Panowie i Panie - jak to się stało, że Dragonka została nauczycielem?
Wypadałoby zacząć od tego, że każdy jako dziecko snuł marzenia, kim zostanie, kiedy dorośnie - nie inaczej rzecz jasna było ze mną. Jako całkiem małe smoczątko nie byłam oryginalna, chciałam bowiem zostać księżniczką. No bo wiecie, księżniczki z perspektywy kilkulatki mają przecież tak fajnie: jeżdżą do przedszkola karetą, nie muszą sprzątać pokoju, paradują w pięknych, błyszczących, kiczowatych sukniach, a przede wszystkim są bardzo piękne i przez wszystkich podziwiane. Kiedy jednak byłam troszkę starsza, tzn. wylądowałam w podstawówce, zaczęłam myśleć poważniej o swojej przyszłości i wykombinowałam, że zostanę psychologiem, jak Seniorka. Dość odważne marzenie, jak na siedmiolatkę - pamiętam niedowierzanie na twarzach dorosłych, którym całkiem serio mówiłam o swoich planach. I gdyby kilka spraw potoczyło się inaczej, to zapewne zostałabym tym psychologiem - wielokrotnie słyszałam opinie, że nadawałabym się do tego zawodu [Seniorka nawet powiedziała mi kiedyś wprost, że jej zdaniem minęłam się z powołaniem, wybierając polonistykę], a moi znajomi często podkreślają, że po szczerych rozmowach ze mną czują się tak, jak by zleźli z kozetki terapeutycznej :) Sama też myślę, że gdybym musiała wybrać inne zajęcie, niż bycie nauczycielem, to byłby to psycholog. Ale jednak nim nie jestem. Dlaczego?
Grunt przygotowano jeszcze w moim domu rodzinnym, w którym bardzo dużo się czytało, a książki były obecne na każdym kroku. Dopóki byliśmy z bratem mali, do wieczornych rytuałów należało czytanie nam na dobranoc przez któreś z rodziców. Oczywiście głównie bajki, ale także tzw. klasyka w postaci mitologii greckiej [rzecz jasna w wersji okrojonej, przeznaczonej dla dzieci], powieści Sienkiewicza czy nieśmiertlelnych "Ań z Zielonego Wzgórza", "Małych Lordów" i "Małych Księżniczek". Potem jednak, kiedy poszłam do szkoły, rozdzice "przestali mieć czas" [taka była oficjalna wersja :)], więc musiałam zacząć czytać sama - choć słowo "musiałam" należy wziąć w duży cudzysłów, bo nie stanowiło to dla mnie żadnego problemu. Począwszy od pierwszej klasy podstawówki zaczęłam pochłaniać książki kilogramami, a że - jak już wspomniałam - było ich u nas w domu zatrzęsienie, to naprawdę miałam w czym wybierać. Czytanie zresztą aż do końca ósmej klasy właściwie zastępowało mi świat, bo z racji swoich zainteresowań nie miałam zbyt wiele koleżanek i szybko zaczęłam uchodzić za dziwoląga. Dopiero w liceum trochę się towarzysko "rozkręciłam", choć też nie na tyle, by z czytania zrezygnować. Notabene ilość czasu, jaką poświęcałam na lekturę, w rezultacie skłoniła mnie do zrezygnowania ze szkoły muzycznej. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że muszę wybrać, bo obie gałęzie sztuki - i literatura, i muzyka - są bardzo czasochłonne i nie jestem w stanie zajmować się nimi na raz. Zdecydowałam, że czytanie sprawia mi więcej przyjemności, niż gra na skrzypcach :) Z perspektywy czasu nie mam wątpliwości, że wybrałam dobrze, a moi sąsiedzi na pewno odetchnęli z ulgą, kiedy przestałam rzępolić...
Tym niemniej - nie każda osoba, która lubi czytać, ląduje na polonistyce, a przypominam, że poważnie chciałam zostać psychologiem. Zwrot akcji zawdzięczam mojej polonistce z podstawówki. Nie był to typ kochanej i dobrej pani, do której lgną dzieciaki. Zapamiętałam panią Mirosławę jako wysoką, chudą kobietę w średnim wieku, energiczną, stanowczą i na pewno nie pozwalającą wejść sobie na głowę. Dużo wymagała, ale też dobrze tłumaczyła. Nie była na pewno osobą ciepłą, nie żartowała z uczniami i na pewno nie skracała dystansu, a otrzymać wyraźną pochwałę z jej ust było wyczynem. Zależało jej natomiast wyraźnie, byśmy nie traktowali nauki o języku, literaturze i kulturze polskiej jak dopust Boży, tylko jako coś interesującego, fajnego i zabawnego. Zadawała ciekawe tematy wypracowań i prac domowych, o bohaterach literackich mówiła bez szkolnego zadęcia [tak, jak by mówiła o żywych ludziach], tam, gdzie się dało, wprowadzała na lekcje elementy teatru.
