Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

poniedziałek, 7 listopada 2011

Klasyka mniej klasyczna

    Zaczynam omawianie z trzecimi klasami "Balladyny" Słowackiego. Prywatnie bardzo lubię ten utwór - mam do niego sentyment jeszcze z własnej podstawówki. Nasza polonistka [zresztą, jeden z kilku Mistrzów, których spotkałam na swojej drodze edukacyjnej- to ona zaraziła mnie miłością do języka i gdyby nie ona, pewnie skończyłabym jako psycholog] przy omawianiu tej lektury podzieliła klasę na zespoły i poleciła przygotować każdej grupie inscenizację fragmentu sztuki rozgrywającego się w chacie Wdowy. Moja grupa była "z tych ambitnych", więc dodatkowo zagraliśmy też zamordowanie Aliny. Balladynę grałam ja [z moim wrednym charakterem - jakże by inaczej :)], natomiast Aliną była koleżanka z klasy, za którą delikatnie mówiąc nie przepadałam. Jak możecie się domyślić, cała scena morderstwa wyszła bardzo realistycznie...
    Rzecz jasna w Zoo do głowy by mi nie przyszło zadać uczniom fragment sztuki do nauczenia się na pamięć, a potem do odegrania przed klasą [popatrzyliby na mnie, jak Łukaszenka, którego poprosiliby o dobrowolne oddanie władzy]. Tym niemniej postaram się zrobić co w mojej mocy, aby Małpki zainteresować lekturą, a część może nawet skłonić do jej przeczytania. Notabene znów miałam ubaw, kiedy zeszłam przed zajęciami do biblioteki wypożyczyć kilka egzemplarzy książki [żeby było choć po jednej na ławkę]. Bibliotekarka widząc mnie stwierdziła: "Właśnie w piątek kilkoro uczniów poprosiło o "Balladynę", tak właśnie pomyślałam, że na pewno pani zadała im to do przeczytania...".
    Jak poszła pierwsza lekcja z tego tematu w 3A? Rutyna - sprawdzian z treści zrobiłam, trochę jedynek nawstawiałam, choć i pozytywne oceny się trafiły [jedno dziewczę przeczytało lekturę i chyba zdążyło ją streścić kilku kolegom na przerwie]. Potem - w ramach przybliżania treści - kartkowaliśmy sztukę i zapisywaliśmy plan wydarzeń, a ja przy okazji opowiadałam barwnym językiem, "o co kaman". Streszczając fabułę jakiegoś utworu zawsze dostosowuję język do słuchaczy, a zatem w Zoo nigdy nie posługuję się językiem ściśle literackim, tylko bardzo potocznym, ocierającym się - jeśli uznam to za konieczne - o wulgarny. Jak to wygląda? Macie tu próbkę "stylu smoczego" dla przykładu:
  
   - Kirkor przyszedł do Pustelnika, by poradzić się w sprawie wyboru żony. Tamten stwierdził, żeby nie robił z siebie idioty i przypadkiem nie żenił się z księżniczką, bo toto głupie, zmanierowane, cały dzień maluje paznokcie i do niczego się nie nadaje - więc najlepiej zrobi, jak sobie weźmie prostą, wiejską dziołchę. Taką, co to ugotować i posprzątać umie i będzie się w niego gapiła jak w obrazek...

    - Duszki na polecenie Goplany miały tak zrobić, by Kirkor koniecznie zatrzymał się w chacie Wdowy. Dziś to by pewnie jadąc swoim "merolem" złapał gumę, ale że wtedy samochodów nie było, to mu koło w powozie się uszkodziło i musiał je naprawić.

    - Balladyna zakatrupiła siostrę nożem, podpierniczyła dzbanek z malinami i pobiegła do chaty. Matce powiedziała, że Alina się puściła z jakimś parobkiem, ma Kirkora tam, gdzie słoneczko nie dochodzi i już do domu nie wróci.

