Rzecz jest o wulgaryzmach. Dr Piotr Fąka z łódzkiego uniwerku wraz grupą współpracowników opracował "Słownik polszczyzny rzeczywistej". Żeby tego dokonać, biegali przez pół roku po mieście z dyktafonami i nagrywali gotowe frazy, podsłuchane z rozmów ludzi na przystankach, w tramwajach, urzędach i innych miejscach publicznych. Jak się łatwo domyślić, badanie wykazało, że Polacy nad wyraz chętnie posługują się wulgaryzmami. Nie będę przedstawiała szczegółowo refleksji, jakie prezentowane są w artykule, bardzo trafny wydał mi się jednak podział "bluzgaczy" na dwie kategorie w zależności od okoliczności przeklinania. Pierwsza to ludzie, którzy owszem, rzucają mięchem, ale ich słownik jest na tyle bogaty, że wcale nie muszą tego robić, bo są w stanie równie dobrze wyrazić to samo językiem oficjalnym, jeśli sytuacja tego wymaga. Do drugiej kategorii należą ci bluzgacze, którzy przeklinają niezależnie od tego, o czym mówią, w jakim są nastroju i gdzie się znajdują - po prostu nie potrafią przekazać swoich myśli w inny sposób. Co więcej, dr Fąka uważa - i sądzę, że jest w tym sporo prawdy - że świadczy to nie tylko o ubogim słownictwie [co chyba oczywiste...], ale również o braku jakichkolwiek głębszych refleksji dotyczących opisywanej rzeczywistości.
Jakie jest moje stanowisko w kwestii bluzgów? Zawsze powtarzam, że "wulgaryzmy są integralną częścią języka polskiego", czyli stanowią po prostu jego element. Istnieją od zawsze i co więcej, większość z nich to prawdziwe zabytki polszczyzny. Z tego, co pamiętam z pierwszego roku studiów, najdawniejszym poświadczonym w piśmie rodzimym przekleństwem jest "gówno" i występuje ono jako ręczny dopisek na marginesie pochodzącego [bodajże] z XI wieku modlitewnika łacińskiego - przywołując kontekst z pamięci, jakiś braciszek skarżył się, że inny zakonnik miał Zochnę, Kachnę i Marychnę, a jemu samemu "to gówno" [oburzonym przypominam w tym momencie, że ustanowienie celibatu w Polsce miało miesjce dopiero za czasów Zygmunta Augusta i to WYŁĄCZNIE ze względów ekonomicznych...]. Zostawiając jednakże tę dygresję jestem zdania, że przekleństw jak najbardziej należy używać wtedy, kiedy są uzasadnione, tak samo, jak zastosowanie każdych innych słów. Są sytuacje, w których należy powiedzieć komuś, że się go kocha - a są takie, w których celowe jest stwierdzenie, że się komuś przyjebie. Cały dowcip polega na tym, żeby umieć odróżnić jedne od drugich.
Ja sama, jako "świadomy użytkownik języka polskiego" [uwielbiam to stwierdzenie :)], potrafię włączać i wyłączać swojego bluzgacza w zależności od kontekstu. Wszystko zależy głównie od ludzi, z którymi akurat przebywam. Dla przykładu - praktycznie nie zdarza mi się przekląć przy Smoczycy Seniorce, ponieważ mam świadomość, że ją to bardzo razi. Kiedy jestem z nią, to nawet pod wpływem silnych, negatywnych emocji, które zwyczajowo są usprawiedliwieniem do użycia wulgaryzmów, staram się zastąpić je bardziej parlamentarnymi zwrotami [staram się - choć pewnie nie zawsze mi to wychodzi]. Ale mam też znajomych, którzy bluzgają na potęgę i w ich towarzystwie siłą rzeczy "dostosowuję kod językowy do odbiorcy", czyli mówiąc wprost, sama klnę jak szewc.
Mam naturalnie świadomość, że w pracy, jako polonista, powinnam świecić przykładem [dobrze, że nie czołem :)], stosować wyłącznie literacki język oraz tępić wszelkie przejawy wulgaryzmów u moich podopiecznych. Tjaaa, tyle teoria... Gdybym ucząc w Zoo chciała się do tego zawsze i wszędzie stosować, to nie zajmowałabym się niczym innym. Zaryzykuję stwierdzenie, że 90% Małpek należy do "bluzgaczy drugiej kategorii", czyli takich, którzy używają wulgaryzmów, bo primo mają nad wyraz ubogi słownik, a secundo ich refleksja o świecie jest bardzo ograniczona, nie widzą więc potrzeby, by się wysilać i szukać innych, bardziej cywilizowanych określeń. Bardzo często najzwyczajniej w świecie nie mają też oni świadomości, że w pewnych sytuacjach - takich jak na przykład lekcja polskiego, rozmowa z wychowawvą czy nawet dyrektorem szkoły - po prostu "się nie bluzga". Mówię całkiem poważnie, oni naprawdę nie mają elementarnego wyczucia, co językowo wypada, a co nie.
