Spieszę uspokoić moich wiernych czytelników - nie zamierzam na czas wakacji całkowicie zawieszać działalności bloga. Owszem, wpisy będą pewnie pojawiały się rzadziej, ponieważ jest to w założeniach witryna szkolna, a więc szkoła ma stanowić jej główny temat. Siłą rzeczy, jeśli nie ma lekcji i nie będę miała styczności z uczniami, to i inspiracji do pisania zrobi się mniej. Coś jednak na to poradzimy. W końcu niezależnie od wakacji nie przestałam być nauczycielem i patrzeć na otaczający mnie świat oczami belfra. Poza tym zawsze mogę uraczyć Was tekstem o Jej Wysokości - byle nie za często, bo co za dużo, to i świnia nie zje, a co dopiero kot...
Kolejnym pomysłem - i tu ukłon w stronę Hipopotama, który podpowiedział mi takie rozwiązanie - jest wykorzystanie wakacji do opisania różnych zdarzeń, które miały miejsce w trakcie minionego roku szkolnego, a którym z różnych powodów nie poświęciłam jak dotąd uwagi, bo np. działo się akurat coś innego, bardziej emocjonującego. Teraz natomiast mamy "sezon ogórkowy", więc i takie odgrzewane kotlety mogą zostać zaserwowane. Cóż, pomyślę i nad tym. Mogę też naturalnie dodać kilka opisów postaci pojawiających się w Zoo, czy to uczniów, czy pedagogów. Jak do tej pory opisałam szczegółowo jedynie siedem Małpek, Księdza Dobrodzieja i po części Pana Psychologa - a to oczywiście nie oznacza, że w mojej szkole nie ma innych, równie godnych uwagi osób.
I dziś właśnie nastąpi opowiastka o kolejnym uczniu, a raczej jej wstęp, bo moja smocza intuicja podpowiada mi, że to dopiero początek moich przygód z nim.
Panie i Panowie, poznajcie Alberta. Został on przyjęty do mojej pierwszej klasy gimnazjum... w połowie maja. To nie pomyłka - Zoo prowadzi nabór przez CAŁY rok szkolny, nie jest więc niczym niezwykłym, że w trakcie semestru ląduje komuś w klasie całkiem nowa Małpka, która z takich czy innych powodów musiala w trybie natychmiastowym zabrać swoje zabawki i przenieść się do innej piaskownicy [czyli do nas]. Przychodzi zatem któregoś pięknego dnia Dragonka do pokoju nauczycielskiego, a tu czeka wiadomość, że oto w momencie, kiedy przymierzamy się właściwie już do wystawiania ocen końcowych, moja osobista małpiarnia powiększy się o jeszcze jedno stworzenie. Pofrunęłam więc do Wice-Dyry wypytać, "o co kaman", a tam wręczono mi dwie kartki z dotychczasowymi ocenami nowego podopiecznego. Uzyskałam też informację, że "jego papiery są w drodze", a co do klasyfikacji, to mamy wolną rękę. Czyli - czy go przepuścimy, czy każemy powtarzać klasę, to już sprawa do rozstrzygnięcia w sumieniu każdego nauczyciela. Nie mamy w każdym razie "obowiązku" go promować, skoro trafił do nas na miesiąc przed końcem roku szkolnego. Wszystko zależy od tego, jak się będzie sprawował.
W kwestii ocen dotychczasowych to - jak wspomniałam - otrzymałam dwa przefaksowane dokumenty. Pierwszy był spisem ocen semestralnych Albercika z jednego z miejscowych gimnazjów. Wyniki, mówiąc delikatnie, najlepsze nie były: jedna pała (notabene z języka polskiego), trzy enkaele, reszta dopalacze. Zachowanie naganne, 26 uwag negatywnych. No ładnie pięknie... Drugi dokument natomiast był dość zastanawiający. Otrzymałam mianowicie wykaz ocen cząstkowych ucznia z "Zespołu Szkół Uzdrowiskowych" z gimnazjum mieszczącego się w jednym z typowych miast, do którego ludzie jeżdżą dla poratowania zdrowia. Oceny pochodziły z drugiego półrocza i były nad wyraz pozytywne - czwórki z piątkami. Cóż - pomyślałam - najwidoczniej chłopak w połowie roku wylądował w sanatorium, w którym jakoś doszedł ze sobą do ładu, ale zdążył już tak narozrabiać w dotychczasowej szkole, że go nie chcieli pod żadnym pozorem przyjąć z powrotem.