No i cóż, muszę przyznać, że z gromadki uczniów "wyłapała" mnie dość szybko. Pamiętam, że już pod koniec piątej klasy podstawówki powiedziała mi, że chciałaby mnie wysłać na olimpiadę polonistyczną, pod warunkiem, że poprawię ortografię. Sadziłam bowiem potworne błędy, do tego stopnia, że byłam podejrzewana o dysleksję [a jest to efekt mojej bardzo kiepskiej pamięci wzrokowej]. I rzeczywiście - w ósmej klasie Dragonka przysiadła i przeryła sumiennie materiał z góry na dół pod czujnym okiem pani Mirosławy [do dziś pamiętam, jak siedziałam u niej w domu w drugi dzień świąt bożonarodzeniowych nad talerzem sernika... i tłukłam wykresy zdań wielokrtotnie zlożonych :)]. Nasza ciężka praca przyniosła efekt, bowiem zostałam laureatką tej olimpiady na szczeblu wojewódzkim [ogólnopolskiego już nie organizowali]. Wtedy też zaczęła kiełkować we mnie idea, że może jednak wystarczy już tych psychologów w rodzinie, a ja się lepiej zajmę literaturą polską.
Potem nastąpiły cztery lata liceum, które dość przewrotnie umocniły mnie w moim pomyśle. Trafiło mi się bowiem potworne, wredne, żmijowate - i z perspektywy lat wiem też, że zwyczajnie niedouczone - babsko od polskiego, będące na dodatek moją wychowawczynią. Pałałyśmy do siebie wzajemnie szczerą, nieskrywaną antypatią. "Szczena" [skąd taka ksywa? - przeczytaj tutaj] najbardziej nie znosiła uczniów, którzy coś od niej chcą i nie dają sennym głosem prowadzić wykładu, więc obecność w klasie uczennicy, która zadaje pytania i pragnie się dowiedzieć czegoś więcej, musiała być dla niej prawdziwym koszmarem. Toczyłyśmy mniej lub bardziej otwartą wojnę przez całe liceum, a w klasie maturalnej powiedziała mi przy wszystkich, że ja się w życiu nie dostanę na polonistykę, a już na tę uczelnię, na którą planowałam zdawać [czyli bardzo dobrą], to już jej kaktus na dłoni prędzej wyrośnie...
Hmm... Na 240 przyjętych osób miałam 14 wynik od góry. Cholera, nic mi nie wiadomo o tym, by jej rzeczywiście wyrosła na ręce jakakolwiek roślinka.
Na zakończenie wypada stwierdzić, że początkowo rozważałam, czy nie iść jednak w stronę edytorstwa albo dziennikarstwa, ale potem odkryłam, że jeszcze większą frajdę od uczenia się o literaturze, daje mi OPOWIADANIE o tym innym ludziom. A stąd już była prosta droga za belfrowskie biurko.
Ergo, drogie mamy i drodzy tatusiowie - uważajcie na nauczycieli swoich pociech. Co będzie, jeśli zarażą ich miłością do danej dziedziny naukowej?
A u mmnie to rodzina mało czytająca, pasja jakoś tak sama się rozwinęła, a na początku chciałam być weterynarzem...Polonistów miałam zawsze świetnych i być może oni tak mną pokierowali, że jeszcze bardziej rozpalili moja miłość do książek. Decyzję o polonistyce podjęłam późno, bo w trzeciej klasie liceum, ale mnie bardziej ciagnie do tej dziennikarskiej wersji, choć specjalizację mam nauczycielską. Ale gdyby ktoś mnie spytał, czy nie żałuję, bo przecież po tych studiach nic nie ma, domu z książek nie zbudujesz, odpowiadam: NIE ŻAŁUJĘ! Jeszcze raz bym poszła na te studia, ale tym razem na dziennikarską specjalizację
OdpowiedzUsuńZapomniałam zapytać- co z Sylwią? Jak konkurs?
OdpowiedzUsuńZgodnie z moimi przewidywaniami, nic nie wygrała, ale to nie ma żadnego znaczenia. Zresztą - i tak dostanie książkę i dyplom na udział [polecenie służbowe Wicedyry].
OdpowiedzUsuńPoza tym Sylwii nie ma od środy w szkole, więc nie miałam z nią nawet jak pogadać :)
No i już teraz wiemy jak to się wszystko zaczęło :)))
OdpowiedzUsuńPrzypomniałaś mi historią o wrednej polonistce co prawda nie wredną, ale w ogóle nie wierzącą w mój talent Bardzo Ważną Panią, której wuefista przekazał kiedyś moje wiersze. Bardzo Ważna Pani powiedziała, że mogę spróbować swoich sił w konkursie poetyckim, ale nie mam szans na wygraną. Tak z grubsza. A potem pisałam Bardzo Ważnej Pani dedykację na pierwszej stronie almanachu, w którym były m.in. moje wiersze, a ja byłam w 5 zwycięzców konkursu. Na całą Polskę :))) Pewnie już pisałam tę historię, ale z takim rozrzewnieniem wspominam uczucie satysfakcji.... ;)))
Zapewne mina polonistki - bezcenna :) Ale to chylę czoła. Robisz coś jeszcze w kierunku poezji? Mam nadzieję, że tak...
OdpowiedzUsuńA to właśnie nie była polonistka nawet, tylko jakaś babeczka z kuratorium czy czegoś takiego. Mój impresario (wuefista) chciał przed wysłaniem wierszy pokazać je komuś Ważnemu przez duże W, żeby sprawdził czy w ogóle warto to wysyłać :)))
OdpowiedzUsuńDziś już praktycznie nic nie robię w tym kierunku. Po skończeniu 18 lat jakoś tak to ucichło, pobuszowałam trochę na portalach poetyckich, pokazałam się tu i tam, a potem stwierdziłam, że mnie to nie bawi. I wróciłam "do szuflady" z myślą, że może kiedyś... :)))
Pisz chociażby do szuflady - skoro Herbert mógł tyle lat... :) Nigdy nic nie wiadomo.
OdpowiedzUsuń