi - ale jeśli odpuszczę, to zrobię jej krzywdę. Ewidentnie nie nauczono jej, że ponosi się odpowiedzialność za to, co się robi. Tylko dlaczego kurna ja mam być osobą, która ma jej to młotem pneumatycznum wbić do głowy?
No trochę Cię nie było :)))
OdpowiedzUsuńMam pytanie: czy nikt z tzw. góry nie będzie się pluł, że nie klasyfikujesz tyle osób? Tak mi się pomyślało, bo pamiętam jak mi koleżanka mówiła, że jej nauczycielka na praktykach skarżyła się, że nie może kogoś "ulać", bo dyrektor szkoły jej zabrania.
W poprzedniej szkole też tak było - z każdej jedynki to nauczyciel musiał się osobiście gęsto tłumaczyć u dyrektorki i uwierz, nie była to przyjemna rozmowa :)
OdpowiedzUsuńZoo jest jednak specyficzną szkołą również pod tym względem [czyli normalną]. Dyrekcja mawia, że to nauczyciel jest na lekcji, on wystawia oceny i to on jest za mnie odpowiedzialny. Poza tym ostre potraktowanie uczniów na półrocze jest nawet wskazane, bo jeśli tego nie zrobisz, to masz jak w banku, że w drugim semestrze będzie jeszcze gorzej. No i mówiąc wprost, nie ma raczej ryzyka, że delikwent obrazi się i zabierze dokumenty, no bo która szkoła go przyjmie? Chyba, że prywatna i płatna, ale ich w większości na to nie stać.