Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 18 listopada 2011

Oswajanie Młodej Gniewnej

    Kilka dni temu wreszcie pojawiła się u mnie rodzicielka Młodej Gniewnej - rychło w czas, zważywszy na to, że jej córka jest moją wychowanką od lutego... Cóż mogę powiedzieć - kartkę z ocenami dostała, dziennik pod kątem wagarów przejrzała, Naganę Wychowawcy odebrała, na latorośl ponarzekała i poszła. Ogólnie sprawia wrażenie miłej kobiety, ale jak najbardziej potwierdzają się stwierdzenia, które mam w opiniach Sylwii napisanych przez poprzednią wychowawczynię oraz pedagoga szkolnego - tzn. że rodzice kompletnie sobie z dzieckiem nie radzą i rozkładają ręce. Matka nie usiłowała dziewczyny bronić czy jej usprawiedliwiać, ale wprost i bez żadnego zażenowania stwierdziła, że nie ma pojęcia, jak z nią rozmawiać. Bąknęła coś, że kuratorka Sylwii stara się o załatwienie jej miejsca na terapii dla sprawców przemocy, któremu to pomysłowi rzecz jasna ochoczo przyklasnęłam. Dobrze by było, gdyby tam wylądowała i nauczyłą się, jak radzić sobie z własną agresją.
   Przy okazji usiłowałam podpytać matkę, jakie jest jej zdaniem źródło tej złości i kiedy to się zaczęło. Z papierów wynika, że dziewczyna ma normalną rodzinę [no chyba, że o czymś nie wiemy...], a przecież taka ilość negatywnych emocji nie mogła się wziąć z powietrza. Co, wstała pewnego ranka z łóżka i bez powodu stwierdziła, że kogoś pobije czy zgnoi? Mało prawdopodobne... Ale rodzicielka po raz kolejny bezradnie rozłożyła ręce i oświadczyła, że nie ma pojęcia i nie wie o niczym niepokojącym, co mogło wpłynąć na zachowanie Sylwii. Tjaaa... Odnoszę wrażenie, że ta kobieta w ogóle nie ma pojęcia, jakim człowiekiem jest jej dziecko i w jakim świecie żyje.
    Co do mnie - staram się, by Sylwia mi ufała, ale jednocześnie pokazuję jej, że musi przestrzegać pewnych zasad, od których odstępstw nie będzie. Dla przykładu - dostałam sygnał [uwaga w zeszycie plus rozmowa z nauczycielką], że dziewczę całą matematykę siedziało w ostatniej ławce i miało lekcję "w głębokim poważaniu"... bo czytało zapamiętale "Małego Księcia" [zadałam im to jako lekturę]. I bądź tu mądry, jak wytłumaczyć to zachowanie? Przychodzą mi do głowy dwie interpretacje:
   - tak pokochała język polski i literaturę, że w tym momencie miała wszystko inne w nosie [no wiem, jak to brzmi, nie śmiejcie się aż tak głośno...]
   - wykombinowała, że przymknę oko na jej wybryki z racji tego, że to "Mały Książę" oraz dlatego, że idzie na konkurs recytatorski.

    Niezależnie od powodu - zareagować trzeba. Wezwałam ją więc do siebie na rozmowę i bardzo spokojnie [co podkreślam] zmyłam jej głowę. Można by to zamknąć w stwierdzeniu, że jakkolwiek bardzo mnie cieszy fakt czytania przez nią zadanej lektury, to absolutnie nie może tego robić na lekcjach z innymi nauczycielami, bo lekcje są od tego, by na nich uważała i kropka.
    Zaczęłyśmy oprócz tego ćwiczyć konkursową recytację. Jeśli chodzi o tę kwestię, to się uspokoiłam, bo "siary nie będzie". Sylwia nie ma wybitnych zdolności aktorskich i nie ma co liczyć, że zdobędzie jakąś nagrodę [ale jak wielokrotnie podkreślałam - nie o to przecież chodzi], ale mówi na tyle poprawnie, żeby nie narobić sobie wstydu. Jak ćwiczymy? Zaczęłyśmy od omówienia, jak rozumie oba wiersze, jakie emocje ze sobą niosą, co chce nimi przekazać. A kiedy już te uczucia nazwała, to pracujemy nad tym, by nasączyć nimi każde słowo. Przy wierszu Bursy - w którym Sylwia chce przekazać pogardę i wyższość nad "miłym i mądrym facetem" - poleciłam jej, by wyobraziła sobie, że mówi utwór do osoby, która jest jej wrogiem, którą chciałaby zetrzeć na miazgę. Może to i niepedagogiczne - chociaż,chyba lepiej, kiedy wyraża takie emocje słowami, zamiast iść komuś przyładować? Sama pamiętam, że kiedy jako 12-13-letnia dziewczynka robiłam z babcią faworki i miałam wybić ciasto wałkiem, to wyobrażałam sobie, że ciasto to twarz mojej wuefistki, której szczerze nienawidziłam. Naprawdę dawało mi to niesamowitą siłę w rękach :)

