Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 4 listopada 2011

Ruch w interesie

    W naszej szacownej placówce oświatowej jest nieustanny "ruch w interesie" - tzn. jedni uczniowie przychodzą, a inni odchodzą. Z kilku powodów stan klas na początku września nigdy nie jest taki sam, jak w czerwcu. Jakie to powody?
    Przede wszystkim w dobie niżu demograficznego w wakacje dyrekcja zapisuje kogo się tylko da. Chodzi o to, by utworzyć jak najwięcej klas - bo im więcej klas, tym więcej godzin poszczególnych przedmiotów, a co za tym idzie pracy dla nas, nauczycieli. Staramy się poza tym, by w oddziałach było jak najwięcej uczniów, zdając sobie właśnie sprawę z tego, że część z nich i tak "się odsieje" - musi więc zostać tyle osób, byśmy nie musieli rozwiązać klasy. Tym sposobem każdy ma u siebie zbiór tzw. martwych dusz, czyli Małpek, które w ogóle nie pojawiają się w szkole [mówię poważnie - mają 100% nieobecności]. Są one u nas wyłącznie po to, by robić sztuczny tłok, czyli aby oddział mógł istnieć. Jest to zresztą efektem bzdurnego - w mojej opinii - prawa nakazującego obowiązkową naukę do 18 roku życia. Nie możemy więc skreślić z listy uczniów niepełnoletniego delikwenta, nawet jeśli w ogóle się u nas nie pojawia - i odwrotnie, taki nastolatek musi być zapisany do jakiejś placówki oświatowej, mimo że mu szkoła już dawno zwisa i powiewa. Ślemy więc oczywiście listy ponaglające do domu, dzwonimy do kuratorów, wysyłamy zawiadomienia do Urzędu Miasta o fakcie "nierealizowania obowiązku szkolnego", a urząd reaguje lub nie. Tu jednak nasza rola się kończy, bo przecież siłą nikogo nie przywleczemy... Zabawa zaczyna się w momencie, kiedy Małpka kończy 18 lat. Wtedy można ją już oficjalnie skreślić z listy uczniów, ale też nie robi się tego pochopnie, a to właśnie z uwagi na zalecenie robienia "sztucznego tłoku" - po prostu mogłoby się okazać, że po wywaleniu kilku takich delikwentów oddział zrobił się podejrzanie za mały. Ja sama mam w osobistej małpiarni dwie martwe dusze, które już dawno dojrzały do skreślenia [powtarzają klasę właśnie ze względu na zerową frekwencję, a już w poprzednim roku szkolnym osiągnęli pełnoletność]. W porozumieniu z Wicedyrą całą procedurę rozpocznę dopiero pod koniec semestru [właśnie z tego powodu, by żaden urzędnik się nie przyczepił, że mam za małą klasę], a na razie wysyłam pisemka i wypisuję Nagany Wychowawcy.
    Inne źródło odpływu to rzecz jasna te Małpki, które przegną i w trakcie roku szkolnego zostaną przeniesione decyzją sądu do poprawczaka. Nie ma ich aż tak dużo, ale jednak nie są to w skali całej placówki odosobnione przypadki. Przypominam, że u mnie na taki bilet w jedną stronę oczekuje Dawidek - wiem, że decyzja już jest i chłopak wyląduje w ośrodku, kiedy tylko zwolni się dla niego miejsce.
    "Ruch w interesie" odnotowujemy też w sensie dodatnim. Jak już wielokrotnie wspominałam, w trakcie roku lądują u nas te dzieciaki, które swoim zachowaniem spaliły za sobą wszystkie mosty i zostały wyrzucone z innych szkół. Takie przenosiny mogą nastąpić w każdym momencie, czego najlepszym dowodem jest Alkonek, zapisany do nas w maju.
    Jak się owe Małpki sprawują? Rzecz jasna reguły nie ma. Zdarza się, że faktycznie w Zoo się uspokajają świadome tego, że jesteśmy ich ostatnią szansą i jeśli tym razem narozrabiają, to zostaną przeniesione do poprawczaka. Ale bywa i tak, że trafia się materiał niereformowalny. Wtedy trzeba go albo porządnie ustawić - albo czekać, aż przegnie i wtedy załatwić mu zasłużony ośrodek zamknięty.
   