Mój pierwszy kontakt z Albercikiem zdawał się potwierdzać te przypuszczenia. Akurat była godzina wychowawcza, na której karnie został - jako jedyny z całej klasy, co umożliwiło mi rozmowę z nim w cztery oczy. Potwierdził, że "trochę mu się wagarowało" [ładne mi trochę...], a na pytanie o uzdrowisko oświadczył, że choruje na astmę i musiał wyjechać na leczenie, bo go dusiło. Pytał oczywście, co z nim będzie, na co odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że to zależy od każdego jednego nauczyciela, z którym ma lekcje, bo ja jako wychowawca nie zwykłam wpływać na oceny z przedmiotów wystawiane przez moich kolegów po fachu, co jest najszczerszą prawdą - nie wchodzę w kompetencje matematykom czy innym geografom, bo uważam, że każdy nauczyciel sam odpowiada za ocenę, którą wystawia, a robienie nacisków w tej kwestii przez wychowawcę jest nieetyczne i dowodzi braku profesjonalizmu. Stwierdziłam, że przedstawię oczywiście jego sytuację, natomiast jeśli któryś z belfrów uzna za stosowne Alberta nie przepuścić, to ma do tego prawo. Co do języka polskiego, to posadziłam go z miejsca nad sprawdzianem z części mowy, który napisał z marszu na dostateczny, tak więc byłam pod wrażeniem. Umówiłam się zatem z chłopcem, że jeśli zda mi treść jednej z lektur, którą właśnie omawialiśmy, a także będzie chodził na lekcje, to z mojego przedmiotu go sklasyfikuję
Pech chciał, że tydzień później Albert doznał poważnej kontuzji ręki, co wyłączyło go z uczestniczenia na zajęciach na długi czas, w wyniku czego zostało mu naprawdę niewiele czasu, by postarać się o zaliczenie semestru. I tak cała sprawa skończyła się dla niego szczęśliwie, bo nie uzyskał klasyfikacji tylko z geografii. Zdał już egzamin klasyfikacyjny, zatem na 100% zobaczę go od września w mojej osobistej małpiarni.
Gdzie tkwi haczyk? Coś mi to wszystko nie pasowało - tak koncertowo zawalone pierwsze półrocze, potem szybciutko sanatorium i brak możliwości powrotu do macierzystego gimnazjum.No i skąd to naganne zachowanie, bo przecież nie wlepia się go za same wagary...? Na wyjaśnienie całej łamigłówki przyszło mi poczekać, aż nadeszły papiery Albercika. Otóż mamy niestety do czynienia z młodocianym alkoholikiem, a to "sanatorium" to nic innego, jak ośrodek terapeutyczny, do którego przymusowo na leczenie skierował go sąd... Bosko, czyż nie? Po wakacjach zapowiada się zatem dość ciekawie, Albercik ma jednak jak w banku, że będę go bacznie obserwować i na jego szczęście [lub pecha - w zależności od punktu widzenia oraz skuteczności dotychczasowego leczenia] o chorobie alkoholowej to jego nowa wychowawczyni akurat trochę wie :)
Albercik nie pojawił się na zakończeniu roku, natomiast dziś, kiedy przyszłam do szkoły na radę plenarną, w pokoju nauczycielskim czekały na mnie piękne lilie i pudełko ptasiego mleczka opatrzone następującym liścikiem: "Dzień dobry. Przepraszam, że nie mogłem być na zakończeniu roku. Dziękuję za wszystko. Pozdrawiam. Albert XYZ". Pewnie jest przekonany, że to ja "załatwiłam" mu promowanie do klasy drugiej, choć z ręką na sercu, naprawdę nie wywierałam nacisków w tej sprawie na żadnego z nauczycieli.
A czekoladki? No cóż, typowa wdzięczność alkona...
Co do znajomosci choroby alkoholowej, to ja nie watpie... sam pamietam Tournee i nasza ''szesciodniowke''... Ah... wtedy to sie pilo i jezdzilo :)
OdpowiedzUsuńPrzynajmniej Albercik Ci sie nie ``zawiesza``, co?
Kiedys obiecalem, ze Ci zrobie wioche :) HAHAHAHAA... nie udalo sie przy studentach... bedzie na CALY INTERNET :)
Uważaj Robalku, uważaj, bo zawsze "przypadkiem" Twój post może wylądować w koszu... :) A co do "sześciodniówki" - no cóż, nigdy nie twierdziłam, że jestem święta. I dobrze, przynajmniej mi się dużo w głowie mieści.
OdpowiedzUsuńA tak w ogóle - DOCZEKAM SIĘ WRESZCIE NA TEGO MAILA???
heheh, to biedny Albercik nie wie, że trafił na ekspertkę ;) Wyślij go na czat do Rybci ;)
OdpowiedzUsuńDo eksperta to mi daleko [na całe szczęście], ale też i nie jestem laikiem. Dla Albercika dobrze, że się za niego wzięli tak wcześnie, to ma spore szanse na normalne życie.
OdpowiedzUsuńHmmmmmm....zawsze mogłoby być gorzej,oby mu się udało......
OdpowiedzUsuńA właśnie spać nie możesz na wakacjach,że odpisujesz o 06.40 ;p
Ja tak wstaję normalnie, tzn. około godziny 6, czasem nawet wcześniej. Wiesz, obowiązki: trzeba nakarmić kota i podrapać go za uchem, potem to samo z hipopotamem... :) Jak się chciało mieć w domu zwierzyniec, to się ma :) :) :)
OdpowiedzUsuńTjaaaaaaaaaa....ja mam tylko Pandę Wielką;pp
OdpowiedzUsuńAle nie wymaga tak częstych kontaktów....To ciekawe jak Smok drapie Hipopotama za uchem?
Miłych wakacji i częstych wpisów....
P.S Wstawanie tak wcześnie na urlopie to dla mnie DRAMAT!!!!!!!!!!!!!!
No jak to jak? Hipek kładzie się na plecach "kołami do góry" i już jest pokonany...:) Ale takie drapanie to czysta przyjemność.
OdpowiedzUsuń