   A na koniec wiadomość dnia, zupełnie niezwiązana z głównym tematem:

DAWIDEK JEST JUŻ W POGOTOWIU OPIEKUŃCZYM

   Czyli wreszcie będę mogła z resztą mojej osobistej małpiarni pracować w miarę normalnie...

11 komentarzy:

  1. Nie obraź się ale widać, że nie masz własnych dzieci, nie raz mimo normalnego domu, rodzice gubią gdzieś kontakt z dzieckiem i całe pieprzenie psychologów i pedagogów, którzy nota bene mają największe problemy z własnymi dziećmi jest na nic dziecko dorasta i wyrasta z tzw trudnego. niejednokrotnie zdarza się, że ląduje w takich właśnie szkołach a potem kończy studia znam takie przypadki. Magda

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie obrażam się, ale fakt, że nie mam własnych dzieci, nie znaczy, że nie pamiętam, jak to jest być nastolatkiem i mieć rodziców. Zostaję przy stanowisku, że jeśli matka nie ma pojęcia, co się dzieje z jej dorastającą córką i jak ma z nią rozmawiać, to jest to d***, a nie matka. Jak można "zgubić gdzieś" kontakt z dzieckiem? Jak to, tak nagle? Z dnia na dzień? Upadło na dywan i "się zgubiło", jak szpilka? Poza tym nawet, jeśli już do tego dojdzie, to w żadnym wypadku nie można rozkładać bezradnie rąk i oczekiwać, że inni coś zrobią, bo ja "już nie wiem, jak na nią wpłynąć" (jak mama Sylwii). Jasne, tak najłatwiej, umyć ręce. A może warto by jednak posłuchać, co ci pieprzący psychologowie i pedagodzy mają do powiedzenia?

    OdpowiedzUsuń
  3. Pozwolisz, że wejdę z Tobą w małą polemikę, co nie znaczy, że w jakiś sposób bronię matki tej dziewczyny, tak jak napisałaś byłaś nastolatkiem, patrzysz więc na ich relacje okiem nastolatka, ok. twoja mama dała sobie "jakoś" radę z dorastającą córką, widocznie nie byłaś aż tak zbuntowanym nastolatkiem, a jej nie.
    Wiesz łatwo jest radzić psychologowi czy pedagogowi, nawet nie wiesz kiedy będąc rodzicem gubisz gdzieś kontakt z dzieckiem, stajesz się dla niego tym, który wymaga, nakazuje i zakazuje, a linia jest bardzo delikatna, wokół są kumple lepsi lub gorsi,jakiś styl życia, który propagowany dziś mnie przeraża, jak dziecko ma mieć autorytety i wzorce do naśladowania, skoro ciągle słyszy ze środków przekazu, gazet, filmów jesteś najważniejszy, najładniejszy itp, kim w takim razie staje się rodzic. Poczytaj sobie wywiad z Kasią Kowalską, która kontakt z mamą znalazła dopiero jak sama została rodzicem, moja kumpela jest nauczycielem , który najpierw zaliczył kilka szkół, ponieważ była tak zbuntowana przeciw otaczającej ją rzeczywistości, że dopiero po skończeniu którejś z kolei zawodówki i jakiegoś tam technikum, postanowiła pójść na studia.
    Oceniać jest bardzo łatwo, doradzać też.
    Stać bezczynnie też nie można ale czasami człowiek naprawdę nie wie jak na dziecko wpłynąć i co zrobić, naprawdę zamiast oceniać dobrze jest takiego rodzica spróbować zrozumieć. Moja córka jest w VI klasie SP, już przeraża mnie jej wiek dorastania, ponieważ jest niesamowitą indywidualistka , bardzo skrytą, nie raz muszę dobre dwie godziny poświęcić aby powiedziała mi co się stało w szkole gdy widzę, że coś jest nie tak, a jeżeli rodzice pracują na zmiany, czy dłużej to kiedy mają to zauważyć, zawód nauczyciela ma ten plus, że masz czas dla własnych dzieci, po za tym widzisz co się dzieje z cudzymi. Czasem to nauczyciel może być tą osoba, która pomoże takiemu zbuntowanemu. Ja swoje dziecko zapisałam do oazy, organizowanej przez kościół, ponieważ przynajmniej nauczy się wartości mam taką nadzieję. Ładnie się rozpisałam pozdrawiam, miłego dnia Magda