    W ramach ilustracji [bo jak każą reguły wykładu - po części teoretycznej należy przejść do przykładów :)] przytoczę Wam świeże zdarzenie z klasy gimnazjalnej 3C [to ta, do której chodzi Oliver Twist]. Dzwonek na lekcję, wpuszczam dzieciaki i zasiadam przy biurku z zamiarem sprawdzenia listy. Widzę jednak, że do klasy wchodzi chłopak, którego wcześniej w ogóle nie widziałam, pytam więc, co on za jeden.
   - Jestem nowy od dzisiaj. - odparł zadowolony i ruszył w stronę ławek.
   Otworzyłam przytomnie dziennik i nie znalazłam w nim żadnej informacji potwierdzającej jego słowa. W tym momencie zapaliła mi się lampka ostrzegawcza, bo w tej szkole Małpkom strzelają do głowy różne numery.
   - Nie ma cię na liście, a ja nic o tym nie wiem. Zejdź w takim razie sekretariatu i przynieś mi karteczkę z pieczątką szkoły, że jest tak, jak mówisz. - powiedziałam spokojnie.
    Na co nowy usiłował pokazać różki:
    - No nie, ależ pani robi problemy, ja cię pierdzielę... - i dalej w podobnym tonie, nie zamierzając rzecz jasna wykonać mojego polecenia.
    Reakcja w takim przypadku musi być szybka, stanowcza, ale jednocześnie zamykająca delikwentowi usta.
   - Po pierwsze nie pierdzielisz, bo nie jestem pedofilem i w dzieciach nie gustuję. Po drugie w tej chwili proszę iść do pani sekretarki i nie wracać bez kartki. Czy wyraziłam się jasno? - mojemu bardzo spokojnemu głosowi towarzyszył znamienny ruch głową w stronę drzwi. I rzeczywiście, chłopak bez szemrania wyszedł, by za moment pojawić się z pisemnym potwierdzeniem, że uczeń taki to a taki z dniem dzisiejszym ma być dopisany do klasy 3C. Podziękowałam mu więc tym samym rzeczowym tonem, poleciłam zająć miejsce i prowadziłam zajęcia jak gdyby nigdy nic. Kuba natomiast [bo tak ma ów mądrala na imię] nie odezwał się do końca zajęć, tylko gorliwie notował wszystko, co pojawiło się na tablicy.
    Jak na razie więcej nie próbował do mnie podskakiwać, ale rzecz jasna czas pokaże. Póki co mam o nim dobre zdanie, bo na kolejnych zajęciach rozkręcił się w sensie pozytywnym, tzn. bierze czynny udział w lekcjach, w dodatku mówi z sensem i to dość poprawnym językiem [za co rzecz jasna nie omieszkałam go pochwalić oraz nagrodzić plusami]. Wczoraj  natomiast zostali mi z Oliverem Twistem na drugim polskim tylko we dwóch [to ich ostania lekcja i zawsze jest problem z frekwencją...], więc nie robiłam normalnych zajęć, tylko rozmawiałam z chłopcami na tzw. życiowe tematy. Poprosiłam w pewnym momencie Kubę, by mi powiedział - o ile to nie tajemnica - jak to się stało, że wylądował u nas.
   - No wie pani, wyrzucili mnie z poprzedniego gimnazjum...
   - Tego się domyślam, ale z jakiego powodu cię wyrzucili?
   - A z jakiego pani tylko chce... - odrzekł z rozbrajającą szczerością. - Do wyboru, do koloru. Wagary, zastraszenia, pobicia, wymuszenia... Bywały tygodnie, że psy mnie codziennie do szkoły dowoziły albo z niej odwoziły.
    Nawet mi nie mrugnęła powieka na takie dictum i zapytałam spokojnym, życzliwym głosem:
    - Ale to wiesz Kuba, że w takim razie musisz się teraz pilnować? Bo od nas to się wylatuje tylko do ośrodka....
    - No wiem wiem. Postaram się. Wypadałoby jednak szkołę skończyć.
  
    Ano zobaczymy, zobaczymy... :)

2 komentarze: