Ze względów logistycznych postanowiłam, że najlepiej będzie, jeśli przyjadę po Sylwię [Młodą Gniewną] do domu i razem pojedziemy do MDK-u, w którym miał się odbyć konkurs. Wprawdzie dziewczę z początku próbowało wybić mi ten pomysł z głowy, ale sobie nie dałam.
- To chyba nie jest najlepszy pomysł. - stwierdziła.
- Czemu?
- Bo ja mieszkam na dość nieciekawym osiedlu...
- Nie przesadzaj, przecież to nie Bronx. - odparłam wiedząc, że dzielnica Sylwii owszem, do najlepszych nie należy, ale z drugiej strony nie jest to jednak Kraina Latających Siekier.
- No poważnie. Tam cały czas przesiadują na ławkach różni nieciekawi kolesie...
- O 9 rano też?!
- No czasem też.
- Jednak zaryzykuję. A ty możesz powiedzieć wcześniej kolegom, że w poniedziałek rano przyjedzie po ciebie wychowawczyni, więc mają jej nie stuknąć.
Pojechałam, oczywiście strasznie nie było. Ot, zwykłe, smutne blokowisko, jakich mnóstwo w Polsce i notabene podobne do takiego, w jakim sama się wychowałam. Byłam o umówionej godzinie, Sylwia już na mnie czekała i zaraz wyszłyśmy. Nie zdążyłam za bardzo przyjrzeć się warunkom, w jakich mieszka [a co myślicie - radar wychowawcy jest zawsze włączony :)] - zauważyłam tylko, że jakkolwiek mieszkanie wyraźnie domaga się remontu, to było czysto i nie śmierdziało niczym podejrzanym. Po drodze starałam się zagadać uczennicę na wszelkie sposoby [żeby nie myślała o występie], ale nie była zbyt rozmowna - tzn. grzecznie odpowiadała na pytania, ale na tym koniec. Dałam jej więc w końcu spokój.
A sam konkurs? Tak się złożyło, że Sylwia występowała jako pierwsza, co i dobrze, nie miała bowiem czasu się porządnie zdenerwować. I de facto była zdaje się najbardziej wyluzowanym uczestnikiem. Myślę zresztą, że dopiero po obserwacji innych dzieciaków - ich tremy, zaangażowania, panikowania opiekujących się nimi nauczycielek - zdała sobie sprawę z tego, na co się porwała. A uczestnicy przejmowali się tak, jak by chodziło o galę wręczenia Oscarów, albo chociaż Fryderyków. Jeden z chłopców tak się denerwował, że mało się nie popłakał i jego opiekunka poważnie zastanawiała się nad odwołaniem występu wychowanka. A bezpośrednio po Młodej Gniewnej startowała grupka dziewcząt z Katolickiego Gimnazjum - wszystkie w jednakowych, sztywnych mundurkach, z tarczami szkoły przyszytymi do klap marynarek, recytujące swoje utwory płaczliwo-natchnionym głosem. Notabene po występie siadły sobie na widowni w drugim rzędzie i bez przerwy nawijały między sobą, zupełnie nie przejmując się tym, że przecież przeszkadzają innym uczestnikom. Miałam ochotę podejść i objechać je od góry do dołu, ale po pierwsze siedziałam w pewnej odleglości i moja interwencja też narobiłaby niepotrzebnego zamieszania, a po drugie opiekująca się dziewczętami siostra zakonna nie wyglądała na szczególnie sympatyczną...
Sama Sylwia - obiektywnie mówiąc - wypadła przeciętnie, ale też nie tak, by się miała czego wstydzić. Laureatką konkursu raczej nie zostanie [wyniki będą w środę], ale powiedziała poprawnie, zrozumiale, nie za szybko, na luzie, a w tekście się nie pomyliła [co innym uczestnikom konkursu się zdarzało]. Zrobiła to tak dobrze, jak potrafiła, jestem z niej zadowolona, co rzecz jasna bardzo wyraźnie jej powiedziałam. Dostałam poza tym polecenie służbowe od Wicedyry, żeby kupić jej jakąś książkę za to, że wystąpiła. Poszukam jej jakiegoś fajnego wyboru wierszy współczesnych, wykaligrafuję dyplom i wręczę uroczyście przy klasie. A co :) Może za rok też będzie miała ochotę wystąpić?
No! Brawo i gratulacje dla Młodej! Nie każdy by się odważył - na przykład ja nigdy nie lubiłam konkursów recytatorskich i zawsze mnie do nich zaganiali na siłę :)))
OdpowiedzUsuńPamiętam jak w szkole podstawowej (była to chyba 4 klasa) miałem wyrecytować wiersz przed starszą klasą (chyba ósmoklasiści). Aby dodać dramaturgii, wychowawczyni wymyśliła abym podczas szczególnie dramatycznych fragmentów gestykulował rękami. Oczywiście machanie łapami przed starszymi kolegami sobie odpuściłem żeby nie wyjść na głupka (tak wtedy to sobie wyobrażałem). Myślałem, że wychowawczyni będzie wściekła - w końcu zniweczyłem Jej wizję artystyczną, ale chyba sama recytacja była na tyle poprawna że mi odpuściła. Pamiętam jakie było to dla mnie stresujące doświadczenie, tym bardziej podziwiam odwagę Twojej uczennicy.
OdpowiedzUsuńRespect :)
Ja zawsze uwielbiałam tego typu sytuacje. Mieszkałam niestety w małym mieście, więc konkursów recytatorskich nie organizowano, za to pchałam się do każdego możliwego apelu szkolnego, do jakiego tylko mogłam. I teraz moje niespełnione ambicje "aktorskie" przelewam na uczniów :)
OdpowiedzUsuńNo to kciukasy trzymam do środy. :)
OdpowiedzUsuńSama brałam udział w takich konkursach, choć nigdy mi się nie udało wygrać. Pamiętam tylko jeden wiersz, który recytowałam w podstawówce- "Czarna krowa w kropki bordo, gryzła trawę kręcąc mordą" :)
Aaaa, jeszcze o małpie w kąpieli mówiłam :)
No, "Małpa w kąpieli" to byłoby dopiero nomen omen... :)
OdpowiedzUsuńJa "zaliczyłam" w podstawówce rolę Ani z Zielonego Wzgórza [moment upijania Diany, hie hie hie], Balladyny, Mefistofelesa z "Pani Twardowskiej", matki partyzanta z II wojny światowej. W liceum byłam Telimeną w scenie zerwania z Tadeuszem, a potem Donią Demonią [złą matką głównej bohaterki] w naszym autorskim przedstawieniu. Oprócz tego zdarzyło mi się recytować jakąś Szymborską - no i nieprzerwanie śpiewałam w chórze, również kościelnym. Czytałam nawet do mszy :) Jak widać, brałam co dawali...
a ja grałam złą gospodynię w jasełkach ;) a też śpiewałam w chórku :)
OdpowiedzUsuń