Co pozostaje do zrobienia? Nie jestem w stanie reagować na każde przekleństwo, ponieważ są one zbyt powszechne. Zwracam natomiast zawsze uwagę jeśli wulgaryzmy używane są po to, by kogoś obrazić - oraz wtedy, gdy "jako przerywnik" zaczynają górować nad treścią całego zdania. Mówię wtedy zwykle, że mi uszy więdną i proszę ucznia, by powiedział to samo, tylko "językiem oficjalnym". Czasem mu się udaje, czasem nie, dostał jednakże sygnał, że z jego poprzednią wypowiedzią było coś nie tak. Ale uwierzcie mi, szerzenie parlamentarnego języka wśród Małpek to prawdziwa syzyfowa praca.
Na zakończenie dzisiejszego posta w ramach anegdoty sytuacyjnej, a także ilustracji problemu, przytoczę klika dialogów z minionego roku szkolnego, w których padły bluzgi. Wybrałam specjalnie zdarzenia, w których nie chodziło o znieważenie mnie, bo takie wypadki - niestety, wcale nie incydentalne - nie wymagają moim zdaniem osobnego komentarza.
1) Lekcja poświęcona "Niemcom" Kruczkowskiego, a konkretnie postaci młodego esesmana, Willego Sonnenbrucha. Dwie godziny czytamy fragmenty, zbieramy informacje, sporządzamy notatki. Pod koniec zajęć w ramach podsumowania zwróciłam się do uczennicy z pytaniem:
JA: Natalia, jak byś oceniła Willego Sonnenbrucha? Tylko proszę cenzuralnie.
Natalia: No jak to jak? Niedojebany jakiś był!
2) Zawodówka, początek czerwca, czytam "klasyfikację ołókową", czyli to, co planuję wystawić uczniom na koniec roku. Doszłam do Dresa, któremu wystawiłam enkaela. Komentarz Maćka [notabene, dość porządnego ucznia jak na warunki tej szkoły, tego samego, który chce zabrać scrabble pod namiot]:
M: Mówiliśmy mu, że pani ma na niego wyjebane, to nie wierzył...
Zaintrygowana tym stwierdzeniem poprosiłam o wyjaśnienia i udało mi się ustalić, że miało to znaczyć mniej więcej: "Mówiliśmy mu, że nie będzie się pani nad nim litowała".
3) Też zawodówka, jedna z ostatnich lekcji, zdaje się któraś z tych, na których graliśmy w scrabble. Uczniowie wspominają miniony rok szkolny i przy tej okazji jeden z nich stwierdził: "Nas to już na początku roku wychowawczyni ostrzegała, że z pani to niezły przechuj". I znów - chłopak poproszony o wyjaśnienia zdołał przełożyć zdanie na język oficjalny, a miało to znaczyć mniej więcej: "Jest pani wymagającą nauczycielką".
Przypominam też Sebastianka, któremu samoczynnie zdarza się ugryźć w język, jeśli rzuci mięsem przy mnie, bo wie, że ja tego nie lubię. Urocze...
Bardzo interesujące....staram się nie przeklinać w domu i pracy(instytucja publiczna)chociaż...różnie z tym bywa.......
OdpowiedzUsuńA co mięsa to bardzo lubię,szczególnie grilowane....
Pozdr
Ja w domu czasem przeklinam, bo wiem, że Hipopotama to aż tak bardzo nie razi, choć rzecz jasna staram się i tu "nie przeginać pały" :).
OdpowiedzUsuńMięso z grilla jak najbardziej, tylko warunków póki co brak...
Pozdrawiam wiernego czytelnika :)
Bycie przechujem w szkole chyba wiele ułatwia ;))) Na metodyce babeczka uczyła nas bycia idealnym pedagogiem, a nawet demagogiem - gdzieś hen hen w górze, na piedestale. Według mnie kompletnie bez sensu, bo większym szacunkiem i sympatią darzyliśmy zawsze nauczyciela czy wykładowcę, który potrafił "zniżyć się do naszego poziomu" i czymś nas zagiąć. Ot co, nawet umiejętnie wplecioną łaciną ;)))
OdpowiedzUsuńNas za to na teorii języka uczono, że liczy się przede wszystkim osiągnięcie celu, którym w rozmowie jest takie przekazanie komunikatu, by odbiorca go zrozumiał. Aby to było możliwe, trzeba być elastycznym i umieć dostosować formę do treści.
