Pamiętacie post o "genialnym" Panu Psychologu? Zamieściłam go między innymi jako ilustrację dość w sumie banalnego stwierdzenia, że nieistotne, jakie są przepisy - ważne, jacy ludzie wprowadzają je w życie. I tak: prawo może być najbardziej idiotyczne z możliwych, ale jeśli w terenie pracują sensowni ludzie, to są oni w stanie z tych durnych paragrafów wycisnąć coś pożytecznego. I na odwrót - nawet najmądrzejsze założenia systemowe wezmą w łeb, jeśli wdrażać je będą ludzie pozbawieni wyobraźni i zwykłego, zdrowego rozsądku. I dzisiejsza powiastka będzie kolejnym potwierdzeniem owej tezy.
Z racji charakteru szkoły, w której pracuję - a także ze względu na to, że poza uczeniem języka polskiego, jestem też wychowawcą - nad wyraz często spotykam się z kuratorami sądowymi lub społecznymi. W myśl prawa kurator ma być kimś w rodzaju "anioła stróża" dla dziecięcia, które narozrabiało, ale jeszcze nie na tyle, by je zamknąć w zakładzie poprawczym. Ma kontrolować sytuację rodzinną podopiecznego [sprawdzać, czy ma co jeść, gdzie spać, w co się ubrać, czy ma warunki, by się uczyć], a także monitorować postęp jego "kariery szkolnej". A ponieważ w Zoo tak to już jest, że ewenementem jest raczej dziecko, które NIE posiada [jeszcze] kuratora, niż takie, które go ma, to nie ma tygodnia, bym nie rozmawiała osobiście lub telefonicznie z kilkoma kuratorami moich wychowanków.
Jak przebiegają takie spotkania? Zaczyna się oczywiście od wspólnego wertowania dziennika i sprawdzania, ileż to wagarów się nazbierało od ostatniej wizyty urzędnika. Potem przychodzi czas na oceny i przejrzenie zeszytu uwag. Dragonka relacjonuje, jak też Małpka sprawuje się w szkole, a z kolei kurator opowiada, jak sprawy się mają od kuchni, czyli co zaobserwował poza szkołą. Nie są to nieistotne ploteczki, bo w ten sposób niejednokrotnie wiele niepasujących do tej pory puzzli wskakuje mi na swoje miejsca. Dla przykładu:
Drag.: Niestety mam dla pana przykrą wiadomość: Tomek ostatnio zachowywał się bardzo agresywnie, był nienaturalnie pobudzony, wyraźnie szukał ze wszystkimi zaczepki. A od tygodnia nie pokazał się w ogóle w szkole.
Kur.: To mnie nie dziwi - dostał informacje, że jego ojciec wyszedł z więzienia na przepustkę i bardzo bał się spotkania z nim. Od kilku dni nie wraca do domu, nocuje u kolegi.
O wiele większą szansę wyjścia na ludzi mają te Małpki, przy których współpracują wszyscy zainteresowani ich losem, czyli szkoła, inne instytucje nadzoru, specjaliści oraz rzecz jasna rodzice. Jeśli któreś z tych ogniw nawala, to robi się problem. W mojej szkole zwykle najwięcej kłopotu jest z rodzicami, którzy albo mają swoje dzieci w "głębokim poważaniu" [np. alkoni i świry], albo pracują na kilka zmian i do domu przychodzą tylko spać [samotne matki]. Ale oczywiście nie zawsze to oni okazują się najsłabszymi ogniwami.
No właśnie... Na początku tygodnia przyszły do szkoły pieniądze ze stypendium socjalnego dla Emilki - tak tak, tej od ciąży. Wszystko pięknie, bo kasa się dziewyczynie przyda [zwłaszcza teraz!], ale problem w tym, że musi być odebrana w określonym, dość krótkim terminie, bo jeśli nie, to Pedagożyca będzie musiała odnieść ją do Urzędu Miasta. Sęk w tym, że Emilka mniej więcej od miesiąca nie pojawiła się w szkole, a numer telefoniczny, który podała jej matka, nie odpowiadał. Nastąpiła konsternacja, bo trzeba by jakoś pannicę zawiadomić, żeby się po kasę pofatygowała, nim jej przepadnie, a na wysyłanie zawiadomienia pocztą było za mało czasu - poza tym, skąd pewność, że odebraliby pismo w terminie? Wpadłam nawet na pomysł, żeby zadzwonić do "bidula", w którym obecnie mieszka Karolek, bo w końcu jako ojciec dziecka Emilki powinien wiedzieć, jak ją złapać, ale jego też nie mogłyśmy uświadczyć, bo był akurat na ucieczce. W końcu Pedagożyca odgrzebała gdzieś w papierach dziewczęcia numer do jej kuratora, więc ucieszona chwyciła za słuchawkę.
Tjaa... W sumie cel został osiągnięty, bo dostałyśmy aktualny telefon do matki pannicy. Ale poza tym, to ręce nam obu opadły. Otóż Pan Kurator był szczerze zaskoczony informacją, że jego podopieczna jest w stanie błogosławionym, zasypał nas w związku z tym szeregiem idiotycznych pytań, w rodzaju: "A skąd panie wiedzą?", "A czy ta ciąża jest widoczna?", "A z kim ona jest w ciąży?", "A czy u niej w domu już wiedzą?". No urocza beztroska... Dalej raczył wyrazić zaniepokojenie, co w takim razie ze szkołą Emilki, co z kolei rozbawiło Pedagożycę, bo to akurat najmniejszy problem, jeśli tylko dziewczyna wyrazi wolę kontunuowania nauki w gimnazjum. Jakoś nie mogło mu się zmieścić pod kopułą, że szkoła tutaj nie zamierza robić żadnych przeszkód i że dla nas taka sytuacja to może nie chleb powszedni, ale na pewno nie odświętny kawior popijany szampanem.
Nie wiem, jak Pan Kurator wyobraża sobie wykonywanie swoich obowiązków służbowych, ale skoro dopiero teraz dowiedział się PRZYPADKIEM o tym, że jego podopieczna jest w ciąży [a termin ma na sierpień...], to znaczy, że nie miał z nią osobistego kontaktu od bardzo długiego czasu. Nie wiem też, czego on się naczytał i w jakim świecie żyje, skoro zaskoczyła go informacja, że sam fakt posiadania dziecka nie będzie stanowił problemu dla Emilki w dalszej nauce. Jedno natomiast wiem - facet zdecydowanie powinien zmienić zawód.
Na szczęście są kuratorzy z powołania. Mój Mamcik na przykład :)
OdpowiedzUsuńA to popatrz, nie wiedziałam :)
OdpowiedzUsuńSą nauczyciele z powołania - i są kuratorzy z powołania. Najlepiej, jak jedni mogą współpracować z drugimi.
Ciekawe czy jest tym kuratorem bo to np. niezła kasa czy jednak chociaż na początku wydawało mu się, że się do owej pracy nadaje.
OdpowiedzUsuńKij mu przez plecy. Ale wątpię, by kuratorzy zarabiali jakieś duże pieniądze, bo to przecież też budżetówka.
OdpowiedzUsuńi są mole książkowe z powołania ;) i smoki z powołani8a i hipopotamy z powołania :)
OdpowiedzUsuńPowołanie do bycia Smokiem i Hipopotamem... Brzmi dumnie :)
OdpowiedzUsuń