W ostatnim poście starałam się wyjaśnić Wam, jak to się stało, że zostałam nauczycielem języka polskiego. Skupiłam się głównie na wpływie, jaki wywarła na mnie pani Mirosława, moja polonistka z podstawówki. Potem nadmieniłam, że paradoksalnie wytrwałam przy wyborze swojej drogi zawodowej mimo czterech lat licealnego koszmarku. Tych z Was, drodzy czytelnicy, których nie znudziły smocze refleksje o przeszłości, zapraszam na ciąg dalszy opowieści. A reszta - no cóż, musi uzbroić się w cierpliwość i poczekać, aż małpki zmalują coś, co będzie warte zrelacjonowania.
Co mam zatem do zarzucenia polonistce licealnej, mojej wychowawczyni, zwanej przez nas z racji wyglądu Szczeną? Można by to w sumie ująć w stwierdzeniu, że zawód nauczyciela jest ostatnim, który powinna wykonywać - a niestety wiem, że pracuje w moim liceum do dziś. Co więcej, jest obecnie wicedyrektorką tej placówki, czyli osobą odpowiedzialną za kwestie wychowawcze. Mu-hahaha... Swoją tezę mogę poprzeć kilkoma argumentami, z których według mnie najważniejszy to taki, że jest to zgorzkniała, nieprzyjemna kobieta, która nienawidzi świata, ludzi i pewnie siebie samej też. Po miasteczku [znacie zapewne te prowincjonalne, krążące legendy...] powtarzana była opowieść, że Szczena w młodości straciła narzeczonego [który ponoć został zamordowany] i tym tłumaczono jej wrogie nastawienie do wszystkiego, co się rusza. Nie wiem, ile w tym prawdy - i szczerze mówiąc średnio mnie to interesuje - faktem jest natomiast, że skończyła jako brzydka, stara panna mieszkająca z matką i nie utrzymująca kontaktów towarzystkich. O tym, że bardzo rzadko się uśmiecha, świadczyć mogą nawet jej bardzo wąskie, wiecznie zaciśnięte usta. W ogóle wiało od niej wiecznym chłodem, a jej twarz, niczym maska, nie wyrażała praktycznie żadnych uczuć. Rzadko się nawet denerwowała, co z dwojga złego byłoby chyba lepsze - złość oznacza jakieś emocje, byłaby sygnałem, że pod tą skorupą coś się jednak kryje. A tu nic... Martwy głos, martwe oczy, martwa facjata, czyli lekcja z Zombie-Żywym Trupem.
Co z tego wynika? Wyobraźcie sobie martwego polonistę, opowiadającego beznamiętnym głosem, jak Kochanowski rozpaczał po śmierci córki, Mickiewicz tęsknił za ojczyzną na paryskim bruku, a Przybyszewski był do tego stopnia bezczelny, że uwiódł żonę Kasprowiczowi, który go przyjął pod dach swojego domu. Lekcje ze Szczeną było to 45 minut wykładu, prowadzonego z pożółkłych zeszytów, pamiętających zapewne okres studiów zasuszonej kobieciny. Biada natomiast temu, kto by nie notował i potem przy odpowiedzi usilował używać swoich własnych sformułowań: "Nic nie umiesz, siadaj, niedostateczny". Jak już bowiem wspominałam w poprzednim poście, najgorszą zbrodnią u Szczeny był własny punkt widzenia lub jakakolwiek krytyczna refleksja na temat tego, co wyłożyła na lekcji.
Przypuszczam, że kiedy na liście swojej klasy zobaczyła laureatkę olimpiady polonistycznej [czyli mnie], musiała wznieść oczy ku niebu i westchnąć: "Oj, będą kłopoty". Najpierw jednak zajęła się pacyfikowaniem Piotra, innego klasowego humanisty - tyle że historyka i poety - który miał na nieszczęście być jednocześnie dyslektykiem [co jednak nie przeszkodziło mu potem w ukończeniu studiów polonistycznych ze specjalizacją edytorską]. Przez miesiąc niemal na każdej lekcji go poniżała i wprost mówiła, że nie powinien się uczyć w klasie humanistycznej, aż chłopak się wkurzył i zmienił szkołę. Co do mnie, ograniczała się do zaniżania mi ocen, jak tylko mogła [wiecie, że przez 4 lata tylko dwa razy postawiła mi dostateczny z wypracowań - i była to rzecz jasna najwyższa ocena?]. Z wielką łaską tylko stawiała mi bardzo dobry na koniec roku, musiała bowiem rozumieć, że gdyby tego nie zrobiła, to złożyłabym podanie o egzamin komisyjny, który bym zdała. A kiedy na początku trzeciej klasy poszłam do niej i powiedziałam, że chciałabym iść na olimpiadę polonistyczną, popatrzyła tylko i wycedziła: "No i co z tego?".
