Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Małpka nr 8 - Alkonek

   Spieszę uspokoić moich wiernych czytelników - nie zamierzam na czas wakacji całkowicie zawieszać działalności bloga. Owszem, wpisy będą pewnie pojawiały się rzadziej, ponieważ jest to w założeniach witryna szkolna, a więc szkoła ma stanowić jej główny temat. Siłą rzeczy, jeśli nie ma lekcji i nie będę miała styczności z uczniami, to i inspiracji do pisania zrobi się mniej. Coś jednak na to poradzimy. W końcu niezależnie od wakacji nie przestałam być nauczycielem i patrzeć na otaczający mnie świat oczami belfra. Poza tym zawsze mogę uraczyć Was tekstem o Jej Wysokości - byle nie za często, bo co za dużo, to i świnia nie zje, a co dopiero kot...
   Kolejnym pomysłem - i tu ukłon w stronę Hipopotama, który podpowiedział mi takie rozwiązanie - jest wykorzystanie wakacji do opisania różnych zdarzeń, które miały miejsce w trakcie minionego roku szkolnego, a którym z różnych powodów nie poświęciłam jak dotąd uwagi, bo np. działo się akurat coś innego, bardziej emocjonującego. Teraz natomiast mamy "sezon ogórkowy", więc i takie odgrzewane kotlety mogą zostać zaserwowane. Cóż, pomyślę i nad tym. Mogę też naturalnie dodać kilka opisów postaci pojawiających się w Zoo, czy to uczniów, czy pedagogów. Jak do tej pory opisałam szczegółowo jedynie siedem Małpek, Księdza Dobrodzieja i po części Pana Psychologa - a to oczywiście nie oznacza, że w mojej szkole nie ma innych, równie godnych uwagi osób.
   I dziś właśnie nastąpi opowiastka o kolejnym uczniu, a raczej jej wstęp, bo moja smocza intuicja podpowiada mi, że to dopiero początek moich przygód z nim.
   Panie i Panowie, poznajcie Alberta. Został on przyjęty do mojej pierwszej klasy gimnazjum... w połowie maja. To nie pomyłka - Zoo prowadzi nabór przez CAŁY rok szkolny, nie jest więc niczym niezwykłym, że w trakcie semestru ląduje komuś w klasie całkiem nowa Małpka, która z takich czy innych powodów musiala w trybie natychmiastowym zabrać swoje zabawki i przenieść się do innej piaskownicy [czyli do nas]. Przychodzi zatem któregoś pięknego dnia Dragonka do pokoju nauczycielskiego, a tu czeka wiadomość, że oto w momencie, kiedy przymierzamy się właściwie już do wystawiania ocen końcowych, moja osobista małpiarnia powiększy się o jeszcze jedno stworzenie. Pofrunęłam więc do Wice-Dyry wypytać, "o co kaman", a tam wręczono mi dwie kartki z dotychczasowymi ocenami nowego podopiecznego. Uzyskałam też informację, że "jego papiery są w drodze", a co do klasyfikacji, to mamy wolną rękę. Czyli - czy go przepuścimy, czy każemy powtarzać klasę, to już sprawa do rozstrzygnięcia w sumieniu każdego nauczyciela. Nie mamy w każdym razie "obowiązku" go promować, skoro trafił do nas na miesiąc przed końcem roku szkolnego. Wszystko zależy od tego, jak się będzie sprawował.
   W kwestii ocen dotychczasowych to - jak wspomniałam - otrzymałam dwa przefaksowane dokumenty. Pierwszy był spisem ocen semestralnych Albercika z jednego z miejscowych gimnazjów. Wyniki, mówiąc delikatnie, najlepsze nie były: jedna pała (notabene z języka polskiego), trzy enkaele, reszta dopalacze. Zachowanie naganne, 26 uwag negatywnych. No ładnie pięknie... Drugi dokument natomiast był dość zastanawiający. Otrzymałam mianowicie wykaz ocen cząstkowych ucznia z "Zespołu Szkół Uzdrowiskowych" z gimnazjum mieszczącego się w jednym z typowych miast, do którego ludzie jeżdżą dla poratowania zdrowia. Oceny pochodziły z drugiego półrocza i były nad wyraz pozytywne - czwórki z piątkami. Cóż - pomyślałam - najwidoczniej chłopak w połowie roku wylądował w sanatorium, w którym jakoś doszedł ze sobą do ładu, ale zdążył już tak narozrabiać w dotychczasowej szkole, że go nie chcieli pod żadnym pozorem przyjąć z powrotem.
   Mój pierwszy kontakt z Albercikiem zdawał się potwierdzać te przypuszczenia. Akurat była godzina wychowawcza, na której karnie został - jako jedyny z całej klasy, co umożliwiło mi rozmowę z nim w cztery oczy. Potwierdził, że "trochę mu się wagarowało" [ładne mi trochę...], a na pytanie o uzdrowisko oświadczył,  że choruje na astmę i musiał wyjechać na leczenie, bo go dusiło. Pytał oczywście, co z nim będzie, na co odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że to zależy od każdego jednego nauczyciela, z którym ma lekcje, bo ja jako wychowawca nie zwykłam wpływać na oceny z przedmiotów wystawiane przez moich kolegów po fachu, co jest najszczerszą prawdą -  nie wchodzę w kompetencje matematykom czy innym geografom, bo uważam, że każdy nauczyciel sam odpowiada za ocenę, którą wystawia, a robienie nacisków w tej kwestii przez wychowawcę jest nieetyczne i dowodzi braku profesjonalizmu. Stwierdziłam, że przedstawię oczywiście jego sytuację, natomiast jeśli któryś z belfrów uzna za stosowne Alberta nie przepuścić, to ma do tego prawo. Co do języka polskiego, to posadziłam go z miejsca nad sprawdzianem z części mowy, który napisał z marszu na dostateczny, tak więc byłam pod wrażeniem. Umówiłam się zatem z chłopcem, że jeśli zda mi treść jednej z lektur, którą właśnie omawialiśmy, a także będzie chodził na lekcje, to z mojego przedmiotu go sklasyfikuję
   Pech chciał, że tydzień później Albert doznał poważnej kontuzji ręki, co wyłączyło go z uczestniczenia na zajęciach na długi czas, w wyniku czego zostało mu naprawdę niewiele czasu, by postarać się o zaliczenie semestru. I tak cała sprawa skończyła się dla niego szczęśliwie, bo nie uzyskał klasyfikacji tylko z geografii. Zdał już egzamin klasyfikacyjny, zatem na 100% zobaczę go od września w mojej osobistej małpiarni.
   Gdzie tkwi haczyk? Coś mi to wszystko nie pasowało - tak koncertowo zawalone pierwsze półrocze, potem szybciutko sanatorium i brak możliwości powrotu do macierzystego gimnazjum.No i skąd to naganne zachowanie, bo przecież nie wlepia się go za same wagary...? Na wyjaśnienie całej łamigłówki przyszło mi poczekać, aż nadeszły papiery Albercika. Otóż mamy niestety do czynienia z młodocianym alkoholikiem, a to "sanatorium" to nic innego, jak ośrodek terapeutyczny, do którego przymusowo na leczenie skierował go sąd... Bosko, czyż nie? Po wakacjach zapowiada się zatem dość ciekawie, Albercik ma jednak jak w banku, że będę go bacznie obserwować i na jego szczęście [lub pecha - w zależności od punktu widzenia oraz skuteczności dotychczasowego leczenia] o chorobie alkoholowej to jego nowa wychowawczyni akurat trochę wie :)
   Albercik nie pojawił się na zakończeniu roku, natomiast dziś, kiedy przyszłam do szkoły na radę plenarną, w pokoju nauczycielskim czekały na mnie piękne lilie i pudełko ptasiego mleczka opatrzone następującym liścikiem: "Dzień dobry. Przepraszam, że nie mogłem być na zakończeniu roku. Dziękuję za wszystko. Pozdrawiam. Albert XYZ". Pewnie jest przekonany, że to ja "załatwiłam" mu promowanie do klasy drugiej, choć z ręką na sercu, naprawdę nie wywierałam nacisków w tej sprawie na żadnego z nauczycieli.
   A czekoladki? No cóż, typowa wdzięczność alkona...

