Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

środa, 29 czerwca 2011

Komu mięska, komu?

   Dzisiejszy post jest inspirowany artykułem prasowym, podobnie jak tekst o "Dyrektorskich Drożdżówkach". Wklejam rzecz jasna link - polecam kliknięcie przed przeczytaniem mojego "kazania", zwłaszcza, że lektura to krótka, dowcipna i przystępnym językiem napisana:



   Rzecz jest o wulgaryzmach. Dr Piotr Fąka z łódzkiego uniwerku wraz grupą współpracowników opracował "Słownik polszczyzny rzeczywistej". Żeby tego dokonać, biegali przez pół roku po mieście z dyktafonami i nagrywali gotowe frazy, podsłuchane z rozmów ludzi na przystankach, w tramwajach, urzędach i innych miejscach publicznych. Jak się łatwo domyślić, badanie wykazało, że Polacy nad wyraz chętnie posługują się wulgaryzmami. Nie będę przedstawiała szczegółowo refleksji, jakie prezentowane są w artykule, bardzo trafny wydał mi się jednak podział "bluzgaczy" na dwie kategorie w zależności od okoliczności przeklinania. Pierwsza to ludzie, którzy owszem, rzucają mięchem, ale ich słownik jest na tyle bogaty, że wcale nie muszą tego robić, bo są w stanie równie dobrze wyrazić to samo językiem oficjalnym, jeśli sytuacja tego wymaga. Do drugiej kategorii należą ci bluzgacze, którzy przeklinają niezależnie od tego, o czym mówią, w jakim są nastroju i gdzie się znajdują - po prostu nie potrafią przekazać swoich myśli w inny sposób. Co więcej, dr Fąka uważa - i sądzę, że jest w tym sporo prawdy - że świadczy to nie tylko o ubogim słownictwie [co chyba oczywiste...], ale również o braku jakichkolwiek głębszych refleksji dotyczących opisywanej rzeczywistości.
   Jakie jest moje stanowisko w kwestii bluzgów? Zawsze powtarzam, że "wulgaryzmy są integralną częścią języka polskiego", czyli stanowią po prostu jego element. Istnieją od zawsze i co więcej, większość z nich to prawdziwe zabytki polszczyzny. Z tego, co pamiętam z pierwszego roku studiów, najdawniejszym poświadczonym w piśmie rodzimym przekleństwem jest "gówno" i występuje ono jako ręczny dopisek na marginesie pochodzącego [bodajże] z XI wieku modlitewnika łacińskiego - przywołując kontekst z pamięci, jakiś braciszek skarżył się, że inny zakonnik miał Zochnę, Kachnę i Marychnę, a jemu samemu "to gówno" [oburzonym przypominam w tym momencie, że ustanowienie celibatu w Polsce miało miesjce dopiero za czasów Zygmunta Augusta i to WYŁĄCZNIE ze względów ekonomicznych...]. Zostawiając jednakże tę dygresję jestem zdania, że przekleństw jak najbardziej należy używać wtedy, kiedy są uzasadnione, tak samo, jak zastosowanie każdych innych słów. Są sytuacje, w których należy powiedzieć komuś, że się go kocha - a są takie, w których celowe jest stwierdzenie, że się komuś przyjebie. Cały dowcip polega na tym, żeby umieć odróżnić jedne od drugich.
   Ja sama, jako "świadomy użytkownik języka polskiego" [uwielbiam to stwierdzenie :)], potrafię włączać i wyłączać swojego bluzgacza w zależności od kontekstu. Wszystko zależy głównie od ludzi, z którymi akurat przebywam. Dla przykładu - praktycznie nie zdarza mi się przekląć przy Smoczycy Seniorce, ponieważ mam świadomość, że ją to bardzo razi. Kiedy jestem z nią, to nawet pod wpływem silnych, negatywnych emocji, które zwyczajowo są usprawiedliwieniem do użycia wulgaryzmów, staram się zastąpić je bardziej parlamentarnymi zwrotami [staram się - choć pewnie nie zawsze mi to wychodzi]. Ale mam też znajomych, którzy bluzgają na potęgę i w ich towarzystwie siłą rzeczy "dostosowuję kod językowy do odbiorcy", czyli mówiąc wprost, sama klnę jak szewc.
   Mam naturalnie świadomość, że w pracy, jako polonista, powinnam świecić przykładem [dobrze, że nie czołem :)], stosować wyłącznie literacki język oraz tępić wszelkie przejawy wulgaryzmów u moich podopiecznych. Tjaaa, tyle teoria... Gdybym ucząc w Zoo chciała się do tego zawsze i wszędzie stosować, to nie zajmowałabym się niczym innym. Zaryzykuję stwierdzenie, że 90% Małpek należy do "bluzgaczy drugiej kategorii", czyli takich, którzy używają wulgaryzmów, bo primo mają nad wyraz ubogi słownik, a secundo ich refleksja o świecie jest bardzo ograniczona, nie widzą więc potrzeby, by się wysilać i szukać innych, bardziej cywilizowanych określeń. Bardzo często najzwyczajniej w świecie nie mają też oni świadomości, że w pewnych sytuacjach - takich jak na przykład lekcja polskiego, rozmowa z wychowawvą czy nawet dyrektorem szkoły - po prostu "się nie bluzga". Mówię całkiem poważnie, oni naprawdę nie mają elementarnego wyczucia, co językowo wypada, a co nie.
   Co pozostaje do zrobienia? Nie jestem w stanie reagować na każde przekleństwo, ponieważ są one zbyt powszechne. Zwracam natomiast zawsze uwagę jeśli wulgaryzmy używane są po to, by kogoś obrazić - oraz wtedy, gdy "jako przerywnik" zaczynają górować nad treścią całego zdania. Mówię wtedy zwykle, że mi uszy więdną i proszę ucznia, by powiedział to samo, tylko "językiem oficjalnym". Czasem mu się udaje, czasem nie, dostał jednakże sygnał, że z jego poprzednią wypowiedzią było coś nie tak. Ale uwierzcie mi, szerzenie parlamentarnego języka wśród Małpek to prawdziwa syzyfowa praca.
   Na zakończenie dzisiejszego posta w ramach anegdoty sytuacyjnej, a także ilustracji problemu, przytoczę klika dialogów z minionego roku szkolnego, w których padły bluzgi. Wybrałam specjalnie zdarzenia, w których nie chodziło o znieważenie mnie, bo takie wypadki - niestety, wcale nie incydentalne - nie wymagają moim zdaniem osobnego komentarza.