    OdpowiedzUsuń
  4. Magda, ty przynajmniej szukasz kontaktu z corka, probujesz z nia rozmawiac, naciskasz, zapisalas do oazy. Cos robisz w tej dziedzinie, a nie rozkladasz bezradnie rece. W przypadku matki Sylwii mozemy mowic o porazce, ale nie jest to nioeodwracalne. Smoczyca pokazuje Sylwii granice, cos, czego nie zrobila jej matka a bez czego nie mozna funkcjonowac w dzisiejszym swiecie.
    Z innej beczki...
    Lekarz nie musi przejsc choroby, aby ja moc leczyc, dlatego argument ''widac, ze nie mawsz wlasnych dzieci'' jest nietrafiony. I z calym szacunkiem, ale tez mocno oceniajacy.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. W polemikę chętnię się zaangażuję, jeśli jednak wyjdziesz z założenia, że nie wiem, co mówię tylko z tego tytułu, że sama nie jestem matką, to automatycznie zamykasz mi usta w dyskusji i to argumentem dość nieprzemyślanym. Idąc tym tropem bowiem trzeba by np. stwierdzić, że psychiatra nie pomoże pacjentowi, bo sam nie jest wariatem, więc jak niby ma go zrozumieć...

    Psychologowi czy pedagogowi owszem, łatwo jest radzić, a to z tego powodu, że nie jest zaangażowany emocjonalnie i widzi wszystko z zewnątrz. To naturalne, że ławiej jest pomóc komus obcemu, niż samemu sobie. Kiedy mamy problem, jesteśmy podobni do myszek laboratoryjnych szukających wyjścia z labiryntu. Gdybyśmy mogli spojrzeć na labirynt z góry, to momentalnie znaleźlibyśmy wyjście, ale ponieważ siedzimy w środku, to miotamy się nerwowo po zakamarkach...

    Kontakt z dzieckiem to jest coś, co buduje się latami. Dalej więc nie przemawia do mnie argument, by mógł się on "tak po prostu" zgubić. A stwierdzenie rodzica, że "nie ma czasu, bo pracuje", jest tylko bardzo smutne. Dobrze, rozumiem, pracuje - ale w takim razie niech się nie zdziwi, że będą z nastolatkiem problemy. Coś za coś niestety. Kto w wieku dojrzewania puszcza dziecko samopas, niech nie oczekuje, że wszystko będzie w porządku.
    Teoretyzować sobie można ile wlezie, bo tak jest wygodnie, ja napisałam o konkretnym przypadku, tzn. Sylwii i jej matki. No daruj, ale nawet sam fakt, że kobieta pojawia się u nowej wychowawczyni córki dopiero po 7 miesiącach [odliczyłam wakacje] i to dlatego, że dostała PISEMNE zawiadomienie o Naganie, już o czymś świadczy... I to w sytuacji, w której WIE, że z córką są duże problemy. Ona nic nie wie o dziecku, bo jej to zwisa, bo tak jej wygodnie. Inaczej nie da się tego logicznie wytłumaczyć. A ogłoszenie bezradności jest szalenie wygodne. Potem można mówić: "No przecież jestem bezradna, co ja mogę, jak ona się mnie nie słucha". Jak jest taka bezradna, to niech sobie żółwia kupi, może za nim nadąży...
    To ostatnie zdanie to rzecz jasna ironia, ale naprawdę szlag mnie trafia z takimi rodzicami, którzy potrafią tylko narzekać i rozkładać ręce. Nie wiem, co zrobić? No to własnie chodzę, pytam innych, skoro sama nie mam pomysłu. Może to być psycholog, pedagog, ale może być i mądra osoba z rodziny czy ksiądz - zależy od tego, komu ufamy. Natomiast od tego jsteśmy rodzicami, żebyśmy przynajmniej PRÓBOWALI coś zrobić.