    I dalej w tym guście. Może to i niepedagogiczne i pewnie gdyby mnie słyszeli moi profesorowie od literatury czy metodyki nauczania, to by mnie odsądzili od czci o wiary - ale jestem pewna, że nigdy nie uczyli w takiej szkole, jak ta. Ten język do Małpiątek trafia, wywołuje emocje i zapada w pamięć. Efekt się liczy.
    Przy okazji w jednej kwestii pomocny okazał się Karolek [czyli ojciec dziecka Emilii z mojej klasy]. Opowiadam, że Balladyna bardzo wstydziła się swojego chłopskiego pochodzenia, "naściemniała" więc na zamku, że Wdowa to nie jest jej matka, tylko mamka. Rzecz jasna padło pytanie, kto to jest "mamka".
    - W dawnych czasach bogate kobiety, a już na pewno takie z dobrych domów, nie karmiły same dzieci, tylko wynajmowały do tego baby ze wsi, które nazywano właśnie mamkami. - wyjaśniłam.
    - A czemu nie karmiły swoich dzieci?
    - Po pierwsze nie chciały sobie psuć wyglądu piersi, a po drugie to średnia przyjemność, jak dziecko cię wyssie albo pogryzie...
    - To karmienie piersią boli?! - autentycznie zdziwił się Rafał.
    Tutaj włączył się Karolek, świeżo upieczony tatuś, a więc osoba będąca jak najbardziej na bieżąco:
    - A coś ty myślał? Człowieku, wiesz jak mały pogryzł Emilkę? No masakra, całe sutki ma w strupach. Wampir jakiś kurde.
    - O ja pier***, nie wiedziałem...
    I dalej wykład z fizjologii karmienia piersią w podobnym guście. A Dragonka stoi i się uśmiecha. A co, niech posłucha jeden z drugim, co to znaczy zajmować się dzieckiem na co dzień. Nie ma to jak lekcja biologii w samym środku języka polskiego :)

8 komentarzy:

  1. Grunt to dobrać język do poziomu słuchaczy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Drago, a może zaczniesz im rapować? ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Rapowanie to mój stary numer, jeszcze z liceum. Tłumaczyłam w ten sposób, na czym polega heksametr polski. Wiesz, jak się fajnie rapuje i wystukuje na ławce "Bema pamięci żałobny rapsod"? :)

    OdpowiedzUsuń
  4. hehehe przyznam, że jakby mi ktoś w takim stylu opowiedział "Balladynę" to nie wiem jak bym zareagował ;) próbuję sobie wyobrazić Ciebie z energią opowiadającą w tym stylu historię :)

    a co do karmienia piersi... :) nie wiem, nie karmiłem nigdy :D

    pozdrowienia :) powoli wracam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie ważne jak, ważne, by zrozumieli.
    W kwestii karmienia piersią - no cóż, może wszystko przed Tobą? :) :) :)

    Zrobiło się na Twoim blogu bardzo osobiście, wręcz intymnie, więc "nie czuję się kompetentna". Ale czytam regularnie wszystkie wpisy.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dragonello czuj się czuj :) zawsze ciekawi mnie Twoje zdanie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Kiedy marzyło mi się bycie nauczycielką, strasznie chciałam, żeby uczniowie mnie słuchali i żeby udało mi się ich zainteresować tematem. Czytając ten post (i zresztą inne też) widzę to, o czym mi się wtedy fantazjowało. Tylko że to opis rzeczywistościa nie fantazji, co mnie cieszy jeszcze bardziej :)))

    P.S.
    A co do metod, to moja babeczka od metodyki by Cię okrzyczała. Uczyła nas na zajęciach, że nauczyciel ma być demagogiem, ma nie odpowiadać na zaczepki, ma być poważny, zachowywać dystans. Taki hen hen nad głowami pozostałych śmiertelników. Nigdy się z nią nie zgadzałyśmy pod tym względem i cieszę się, że jest nas więcej :)))

    OdpowiedzUsuń
  8. Nasza babeczka od metodyki za to twierdziła, że jeśli uczeń nie współpracuje i nie bierze udziału w lekcji, to ZAWSZE jest to wina nauczyciela... Tjaaa... Jestem ciekawa, czy kiedykolwiek prowadziła zajęcia dla dzieciaków z przepalonymi mózgami lub takich, które się nie wyspały, bo ich ojcowie wrócili do domu pijani i robili sajgon...
    A Twoją babeczkę od metodyki moje Małpki by wyniosły z klasy - albo sama wyleciałaby z krzykiem :)

    OdpowiedzUsuń