1) Lekcja poświęcona "Niemcom" Kruczkowskiego, a konkretnie postaci młodego esesmana, Willego Sonnenbrucha. Dwie godziny czytamy fragmenty, zbieramy informacje, sporządzamy notatki. Pod koniec zajęć w ramach podsumowania zwróciłam się do uczennicy z pytaniem:
JA: Natalia, jak byś oceniła Willego Sonnenbrucha? Tylko proszę cenzuralnie.
Natalia: No jak to jak? Niedojebany jakiś był!

2) Zawodówka, początek czerwca, czytam "klasyfikację ołókową", czyli to, co planuję wystawić uczniom na koniec roku. Doszłam do Dresa, któremu wystawiłam enkaela. Komentarz Maćka [notabene, dość porządnego ucznia jak na warunki tej szkoły, tego samego, który chce zabrać scrabble pod namiot]:
M: Mówiliśmy mu, że pani ma na niego wyjebane, to nie wierzył...
Zaintrygowana tym stwierdzeniem poprosiłam o wyjaśnienia i udało mi się ustalić, że miało to znaczyć mniej więcej: "Mówiliśmy mu, że nie będzie się pani nad nim litowała".

3) Też zawodówka, jedna z ostatnich lekcji, zdaje się któraś z tych, na których graliśmy w scrabble. Uczniowie wspominają miniony rok szkolny i przy tej okazji jeden z nich stwierdził: "Nas to już na początku roku wychowawczyni ostrzegała, że z pani to niezły przechuj". I znów - chłopak poproszony o wyjaśnienia zdołał przełożyć zdanie na język oficjalny, a miało to znaczyć mniej więcej: "Jest pani wymagającą nauczycielką".

   Przypominam też Sebastianka, któremu samoczynnie zdarza się ugryźć w język, jeśli rzuci mięsem przy mnie, bo wie, że ja tego nie lubię. Urocze...

11 komentarzy:

  1. Bardzo interesujące....staram się nie przeklinać w domu i pracy(instytucja publiczna)chociaż...różnie z tym bywa.......
    A co mięsa to bardzo lubię,szczególnie grilowane....
    Pozdr