OdpowiedzUsuńJasne, że mogę mówić do uczniów piękną, literacką polszczyzną, ale efekt będzie taki, że najpierw wybałuszą oczy, a potem przestaną mnie słuchać i zaczną się nudzić - a jeśli tak, to skończy się to demolką sali :)
Witaj, jakiś czas temu napisałam do Ciebie po opublikowaniu twojego bloga na głównej onetu, odpisałaś mi podając nowy adres swojego bloga, dziś z ciekawości zajrzałam do Twoich zapisek i nie chciałabym być kojarzona z osobą, która tak cię skrytykowała za tą jedynkę dla 20-letniej pannicy, popieram w 100% szlag mnie trafia na hasło,że jedynka jest niby naszą porażką.Miłych wakacji. Magbel5
OdpowiedzUsuńA czemu miałabym Cię kojarzyć z tą osobą? Z powodu zbieżności imion? Eee tam :)
OdpowiedzUsuńW każdym razie - zapraszam do lektury, jak zresztą każdego, komu moje zapiski nie działają na nerwy. A jeśli działają, to niech poszuka innych blogów, proste.
Swojego czasu miałam okazję pracować w podobnej szkole co Twoja, tęsknię za nią do dziś gdybyś zmieniła szkolę czego CI nie życzę, tęskniła byś za tą niesamowicie, dzieciaki dają w tzw. pióra ale ludzie, którzy pracują w takich miejscach są wspaniali dają z siebie dwa razy tyle co w innych, wyników super wprawdzie nie osiągają ale nie ma kopania pod sobą dołków, rozliczania kto ile ma olimpijczyków, atmosfera w pracy nie do podrobienia. Zamień się swojego czasu też skończyłam polonistykę,mogłabym sobie co nie co przypomnieć, jak czytam Twoje posty, to bardzo Ci tej małpiarni zazdroszczę. Magbel5
OdpowiedzUsuńTeż doceniam atmosferę w tej pracy. Pracowałam w "normalnym" liceum i dopiero TERAZ wiem, że tam był mobbing czystej wody. Brrr... Zresztą, a jaka niby kadra ma pracować z trudnymi dziećmi? Gdybyśmy jeszcze między sobą się żarli, to oni by to wykorzystali bezbłędnie.
OdpowiedzUsuńJa pierdykam_co za słowo-przechuj! Tego nie znałam. A sama klnę jak szewc -wstyd przyznać, ale myślę,że zaliczam się raczej do tej pierwszej kategorii. Przy Mamciku nie klnę, ale czasami mi się wymsknie...Kiedyś z przyjaciółką postanowiłyśmy,że nie będziemy kląć i musiałyśmy znaleźć jakieś zastępniki, więc ja zamiast np mówić, że mnie kurwica weźmie, to mówiłam- zaraz mnie kotwica palnie! :)
OdpowiedzUsuńZ tego, co się zorientowałam, przedrostek "prze" wzmacnia pozytywnie rzeczownik, który po nim następuje [coś jak odpowiednik "bardzo"]. Jeśli więc jestem "przechujem", to znaczy, że nie ma większego chuja w tej dziedzinie, niż ja. Chyba trudno u nich o lepszy komplement :)
OdpowiedzUsuńI np. jeśli dobrze Wam się mnie czyta, to możecie powiedzieć, że trafiliście na "przebloga" :) :) :)
Czyli jak mawial Niedzwiedz - NIE MA CHUJA WE WSI! Ja to sobie tu, kurwa, nawet zaklac nie moge, bo nikt mnie nie zrozumie, a ichnia puta* jest o kant culo** rozbic. Z kolei tutejsza curva*** moze sie kojarzyc jedynie z miejscem pracy naszych TIRowek.
OdpowiedzUsuńI jak to milo nie wykropkowywac slowek w komencie :)
Zdarzylo mi sie zaklac solidnie w pracy, moze ze 2 razy... Ale bylem wtedy bliski furii, wiec tylko cedzilem wolno i wyraznie nasze kochane KURRRRRRRRRWA MAC...
A im sie podobalo :)
Pozdrawiam cieplo :)
__________
* puta - kurwa
** culo - dupa
*** curva - zakret