Cóż, był to już jednak dla mnie ten etap fascynacji literaturą, że nawet Szczena nie była w stanie wybić mi jej z głowy, tyle, że musiałam się poruszać na tym polu na własną rękę. Wiedziałam po prostu, że liceum to "noc Apuchtinowska", którą muszę wytrzymać, żeby potem wreszcie móc robić to, co kocham. Jeśli uświadomicie sobie, że żyłam z takim nastawieniem przez cztery lata, to nie zdziwicie się mojej reakcji na pierwszym wykładzie - zresztą z literatury staropolskiej - jaki miałam na studiach. Po prostu popłakałam się ze wzruszenia, że ktoś wreszcie opowiada o tym tak, jak to POWINNO być robione. Notabene ten wykładowca [świetny mówca, do tego stopnia, że wielokrotnie po zajęciach dostawał brawa od studentów] był potem recenzentem zarówno mojej pracy licencjackiej, jak i magisterskiej, miałam więc możliwość podziękowania mu i opowiedzenia o tym zdarzeniu. Myślę, że zrobiło mu się miło :)
Wracając jeszcze do Szczeny - o ile nie jesteście zbyt zmęczeni - to oprócz tego, że była najgorszą polonistką, jaka mogła mi się trafić, to całkowicie nie nadawała się na wychowawcę. Jestem zresztą pewna, że całkiem świadomie robiła wszystko, żeby nas, uczniów, skłócić między sobą, bo rozbitym stadkiem o wiele łatwiej jest manipulować. Mogłabym przytoczyć na to wiele przykładów, ale opowiem o jednym, dla mnie osobiście najbardziej przykrym.
W naszej szkole był zwyczaj organizowania przeglądu pod nazwą "Małe formy teatralne", prezentowanych z okazji Dnia Patrona. Chętne klasy przygotowywały krótkie spektakle [zwykle jakieś skecze kabaretowe czy kilka piosenek przy akompaniamencie gitary], a potem jury złożone zarówno z nauczycieli, jak i uczniów, wybierało najlepszy. I moja klasa - potwornie niezgrana, rozbita na grupki i wewnętrzenie skonfliktowana - w trzecim roku stwierdziła, że skoro jesteśmy "humanistami", to wypadałoby coś wreszcie przygotować. Ja, Kasia [ta sama, której dziękowałam w poście Bajka] oraz jeszcze dwie inne osoby napisaliśmy autorski scenariusz, który był parodią seriali brazylijskich. Praca nad przygotowaniem tego spektaklu to najlepsze wspomnienia, jakie mam z liceum, bo zaangażowała się w to naprawdę cała klasa - każdy albo miał jakąś drobną rolę, albo chociaż przygotowywał dekoracje czy pracował przy ścieżce dźwiękowej. Świetnie się przy tym bawiliśmy, spotykaliśmy się po lekcjach i ćwiczyliśmy tak intensywnie, jak byśmy kandydowali do Oscara.
Szczena, zapewne zaniepokojona naszym mlodzieńczym zapałem, usiłowała zrobić wszystko, by nas zniechęcić - głównie powtarzając nam na próbach, że to jest beznadziejne, głupie i w ogóle mało zabawne, więc żebyśmy nie robili z siebie pośmiewiska przed całą szkołą, tylko się wycofali. Nie posłuchaliśmy jej... i zdobyliśmy pierwsze miejsce. Dzięki temu jako reprezentanci liceum mieliśmy odegrać nasz spektakl na przeglądzie teatralnym organizowanym w miejscowym Domu Kultury, gdzie startowały już szkoły z całego województwa. Polonistka znów zaklinała nas na wszelkie świętości, byśmy się nie kompromitowali - a my znów jej nie posłuchaliśmy i tym razem zajęliśmy miejsce drugie.