    Kwestii Twojej córki swiadomie nie komentuję, bo myślę, że blog nie jest do tego właściwym miejscem. To są Twoje osobiste sprawy, a ja za mało o nich wiem, by się wypowiadać "z pozycji zawodowej". Mam tylko nadzieję, że wiesz co robisz i że Twoja córka w wyniku ewentulanych niedopatrzeń nie trafi kiedyś w efekcie do takiej placówki, jak moje Zoo.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie trzeba mieć własnych dzieci, żeby dostrzegać, że ktoś, kto je ma, popełnia błędy.

    Młoda Gniewna gdzieś się pogubiła, ale jej matka najwyraźniej bardziej. Dobrze, że młoda nie zamknęła się zupełnie w swoim małym zagniewanym światku i daje innym do siebie dotrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czy daje dotrzeć, to się okaże. Ta praca uczy, by nie obtrąbiać sukcesów pedagogicznych za szybko, bo się można bardzo rozczarować. Plan minimum jest taki, żeby Sylwia skończyła gimnazjum nie ładując się po drodze w nowe kłopoty. I tego się trzymam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie było moim zamiarem Cię urazić, pisząc, że widać, że nie masz własnych dzieci nie użyłam tego jako argumentu, tylko wiem, że łatwo ocenia się rodziców, że nie zaradni, że powinni to, to, czy tamto, ale będąc rodzicem w dzisiejszych czasach, kiedy musisz zarobić na rodzinę, utrzymać dom, nie jesteś w stanie poświęcić dziecku tyle czasu ile trzeba aby w przyszłości nie było z nim problemów,co też nie jest gwarantem, że takich problemów nie będzie.
    Przyznam Ci rację co matki Twojej uczennicy,tu masz całkowitą rację jak można tak olać dziecko i nie zjawić się w szkole przez siedem miesięcy.
    Nawet zachowanie tej dziewczyny spowodowane jest tym, że matka ją ma gdzieś no tego sobie nie wyobrażam, wiem natomiast, że rodzic może czuć się bezradnym.
    Wychodząc z założenia, że lepiej zapobiegać niż leczyć, próbuję moje dziecko tak ukierunkować, by nie mieć później takich problemów, tylko, że pracując w szkole mogę sobie na to czasowo pozwolić nie każdy niestety ma pracę od 8 do 14,a będąc rodzicem wiem, jak trudno jest wychować młodego człowieka, który zaczyna dorastać. Mam nadzieję, że moja córka zrealizuje swoje marzenie zostania weterynarzem bez niespodzianek po drodze. Magda

    OdpowiedzUsuń
  9. Owszem, ma prawo czuć się bezradnym, ale stanowczo nie ma prawa z tej bezradności robić wymówki i o to mi cały czas chodzi. Jeśli poważnie podchodzi do wychowania, to jego psim obowiązkiem jest próbować dotrzeć do dziecka, a nie oczekiwać, że "się samo rozwiąże".

    OdpowiedzUsuń
  10. A teraz coś z innej beczki: NIE BĘDZIE WIĘCEJ POSTÓW O DAWIDKU :(

    Ech - to był mój ulubieniec, w dobie postępującego rozwoju portali społecznościowych pomyślałem o założeniu fanpage'a domagającego się powrotu Dawida ... nie, żartuję :)

    Domyślam się że Jego brak ułatwi edukacje pozostałych małpek.

    pozdrawiam
    Krzysztof

    OdpowiedzUsuń
  11. Krzysztof - nie mów hop, może go wypuszczą za "dobre sprawowanie" i wróci do nas w przyszłym roku szkolnym? :)

    Masz rację, brak Dawidka oznacza przede wszystkim brak klasowego prowodyra, nakręcającego inne dzieciaki. Nie ma chyba nauczyciela w szkole, który by się zmartwił tym, że go dosięgła wreszcie ręka sprawiedliwości...

    OdpowiedzUsuń