8 komentarzy:

  1. Co do znajomosci choroby alkoholowej, to ja nie watpie... sam pamietam Tournee i nasza ''szesciodniowke''... Ah... wtedy to sie pilo i jezdzilo :)
    Przynajmniej Albercik Ci sie nie ``zawiesza``, co?
    Kiedys obiecalem, ze Ci zrobie wioche :) HAHAHAHAA... nie udalo sie przy studentach... bedzie na CALY INTERNET :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uważaj Robalku, uważaj, bo zawsze "przypadkiem" Twój post może wylądować w koszu... :) A co do "sześciodniówki" - no cóż, nigdy nie twierdziłam, że jestem święta. I dobrze, przynajmniej mi się dużo w głowie mieści.

    A tak w ogóle - DOCZEKAM SIĘ WRESZCIE NA TEGO MAILA???

    OdpowiedzUsuń
  3. heheh, to biedny Albercik nie wie, że trafił na ekspertkę ;) Wyślij go na czat do Rybci ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Do eksperta to mi daleko [na całe szczęście], ale też i nie jestem laikiem. Dla Albercika dobrze, że się za niego wzięli tak wcześnie, to ma spore szanse na normalne życie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Hmmmmmm....zawsze mogłoby być gorzej,oby mu się udało......
    A właśnie spać nie możesz na wakacjach,że odpisujesz o 06.40 ;p

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja tak wstaję normalnie, tzn. około godziny 6, czasem nawet wcześniej. Wiesz, obowiązki: trzeba nakarmić kota i podrapać go za uchem, potem to samo z hipopotamem... :) Jak się chciało mieć w domu zwierzyniec, to się ma :) :) :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Tjaaaaaaaaaa....ja mam tylko Pandę Wielką;pp
    Ale nie wymaga tak częstych kontaktów....To ciekawe jak Smok drapie Hipopotama za uchem?
    Miłych wakacji i częstych wpisów....
    P.S Wstawanie tak wcześnie na urlopie to dla mnie DRAMAT!!!!!!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. No jak to jak? Hipek kładzie się na plecach "kołami do góry" i już jest pokonany...:) Ale takie drapanie to czysta przyjemność.

    OdpowiedzUsuń