Jaki był finał tej historii? Ano taki, że Szczena jakiś tydzień potem przyszła do nas i ZAŻĄDAŁA tekstu tego przedstawienia [właśnie tak - ona nawet o niego nie poprosiła, tylko się go domagała], bo obiecała go na apel swojej znajomej polonistce z innej szkoły. Kiedy klasa nieśmiało odmówiła, nauczycielka dała niedwuznacznie do zrozumienia, że jeśli nie chcemy mieć bardzo złych ocen na koniec roku, a potem problemów na maturze, to lepiej, żeby ten tekst znalazł się u niej jutro na biurku.
I w tym momencie klasa podzieliła się na dwa - a w zasadzie trzy - obozy:
- obóz pierwszy: biedni, wystraszeni konformiści, którzy stwierdzili, że wobec takiego dictum nie mamy wyjścia, jak tylko udostępnić Szczenie tekst sztuki
- obóz drugi: trzech współautorów sztuki, którzy powiedzieli, że postąpią tak, jak zdecyduje większość
- obóz trzeci: jednoosobowy, składający się z Dragonki, czwartej współautorki tekstu, która oświadczyła, że takiego wała, po jej trupie i to bez względu na konsekwencje.
Czego ja się nie nasłuchałam, kiedy przedstawiłam moje veto klasie... [do którego MIAŁAM PRAWO, jako współautor sztuki] W wyzwiskach naprawdę nie przebierano [uwierzcie, nawet małpki by się podobnego reperturaru nie powstydziły], grożono mi nawet pobiciem. Nie ugięłam się, Szczena tekstu nie dostała, choć rzecz jasna powiedziano jej, kto się sprzeciwił. Nie muszę chyba mówić, że miałam u niej przerąbane do końca szkoły, a i klasa skazała mnie na wyraźny ostracyzm. Do tego stopnia, że nie miałam ochoty pójść jeszcze rok później na własną studniówkę, bo stwierdziłam, że nie będę się uśmiechała do tych pajaców przez cały wieczór - i to jeszcze za ciężkie pieniądze, które notabene wydałam na komplet podręczników, z których korzystałam potem na studiach. A jedyną osobą z czasów licealnych, z którą utrzymuję kontakt, jest właśnie Kasia.
A morał z tej bajki jest chyba tylko taki, że co cię nie zabije, to cię wzmocni :)
No nieciekawa historia. To znaczy ciekawa, ale faktycznie przykra... Wiele odwagi musiałaś wykazać, żeby sprzeciwić się zastraszonej bandzie małoletnich pyskaczy. Wielu by się złamało, tak jak zresztą widać na przykładzie Twojej klasy.
OdpowiedzUsuńGwoli ścisłości trzeba przyznać, że miałam w tej sprawie oparcie w moich rodzicach, a i zaprawiona byłam w myśleniu o sobie jako o dziwolągu odstającym od reszty towarzystwa. Z perspektywy lat to mi szkoda najbardziej tego, że Szczena popsuła nam zabawę. Naprawdę z przygotowaniem tego spektaklu mieliśmy ubaw po pachy.
OdpowiedzUsuńRozumiem. Ale mimo wszystko musiało być cholernie ciężko przychodzić codziennie do szkoły i siedzieć z niechętnymi sobie ludźmi. Aż się człowiekowi odechciewa do kogokolwiek odzywać...
OdpowiedzUsuńDo końca trzeciej klasy po prostu traktowali mnie jak powietrze, w klasie maturalnej byli już "tylko" niemili :)
OdpowiedzUsuńJako naoczny świadek (a nawet wspomniany wyżej uczestnik) tamtych wydarzeń potwierdzam, że jest to SzczeNa prawda:D
OdpowiedzUsuńSwoją drogą, biję się w pierś mizerną i żałuję, że tak późno (bo dopiero po tej aferze i jeszcze innej - mojej prywatnej), zbliżyłam się do nastoletniej wtedy Smoczycy. Chyba obie nie żałujemy, że tak się stało;)
Nie żałujemy :)
OdpowiedzUsuńTy i pozostała trójka współautorów przynajmniej zachowaliście neutralność, podczas gdy reszta przystąpiła do regularnego linczu. No i - jak sama napisałaś - wtedy jeszcze nie byłyśmy przyjaciółkami.
Cieszę się, że charakterystyka Szczeny przypadła Ci do gustu :)