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja w domu czasem przeklinam, bo wiem, że Hipopotama to aż tak bardzo nie razi, choć rzecz jasna staram się i tu "nie przeginać pały" :).
    Mięso z grilla jak najbardziej, tylko warunków póki co brak...
    Pozdrawiam wiernego czytelnika :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bycie przechujem w szkole chyba wiele ułatwia ;))) Na metodyce babeczka uczyła nas bycia idealnym pedagogiem, a nawet demagogiem - gdzieś hen hen w górze, na piedestale. Według mnie kompletnie bez sensu, bo większym szacunkiem i sympatią darzyliśmy zawsze nauczyciela czy wykładowcę, który potrafił "zniżyć się do naszego poziomu" i czymś nas zagiąć. Ot co, nawet umiejętnie wplecioną łaciną ;)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Nas za to na teorii języka uczono, że liczy się przede wszystkim osiągnięcie celu, którym w rozmowie jest takie przekazanie komunikatu, by odbiorca go zrozumiał. Aby to było możliwe, trzeba być elastycznym i umieć dostosować formę do treści.
    Jasne, że mogę mówić do uczniów piękną, literacką polszczyzną, ale efekt będzie taki, że najpierw wybałuszą oczy, a potem przestaną mnie słuchać i zaczną się nudzić - a jeśli tak, to skończy się to demolką sali :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj, jakiś czas temu napisałam do Ciebie po opublikowaniu twojego bloga na głównej onetu, odpisałaś mi podając nowy adres swojego bloga, dziś z ciekawości zajrzałam do Twoich zapisek i nie chciałabym być kojarzona z osobą, która tak cię skrytykowała za tą jedynkę dla 20-letniej pannicy, popieram w 100% szlag mnie trafia na hasło,że jedynka jest niby naszą porażką.Miłych wakacji. Magbel5

    OdpowiedzUsuń
  6. A czemu miałabym Cię kojarzyć z tą osobą? Z powodu zbieżności imion? Eee tam :)
    W każdym razie - zapraszam do lektury, jak zresztą każdego, komu moje zapiski nie działają na nerwy. A jeśli działają, to niech poszuka innych blogów, proste.

    OdpowiedzUsuń
  7. Swojego czasu miałam okazję pracować w podobnej szkole co Twoja, tęsknię za nią do dziś gdybyś zmieniła szkolę czego CI nie życzę, tęskniła byś za tą niesamowicie, dzieciaki dają w tzw. pióra ale ludzie, którzy pracują w takich miejscach są wspaniali dają z siebie dwa razy tyle co w innych, wyników super wprawdzie nie osiągają ale nie ma kopania pod sobą dołków, rozliczania kto ile ma olimpijczyków, atmosfera w pracy nie do podrobienia. Zamień się swojego czasu też skończyłam polonistykę,mogłabym sobie co nie co przypomnieć, jak czytam Twoje posty, to bardzo Ci tej małpiarni zazdroszczę. Magbel5

    OdpowiedzUsuń
  8. Też doceniam atmosferę w tej pracy. Pracowałam w "normalnym" liceum i dopiero TERAZ wiem, że tam był mobbing czystej wody. Brrr... Zresztą, a jaka niby kadra ma pracować z trudnymi dziećmi? Gdybyśmy jeszcze między sobą się żarli, to oni by to wykorzystali bezbłędnie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja pierdykam_co za słowo-przechuj! Tego nie znałam. A sama klnę jak szewc -wstyd przyznać, ale myślę,że zaliczam się raczej do tej pierwszej kategorii. Przy Mamciku nie klnę, ale czasami mi się wymsknie...Kiedyś z przyjaciółką postanowiłyśmy,że nie będziemy kląć i musiałyśmy znaleźć jakieś zastępniki, więc ja zamiast np mówić, że mnie kurwica weźmie, to mówiłam- zaraz mnie kotwica palnie! :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Z tego, co się zorientowałam, przedrostek "prze" wzmacnia pozytywnie rzeczownik, który po nim następuje [coś jak odpowiednik "bardzo"]. Jeśli więc jestem "przechujem", to znaczy, że nie ma większego chuja w tej dziedzinie, niż ja. Chyba trudno u nich o lepszy komplement :)
    I np. jeśli dobrze Wam się mnie czyta, to możecie powiedzieć, że trafiliście na "przebloga" :) :) :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Czyli jak mawial Niedzwiedz - NIE MA CHUJA WE WSI! Ja to sobie tu, kurwa, nawet zaklac nie moge, bo nikt mnie nie zrozumie, a ichnia puta* jest o kant culo** rozbic. Z kolei tutejsza curva*** moze sie kojarzyc jedynie z miejscem pracy naszych TIRowek.
    I jak to milo nie wykropkowywac slowek w komencie :)

    Zdarzylo mi sie zaklac solidnie w pracy, moze ze 2 razy... Ale bylem wtedy bliski furii, wiec tylko cedzilem wolno i wyraznie nasze kochane KURRRRRRRRRWA MAC...
    A im sie podobalo :)

    Pozdrawiam cieplo :)
    __________
    * puta - kurwa
    ** culo - dupa
    *** curva - zakret

    OdpowiedzUsuń